Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

„Morfina” Szczepana Twardoch

Morfina
Szczepan Twardoch
Lekturą października w moim, czyli rawskim, Dyskusyjnym Klubie Książki była Morfina Szczepana Twardocha. Nazwisko autora nic mi nie mówiło, nie śledzę wszak wieści z rynku wydawniczego, rankingów sprzedaży i innych elementów gry marketingowej uprawianej wokół książki w Polsce. Wziąwszy tę grubą, bardzo grubą książkę do ręki, zastanawiałem się, czy to kolejna wydmuszka przy pomocy odpowiednich nakładów wykreowana na bestseller, czy też perełka w rodzaju Wyspy Klucz lub Czarnego ogrodu*. Oczywiście mogłem zajrzeć do Internetu i poczytać recenzje, ale nauczony doświadczeniem wiedziałem, że często rozmijają się z moimi ocenami, zwłaszcza te spisane w podzięce za darmowy egzemplarz do recenzji. Jak zwykle więc postanowiłem dać książce szansę, by przemówiła sama za siebie.

Gdy tylko pierwszy raz spojrzałem na okładkę, z taką niby niepozorną i banalną, ale jednak intrygującą grafiką, oraz zważyłem ciężar tomiku i uwzględniłem implikacje tytułu, wiedziałem, że to nie będzie rzecz do połknięcia w jeden lub dwa dni. Odłożyłem więc na bok wszystkie inne zaplanowane lektury i napocząłem Morfinę. I to była słuszna decyzja, gdyż jak się okazało, jest to jedna z tych powieści, które wymagają poświęcenia im odpowiedniej ilości czasu, których nie da się przeczytać szybko, ale jeśli się do niej podejdzie uczciwie, to odwdzięczy się jak rzadko która.
Jest październik 1939 roku. Okupowana Warszawa, która jeszcze nie zrozumiała, co oznacza słowo okupacja. Konstanty Willemann, syn Polki i Niemca, arystokrata po mieczu, bogacz po matce, bawidamek i playboy z wyboru, wykreowany przez matkę na Polaka, przebył ze swym 9 Pułkiem Ułanów kampanię wrześniową w polskim mundurze. Zdobywszy za udział w wojnie stosowne odznaczenie, wrócił do żony oraz syneczka w Warszawie i... No właśnie, co dalej ze sobą począć?

Sytuacja protagonisty jest wielce złożona i pełna dylematów. Pierwszym, przynajmniej chronologicznie, jest matka. Rozpieszczała syneczka i nadal to czyni, za niego podejmując wszelkie istotne decyzje i wciąż prowadząc go na zwykle luźnej, niemniej niezwykle skutecznej, gdy trzeba, smyczy; smyczy finansowej. Funduje mu wszystko, nawet samochody, i Kostek nigdy się pracą nie skalał. Ona uczyniła go Polakiem, choć równie dobrze mógł być Niemcem. Uczyniła go bezwolnym, a on rozwinął się dalej w tym kierunku. Stara się robić to, czego się od niego oczekuje – zdobyć żonę, spłodzić syna, pójść na wojnę, ale sam, tak od siebie, niczego nie chce. Nawet morfiny, prostytutek i romansów, bez których trudno mu się obyć, też tak do końca, też tak naprawdę, na innym poziomie, nie chce. No – chciałby świętego spokoju i żeby wszystko było tak jak przed wojną, żeby nikt niczego od niego nie żądał. Tyle tylko, że świat się zmienił i nie jest to już możliwe. Ta sytuacja, ta konieczność dokonywania wyborów, których dokonywać nie chce, ten przymus wykazywania się aktywnością, której w głębi siebie nie czuje, ale której pożąda otoczenie, męczą go coraz bardziej.

Konstanty, jak to zwykle w jego przypadku, nie jest w stanie podjąć decyzji co do dalszego w swym życiu postępowania, skoro nie może prowadzić już dalszego, beztroskiego bytu, ale poddaje się wpływom i oczekiwaniom innych. Nawiązuje kontakt z Muszkieterami, organizacją podziemną do dziś budzącą zagorzałe spory historyków, a raczej to organizacja nawiązuje kontakt z Kostkiem. Co z tego wyniknie, ani jak się ułożą skomplikowane związki protagonisty z kobietami i używkami, tego oczywiście nie zdradzę.

W Morfinie autor zastosował ciekawy chwyt – płynne przechodzenie narratora pierwszoosobowego między postacią głównego bohatera i bliżej nieokreślonego bytu w rodzaju Anioła Stróża (płci żeńskiej), który jednak nawiasem mówiąc ze swych obowiązków wywiązuje się słabo. Czasami pojawiają się też byty pośrednie, a całość jest dość oryginalnym sposobem na oddanie stanu umysłu niszczonego przez morfinę i alkohol oraz pokonanie ograniczeń narracji w pierwszej osobie przez skorzystanie z wszechwiedzy narratora zewnętrznego. To ostatnie pozwala wykroczyć poza ramy czasowe zdarzeń samej powieści i w drodze dygresji tego niematerialnego ducha opowiedzieć o losach postaci pobocznych, które same z siebie już w opowieści by się nie pojawiły.

Warsztat literacki Szczepana Twardocha nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Jest nawet lepiej; jest oryginalny i ma specyficzny sznyt. Proza rytmiczna, transowa, dopasowana do przyjętej konwencji, pozwalająca czytelnikowi przejść ze zwykłej perspektywy w świat narkomana i alkoholika, w którym rzeczywistość i ułuda mieszają się we wciąż zmieniających się proporcjach.

Dla osób, których „brzydkie słowa” odrzucają, nie będzie to lektura strawna. Nie mam jednak tego autorowi za złe, gdyż uważam, że o pewnych rzeczach nie można pisać nie używając wulgaryzmów. Pole bitwy, na którym ranni i umierający krzyczą tylko „Matko” i „Chryste”, na którym nikt nie wyje niczym zwierzę i nie klnie gorzej niż szewc jest równie realne, co alfons w zaułku przemawiający do prostytutki salonowym językiem. Pisanie przy pomocy słownika ocenzurowanego mieszczańską, katolicką lub jakąkolwiek inną pruderią jest dopuszczalne w pewnej konwencji; nie razi w Potopie czy Czterech Pancernych, gdyż te kanony są krańcowo odległe od opisywania rzeczywistości, ale takie rzeczy poza określonymi wyjątkami tchną sztucznością i infantylnością. Twardoch i tak litościwie się obszedł choćby z wojskowymi, bo jak brzmi język wojaków, wie każdy, kto choćby przechodził odpowiednio często koło koszar.

Intryga to właściwie opowieść o pierwszych dniach okupacji Stolicy i Polski, za co wielka chwała autorowi, gdyż to moment nieczęsto tak odważnie i z wyczuciem ukazany. Niepewność, nadzieja, niewiedza, złudzenia...

A o czym jest ta powieść, co jest w niej wątkiem dominującym? O przegranej wojnie i postawach, które ona uruchamia. Oczywiście również o okupacji i walce o wolność. Ale czy nie ważniejsze jest poszukiwanie własnej tożsamości przez bohatera? A może o rolach społecznych, które przyjmujemy, nie zawsze z własnej woli i często nie do końca świadomi konsekwencji? O rolach, które gramy, i które są równocześnie niejednokrotnie krańcowo odmiennie oceniane przez różne osoby zależnie do tego, w jakich rolach one nas postrzegają i jakie uważają za postulowane? A może o wpływie okoliczności i środowiska na podejmowane przez nas decyzje? A czy mniej ważny jest dylemat – kto gorszy, pusty bohater czy zaślepiony ideowiec? Nie wiem. Jest po trochu o tym wszystkim i o wielu innych jeszcze rzeczach. Twardoch raczej stawia pytania, niż daje odpowiedzi, ale niewielu rodaków takie pytania stawia, o szukaniu odpowiedzi nie wspominając.

W powieści roi się nie tylko od różnych wątków, które można rozpatrywać z odmiennych punktów widzenia i oceniać uwzględniając różnorodne aspekty. Jest w niej też pełno zaskakujących perełek skojarzeniowych i innych, często pewnie w ogóle przez autora niezamierzonych. Pojawia się na przykład piekielna choroba ubogich – noma. Jakież było moje zdziwienie, gdy po wklepaniu tego hasła w google stwierdziłem, że jest to słowo z ochotą wykorzystywane w nazwach firm, nawet restauracji i winiarni, nie tylko polskich zresztą. To tak, jakby ktoś nazwał bar Rozwolnienie albo klinikę dla dzieci Syfilis.

Bardzo interesująco autor zajął się również tematami damsko-męskimi, konkretnie zderzeniem małżeństwa i rozwiązłości obyczajów. Cenne jest również to, iż jedna z bardziej znaczących dla konstrukcji dzieła postaci, czyli ojciec protagonisty, bohater wojenny, odnosi na wojnie rany, które nie tylko czynią go potworem, ale w dodatku pozbawiają męskości. To ważna opozycja wobec schematu królującego w naszej rodzimej literaturze, w której na wojnie albo zostaje się bohaterem, albo ginie, ewentualnie bohatersko ginie, ale nie ma miejsca na takie rzeczy jak kalectwo, zwłaszcza kalectwo odrażające lub odczłowieczające. Gdyby świadomość wysokiego prawdopodobieństwa takiego właśnie obrotu rzeczy była większa, pewnie mniej byłoby chętnych do kolejnej „pięknej” wojny.

Najważniejszą chyba jednak rzeczą, która kojarzy mi się z rzeczywistością opisaną we wspomnianym już prześwietnym Czarnym ogrodzie, jest obowiązkowość patriotyzmu, która jest zarazem jednym z leitmotivów Morfiny. Większości Polaków urodzonych z matki-Polki-katoliczki i takiegoż samego ojca nawet nie przyjdzie do głowy zastanawiać się nad tym, co to znaczy być Polakiem i co to takiego patriotyzm. Ten ostatni wydaje im się jedynie słuszny, obowiązkowy i święty. Głębię infantylności tego światopoglądu ukazuje fikcyjny protagonista Morfiny, a jeszcze bardziej rzeczywiste postacie z Czarnego ogrodu. Kim jest ktoś urodzony z rodziców polsko-niemieckich? Polakiem czy Niemcem? Kogo ma zabić w ramach realizacji patriotyzmu – matkę czy ojca, gdy każde z nich też zechce realizować swój patriotyzm? A jeśli jest dwóch braci i mają decyzją administracyjną nadane odmienne narodowości i obywatelstwa, to też mają się nienawidzić? Tych pytań bijących w istotę źle pojmowanego patriotyzmu, których większość Polaków nawet sobie nie uświadamia, gdyż urodzili się, żyją i umrą w monolicie narodowościowym, nigdy dość.

Szczepan Twardoch poprzez Morfinę pokazuje się jako znaczące nazwisko w polskiej literaturze i jeśli trafię na następne jego książki, sięgnę po nie z ciekawością. Mogłaby być Morfina szczepionką na źle rozumianą polskość i patriotyzm, gdyby nie to, że szczepionka jest skuteczna podana przed infekcją, a nie wtedy, gdy choroba osiągnie już stadium ogólnoustrojowej reakcji zapalnej.

Szczególnie pouczająca była zaś dla mnie... lektura recenzji w Internecie. Ta książka, niczym kij wsadzony w mrowisko, zamieszała w mózgach czytelników (nawet jeśli sami się do tego nie przyznają) i obnażyła prawdziwe oblicze polskiego humanizmu, tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Słowo, którym najczęściej określa się głównego bohatera, i to niezależnie od tego, czy recenzent odnosi się do niego z sympatią, czy bez, jest... ŚMIEĆ!

To prawdziwy obraz polskiego społeczeństwa i jego prawdziwa samoocena. Tym bardziej przerażająca, że wyrażona, bądź co bądź, przez opiniotwórcze elity intelektualne. I to w kraju, w którym mamy największy na świecie pomnik Chrystusa, dla którego głównym przykazaniem było przykazanie miłości.


ŚMIEĆ! A dla mnie to hańba!
Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

„Ziemie niczyje” Maciej Paterczyk

„Ziemie niczyje”
Maciej Paterczyk



Lekturą września 2015 w moim, czyli rawskim, oddziale Dyskusyjnego Klubu Książki była powieść Ziemie niczyje Macieja Paterczyka. Nazwisko autora kompletnie mi nieznane, oficyna poważna, więc zasiadłem do lektury po równi pełen nadziei, co i obaw.
Kończy się II Wojna Światowa. Trójka polskich szabrowników – Brodacz, Chudy i Chłopiec – poszukują opuszczonych bogatych domów, które okradają, a zdobyte w ten sposób „skarby” chowają w kryjówkach, do których zamierzają wrócić po wojnie, gdy wszystko się unormuje. W ten sposób nie obciążają się łupami i nie noszą przy sobie dowodów winy. Starają się poruszać w przestrzeni między przemieszczającymi się frontami, które wkroczyły już na ziemie przed wojną niemieckie. Ich strategia, by unikać ludzi, nie tylko tych uzbrojonych, i eksplorować jedynie opuszczone miejsca, sprawdza się doskonale do czasu, gdy do ich grupy dołącza Dziewczyna. Warszawianka z konspiracji, złapana przed Powstaniem i wywieziona do domu publicznego do Niemiec, skąd udało jej się uciec, opowiada im o wielkim skarbie, który znajduje się w Szczecinie. Udaje jej się nakłonić szabrowników, by zmienili plany i skierowali się do grodu zwanego jeszcze wówczas Stettinem. Co się będzie działo dalej, tego tradycyjnie nie zdradzę.
Rozpoczynając lekturę i przez pierwszą jej część, do czasu pojawienia się Dziewczyny, byłem niezwykle ukontentowany. Proza potoczysta, wciągająca, lekkostrawna, prosta, ale bez infantylności. Miałem też nadzieję na pewnie głębsze wartości, jak choćby chwycenie się za bary z tematem dezerterów i maruderów, który w naszej rodzimej literaturze prawie nie występuje. Nieśmiało modliłem się o to, by autor miał odwagę zrobić coś naprawdę odważnego, jak choćby uśmiercić wszystkich głównych bohaterów nie w wyniku intrygi czy nieudanej akcji, ale w następstwie przypadkowych całkowicie okoliczności. Zabłąkana kula, mina założona na drodze przez Bóg wie kogo, zatrute jadło, zapalenie płuc. To byłoby prawdziwe oddanie realiów wojennych. Pokazanie, że nie można sobie zaplanować przeżycia wojny, a śmierć nie przebiera. Mogłaby być też jakaś zbrodnia polskich żołnierzy na cywilach, bo jak dotąd jesteśmy chyba jedyną armią świata, która się czegoś takiego w literaturze nie dorobiła. Niestety, od momentu, gdy pojawia się Dziewczyna, wszystko się sypie.
Postacie trójki protagonistów, naszkicowane dość ogólnikowo, ale dające wrażenie spójnych psychologicznie konstrukcji, zachowują się i reagują na zmienne okoliczności oraz warunki przekonująco i realistycznie. Gdy jednak wkracza między nich Dziewczyna, zaczynają się rozdźwięki między tym, czego można się spodziewać, co wynika z już uzyskanych o męskiej trójce informacji, a tym, co serwuje autor.
Powieść niewielka objętościowo, a jednak zawiera sporo błędów wszelkiej maści, zwłaszcza po pierwszych kilkudziesięciu stronach, które są naprawdę niezłe. Maruderzy uzbrojeni w granatniki (sic!), kwiatki językowe w stylu
...dół ciał, którzy byli...
są najmniejszym problem, choć po pewnym czasie zaczynają przeszkadzać w odbiorze i wczuciu się w świat przedstawiony. Dużo bardziej dotkliwe, bo tworzące fałszywy obraz realiów wojennych, są pewne istotne elementy fabuły. Dziewczyna wywieziona do burdelu dla niemieckich żołnierzy, w którym zdobywa informacje o skarbie, od korzystających z jego usług konwojentów. Jak się ma to do faktu, że Niemieckich żołnierzy korzystających z usług polskich prostytutek karano bardzo surowo; normą był bilet na front wschodni? Poza tym sam pomysł wyprawy do Szczecina... Łatwo zrozumieć infantylność tego wątku, gdy spróbujemy wyobrazić sobie odwrotną sytuację – Niemców próbujących wejść w 1939 do Warszawy przed swoją armią, by ukraść z niej skarby z muzeów czy prywatnych kolekcji. Bez znajomości języka, bez pomocy z wewnątrz... Bardzo, bardzo słabe.
Nawet na okładce znajdujemy kwiatek – wydawca klasyfikuje Ziemie niczyje jako thriller. Dla mnie thriller i opowieść wojenna to zbiory rozłączne.
Jak widać z powyższego, powieść wymyka się jednoznacznej ocenie. W pewnych aspektach, zwłaszcza w pierwszej połówce, którą czyta się naprawdę z dużą dozą przyjemności, zasługuje na wysoką ocenę, ale w innych, szczególnie w końcówce, trzeba by dać notę bardzo, bardzo niską. Co do peanów na jej cześć, które można znaleźć w internecie, to przypomina mi się sprawa z popularnonaukową książką Republika Piratów. Po jej lekturze odmówiłem napisania pozytywnej recenzji z uwagi na kardynalne błędy merytoryczne, ale znaleziono takich, którzy w zamian za darmowy egzemplarz widzieli w niej tylko pozytywy. Co więc począć z Ziemiami niczyimi?
W naszym klubie opinie były z reguły zbieżne, choć argumenty odmienne, co jest dodatkowym potwierdzeniem mojego zdania, iż książkę tę można odbierać bardzo różnie. Podsumowując powiedziałbym, iż jest to powieść niespełnionych nadziei. Autor miał świetny pomysł, zaczął dobrze, ale potem się pogubił. Dla mnie czas poświęcony na jej lekturę, a czyta się ją bardzo szybko, zwłaszcza na początku, nie był czasem straconym. Nie mam jednak sumienia polecać jej komukolwiek, skoro jest tyle pozycji nieporównanie lepszych pod każdym względem, że na ich przeczytanie i tak najdłuższego nawet żywota nie starczy

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

„Czarny ogród” Małgorzata Szejnert

„Czarny ogród”
Małgorzata Szejnert
Lekturą przewidzianą w rawskim DKK* była książka Małgorzaty Szejnert Czarny ogród. Ponieważ, również dzięki Klubowi, miałem okazję już wcześniej poznać niesamowitą książkę tej autorki Wyspa Klucz, która mimo iż jest opracowaniem historycznym wciągnęła mnie, zachwyciła i oczarowała bardziej niż wiele uznanych dzieł Wielkiej Literatury, więc nieśmiało miałem nadzieję, że i tym razem tak będzie. Zostawiłem sobie na przeczytanie Czarnego ogrodu około tygodnia i okazało się, że był to błąd. Wielki błąd. Nie tylko, że nie zdążyłem na czas, co zdarzyło mi się po raz pierwszy od wstąpienia do DKK, to cała lektura zajęła mi... ponad miesiąc. Dlaczego?
Oczywiście nie bez wpływu na to był wybuch pięknego lata, wytęsknionej dla ciepłoluba pory roku, umożliwiającej cudowne spacery i inne wycieczki. Głównym jednak powodem była sama książka. Jak to możliwe, że Czarny ogród zabrał mi więcej czasu niż Pismo święte i Trylogia Sienkiewicza razem wzięte?
Kazimierz Kutz** (podobno, bo widziałem już bardzo różne wersje tego tekstu, choćby tę na LC***, zawierającą zarówno identyczne, jak całkiem odmienne fragmenty niż na okładce mojego wydania, również podpisane jego nazwiskiem) napisał:
Czarny ogród to historia spółki Giesche, historia Niemiec, Śląska i Polski, historia powstawania Giszowca i Nikiszowca, a co najważniejsze - historie kilku wybranych rodów z Giszowca, które przewijają się i krzyżują przez paskudny wiek XX. Powstało imponujące dokonanie sztuki dziennikarskiej, zachwycająco bogate, zawsze konkretne, ale obiektywne.
Nagromadzenie wiedzy, obfitość faktów i całego gąszczu pogranicznych losów ludzi - a zwłaszcza talent autorki - zapierają dech. Książka pani Szejnert da się przyrównać do olbrzymiego meteorytu, który spadł na naszą ziemię. To z całą pewnością „dzieło życia” autorki. Dla mnie to arcydzieło w zbiorze śląskiej tematyki, które ukazuje autentyczną magię Górnego Śląska i mądrą filozofię długiego trwania jego mieszkańców.
I pod każdym słowem tego posumowania bym się podpisał, ale pod jednym warunkiem – że trzeba dopisać dużo więcej. Powyższe bowiem wyjaśnia mniej więcej, dlaczego Czarny ogród stał się podobno opracowaniem wręcz kultowym nie tylko dla Ślązaków, ale w ogóle dla ludzi związanych z tym regionem lub zainteresowanych jego dziejami. Nie wyjaśnia jednak dlaczego wręcz zafascynował mnie, który z przymrużeniem oka spogląda na takie lokalne sprawy, a na ludzkie decyzje i losy na tle procesów społecznych patrzy po części tak, jak biolog na różnorodne zachowania zwierząt w zmiennych warunkach środowiska. Nie wyjaśnia dlaczego ta książka musi usidlić każdego, kto lubi wiedzieć.
Z reguły książki historyczne zalatują nudą, o ile nie dotyczą tematów, które byłyby dla czytelnika interesujące same z siebie, choćby w formie powieści czy filmu – wojny, zbrodni, namiętności, skarbów czy władzy. Z tego też między innymi powodu nie zgadzam się z obiegowym sloganem, że historycy są w stanie nauczyć przeciętnego człowieka czegokolwiek dla niego pożytecznego. Historia nie potwierdza, by sami potrafili wyciągać z niej wnioski na swój własny użytek. Historie państw i ich władców, polityków czy wielkich wodzów nie mają żadnej wartości jako nauka dla ludzi, których losem ma być „zwykłe” życie. Jak choćby w czasie holocaustu, kiedy polscy ani nawet żydowscy historycy czy inni wykształceni ludzie, obuczeni w historii, wcale nie prognozowali swych losów i nadciągających niebezpieczeństw lepiej niż ciemny chłop granatem od pługa oderwany. Oni się nawet nad tym nie zastanawiali ani do dziś nie zastanawiają, wciąż przedkładając nad pytanie o brak zdolności do antycypacji własnej realnej sytuacji życiowej choćby profesorów krakowskich czy lwowskich w 1939*** problemy decyzyjne Napoleona czy Cezara. Małgorzata Szejnert pokazuje inne opracowanie historii, niezwykle wartościowe dla każdego, od zainteresowanych socjologią i psychologią społeczną, po zwykłych ludzi, którzy chcą wiedzieć co inni im podobni robili, gdy świat się walił. Jakie podejmowali decyzje i dlaczego. Jak ich działania przedstawiała potem oficjalna historia i dlaczego te poglądy się zmieniały oraz w jaki sposób. Tak jak w Wyspie Klucz osią dzieła jest miejsce i związana z nim sytuacja. Tam była to wyspa będąca wrotami do Ameryki i instytucja będąca zamkiem w tych drzwiach. W Czarnym ogrodzie są to miejscowości Giszowiec i Nikiszowiec, stworzone niczym dwa ogrody w różnych konwencjach, ale służące temu samemu panu – przemysłowi wydobywczemu i siły, które powołały je do życia.
Historia Giszowca i Nikiszowca w tradycyjnym, łatwym ujęciu, bezwartościowym dla szerszego ogółu, byłaby zbiorem dat i faktów okraszonym życiorysami co sławniejszych osób z nimi związanych oraz tezami patriotycznymi odpowiednimi dla planowanego odbiorcy czy wydawcy. Małgorzata Szejnert sięga po cały przekrój społeczny postaci zaludniających rejon przez cały czas jego rozwoju, od osób najbardziej znaczących po najmniej „historyczne”. Od bogaczy i fundatorów, biznesmenów i kupców, przez inżynierów i majstrów, aż do szeregowych robotników i gospodyń domowych. Każdy, o kim zachowały się jakiejkolwiek informacje, może się znaleźć w takiej opowieści, bo każdy miał swój udział w kształtowaniu jej tematu, choćby nawet nic nie robił, tylko umarł przy porodzie. I podobnie jak w Wyspie Klucz, autorka wykonała gigantyczną pracę starając się pociągnąć „do końca” dzieje każdego, kto choć raz pojawił się na kartach dziejów Giszowca i Nikiszowca, co daje unikalne spojrzenie na powiązanie między kolejami losów państw, narodów i przywódców oraz tych, których zwykle historycy nie postrzegają inaczej jak liczby – szarych, zwykłych ludzi.
Wielką zaletą, jak widzę będącą znakiem firmowym Małgorzaty Szejnert, jest odstąpienie od wszelkich ocen, wartościowana, sympatii czy tym bardziej nienawiści. Mówią fakty, wydarzenia, związki przyczynowo skutkowe. Nawet przypadki mają swoją wymowę. Gdyby usunąć z okładki nazwisko autorki nie można by na podstawie treści określić kto stworzył to monumentalne, zdradzające ogrom włożonej pracy dzieło. Niemiec? Polak? Ślązak?
Już zaczynacie przeczuwać, dlaczego lektura zajęła mi tyle czasu? Każdy fakt, każdy drobiazg ma swoje znaczenie. Nie tylko w aspekcie historycznym, przyczynowo skutkowym, ale i w dalszych konotacjach. Diabeł tkwi w szczegółach, a drobiazgów Czarnym ogrodzie bez liku. I każdy może wywołać refleksję, skojarzenie, olśnienie. Oczywiście u każdego może być ono inne. Zaprzeczyć jednym ogólnie lansowanym tezom, poprzeć inne. To właśnie prawdziwa historia. Tyle jest historii, ilu jest ludzi.**** Ale by nauczyć się je widzieć, trzeba poświęcić czas na dostrzeganie i rozumienie znaczenia szczegółów. Inaczej na zawsze pozostaniemy rozdarci - czy Ślązacy to Polacy, czy Niemcy?
Czarny ogród praktycznie nie serwuje żadnych odpowiedzi na żadne pytania, ale daje ogrom materiału do udzielenia sobie wielu, wielu odpowiedzi na bardzo różnorodne dylematy. Refleksje, skojarzenia i wnioski mogą być niezwykle odległe od głównego tematu, ale czyż nie świadczy to o bogactwie tego niezwykłego ogrodu?
Opatrzona stylową, nawiązującą do klimatu regionu okładką księga jest niezwykle cennym przyczynkiem do tematu w Polsce rozumianego z reguły infantylnie. Patriotyzm, ojczyzna... Co to jest? Dla mieszkańców ziem, w których narodowość była jednością z państwowością, bo okupacja czy nawet zabory były tylko tym właśnie, okupacją i zaborami, a nie zmianą państwowości, sprawa może wydawać się prosta – jestem Polakiem, bo urodziłem się w Polsce z matki i ojca Polaka, dziada i babki, wuja i ciotki. Ale to tylko pozór. Co jeśli ktoś ma matkę Polkę, która urodziła się w Niemczech, ojca Niemca, który urodził się Polsce, a w dodatku oboje uważają się za Ślązaków? Co jeśli patrząc po sąsiadach widzi, iż ślepy przypadek – różnica jednego lub kilku lat w dacie urodzenia lub kilku kilometrów w miejscu urodzenia może decydować o przynależności do jednego lub innego państwa a nawet narodu? Czy to nie nasze wewnętrzne przekonanie powinno to określać? I refleksja – do ilu ludzi dociera, że przypadek decyduje, czy wierzą w Jezusa, czy w Allacha? Wszak przypadek decyduje, że urodzili się pod wpływem kultury chrześcijańskiej, a nie muzułmańskiej. Wyjątkami są objawienia chrześcijańskie w świecie muzułmańskim i odwrotnie, ale ilu ludzi dopuszcza do siebie te oczywiste fakty i ich wymowę? Podobnie jest z patriotyzmem, zdradą, ojczyzną i narodowością, a pięknie pokazują to fakty, których w Czarnym ogrodzie urodzaj niezwykły.
Szczególnie zaskoczyły mnie relacje o przymusowych (i ochotniczych) wyjazdach na roboty do Niemiec w czasie wojny, które rzuciły całkiem nowe światło na znane mi osobiście z pierwszej ręki świadectwa, które dotąd uważałem za wyjątkowe.
Ciekawostką, ale niezmiernie ważką, jest choćby casus maści konia gen. Szeptyckiego podczas objęcia Górnego Śląska przez Wojsko Polskie jako przyczynek do podważanej przez socjologów wiarygodności świadków uznawanej powszechnie za tym większą, im więcej jest zgodnych świadectw.
Daje do myślenia na temat samodzielności wielkich postaci historycznych wpływ rodziny Giesche i innych kół biznesowych wywierany nawet na Bismarcka. Do filozofowania na temat mentalności narodów, skłonności do kradzieży i wielu, wielu innych rzeczy też dostaniemy interesujące przesłanki w wielu tylko z pozoru błahych detalach.
Wbrew pozorom historia nie jest martwa. Znajdujemy w tomiszczu wiele danych pozwalających analizować choćby kierunek i charakter rozwoju polskiego dzisiejszego kapitalizmu, postaw społecznych, zachowań indywidualnych, itd.
Niektóre dane, które napotkamy w trakcie lektury, w pierwszej chwili zdają się szokować, jak choćby to, że średnia życia w Giszowcu w 1923 roku wynosiła... 17 lat. Potem dostajemy wyjaśnienie, ale jeśli poświęcimy książce więcej czasu, może dojdziemy i do dalszych wniosków, które mogą się okazać w ogóle niespodziewane nawet dla autorki.
Wręcz złośliwym komentarzem wobec naszej dzisiejszej rzeczywistości i pomysłów ludzi obecnie rządzących Polską mogą być choćby wzmianki o prorodzinnej polityce koncernu Giesche czy jego systemie kar. A takich perełek jest tyle, że nie sposób ich tu wszystkich choćby nawet wspomnieć.
Przy tym wszystkim nie brak i wątków wręcz filozoficznych, ogólnoludzkich, jak choćby niezwykle mądra myśl Jana Pawła II na temat pracy i dystrybucji dóbr z niej pochodzących, która na pewno nie przejdzie przez gardło nikomu w mass mediach dzisiejszej demokratycznej Polski, czy piękny napis na frontonie kamienicy przy ul. Ring 20 we Wrocławiu
CUR VITA LANGUIDEO DURATURA
CUR VITA STRENUUE PERITURA *****
Można tak w nieskończoność. Przeplatające się losy ludzkie, skojarzenia łączące różne fakty, krzyżujące się ponad czasem i pokoleniami, pytania i odpowiedzi, refleksje... A wszystko to podane w pięknej polszczyźnie, wyważonej, ciepłej, naprawdę kulturalnej, bo takie właśnie słowo najbardziej chyba jej charakter oddaje, która dla czytelnika jest ucztą nie mniejszą niż język Sienkiewicza.  W dzisiejszych czasach badziewia obejmującego również język pisany to naprawdę ewenement . W dodatku w bądź co bądź literaturze faktu, naukowej, historycznej, ale to już chyba znak firmowy autorki, podobnie jak rzetelność, dociekliwość i uczciwość.

Jak już wspomniałem, okładka prezentuje się idealnie. Klimat, historia, region i symbole tytułu. Pracy wydawniczej w środku też nie sposób zarzucić niedbałość – znalazłem dosłownie pojedyncze ślady działalności chochlika drukarskiego. Niestety, jako miłośnika starych fotografii zawiódł mnie mały rozmiar zamieszczonych zdjęć, choć ich ilość i dobór są absolutnie zadowalające. Inna sprawa, że gdyby były większe, dłużej bym się nimi delektował i pewnie bym jeszcze książki nie skończył. Ponarzekać muszę natomiast zdecydowanie na umieszczenie na końcu książki i podpisów do zdjęć, i przypisów (nie tylko bibliograficznych), i Grządek Domowych (rozpiska rodów występujących w opracowaniu). Cztery zakładki w jednej książce, by swobodnie przemieszczać się między treścią, przypisami, podpisami i Grządkami, to zdecydowanie zły pomysł.
Nauczony doświadczeniem przestrzegam przed sięganiem po tę książkę, jeśli nie możecie poświęcić jej odpowiedniej ilości czasu. Jest jak wyborne wino, które trzeba smakować bez pośpiechu, w odpowiednim kieliszku, towarzystwie i otoczeniu. Pewnie, że można je wychlać z gwinta w bramie, ale na pewno nie będzie wtedy smakować tak samo. Poczekajcie na odpowiedni czas, a wtedy wspomnijcie, że polecam Wam Czarny ogród absolutnie i z pełnym przekonaniem. Już dawno nie czytałem niczego aż tak dobrego


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie


* Dyskusyjny Klub Książki
** Kazimierz Julian Kutz (ur. 16 lutego 1929 w Szopienicach) – polski reżyser filmowy, teatralny i telewizyjny, scenarzysta filmowy
*** LubimyCzytać.pl
**** W 1939 w Krakowie wyższa kadra naukowa stawiła się licznie na zebranie zarządzone przez władze okupacyjne i została aresztowana, we Lwowie biernie czekała na aresztowanie w swych miejscach zamieszkania. Inteligencja i znajomość historii nie pomogły profesorom w podjęciu jedynie słusznej decyzji - o ucieczce.
***** Moje ulubione sformułowanie zaczerpnięte z filmu Homeless to Harvard: The Liz Murray Story

****** Dlaczego trwa tak leniwie
Dlaczego tak chyżo przemija

Recenzja książki "1945. Wojna i pokój" Magdaleny Grzebałkowskiej

Recenzja książki Magdaleny Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój”:

Nasze wyobrażenia związane z końcem wojny opierają się głównie na filmach, serialach, literaturze czy wspomnieniach rodzinnych. Dziś trudno znaleźć tych, którzy pamiętają koniec wojny, są to osoby, które wówczas były dziećmi. Do nich stara się dotrzeć Magdalena Grzebałkowska i dowiedzieć się, co pamiętają. Ich opowieści i wspomnienia to na pewno jedne z ostatnich takich relacji żyjących świadków tamtych wydarzeń. Autorka przyznaje, że rozmowy z ludźmi były dla niej najważniejsze przy pisaniu reportażu. Korzystała też z wielu źródeł, wśród których najważniejsza była książka Marcina Zaremby „Wielka trwoga. Polska 1944 – 1947”.

Tak powstał świetny reportaż, dzięki któremu można bardzo wzbogacić swą wiedzę o tym trudnym i bolesnym czasie, który dla wielu wcale nie oznaczał końca wojny.

Grzebałkowska ułożyła swą książkę w dwanaście opowieści wzbogaconych ogłoszeniami z prasy z kolejnych miesięcy 1945 roku. Są też liczne zdjęcia obrazujące tamten czas. Mamy więc relacje o szabrownikach, o przesiedleńcach, Niemcach, Ukraińcach, o pierwszym prezydencie Wrocławia Bolesławie Drobnerze, o przeprawie przez zamarznięty Zalew Wiślany. Wspominają: Werner Henseleit, Niemiec ożeniony z Polką, Augustyna Niedworok ze Śląska, która czuje się Niemką, Jarosław Cholewka, po ukraińsku Choljałka i wielu innych. Niekiedy autorka nie podaje nazwiska, bo, jak twierdzi, „czasem trzeba chronić bohatera”.

Przejmujące są opowieści o żydowskich dzieciach w otwockim domu dziecka, o Warszawie w pierwszych dniach po wyzwoleniu, o katastrofie statku „Wilhelm Gustloff”, o obozie w Łambinowicach i jego okrutnym komendancie Czesławie Gęborskim, który zgotował straszny los cywilom niemieckim.

Wydawać by się mogło, że przeglądanie ogłoszeń prasowych z 1945 roku będzie lżejsze w odbiorze. Owszem, nieraz tak jest, ale i tu doświadczamy smutnych i przygnębiających odczuć, czytając liczne anonse o tym, że ktoś chce „oddać za swoje niemowlę/dziecko dobrej rodzinie” lub poszukuje kogoś bliskiego. Bywa, że tym bliskim jest zwierzę – „Wszystko, co mi zostało to brunatna suczka owczarka z obrożą” – to ogłoszenie z Życia Warszawy, w którym ktoś obiecuje nawet nagrodę.

Są i pogodniejsze, a nawet humorystyczne, jak to o „wiecznej ondulacji” czy „fachowych siłach potrzebnych do zawijania cukierków”. Pokazują one, jak szybko budzi się w ludziach chęć działania, pracy, robienia interesów, zapomnienia o wojnie.

To zapomnienie to jednak pozory, wojna będzie tkwić w ludziach przez lata. Grzebałkowska twierdzi: „Wojna trwa nadal. Jest w nas”. Uważa, że dziedziczymy ją w jakiś sposób. Nawet jeśli nie do końca się z nią tutaj zgadzam, to przyznam, że w czasie czytania jej książki doświadczałam naprawdę bardzo silnych emocji, czasem do łez włącznie. Smutek, żal, współczucie dla tych, którym dane było żyć w tamtym wojennym czasie, powodowały, że tym bardziej doceniłam czas pokoju, to, że moje pokolenie nie poznało wojny. Ta refleksja towarzyszyła wszystkim klubowiczom w trakcie dyskusji nad książką, której wystawiliśmy bardzo wysokie noty, dołączając tym samych do bardzo licznego grona chwalących warsztat Grzebałkowskiej.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja "Dzidzi" Sylwii Chutnik

W jednym z wywiadów zauważa Chutnik, że Nie ma twórczości bez polityki i zacięcia społecznego.  Przekonanie to najpełniej ilustruje powieść Dzidzia, w której to współczesna społeczno-polityczna rzeczywistość staje się ważnym punktem odniesienia. Poczucie własnych racji staje się  u Chutnik   nierozdzielne z jej szczególną wrażliwością na wierność podstawowym zasadom humanistycznego etosu i zanikającą dziś coraz bardziej polityczną i moralną odpowiedzialność władz za wspieranie losu biednych, słabszych jednostek.

Siła książki opiera się w dużej mierze na fundamentalnym  pytaniu, czy życie ludzkie prowadzi do nieuniknionej dziejowej sprawiedliwości historycznej. Danuta Mutter, wiodąca żywot matki trojga dzieci, rodzi czwarte, potworka z wodogłowiem, bez kończyn. Nieodgadniona kwestia „zbrodni i kary”  wraca w powieści Dzidzia jak bumerang: Co żeś pani złego uczyniła, że tak pokarał Bóg wadami genetycznymi? Matka przeciwstawia się owej zbiorowej wyobraźni, skłonnej uznać ją winną za bezlitosną krzywdę, jaka przydarzyła się jej córce: Ja? Co ja zrobiłam? No nic, przyrzekam. W pamięć pokolenia Danuty Mutter wrósł jednak haniebny epizod z życia jej matki Stefani Mutter. Znamienna jest jej barbarzyńska postawa na poziomie ludzkim, którą jednoznacznie wszyscy potępili i zapamiętali, to z powodu jej podłego charakteru. Świadczy o tym przekazanie w ręce Niemców dwóch Polek, matki i córki, uciekinierek z bombardowanej Warszawy – przejmujący portret babci Dzidzi jako człowieka bez wrażliwości na prawość, naznaczonego ubóstwem wewnętrznym. Stefania Mutter dobrze wiedziała, że denuncjacja skończy się ich śmiercią. Tak też się stało.  Komentując ówczesne wydarzenie współcześni Dzidzi widzą jej los w kontekście sprawiedliwości dziejowej. Nie to jest jednak jedynym zagadnieniem, które zajmuje wyobraźnię i umysł czytelnika.

Rodzi się pytanie. Jeśli Chutnik za bohaterkę powieści wybrała kadłub ludzkiego potworka, pomyślałem:  może to oznacza, że potrzebuje niezwykłej perspektywy, z której będzie mogła spojrzeć na rzeczywistość w sposób zupełnie nowy, ostry, precyzyjny i bezlitośnie odsłaniający prawdę. Owo spojrzenie dokonuje się, jak czytamy w powieści,  przez kalejdoskopowe oko. I jest to wyznanie mające niezwykle dramatyczne konsekwencje poznawcze. Podstawowym narzędziem poznawczym jest więc oko niepełnosprawnej dziewczynki, w którym przemiela się historia, zgodnie z formułą: jaka historia, takie medium.  Mamy więc historię miasta Warszawy zbudowaną z trupów, na trupach. Dzieciaki pognane z motykami na słońce………. Matek nie słuchały, na powstanie leciały i tylko potem leżały w szpitalu albo pod gruzami. Ojciec zjedzony przez szczury obozowe…. Nie ma wody …. Zaraz stado Niemców przyleciało……., aż tamci brudni zjedzą pół kostki cukru. I za karę……. Dzidzia – ta, która patrzy. Ktoś, kto uważnie obserwuje, by poznać tragiczny los Powstańców Warszawskich.

Uderza także konsekwencja, z jaką Dzidzia, by przetrwać ból i dramat swojej egzystencji, rozbudowuje wewnętrzne przestrzenie. Jej myśli i spostrzeżenia prowokują do zmagania się z tajemnicą istnienia, odsyła w obszary, które wymagają refleksji i odpowiedzi na pytania nurtujące współczesne jej pokolenie. W tym celu wciela się w myślach w postać didżejki durnej radiostacji i demonstruje dystans wobec tego świata. Zbuntowana i zgorzkniała wpisuje się w nurt myślenia jej rówieśników, dla których tworzy w  wyobraźni audycję po tytułem Stara baba gada, stara baba męczy.  Dynamiczna ekspresja tych słów wyraża typ wrażliwości czułej na ból – ból świata,  na końcu także ból istnienia. Nie dziwi więc organizowany przez Dzidzię konkursik z esemeskami, w którym słuchacze odpowiadają na kontrowersyjne pytanie: Czy powinno się zabijać tych, co nam psują dobry nastrój?”. W swej prostocie i bezpośredniości pytanie to odnosi się do męczących starych bab, które pieprzą o nieistotnych wspomnieniach z przeszłości, z gułagu, łagrów, obozów pracy, obozów koncentracyjnych etc. Ta zmuszająca do medytacji uwaga sprowadza się w swej istocie do wyboru między nieustanną walką o wyższe ideały bądź też, jak sugeruje Dzidzia, a naszą playlistą. Autoironia tego pytania stanowi bez wątpienia siłę przekazu tej powieści, z którą czytelnik musi się samodzielnie uporać.

Oczy Dzidzi wszystkowidzące patrzą na swój los << z tamtej strony>> świata, w którym brak dobra i miłości sprawia, że jednostka czuje się w nim obco. Odpowiedzią na ten brak stają się wymyślone przez Dzidzię  płynące z jej wnętrza audycje radiowe. To, co w tych audycjach uderza, to swoista „dostojność„ wynikająca z przemyślanego dystansu wobec świata obcego, wrogiego jednostce. I jakże – zastanowi się może czytelnik tych słów – zdumiewające jest to odbicie niepokoju w radości, w rozpoznaniu własnej tożsamości mówiącej własnym językiem. Symboliczną wymową są codzienne dyskoteki, które niepełnosprawna Dzidzia uskutecznia. Do tańca przygrywa, aż się nogi rwą. Nie jej, oczywiście, tylko ludziom innym. Ale też ze stanowiska pełnej dojrzałości medytującego <<ja>> nie wyrzeka się intelektualnego rozpoznania współczesności. W jednym z wywiadów dopuszcza Dzidzia głos dziennikarki, dążącej do ocalenia znikającej pamięci z pejzażu przeszłości:  Straszne, straszne to było, straszne, przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że wojna niosła ze sobą (…)  ruiny, pożary. Zgoła odmienny charakter mają zainteresowania rówieśników Dzidzi, którzy z łatwością zapominają przeszłość, by podążać w pełni drogą teraźniejszą.

Dopowiedzmy: Chutnik wyczula czytelnika na przykładzie Dzidzi na napięcia wynikające z doświadczeń we współczesnym obcym świecie. Odpowiedzią na postępujące poczucie niepewności jest dochodzenie do siebie poprzez określenie swojej tożsamości, tożsamości człowieka uwikłanego w grę tego świata. Tożsamość swą buduje poprzez subiektywizację spojrzenia na świat i ludzi, poprzez próbę dochodzenie do sensu, do siebie, do innych, przez uruchamianie gry wyobraźni.

Mistrzynią spojrzenia jest także matka Dzidzi, która jawi się jako przenikliwy obserwator i z uporem śledzi rzeczywistość. Talent Chutnik jest darem, który sprawia, że czytelnik głębiej rozpoznaje świat, w jakim przyszło mu żyć. Wszystkiego nie można było zmieścić, jednakże w powieści można znaleźć wystarczająco dużo obrazów, które składają się na istotę współczesnego świata i są nośne dla czytelnika. Niektóre z nich sprawiają wrażenie zderzenia z dantejskimi koszmarami: Mowa tu np. o mafiach policyjno-sądowych, nagannej opiece społecznej, oszustwach urzędników,  małostkowych dyrektywach unijnych, niesprawiedliwym Wymiarze Sprawiedliwości, braku perspektyw młodego pokolenia na godziwe życie, tendencjach antyrodzinnych (nie ma sensu rodzić), podejrzanych przetargach, promocjach w handlu, etc. - słowem: o nieładzie istnienia.

Reasumując: autorka powieści Dzidzia zdradza moralną wrażliwość na słabości natury ludzkiej, widocznej we współczesnej polskiej rzeczywistości. Pierwszym i nadrzędnym zadaniem staje się dla Chutnik bez wątpienia krytyka nieludzkości życia immanentnie wpisanego w ludzką kondycję, w warunkach wojennych i współczesnego, społecznego i obywatelskiego pejzażu. Panuje w nim tonacja minorowa. Dzidzia i jej matka mają świadomość, że nie mogą w życiu posuwać się naprzód po linii prostej, bo wszędzie natrafiają na mur, który osłabia ich moc egzystencji. Jednakże uświadamiając czytelnikowi poważne zaburzenia w zderzeniu jednostki ze światem, autorka  pozwala mu uczynić pierwszy krok ku autoterapii. 

 

Czesław Płusa - DKK w Filii nr 18 MBP Łódź-Bałuty, przy ul. Wodnika 7.

Recenzja książki "Delikatna równowaga"

„Trzeba utrzymywać delikatną równowagę między nadzieją a rozpaczą” – mówi Volmik, jeden z bohaterów powieści o Indiach i jej mieszkańcach obejmującej lata 1975 – 1984. To czas, gdy u władzy była Indira Gandhi. Książka zaczyna się w momencie wprowadzenia przez nią stanu wyjątkowego.

Głównymi bohaterami są dwaj krawcy z kasty ćamarów Ishvar Darji i jego bratanek Omprakash, wdowa Dina Dalal i student Maneck Kohlah. Przez pewien czas będą wieść wspólne życie w niewielkim mieszkaniu wdowy. Początkowy dystans, a nawet niechęć zmieni się w przyjacielską więź i poczucie wzajemnej odpowiedzialności.

Można by pomyśleć  - „budująca powieść”, gdyby nie to, że jest przede wszystkim przygnębiająca i niezwykle smutna, a nawet momentami przerażająca. Utrzymująca się chwilami „ delikatna równowaga między nadzieją a rozpaczą” zdecydowanie częściej przechyla się na stronę rozpaczy.

Oprócz czwórki głównych bohaterów jest tu także wielu innych reprezentujących różne warstwy społeczeństwa indyjskiego, wyższe i niższe kasty, żebracy uliczni i ich przywódca zwany Mistrzem, zamożny i wpływowy niczym szef mafii. To on decyduje o losach podległych mu, najczęściej okaleczonych, ludzi, to jemu należy oddawać znaczną część wyżebranych pieniędzy.

Trudno się czyta o tych strasznych zdarzeniach, gdy władze postanowiły zlikwidować slamsy, a ich mieszkańców i ludzi żebrzących na ulicach usunąć poza miasto do obozów pracy. Akcję nazwano „upiększaniem miasta”. W ramach walki z przeludnieniem przeprowadzano przymusowe sterylizacje i kastracje, a wszystko pod hasłem Centrum Planowania Rodziny.

W takim świecie czwórka głównych bohaterów próbuje przetrwać. Nie będę zdradzać zakończenia, choć pewnie łatwo się zorientować, że na happy end nie bardzo się tu zanosi.

Książka na pewno ma walory poznawcze, można z niej dowiedzieć się sporo na temat Indii, życia jej mieszkańców, potraw, stylu ubierania, mentalności, systemu wartości. To świat niewątpliwie obcy nam kulturowo, odległy, czasem nawet niezrozumiały. Panuje moda na Indie, wiele osób jeździ tam, zwiedza, fascynuje się odmiennością życia i obyczajów.

Przyznam, że nie jestem miłośniczką Indii, nie interesuję się za bardzo ani krajem, ani jego historią czy literaturą. Pewnie gdyby nie DKK nie przeczytałabym „Delikatnej równowagi”. Doceniam oczywiście kunszt opowieści, w zachwyt jednak nie wpadłam; za dużo tu nużących, rozwlekłych opisów, roztrząsania szczegółów, koncentrowania się na drobiazgach. Książka liczy 674 strony!

Raził mnie też język, niektóre metaforyczne sformułowania brzmiały dla mnie dziwnie, np. „czarny kir skonfiskował słońce”, „kręgosłup sklepu został przetrącony”, „nadąsanym trzepotaniem palców odprawił ich” czy „radował się zapośredniczonym zwiedzaniem”.

Muszę też przyznać, że były i ładne porównania, np. to o czasie jako beli materiału, z którego wycięłoby się koszmarne noce i zostawiło ładne fragmenty, by czas stał się znośny.

W sumie cieszę się, że przeczytałam tę powieść; wśród klubowiczów też przeważał taki pogląd. Byli i tacy, których książka zachwyciła do tego stopnia, że przeczytali ją dwukrotnie.  Zachęcam więc, ale i uprzedzam; łatwo nie będzie, trzeba przygotować się na smutek, przygnębienie i pesymizm, który dominuje na kartach „Delikatnej równowagi”.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Podwójny portret państwa Beksińskich

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy - portret podwójny 

 Właściwie nie myślałam, że tak będzie. Wiedziałam, że czeka mnie przygoda i powolne odkrywanie tajemnicy pewnej rodziny.. ale tak dobrego kawałka literatury z pewnością się nie spodziewałam.

Autorka urzekła mnie przede wszystkim niezwykle skrupulatnym przygotowaniem do tworzenia biografii reportażowej. Szczegółowość i ilość przypisów jest naprawdę imponująca. Na ogromny plus zasługuje również sposób opowiadania. Przenosimy się nagle do Sanoka. Później do Warszawy. Razem ze Zbigniewem znajdujemy się w pracowni i czujemy zapach terpentyny. Siedzimy obok Tomasza na ulicy Myśliwieckiej i słuchamy muzyki... Kompletny odlot,  podobnie jak obrazy mistrza.  O Beksińskich wiedziałam wcześniej niewiele. Słyszałam o ich tragicznej śmierci. Podziwiałam niesamowite obrazy. ...i to wszystko. Książkę dostałam od znajomego w ubiegłym roku, ale ponieważ zawsze wpadało mi w ręce coś innego, czekała cierpliwie na półce. Naprawdę warto było sięgnąć po nią właśnie teraz. 

 

Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. 

Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna.

 

Postać ojca i syna. Podobni, a jednocześnie tak bardzo różni. Emocje były dla nich odległą krainą, do której ciężko się dostać. Wrażliwi i skryci. Piękni i tragiczni. 

Podczas spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki opinie były podzielone. Część osób uznała książkę za smutną i przez to mniej atrakcyjną. Ja natomiast, nie uważam, że jest ona smutna, za to z pewnością przejmująca i prawdziwa. Do dziś pamiętam, jak niesamowite wrażenie zrobiły na mnie obrazy malarza, znajdujące się w Sanoku. Mogłam siedzieć tam i patrzeć na nie godzinami. Mają w sobie coś niezwykłego i hipnotyzującego. 

 

To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie.

Ogromnie uderzył wówczas fragment wypowiedzi Zbigniewa dotyczący Tomka : 

To, że ktoś kocha życie, to nie znaczy, że wszyscy kochają życie. On na przykład na pewno nie kochał. On z dużym wysiłkiem woli je kontynuował.

Z kolei fragment zatytułowany 'Krótka wiadomość tekstowa'

podobnie jak obrazy Beksińskiego –

wywołuje dreszcze.

Ciemno, prawie noc. Gęsto pada śnieg. Wiesław Banach słyszy wprawdzie, że dostał esemes, ale nie ma czasu szukać w kieszeni komórki, żeby odczytać wiadomość. Nadzoruje załadunek skrzyń z pięciuset pięćdziesięcioma obrazami Zdzisława Beksińskiego, które jeszcze dziś wyjadą z Sanoka do Gdańska na wystawę.

Jest luty, mija rok od śmierci malarza. Mieszkanie na Sonaty 6 sprzedano, obrazy przewieziono do muzeum, ubrania oddano ubogim, colę z lodówek wypito, lodówki po artyście służą teraz muzealnym ochroniarzom. Sprawy artysty zamknięto, konta polikwidowano, rozwiązano umowy z siecią telefonii komórkowej, odcięto telewizję kablową i internet.

Wiesław Banach koło Warszawy przypomina sobie, że dostał krótką wiadomość tekstową. Sięga po telefon, w ciemnej szoferce samochodu mały ekranik oświetla mu twarz na niebiesko. Wiadomość wprowadza go w osłupienie.
Jest krótka: "Zadzwoń”

Została nadana z numeru Zdzisława Beksińskiego. 

Polecam. Zarówno tym, którzy interesują się malarstwem, jak i tym, na których obrazy nie wywołują żadnego wrażenia. Polecam osobom, które słuchały kiedyś audycji Tomka w radiowej Trójce, jak i tym, którzy nigdy o nim nie słyszeli. Polecam tym, którzy kochają życie, jak i osobom, które mają wątpliwości.. ale przede wszystkim polecam tym, którzy mają ochotę na niezwykłą ucztę literacką i emocjonalną. Warto.

Zbigniew Mentzel Wszystkie języki świata

Zbigniew Mentzel wyzwala już w samym tytule książki Wszystkie języki  świata pytanie „jakież to cechy języka sprawiają, że można nimi objąć wspólną klamrą w s z y s t k i e  języki”. Odpowiedź na dręczące go pytanie, dlaczego nie mówi językami obcymi, znajduje główny bohater powieści Hintz we śnie. Warunkiem opanowania języka – mówi postać ze snu – jest uświadomienie sobie istoty własnego „ja”, następnie dla jego wyrażenia szukać odpowiednich środków wyrazu. Zbigniew Hintz dochodzi zatem do wniosku, że (tu odzywa się temperament filozofa języka i  pisarza) warunkiem zaistnienia języka jest zdolność i odwaga mówienia o sobie. Na pytanie, co ma mówić, widziana we śnie kobieta, mężczyzna, nie wiadomo, odpowiada: Mów, co chcesz. Ale mów prawdę. Nie bój się. Nie wstydź.

Taki jest podtekst i sens warstwy fabularnej powieści. Wydaje się, że autor ma już pewną świadomość kierunku, w jakim powinna postępować powieść. Fabuła jest nader nieskomplikowana. Autor opowiada jeden dzień z życia głównego bohatera, dziesięć lat po zakończeniu komunizmu, w którym to wydobywa wiele wspomnień z przeszłości w porządku chronologicznym, ale jednocześnie porządek ten bywa niekiedy łamany. Podmiot narracji maluje krytyczny obraz własnych relacji z rodzicami, kreśli panoramę zdarzeń lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ujawnia wewnętrzny rezonans na fundamentalne pytania metafizyczne (poszukiwanie sensu życia, przypomnienie sobie opowieści o Wieży Babel), opuszcza erudycyjną sondę w obszar zagadnień o charakterze filozoficzno-językowym.  Na tej płaszczyźnie powraca heideggerowskie pytanie, czy my ludzie, zarówno w wymiarze indywidualnym jak i zbiorowym, potrafimy jeszcze mówić: A ja się zastanawiam, co my, naród, zrobiliśmy z darem mowy. Już nie obcymi językami, ale swoim własnym. Skończyła się, nasza mowa (…) Jesteśmy jak (…) Gadatliwe niemowy (…).Dla Zbigniewa Hintza, umysłu analitycznego,  życiowe dictum brzmiało: być wolnym jak albatros biały z wiersza Baudelaire’a, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko. Dziś pochwycony przez załogę okrętu, czuje się osaczony, niezdarny, zhańbiony głęboko. O dziwo, nikt inny, jak jego własna matka recytuje ten wiersz. Radykalizując swą logikę pragnie stworzyć synowi niebiańską przyszłość, p r a w d z i w ą  karierę, z początku na całą Polskę, a potem na cały świat. Jej syna nie fascynuje proponowany przez matkę paradygmat egzystencjalny. Albowiem przyjęcie go byłoby dla Hintza kalectwem, spędzony na ziemię i szczuty co kroku, jak albatros Baudelaire’a, czułby się zhańbiony.

Z obawy przed oportunizmem, czy z lęku przed utratą swojego „Ja” Zbigniew Hintz  próbuje dokonać rewizji swojej tożsamości, przyjrzeć się sobie z możliwie największą obiektywnością. W tym celu robi inwentarz swoich myśli. Wymieniając je, wślizguje się do przedsionka własnego języka, który w zamęcie codzienności jest niezauważalny. Wyznanie Hintza, że swoje myśli usłyszeć można dopiero w ogłuszającej ciszy, z dala od zgiełku codziennej komunikacji, wyzwala u czytelnika poczucie wysokich wymagań. Niezbędnym warunkiem poznania samego siebie (i samodoskonalenia się) jest dar przezwyciężania odległych doświadczeń, odległych myśli i związanego z nimi obcego języka. Obcego dlatego, że nie wyraża indywidualnych przeżyć mówiącego podmiotu. Albowiem: naszą wrażliwość poznawczą i duchową kształtują nasze własne doznania życiowe. Przekonanie to osiąga swój wyraz w poincie motta powieści:

 

Życie i śmierć są w mocy języka.

Kto go umiłuje, spożyje owoc jego.

                       Księga Przypowieści 18, 21

 

To upomnienie się owyrażanie własnych doświadczeń i myślidyskwalifikuje tradycyjną,  „martwą” metodę uczenia się języków obcych z podręcznika. Zbyszko uczył się angielskiego z Alexandra, lecz w rozmowie z Amerykanką w Londynie odczuł marność swoich umiejętności. Dopiero zachęcony przez nią do mówienia wszystkiego o sobie, co robi, coś o pracy, o życiu, o swoim kraju etc., udaje mu się pochwycić, przywołać i ożywić to, co w podręcznikowym języku było martwe i zaginione.  Przeszkodą komunikacji nie była, jak się okazuje, nikła znajomość języka angielskiego, lecz brak umiejętności mówienia o sobie w ogóle, mówienia nawet w języku ojczystym. By przełamać tę przeszkodę Zbyszko czuje się wezwany do „mówienia wprost”, po polsku, o swoim ojcu, jego pracy w szpitalu w warunkach komunistycznych, o swojej matce, jej pochodzeniu i wygórowanych ambicjach wobec syna, o swoich lękach, zdziwiony, że rzeka słów znalazła sobie we mnie ujście. Nie dziwią zatem słowa Hintza wobec filozoficzno-językowej deklaracji: Mówiłem językiem ojczystym, a jednak jakbym mówił wszystkimi językami świata. Mówienie staje się dla Hintza wspaniałe. Lecz jest wspaniałe wówczas dopiero, i zrozumiałe dla wszystkich, gdy zrywa się z ograniczeń martwego języka, gdy pozwala wyrazić siebie, swą niepowtarzalną inność, która się odkrywa w samym sobie poddawanym ciągłej tresurze świata zewnętrznego.

Myślę, że powieść Mentzla jest pozycją ważną wśród  wszystkich, których fascynuje ucieczka od truizmu i komunału, głód walki o zachowanie tożsamości. To prawdziwa lekcja czytania literatury słusznie zakładającego, że dzieło artystyczne ma stawiać pytania: Dlaczego? Dlaczego Zbigniew Hintz dokonał wyboru, porzucając marzenia matki (przestając być źródłem jej zwyczajnej pociechy) na rzecz literatury? Dlaczego wykazał się odwagą i nie dał się bezwolnie nieść fali, nie był bierny, bezradny i tchórzliwy? Być może dlatego, że Wszystkie języki świata jest powieścią o potrzebie czujności lub – inaczej – gotowości, w jaką uzbroić się musi człowiek, jeżeli pragnie być w zgodzie z samym sobą.

Recenzja książki "Grace Kelly" DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka pt.” Grace Kelly” autorstwa Wendy Leigh jest niezwykłym cyklem opisu życia pięknej amerykańskiej księżniczki. Autorka starała się przekazać  nam jak najwięcej tajemniczych szczegółów z życia tej gwiazdy. Grace nie żyła długo ale życie jej było bardzo burzliwe. Bardzo kochała swoje ciało i nie wstydziła się go pokazywać, co było przyczyną późniejszych jej zdrad z innymi mężczyznami. Uwielbiała ona bowiem być adorowana przez cały świat, w jej charakterze było ziarnko pychy co też bardzo uwidaczniała. W dzieciństwie była ona niekochana przez swego  ojca Jacka, nie ukrywał on bowiem swej niechęci do najmłodszej ze swych dzieci. To było również przyczyną charakteru jaki kształtował się w młodocianej wówczas wtedy Grace. Subtelna i delikatna dziewczyna nie mogła znieść faworyzowania ojca do starszej siostry Jej charakter przez to uwidaczniał się w późniejszych latach i nabierał szalonego rozpędu z czym mogły się potem wiązać różne problemy jej osobliwości. Rzadko kiedy podkreśla się jak wielką cenę zapłaciła aktorka za osiąganie swoich życiowych celów: wielka sława, piękne stroje oraz bajkowy ślub z księciem Rainierem Grimaldim. Życie Grace nie było usłane różami, choć po części było też spowodowane przez samą aktorkę.Grace bardzo lubiła swoją nagość i pokazywała ją świeżo poznanym mężczyzną, swoją cnotę straciła z mężem najlepszej przyjaciółki bardzo lubiła kontakty seksualne z żonatymi mężczyznami. Te cechy po części odziedziczyła po swym ojcu, który bardzo lubił towarzystwo innych kobiet.Pierwszy raz publicznie wystąpiła ona podczas kampanii swojego ojca na burmistrza Filadelfii. Została ona dostrzeżona przez odpowiednich ludzi na właściwych stanowiskach i jej kariera nabrała nieodwracalnie przyspieszonego tempa.Miała kilku przyjaciół min. Avę Gardner i Gretę Garbo, romansowała z Frankiem Sinatrą, kochała nieodwzajemnioną miłością Clarka Gable a. Była niezwykle przesądną kobietą  i często czytała horoskopy, często obdarowywała swoich znajomych przeterminowanymi czekoladkami i mydłem, które sama dostała kilka miesięcy wcześniej. Najsmutniejszy okres życia Gres można przypisać do małżeństwa z następcą tronu Monako, dużo czasu spędzała wtedy w  samotności. Ślub był wyreżyserowany na potrzeby publiki. Było to małżeństwo dla prestiżu, rodzina Kelly opłaciła to kwotą 2 milionów dolarów, a książęca dynastia zyskała zastrzyk dużej kasy i reklamę samego kraju.Tak naprawdę książę nie był największą miłością życia Grace, tak samo jest w przypadku młodego Grimaldiego. Książe kochał się w Marylin Monroe, zaś sama Kelly utrzymywała intymne kontakty z innymi mężczyznami. Grace bardzo często spędzała czas w samotności tęskniąc za amerykańskim stylem życia i wracając do wspomnień blichtru. Jej pozycja została okupiona ogromną ceną. Do końca życia pozostała nieszczęśliwa.

 

Recenzja książki "Najdroższa" Wandy Żółcińskiej

Recenzja powieści „Najdroższa” Wandy Żółcińskiej

Bardzo nam się podobało, prawda, najdroższa? Tak mogłaby powiedzieć główna bohaterka debiutanckiej powieści Wandy Żółcińskiej, która zwraca się do… właśnie, do kogo? Kim jest najdroższa? Dlaczego Sonia (imię to pojawia się dopiero na przedostatniej stronie książki) szuka u niej akceptacji swych decyzji i wyborów?

Czy jest tak bardzo samotna i rozmawia ze sobą? A może to echa przeżyć z dzieciństwa? Dlaczego o matce bohaterka mówi „Ona”? O co chodzi w liście napisanym przez matkę?

Po lekturze powieści mam wiele pytań, pomimo że przeczytałam ją dwukrotnie. Nie ma w niej chyba oczywistych odpowiedzi. Przyznam, że mnie właśnie to bardzo się w „Najdroższej” podoba. Ta nieprzewidywalność akcji, nieoczywistość postępowania głównej bohaterki, to jej rozedrganie wewnętrzne, niemożność podjęcia pewnych decyzji.

Autorka w jednym z wywiadów określiła Sonię jako osobę neurotyczną, skoncentrowaną na sobie, skłonną do wyolbrzymiania wszystkiego. Rzeczywiście, nie jest jej łatwo. Pracuje w korporacji, co nakłada na nią wiele obowiązków, opiekuje się matką chorą na Alzheimera, jest uwikłana w dwa związki, jeden z żonatym mężczyzną.

Boi się, że nie poradzi sobie, zapomni o czymś, nie dopilnuje. Myśli, czy zdać się na pomoc Augusta. A co w takim razie z Celestyńskim. Jak długo matka będzie mogła mieszkać sama, jak znaleźć dobrą opiekunkę, dobry dom opieki, co z kotem Myszonem? Ciągła gonitwa myśli, wspomnień z dzieciństwa, niełatwego i tajemniczego.

„Najdroższa” to świetna współczesna powieść, której bohaterka to przedstawicielka młodego pokolenia żyjącego często w ciągłym pośpiechu, w natłoku obowiązków, w napięciu i poczuciu winy, że wciąż z czymś się nie zdąża. Jest doskonale napisana, pięknym językiem świetnie oddającym nastroje młodej kobiety; krótkie, urywane zdania, dużo pytających, narracja pierwszoosobowa, oszczędne dialogi, niepokojąca okładka.

Warto zapamiętać nazwisko autorki, prawda, najdroższa?

 

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki "Zapisane w kościach" DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka pt. „ Zapisane w kościach” Simona Becketta jest kryminałem, w którym czyha na czytelnika mroczny świat pełen lęku i zgrozy. Autor w najbrutalniejszy sposób przekazuje czytelnikowi sentencję książki. Akcja  ma miejsce na najbardziej oddalonej na północ Brytanii  wysepce. Wysepka jest tak oddalona, że nie widać nic poza statkiem i promem w oddali. Rzecz dzieje się w czasie huraganu i odciętego od świata życia, mroczna powieść, zwłoki ludzi, ciała zostają palone, zostają tylko kości. Ginie wiele ludzi w niewyjaśnionych okolicznościach.  Bohaterami jest małżeństwo, które okazuje się, że są dla siebie bratem i siostrą. Sami się wychowują i dorastają wśród ludzi. Są oni właścicielami wysepki na której dzieje się tak wiele zła. Brat poznaje inną kobietę właścicielkę hotelu z którą potem ma syna, siostra dowiadując się, iż mąż ją zdradza chce zaprzestać tym zdradą i znów mieć brata na zawsze, planuje więc morderstwo jego kochanicy, jednakże plany te nie wiodą się gdyż brat zabrania jej morderstwa,  plan siostry nie udaje się. Brat rozpala pożar w którym tak jak on zatajał zbrodnie swojej siostry i zacierał ślady ginie on i wraz z nim giną jego ślady. Koniec fabuły zwiastuje ze mordercą głównym okazuje się siostra, a brat jej pomocnikiem zacierającym makabryczne zwłoki i wraz z nimi wszelakie ślady.

Anna German o sobie

Mariola Pryzwan, z wykształcenia polonistka, z zawodu bibliotekarka, z zamiłowania biografistka, od lat zafascynowana jest Anną German. W 2012 roku minęła trzydziesta rocznica śmierci piosenkarki i z tej okazji autorka wydała w postaci książki wypowiedzi Anny German rozproszone w audycjach radiowych, prasie polskiej, radzieckiej, włoskiej, w prywatnych listach. Jest to tym cenniejsze, że nie lubiła mówić o sobie. Znaczna część materiałów pochodzi z archiwum męża piosenkarki, Zbigniewa Tucholskiego. Jerzy Waldorff powiedział kiedyś: „ cenię Annę German za liryzm tkwiący w samej materii jej głosu jasnego, chłodnego i słodkiego zarazem, a prowadzonego z dźwięku na dźwięk uchem tak czujnym, jak bywa u doskonałych skrzypków”. Niewątpliwie Anna German to fenomen, który rzadko się zdarza. Głos ustawiony z natury, o niepowtarzalnej barwie, który zachwycał słuchaczy na całym świecie. Z wywiadów prasowych, radiowych i z prywatnych listów dowiadujemy się co Anna German sama myślała na temat swojego śpiewania, występów przed publicznością, pracy i życia rodzinnego. Dzięki temu, że Pryzwan oddała narrację artystce w stu procentach, otwierając książkę „słyszy” się Annę German. Dodatkowym atutem jest duża ilość dokumentów i zdjęć, z których patrzy piękna, zgrabna kobieta. Sama miała kompleks, martwiła się, że jest za wysoka. A i z jej wypowiedzi wyłania się piękny człowiek. Zadziwia jej skromność i pokora. Przecież była gwiazdą, jeździła po świecie, mogła być zatem wyniosła i zarozumiała. Tymczasem z wielkim szacunkiem podchodziła do śpiewania i do publiczności. Nie czuła się uprawniona, by nazywać siebie kompozytorką, by profesjonalnie wypowiadać się na temat muzyki, bo studia skończyła w innym kierunku, a śpiewanie po prostu czuła. Dobrze czuła się w polskiej piosence lirycznej i w rosyjskim romansie, w ludowej melodii neapolitańskiej i w arii Scarlattiego. Pięknie mówi na temat swoich piosenek: „...uważam, że dobry utwór nie wymaga szminki i oprawy piór, schodów czy koturnów. Najważniejsza jest piosenka, a nie to, w co ją „opakowano”. Śpiewając mam słuchaczy o czymś przekonać, zawiadomić. Jeśli treść jest błaha – z reguły odrzucam piosenkę.”

Zadziwia jej zdanie na temat festiwali. Uważa je za zło konieczne, ale rozumie ich znaczenie, bo można się wybić i zostać zauważonym przez krytyków. Z zebranych przez Mariolę Pryzwan materiałów dowiadujemy się co Anna German myślała na temat śpiewania, aktorstwa, życia artystycznego, współpracy z muzykami, życia rodzinnego, macierzyństwa, o jej zainteresowaniach, pasjach, marzeniach. Co wzruszające cały czas podkreślała swoją miłość do Polski, uważała ją za swoją pierwszą ojczyznę. Gdy była we Włoszech, to mimo że jest tam znacznie ładniej i cieplej, tęskniła do swojego kraju. Poruszająca jest jej filozofia życiowa, zwłaszcza w kontekście dzisiejszych czasów: „ważne jest nie tylko zarabianie pieniędzy i życie z dnia na dzień. To, co robimy, powinno nam sprawiać radość”. „Człowiek nie powinien robić w życiu nic wbrew sobie, wbrew swoim przekonaniom, wbrew własnemu charakterowi. Nic, co by później miał wspominać z niechęcią”. Aż żal, że dziś nie mamy już takich piosenkarek, tak zdolnych, wartościowych, a jednocześnie tak skromnych.

Recenzja trzech opowiadań A. Czechowa

Recenzja trzech opowiadań Antoniego Czechowa

Listopadowa propozycja naszego DKK nieco zaskoczyła klubowiczów. Klasyka literatury rosyjskiej, opowiadania Czechowa będące lekturą szkolną! Właściwie, czemu nie? Przeczytamy po raz kolejny, zwłaszcza że listopad to dość smutny pogodowo i zaduszkowy miesiąc.

Sięgnęliśmy zatem po trzy krótkie opowiadania: „Śmierć urzędnika”, „Kameleon” i „Końskie nazwisko”. To pierwsze dobrze się wpisuje w listopadowy klimat, choć i gorzkiego humoru w nim sporo. Czy rzeczywiście strach przed wyższym rangą urzędnikiem może doprowadzić do dramatu? Stawialiśmy to pytanie, jednocześnie przyznając, że lęk przed zwierzchnikiem, służalczość, podlizywanie się władzy to zjawiska odnoszące się nie tylko do czasów Czechowa. Także i dziś mamy takich kameleonów – Oczumiełowów skłonnych do szybkiej zmiany zdania, bojących się zająć otwarte i jasne stanowisko, wyrazić swój niezależny sąd.

Podziwialiśmy kunszt tłumacza w opowiadaniu „Końskie nazwisko”, zastanawiając się przy okazji nad szczególną metodą leczenia zębów czyli ich zamawianiem i to na odległość!

I tak rozmawialiśmy, zachwycając się pisarstwem Antoniego Czechowa. Pozostaje przecież wciąż mistrzem i geniuszem pióra. Jego opowiadania i dramaty cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, jest czytany i wystawiany.

Klubowicze przeczytali  nie tylko trzy omawiane teksty, sięgnęli  po inne. Była też okazja, by wspomnieć świetne przedstawienia jego dramatów w Teatrze Telewizji.

Czechow to zawsze dobry wybór.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Recenzja książki „ Podróż długa i dziwna . Drugie odkrywanie Nowego Świata„ DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka  pt. „ Podróż  długa i dziwna . Drugie odkrywanie Nowego Świata„  Tony Horwitza jest zapiskiem codziennego dziennika odkrywanego przez dziennikarza. Historia odkrycia  pierwszych 100 lat z dziejów Anglii Północnej oraz czas między Kolumbem. Podróż rozpoczyna się w Nowej Fundlandii, tam też mieszczą się pozostałości Wikingów. Następnie akcja przenosi się na Dominikanę, kojarzącą się z pięknym krajem turystycznym. Prowadzi szlakami Hiszpanów, opisuje francuskie fronty, na sam koniec opisuje postać Roanoke Jamestownai początki kolonizacji angielskiej.

W książce jest bardzo dużo mitów Celtyckich, książka pełni role podręcznikową. Przedstawione zostają losy księżniczki Pocahontas, która umiera osieracając swoje dziecko, po którym też nie ma śladów. Wspomniane są również relacje historyczne przeplatające się z reportażami z ważnych miejsc. Takich jak kopce Indian, muzeum Kolumba na Dominikanie i wiele innych. Wszystkie te miejsca łączy wspólna więź, wszystkie są bardzo  zaniedbane. Z drugiej strony autor odnajduje ludzi, którzy strzegą swojej pamięci historycznej i tożsamości, choć niekiedy przybiera to groteskowe formy jak np. uroczystości pokutne, podczas których potomkowie Francuzów przebaczają potomkom Hiszpanów, rzeź sprzed 400 lat albo różnego rodzaju kluby, zakony, których celem jest gromadzenie osób pochodzących bezpośrednio od Pocahontas. Niestety też obok tego radosnego absurdu pokazuje jak niedawno rdzenni mieszkańcy Ameryki traktowani byli jako obywatele drugiej kategorii, jak niewiele zostało z ich cywilizacji kultury zniszczonej przez białych, którzy teraz domagają się zwiedzania skansenów i zakopują kryształy w święconej ziemi wymarłych plemion aby” uczcić ich pamięć”.

Na koniec dowiadujemy się, że Pocahontas zmarła na gruźlice.

 

"Zamek z piasku" M. Witkiewicz - recenzja

 

    „Zamek z piasku” M.Witkiewicz  przeczytałam jako którąś z kolei wakacyjną lekturę. Jest to książka, którą zapamięta się dłużej. Dlaczego? Bo mówi o ważnych relacjach między dwojgiem bliskich sobie ludzi. Bo „tworzenie wzajemnych relacji to jak budowanie zamku z piasku. Nieustannie trzeba dbać, by nie runął… I by nikt nie wszedł w niego butami… Nie można na chwilę spuścić go z oczu. Związek pomiędzy dwojgiem ludzi bywa kruchy. Dokładnie tak jak zamek z piasku. Gdy odwrócisz głowę, zaleje go morska fala. Pozostanie tylko słona morska woda albo słone łzy.” Ten cytat daje do myślenia, dlatego zaczęłam zastanawiać się, co ważnego mogłabym wykorzystać z tej książki do swojego życia. Skupiłam się na krótkich wypowiedziach, podsumowaniach i wskazówkach – radach życiowych. Nie patrzę na ten utwór przez pryzmat moich doświadczeń, bo są całkowicie odmienne. Poza tym wydaje mi się, że autorka nie do końca przedstawiła analizę problemów. Trochę było to powierzchowne, a to co najważniejsze, czyli jak odbudować zerwane więzi, jak pogodzić się z brakiem dziecka, jak przebaczyć i wybaczyć sobie, zostało wrzucone w króciutki epilog. Tak łatwo jest coś zniszczyć, a tak trudno naprawić relacje i zmienić siebie.

    Dla mnie ważne z tej książki są słowa – zdania klucze, które pozwalają mi poznać siebie. Większość z nich znamy, ale nie za bardzo nad nimi się zastanawiamy. Może kiedy sobie je przypomnimy, to lepiej zrozumiemy drugą osobę. A oto kilka z nich:

„Moja babcia powiedziała mi kiedyś, że mężczyznom trzeba wszystko dokładnie wytłumaczyć, a najlepiej pokazać, bo inaczej mogą nas nie zrozumieć.”

„W życiu chyba też tak jest, że aby coś osiągnąć, trzeba trochę pomóc losowi.”

„(…) aby związek funkcjonował prawidłowo, trzeba mieć coś swojego. Choćby jedną rzecz.”

„Oprócz miłości do życia potrzebne są też inne rzeczy. (…) Nie można  rezygnować z przyjaźni, z innych znajomości, nie można wiecznie być ze sobą i patrzeć tylko na siebie. Świat jest piękny, inni ludzie też są interesujący. Można się tym wszystkim cieszyć we dwoje.”

„Nie można zamknąć kogoś w klatce z kulą u nogi. (…) Jeżeli dasz komuś wybór – wybierze ciebie. A jeżeli nie będzie miał wyboru – jak tylko nadarzy się okazja, zniknie.”

„Czasem myślisz, że będąc z kimś prawie połowę swojego życia doskonale zdołałeś go poznać… a tak naprawdę w ogóle go nie znasz. Zaskakuje cię po tylu latach. Nie zawsze pozytywnie…”

„Zdrada nie jest rozwiązaniem, ale jest czasowym substytutem tego, czego nie ma w związku.”

„Żeby tak wiele wiedzieć o ludziach, trzeba umieć na nich patrzeć i wyciągać wnioski. Jak wiele trzeba mieć tolerancji dla ludzi, by akceptować ich niezwykłą odmienność. Ich inny sposób wartościowania.”

„Mężczyźni są wygodni i leniwi. To uogólnienie zamyka temat. Może nawet i kochają i są przywiązani, ale nie rozumieją potrzeb kobiet, które po prostu wciąż muszą być o ich miłości przekonywane. Prezentami, ciepłym słowem, pomocą, zainteresowaniem, wspólnymi celami, zabiegami o ich komfort psychiczny, komplementami, seksem. Całą masą rzeczy, które kobieta odbiera jako drobne dowody prawdziwej miłości.”

„Kobiety mają niezwykły dar do komplikowania sobie życia. Do zawoalowania swoich próśb, myśli, pytań, oczekiwań. Mężczyźni lubią klarowne sytuacje. Gdyby wszyscy mówili wprost, na pewno byłoby lepiej na tym świecie…”

„Rodzicielstwo to bardzo trudne zajęcie. Prawdopodobnie najtrudniejsze na świecie. Łatwiej zbudować potęgę korporacji niż wychować dziecko na dobrego, uczciwego człowieka.”

„To dziwne, że nawet gdy jesteśmy dorośli, to wciąż tak bardzo dobrze czujemy się w ramionach rodziców. Nie robimy tego, bo przecież to oznaka słabości, ale marzymy o tym, by ktoś nas przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Wiara czyni cuda. Szczególnie wiara w to, że wszystko będzie dobrze.”

„Tak sobie myślę, że Bóg jest dobry. I gdyby nie chciał, by ludzie korzystali z zapłodnienia in vitro, to by nie pozwolił im tego wymyślić.”

„Czasem trzeba po prostu zamknąć za sobą przeszłość i nie patrzeć do tyłu.”

   Myślę, że nie tylko ja pochyliłam się nad tymi słowami, bo wiele w nich mądrości i nauki.

 

Jolanta Łuczak- członek DKK przy Bibliotece Publicznej Gminy Witonia

 

7 dni- IV Ogólnopolska Dyskusja Literacka

7 dni” autorstwa Eve Ainsworth to lektura dość świeża, swoją premierę miała we wrześniu tego roku. Opowiada o szkolnej agresji wobec Jess, która przez swoją nadwagę jest prześladowana przez szczupłą i popularną Kez. Sytuacja wydaje się dość typowa, jednak ukazanie każdego z siedmiu tytułowych dni ze strony obu postaci już takie typowe nie jest. Czytelnik ma szansę poznać cały dzień ze strony Jess: jej problemy domowe, przemyślenia, emocje, gdy spotyka Kez. Zaraz po przeżyciu każdego dnia razem z bohaterką, cofamy się do rana, aby ten sam dzień zobaczyć od strony Kez. Jest to próba usprawiedliwienia czynów Kez - czy udana, to już zależy od opinii czytelnika.

Książka świetnie nadaje się na dyskusje i dzielenie się swoimi przemyśleniami. Samemu można ją przeczytać i stwierdzić, że nam się podoba albo nie, ale w grupie osób można już wszcząć dyskusję i przejść w niej od książki aż do samego pojęcia agresji w szkole.

W obecnych czasach agresja w szkole to częsty problem i być może przeczytanie tej książki pomoże atakowanym, uświadomi atakujących, ale także pozwoli zauważyć ją osobom trzecim. Uświadamia także, iż w każdej sytuacji mamy różne punkty widzenia, dwie strony medalu.

Bartek Nowak – członek DKK, uczestnik IV Ogólnopolskiej Dyskusji Literackiej.

 

Przerażajace 7 dni - Ogólnopolska dyskusja w DKK w Stróży

Przerażające 7 dni

 

Z niezwykłą łatwością przychodzi ludziom krytyka młodszego pokolenia. Stwierdzają, że nie mają prawdziwych problemów, tylko jakieś wymyślone, bzdurne historie. „Ciągle tylko ten internet!”- można usłyszeć z ust każdego „specjalisty” zapraszanego do porannych programów telewizyjnych. Jednak ciągła pogoń za dobrem materialnym, powodująca brak czasu rodziców oraz ich ignorancja wobec środków masowego przekazu i mediów jakimi posługują się dzieci to coraz częstsza przyczyna domowych tragedii.

Książka Eve Ainsworth zatytułowana „7 Dni” jest przerażającym obrazem dorastania wśród obojętności dorosłych i podłości szkolnych kolegów. Napisana z perspektywy ofiary przemocy domowej, będącej jednocześnie szkolną dręczycielką Kez, oraz walczącej o przetrwanie wśród szkolnych sadystów Jess. Nie jest ważne gdzie znajdują się postaci - zarówno szkoła jak i dom nie dają żadnej z nich wsparcia, a przyjaciele nie zawsze okazują się prawdziwi. Dziewczyny pochodzą z zupełnie odmiennych środowisk – jedna ma piękny dom na „bogatym” osiedlu, druga mieszka w bloku, w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu. Obie jednak maja podobny problem, problem z rodzicami. Jess wychowuje się w rozbitej rodzinie, ojciec zostawił ich dla innej kobiety, nie płaci alimentów i od kilku lat nie spotyka się z dziećmi. Za to Kez jest ucieleśnieniem znienawidzonego przez siebie agresywnego rodziciela. Nie potrafiąc poradzić sobie z rodzinnym dramatem ucieka w przemoc i pozerstwo, zostawiając pobitą, przerażoną matkę na pastwę zgorzkniałego, sadystycznego ojca, który po utracie pracy nie potrafi poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością.

Przemoc w szkole i rodzinie jest punktem wyjścia tej niepokojącej powieści. Autorka ukazuje w niej niezwykle traumatyczny obraz dorastania współczesnych nastolatków pozostawionych przez rodziców samych sobie. Tylko nieliczne postaci ukazujące się na kartach książki mają pełne ciepła i rodzicielskiej miłości rodziny. Co jednak nie chroni ich przed szkolna przemocą. Krytyka podstawowej jednostki społecznej nie jest jednak jedynym poruszonym w tekście tematem. Szkoła jako instytucja również nie zdaje egzaminu. Brak jakiegokolwiek zainteresowania problemami wychowanków niemalże doprowadza do tragedii. Nauczyciele i wychowawcy pozwalają się zbyć byle jakimi wymówkami i kilkoma naiwnymi zapewnieniami, że „nic się nie stało i nie ma o czym gadać”.

7 Dni” nie jest jednak zwyczajną książką o szkolnych „znętach”. Porusza bardzo ważny w XXI wieku problem odpowiedzialności rodziców za sposób, w jaki ich dzieci korzystają z mediów społecznościowych. Pełne słownej agresji, podłych komentarzy, czy gróźb wpisy nazywane popularnie internetowym hejtem, dotyczą praktycznie wszystkich dzisiejszych nastolatków. Takie sytuacje są bardzo często po prostu lekceważone przez dorosłych, niezdających sobie sprawy, że social media są drugą rzeczywistością dla ich podopiecznych. Kreują tam swój wizerunek, zaczerpnięty z kolorowych magazynów, blogowych poradników, płytkich youtuberskich filmików czy ogłupiających reklam i teledysków. To właśnie wizerunek jest główną przyczyną kompleksów i szkolnych problemów Jess. W porównaniu do swoich rówieśniczek nie jest ani modnie chuda, ani odpowiednio wytapetowana. Ciuchów również nie ma odpowiednich. Książka Pani Ainsworth jest lekturą obowiązkową dla osób zainteresowanych wpływem, jaki ma na nastoletnie dziewczyny wykreowany przez media wizerunek kobiety. Można śmiało stwierdzić, że sam sposób wykreowania kobiecych bohaterek, może się pisarce nieźle oberwać od feministek.

Autorka stworzyła interesujący obraz młodocianej psychiki pokolenia mediów społecznościowych. Dzięki prostocie przekazu i lekkości pióra – a raczej klawiatury, Eve Ainsworth dała czytelnikowi powieść, którą mimo powagi tematu czyta się jednym tchem. Mimo niezwykle (jak dla mnie) optymistycznego zakończenia, z chęcią wezmę do ręki kolejną książkę pisarki.

Joanna Cieśla - uczestnik IV Ogólnopolskiej Dyskusji

 

Recenzja ksiązki-Taniec szczęśliwych cieni -DKK Uniejów

Książka Alice Munro pt. „ Taniec szczęśliwych cieni” jest zbiorem opowiadań o codziennych  relacjach  ludzkich. Opowiadania te mają miejsce w Kanadzie, są one jakże odmienne od siebie, zmieniają się bohaterowie i ich inne problemy. Jedno z opowiadań opisuje mężczyznę, który sprzedaje róże tabletki na wszelkie dolegliwości, maści na włosy, można sobie wyobrażać, że jest on jakby znachorem i ulecza swoich potencjalnych klientów. Podróżuje on wraz ze swoimi dziećmi, czasami  również i żoną po różnych zakamarkach sprzedając swoje produkty. Podczas podróży  (bez rodziny) skręca z zaplanowanej trasy i odwiedza swoją dawną miłość. Wówczas wracają ciepłe wspomnienia. Natomiast kolejne opowiadanie to całkiem inna historia więzy miłości matczynej, historia odzwierciedla kochającą matkę, która swój trud pracy wkłada w piękną suknię dla swej córki na bal, relacje między dwiema kobietami są poprawne, ciepłe. Kobiety się dobrze porozumiewają. W książce dominuje bardzo dużo przemyśleń nad życiem nie dopowiedzianym, dając czytelnikowi niepokój jak i zarazem chęć poznania dalszych losów bohaterów. Powieść jest krótką historią na różne nie kończące się tematy.

Recenzja książki "Małe lisy"

Justyna Bargielska w „Małych lisach” „wychwytuje” codzienność. Notuje skrzętnie jej drobne przejawy, biorąc pod obserwację dwie bohaterki; singielkę Agnieszkę i mężatkę z dwojgiem dzieci, Magdę. Tak naprawdę to właśnie one obserwują uważnie to, co dzieje się wokół nich, a także w nich samych. Są tu bowiem nie tylko sprawy życia codziennego, ale i sny, fantazje, pragnienia, „małe grzechy”.

Czytamy kolejnych dziesięć rozdziałów zawierających we wstępie krótkie informacje o tym, co w nich będzie. Bohaterki pojawiają się  przemiennie, by w końcówce spotkać się wreszcie. Bargielska tak opisuje życie Magdy i Agnieszki, że w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy to przypadkiem nie jest jedna osoba. A może to każda z nich marzy o innym życiu, życiu innej kobiety; Agnieszka o byciu żoną i matką, Magda o byciu singielką?

Wątki przeplatają się, trudno za nimi nadążyć; niedomówienia, skojarzenia, metafory… Czuje się, że autorka jest poetką. Jak sama przyznaje „odbiera świat słuchem” i znajduje „perełki; absurdalne, niechlujne, niedbałe…” Potrafi pięknie je połączyć i nic to, że czasem trzeba wrócić o stronę, dwie, by upewnić się, że nasze myślenie idzie w dobrą stronę.

A ileż dobrej zabawy czeka nas przy czytaniu. „Małe lisy” są dowcipne, wiele tu zdań, które chciałoby się zapamiętać i cytować przy sposobności. Wspomnę choćby: „czy gotuj na wolnym ogniu znaczy tyle, co gotuj bez opamiętania” czy ”teraz poza kobietami starzeją się tylko produkty spożywcze”.

Dowcipne tony autorki przechodzą często w groteskę i surrealizm. Dotykają jednak spraw ważnych, głównie tzw. kobiecych. Sąsiadki z bloku i z osiedla spotykają się w windzie, na spacerach, w siłowni, u fryzjera. No i gada się tam o sprawach prokreacji, dzieciach, ciążach, poronieniach. Po „Obsoletkach” także tutaj porusza Bargielska ten temat głównie za sprawą pomniczkowej opowiadającej ze szczegółami o stracie córki w czwartym miesiącu ciąży, pogrzebie i nagrobku.

Co wrażliwsi mogą się obruszać, ale dla mnie autorka pisze po prostu o tym, co jest ważne, głównie dla kobiet, opiera się też na swoich doświadczeniach. Pisze o tym, że choć dzieci są miłością życia, to często ma się ochotę przed nimi uciec, „choćby odpływem wanny”. Gdy zaś trzeba z okazji świąt prywatnych, państwowych czy kościelnych przygotować jedzenie dla większej grupy osób, dobrze jest udawać chorą; jak robi to matka Magdy.

Czy więc książka Bargielskiej to takie „babskie gadanie”? Trzeba przyznać, że bohaterkami są głównie kobiety, mąż Magdy jest raczej na drugim planie, chłopak Agnieszki zginął w wypadku. Jest jeszcze Pajda, nożownik, z którym pewnie „każda z was dziewczynki chciałaby mieć romans”? Co do romansu z Pajdą, to nie wiem, ale Bargielską polecam. Świetny język, dowcip, ironia - wystarczy się tym delektować i niekoniecznie mocno zastanawiać się, o czym jest ta książka. A tytuł? Trzeba sięgnąć do biblijnej „Pieśni nad pieśniami” i spróbować samemu pokusić się o interpretację lub skorzystać z podpowiedzi autorki (wywiad w Wysokich Obcasach z 2011 roku ).

Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

Zachwycająca książka – Bukareszt  kurz i krew. Jej autorka udaje się do Bukaresztu, by napisać o nim reportaż. Książka jest popisem ciekawej świata spostrzegawczości, wspomaganej erudycją ani trochę na popis. Autorka przedstawia to, z czym zetknęła się namacalnie. Starsi czytelnicy znają to wszystko, minioną rzeczywistość komunistyczną, bez czytania, ale lektura ukonkretnia wszystko i udobitnia. Bukareszt jest  miastem-poligonem służącym do opisania i rozważania węzłowych problemów  w komunistycznej Rumunii aż do jej upadku. Dla uchwycenia goryczy egzystencjalnej, jaką przepojona jest cała książka, a w niej cały katalog ponurości i katastrof  autorka posługuje się tzw.  „Obserwacją uczestniczącą” -  metodą badawczą wypracowaną przez wybitnego polskiego antropologa  Bronisława Malinowskiego. W tym celu jeździ wielokrotnie do Bukaresztu, by  w bezpośredniej relacji z ludźmi tropić różne koślawości życia zbiorowego i wynaturzeń jednostek, by  doświadczyć codzienną nijakość, frustrację, nierówność, dzikość,  pesymizm i trwogę przed śmiercią obywateli w komunistycznej Rumunii.

Książka Bukareszt kurz i krew nosi wyraźne znamiona reportażu literackiego, przez co autorka znacznie poszerzyła w imię sztuki żywej i oryginalnej zakres tradycyjnego  reportażu sprawozdawczego, który pełnił funkcję wyłącznie faktograficzną. Obserwacje, zdarzenia, fakty. Intencje autorki wybiegają jednak daleko poza samą faktografię. Czujemy, że to one tworzą właściwą materię książki, jednakże Rejmer wyłamuje się z ram fotograficznej dokładności  i wprowadza nas w istotę rzeczy głębiej niż to mogłaby zdziałać pospolitość rejestracji  zewnętrznych zjawisk.  Tę pożądaną głębię rzeczywistości ukazuje w sposób dramaturgiczny,  stosując typowe dla prozy artystycznej środki wyrazu, indywidualizację języka bohaterów, z odpowiednim tłem  ich odrębnej osobowości,  barwność opisów, selekcję faktów – zawsze ze zdrową pokorą wobec realności. Dokładne prześledzenie poetyckiej drogi niniejszego reportażu  wymagałoby odrębnego studium.  Wystarczy wskazać na rumuńską epopeję pasterską „Jagniątko”, do której Rejmer się odwołuje, by na kanwie literackiego  obrazu wniknąć  w specyfikę rumuńskiej duszy. Pasterz stada nie posłuchał jagniątka w sprawie zbliżającego się zagrożenia i poddał się losowi.  Rejmer prowokuje czytelnika stwierdzeniem rumuńskiego myśliciela Mircea Eliade, który dostrzega w zachowaniu pasterza prawdziwe piękno i wielkość. Nie można uciec ani przed losem, ani przed wrogiem, oto tragizm ludzkiej egzystencji. (…) Liczy się tylko tragizm losu i pogodzenie się z nim. Otóż kwestia tchórzliwej  „uległości Rumunów”, wynikającej z braku tradycji buntowania się przeciwko władzy, wyrażana jest w przeplatających się i różnorodnie modulowanych refleksjach. A więc kontrapunkt umożliwiający autorce ukazywanie czytelnikowi ducha narodu rumuńskiego  r ó w n o c z e ś n i e  z kliku punktów widzenia. Odmienne zdanie  wyraża Octavian, absolwent teologii w Bukareszcie, dla którego Rumuni nie są „fatalistami”. Wcale nie jesteśmy bierni. To najprostsze….,  patrzeć na Rumunów w kontekście Jagniątka i wyobrażać sobie, że cały naród taki jest. Wielorakość sądów otwiera zatem rozległą panoramę spojrzenia na rumuńską rzeczywistość, nie zacieśniając pola widzenia do wąskich ram jednostronnej perspektywy.

Dla Rejmer ważne jest też i to, że dojście na najkrótszej drodze do prawdy, do sedna rzeczywistości jest niemożliwe; można przybliżyć się do niej tylko via szerszy kontekst polityczny i kulturowy oraz via natura ludzka w jej najbardziej zasadniczych aspektach. I Rejmer to robi.W pewnym momencie zauważa, iż w Rumunii mieszają się wpływy rumuńskie, żydowskie, ormiańskie i tureckie, zaś  jej obywatele są potomkami cesarza Trajana i rzymskich legionistów.  W dążeniu  do społeczno-politycznej Wielkości Rumuni angażują się w nazizm i mordują u boku Hitlera. Rozczarowani negatywnymi skutkami tegoż zaangażowania, zginają po wojnie kark przed Nicolae Ceausescu, jedni w nadziei, że z jego charyzmą odbudują Wielką Rumunię, inni zaś, z uwagi na odmienność myślenia, w obawie o utratę wolności, a nawet życia. Zastraszony i złamany duchowo lud staje się przedmiotem manipulacji politycznego mechanizmu Ceausescu, zacz władzy totalitarnej par excelence. Ceausescu tworzy mit obrony Rumunii przed najeźdźcami (Turkami, Rosjanami, Węgrami); odwołując się  do natury ludu rumuńskiego dąży do utrzymania za wszelką cenę jedności, wynikającej  z presji strachu przed agresją  z zewnątrz.

                Autorka zachęca również do refleksji nad językiem, w którym jak w zwierciadle odbija się koszmarny kryzys psychiki Rumunów, eskalujący napięcia i kłopoty codzienności. Wpędzeni w labirynt niepewności, niepowodzeń i przeciwności Rumunii kanalizują swoje frustracje i agresje w języku, który jest dla nich wentylem bezpieczeństwa. Nie jest zatem przypadkiem, że Rumunii chełpią się nadmierną wulgarnością swojego języka: Mamy wspaniałe przekleństwa, na różne okazje, bardzo obrazowe. Owe wulgaryzmy są, według jednego z ekspertów językowych, odpryskiem świata wewnętrznego, sposobem na spuszczenie z balonu własnej osoby. W odniesieniu do wulgaryzmów języka rumuńskiego Rejmer odwołuje się do wypowiedzi laureatki nagrody nobla Herty Müller. Żywiołowość przekleństw w języku rumuńskim, zdaniem Müller i Rejmer, idzie w parze z intencją przechwycenia całej wściekłości.

 

Książka Bukareszt kurz i krew jest tekstem znakomicie skomponowanym.  Wielość ujęć narracyjnych odpowiada mnogości problemów, retrospekcje gęsto przenikają bieżący nurt wydarzeń, ale wszystko razem składa się na bardzo zwartą, logiczną strukturę tekstu. Celem ustalenia scalającej wiedzy o komunistycznej Rumunii Rejmer porusza się na planie bliższym i dalszym. Naprzód autorka czytelnika wzrusza, szokuje, wstrząsa, budzi strach przed irracjonalizmem i śmiercią, potem, dla poszerzenia horyzontów myślowych, sięga do głębszych znaczeń.Najbardziej wzruszający w tej książce jest moment, kiedy jedna z bohaterek zdradza najgłębszą  tajemnicę kondycji ludzkiej – trudności połączenia niedoskonałości naszej ludzkiej natury z  zasadą miłości i rozumienia swojego wroga. Zapytana o matkę Ileana Budimir,jak to możliwe, że jej matka przetrwała, odpowiedziała: - mama nigdy o nikim nie mówiła nic złego. Ani o bracie, ani o ludziach, którzy ją męczyli w więzieniu. Nie było w niej żadnego pragnienia zemsty. Skala komunistycznych okrucieństw przysłoniła element ludzki, który objawiał się w postawie matki Budimir, dziś przebrzmiałej i pozbawionej świeżości, postawy miłości wobec bliźniego. Mimo to optymistyczny wniosek końcowy. Rejmer odnajduje intelektualny kontekst dla rozmyślania o jakości życia. Można w nim odczytać dwa porządki: ludzki i nieludzki. Świat jest absurdem i potwornością dla zakorzenionej w nas potrzeby sensu, sprawiedliwości, miłości. Matka Budimir, porte-paroleRejmer, stoi, aż do śmierci, po stronie porządku ludzkiego. Prosta myśl. Niewątpliwa. Trudna. Zawiera jednak wyznanie wiary w człowieka.

Książka napisana jest ciekawie i przystępnie – naprawdę godna polecenia. 

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi