Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Recenzja książki "Niemiecki bękart"

Recenzja powieści Camilli Lackberg „Niemiecki bękart”

Jakiś czas temu sięgnęłam do pierwszej powieści Lackberg z jej znanej sagi kryminalnej. „Księżniczka z lodu” rozczarowała mnie, wynudziłam się przy lekturze, tym bardziej, że tropy były w niej zbyt wyraźne i zagadka szybko pozwalała się rozszyfrować. Sądziłam, że nie sięgnę już do kolejnych części. Okazało się jednak, że propozycją klubową na maj jest „Niemiecki bękart”, piąta powieść serii Lackberg.

Pomyślałam, że może autorka rozwija się pozytywnie w kolejnych powieściach. Zatem znów znalazłam się na szwedzkiej prowincji w Fjallbace, gdzie wydarzenia współczesne przeplatane są tymi z lat II wojny światowej. Tak jak w poprzedniej książce mamy zagadkę kryminalną, której korzenie tkwią w przeszłości. Informuje o nich pamiętnik matki Eriki Falck, jednej z głównych bohaterek. Niestety, nie ma on formy pamiętnika, narracja jest tu w trzeciej osobie, niewiele  przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam jest zagadka, choć wydaje mi się, że zarówno ta powieść, jak i „Księżniczka z lodu”, a i „Pogromca lwów”, bo tę też przeczytałam, to nie kryminały. To raczej powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym.

W „Niemieckim bękarcie” dwaj chłopy znajdują trupa Erika Frankla, emerytowanego nauczyciela historii. Trwa ustalanie, kiedy zginął, jakie mogły być motywy zbrodni, dlaczego jego brat Axel nie dzwonił do niego z zagranicy, gdzie czasowo przebywał, kto był wrogiem zamordowanego.

Te pytania stawiają sobie policjanci z komisariatu w Tanumshede  z leniwym i niezbyt lotnym przełożonym Bertilem Mellbergiem, mającym jednakże wysokie mniemanie o sobie. Jego podwładni także nie wykazują się zbytnią bystrością, a lepiej radzący sobie z wyzwaniami Patrik Hedstrom właśnie zaczął czteromiesięczny urlop opiekuńczy na dziecko.

Śledztwo idzie bardzo wolno. Pisarka informuje nas ze szczegółami o życiu rodziny Eriki, jej siostry Anny, poznajemy wojenne i powojenne losy grupy przyjaciół, do której należał zamordowany Erik. Bardzo dużo tu pustosłowia, nużących rozmów  nic niewnoszących do śledztwa, koncentrowania się na szczegółach, np. sposób jedzenia markizów przez Gostę, „cudownego” oddziaływania jednej rozmowy, jak to ma miejsce w przypadku relacji Eriki z teściową, Anny z pasierbicą Belindą czy alkoholizmu Cariny.

 Realizm powieści może być niekiedy mocno dyskusyjny. Weźmy chociażby Maję, córkę Eriki i Patrika, która z pewnością nie zachowuje się jak roczne dziecko, czyli albo pisarka pomyliła wiek, albo mamy do czynienia z absolutnie genialnym dzieckiem. Zastanawiające jest też, dlaczego Erika nie szuka potrzebnych jej informacji w Internecie, tylko udaje się do bibliotekarza, aby to on zajął się tym. Gdy chce się dowiedzieć, jakie odznaczenie przechowywała jej matka,  też szuka pomocy specjalistów. Dziwne to trochę w XXI wieku. Nie będę już więcej wspominać o innych podobnych nieścisłościach.

Czytamy zatem, dziwiąc się, dlaczego policjanci przy wsparciu będącego na urlopie Patrika i jego wścibskiej żony tak długo dochodzą do rozwiązania zagadki kryminalnej. Dla czytelnika bowiem już sam tytuł powieści jest wskazówką, a pamiętnik matki Eriki, hitlerowski medal i zakrwawiony dziecięcy kaftanik na długo przed zakończeniem każą domyślać się dalszego ciągu.

Zastanawiam się, co można by pochwalić i myślę, że byłyby to informacje na temat Szwecji z czasów II wojny światowej. Jeśli nasza wiedza na ten temat jest niewielka lub żadna, to powieść pozwoli nieco tę lukę uzupełnić.

Mnie powieści Lackberg nie zainteresowały. Wolę klasyczne kryminały, gdzie toczy się śledztwo, policjanci działają sprawnie i do końca nie wie się, kto jest sprawcą  zbrodni. Tak jest np. w czytanych ostatnio przeze mnie powieściach Wojciecha Chmielarza czy Błażeja Przygodzkiego.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Kameralna apokalipsa. Recenzja powieści Piotra Patykiewicza pt. Dopóki nie zgasną gwiazdy.

Pewnego dnia, 300 lat temu, z nieba spadła kometa i odmieniła oblicze świata. Teraz Ziemia tkwi w okowach wiecznej zimy, morza zamarły, grunt skuł mróz, drzewa obrosły lodem, a miasta przysypał śnieg. Ludzie umknęli w najwyższe partie gór, gdzie wegetują, za dnia walcząc o przetrwanie, a nocami z trwogą patrząc w mrok, wypatrując błękitnego światła, które niesie zagładę ciału i śmierć duszy. Ten patetyczny początek dobrze oddaje to, czego każdy czytelnik mógłby się spodziewać, gdy sięga po tę publikację. W najnowszej książce Piotra Patykiewicza jednak nie znajdziecie epickiej walki o przetrwanie, nie ma też pełnej chwały podróży młodego bohatera, w myśl zasady od zera do bohatera, który kończy się zwycięstwem nad siłami zła i przywróceniem Ziemi ludziom. Zamiast tego mamy kameralną apokalipsę, gdzieś na peryferiach zamrożonego świata. Mamy też historię o dorastaniu, szukaniu swego miejsca w świecie i, przypadkowo, odkryciu sposobu na zwyciężenie w walce ze świetlikami, sposobu o tyle skutecznego, co zatrważającego. Sposobu, który, paradoksalnie, znany jest każdemu dorosłemu, który wystarczająco długo przebywał z dala od gór. I właśnie o tym jest także ta książka, o dorastaniu, buntowaniu się przeciw rodzicom, szukaniu własnej drogi, by na koniec stwierdzić, że wszystko co wywalczyliśmy, za co zapłaciliśmy niewyobrażalną cenę, jest dobrze znane dorosłym, i można by rzec, że wystarczyło ich o to zapytać. Ale wszak ludzie nie zwykli cenić tego, co mogą dostać za darmo. 

Recenzja Małgorzaty Półroli - Agata Passent „Kto to Pani zrobił?”

Recenzja książki Agaty Passent „Kto to Pani zrobił?” (Wyd. Wielka Litera, 2014)

 

Przeczytałam książkę w kilku sesjach, nie od razu i moje uwagi zacznę od spostrzeżenia, które na pierwszy rzut oka może wydać się aż nadto oczywiste. Otóż żyjemy w takich dziwnych czasach, gdy ze wszystkiego można ‘zrobić’ książkę; każdy może jakąś napisać i opublikować, a na dodatek żeby zaistnieć na rynku wydawniczym, wcale nie trzeba posiadać szczególnych kwalifikacji literackich. Wystarczy być może znane nazwisko, wyjątkowa pewność siebie albo nieprzeciętna przebojowość, ślepy pęd za modą lub bezgraniczny  brak krytycyzmu. Może to są właśnie m.in. powody, dla których książek kupujemy coraz mniej, bo często najpierw zadajemy sobie pytanie, czy w ogóle warto? I kto to napisał? Kiedyś literaturę produkowali ludzie, mający naprawdę coś istotnego do powiedzenia i odkrywający dzięki swym nieprzeciętnym intelektom te aspekty naszej egzystencji i duchowości, które zwykłym zjadaczom chleba umykały w natłoku codziennych spraw, bo przecież – jak pisze Agata Passent – „nie każda codzienność [nie każda sprawa] jest warta publikacji” (s. 119). Poza tym dziś w zasadzie niemal wszystko można też znaleźć w Internecie, więc po co dodatkowo wydawać pieniądze? Po co nabywać książkę, do której po zaspokojeniu pierwszej ciekawości pewnie już nigdy nie zajrzymy, a jeśli nawet, to może raczej poszukamy potrzebnego nam akurat cytatu lub fragmentu w sieci? Zaś co do „autorów” współczesnych publikacji – sam fakt, że ktoś w bliższej czy dalszej rodzinie parał się literaturą wcale nie musi oznaczać, że talent wyssało się z mlekiem matki czy wchłonęło z fluidami ojca (często dzieje się tak z dziećmi muzyków, śpiewaków, architektów, lekarzy itd., przekonanych że jeśli ojciec lub matka byli (czy są) malarzami, pisarzami, lekarzami etc., to i one bez trudu mogą podążyć tą samą drogą). W przypadku Agaty Passent wydaje się jednak, że dorastanie w atmosferze twórczego fermentu miało bardzo duży i bardzo pozytywny wpływ na kształtowanie jej osobowości, zainteresowań, postawy życiowej, sposobu myślenia i języka.

Agatę Passent znam jako postać medialną [z TV] i jako taka ujmuje mnie swą osobowością: wielką kulturą słowa, piękną polszczyzną, stonowanym sposobem bycia i sensownością wypowiedzi, opanowaniem i umiejętnością prowadzenia mądrej dyskusji. Dzięki tym „spotkaniom” za pośrednictwem mediów wiem, że jest jedną z – mówiąc oględnie – bardzo ‘łagodnych’ (czyli pozbawionych typowej agresji typu: TKM!) feministek i zwolenniczek genderyzmu. Postawę tę manifestuje zresztą w omawianej książce (i trudno, by było inaczej, skoro jest osobą autentyczną). Mnie osobiście to nie przeszkadza, a nawet w wielu momentach całkowicie solidaryzuję się z jej poglądami, ale niezależnie od tego faktu zastanawiam się nas szansą żywotności zbioru, który pierwotnie był cyklem pojedynczych, regularnie drukowanych przemyśleń, aktualnych w chwili ich publikacji (zapewne w „Wysokich obcasach”). To, co może prowokować i skłaniać do polemiki lub rewizji własnych poglądów w danym momencie, traci wymiar poznawczy po kilku latach, bo w tym czasie w znacznym stopniu zmieniły się przecież realia, których owe rozważania dotyczyły. Czy zatem warto przeczytać książkę Agaty Passent „Kto to Pani zrobił?” i zapamiętać tę lekturę na dłużej czy też pozostanie ona zaledwie meteorytem, który po upadku na ziemię zajmie co najwyżej jakieś miejsce w regale i będzie tam powoli obrastać kurzem?  

Oto wnioski, do jakich doszłam po uważnej lekturze tej pozycji.

Nie sposób odmówić Agacie Passent umiejętności posługiwania się słowem, a także bogactwa języka, jest wszak dyplomowanym filologiem i kobietą inteligentną, ale czy tylko to przesądza o wartości tej lektury i skłania do zastanowienia się nad jej wymową? Mankamentem (a może jednak zaletą?) tego zbioru odautorskich refleksji jest to, że pozwala rozpocząć lekturę w absolutnie dowolnym miejscu, bez poczucia jakiejkolwiek straty czy zagubienia w gąszczu szczegółów literackiej fikcji. Wszak – jak pisze autorka – „felieton”, a z nim mamy tu przecież do czynienia – „jest kreacją”, a nie skonstruowaną według ściśle określonych zasad powieścią obyczajową czy kryminalną. Jako czytelniczce jest mi więc wszystko jedno, czy zapoznam się najpierw z „Mężczyzną w lufciku”, a potem z „Szeherezadą” czy odwrotnie, bo istotą każdego (moim zdaniem nie do końca naturalnego i przekonującego) podziału na „rozdziały” albo „działy” w tej książce) jest wnikliwa obserwacja rzeczywistości, zaś kwestia czy dotyczy ona Warszawy czy Pcimia, ma znaczenie drugorzędne, jako że wszędzie ludzie mają podobne, jeśli nie takie same, dylematy i doświadczenia. Struktura zbioru narzuca więc z góry sposób jego konsumpcji: na raty i bez pośpiechu. Być może taki właśnie był zamysł wydawcy, bo rzeczywiście warto zatrzymać się po każdych kilkunastu stronach i pomyśleć, „co autorka [tak naprawdę] chciała powiedzieć” i na ile jej uwagi i wnioski pozostają aktualne?

Myślę, że lektura tekstów Agaty Passent wywołała(by) oburzenie wśród męskiej części odbiorów przy założeniu, że ‘książęta luksusu’, nowomodne ‘japiszony’ i ‘kafary z siłowni’ (z którymi autorka obchodzi się bez ceregieli) w ogóle sięgają po jakąkolwiek książkę. Ale w rzeczywistości (choć autorka jednoznacznie rejestruje wyraźne odwrócenie ról społecznych i płciowych) jest to lektura nie tylko dla kobiet (acz ogólnie rzecz biorąc: ‘feministyczna’) – także męskiemu czytelnikowi, u którego intelekt ma przewagę nad mięśniem piwnym, dostarczy ona bowiem niejednego „momentu na zastanowienie” w celu przeprowadzenia głębszej analizy pozornie błahych problemów. Przy tym autorka posiada cenną umiejętność zgrabnego formułowania wyraźnych, jednoznacznych ocen, zgrabnie ujętych w dosadne frazy. Oto kilka z nich, które mnie jako czytelniczce bardzo się spodobały: Passent pisze o sobie np.: „dowcip, kultura i erudycja [rodziców] kastrowały mnie od wschodu do zachodu” (s. 5). Sądzi też przykładowo, że „cały nasz kraj to drużyna składająca się z samych dołersów” (s. 43). Jakże dowcipna jest choćby jej uwaga o kobietach, „które chętnie powierzchnię reklamową na karku okraszają tatuażami” (s. 48), a ile daje do myślenia stwierdzenie: „Zyskujemy światowość, dołączając [oczywiście nie: ‘dołanczając!] do konglomeratu nijakości” (s. 48) lub „jesteśmy kraj[em] analfabetów w kominiarkach” (s. 52).

Agata Passent pisze oczywiście z pozycji osoby świadomej swej przewagi intelektualnej nad przeciętnym czytelnikiem (choć jedynie sporadycznie sięga przy tym po określenia, których znaczenie co ambitniejszy czytelnik rozszyfruje przy pomocy słownika wyrazów obcych, jak np. oniryczny, erystyka, holistyczny czy wanitatywny), ale mimo to wcale nie odnoszę wrażenia, by w mentorskim tonie na siłę chciała nas „pouczać”. Raczej rejestruje – niekoniecznie uświadamiane przez przeciętnego Polaka – mankamenty naszego świata i narodowego charakteru oraz negatywne zjawiska, jakie niesie ze sobą współczesna cywilizacja i pogoń za światowymi trendami. Wymieńmy kilka z nich: manipulacja werbalna, panowanie reklamy w funkcji ogłupiaczy, nieumiejętność wyciągania wniosków z popełnionych błędów i nieprzyznawanie się do pomyłek, poczucie niższości i prowincjonalizm naszego społeczeństwa, ostentacyjny materializm i szpanowanie luksusem, ‘gettoizacja’ większych miast czy wyznawanie filozofii „mieć” zamiast „być”. Wszystkie te dziwne przypadłości Polaków, jednym słowem conditio polonorum, opisuje Passent ze zdrowym dystansem i bez cienia agresji, za to z niezłą dozą humoru, łagodnym przymrużeniem oka i niegodzeniem się na bycie dumną z intelektualnej miałkości znacznej części swych ‘nowomodnych’ rodaków. Umiejętnie przemyca przy tym swój autoportret, nakreślony dyskretnie, nienachalnie i bezpretensjonalnie – portret kobiety wyzwolonej, intelektualistki znającej języki obce, posiadającej rozległą wiedzę o literaturze i sztuce, ale też optującej mimo swego ‘wyzwolenia’ za ponadczasowymi wartościami, takimi jak uczciwość, przestrzeganie zasad współżycia społecznego, otwartość umysłu i wrażliwość na drugiego człowieka. Choć jest dzieckiem znanych rodziców, nie nadużywa koneksji do zaskarbienia sobie sympatii czytelników i pracuje samodzielnie na własne konto, a jeśli już pisze o matce czy ojcu, to jako o ludziach z krwi i kości, z ich wadami i zaletami, nie zaś jako o ikonach z uświęconym image’m.

Myślę, że w sumie fajnie byłoby mieć taką sąsiadkę albo koleżankę, bo jej żywa umysłowość i ciekawość świata nie pozwalałaby nam się nudzić…

Oczywiście trudno, by w tak obszernym zbiorze krótkich tekstów wszystkie były na jednakowo dobrym  poziomie – ich sytuacyjność i aktualny charakter odzwierciedlają też wyraźnie twórczy nastrój autorki. Nie do końca przekonuje mnie (jak już wspomniałam) klasyfikowanie niektórych tekstów do danej części zbioru, a pojedyncze rozważania odbieram jako mniej lub bardziej udane. Jako czytelniczkę jedne teksty poruszają mnie oczywiście bardziej, a inne mniej, gdyż ich tematyka jest mi po prostu bliższa lub dalsza. Tam, gdzie omawiana kwestia przemawia w mniejszym stopniu, szkic mimo to epatuje lekkością narracji i finezyjnym dowcipem słownym (np. „Kupiłam mrożoną kaczkę i poszłyśmy [razem] na parking”). W tym kontekście przykładowo utkwiły mi w pamięci takie teksty jak „Poziom psa” czy „Twarda gruszka”  – lekkie i dowcipne, a jednak doskonale trafiające w sedno problemu.

W całej książce znalazłam też wiele fantastycznie trafnych, cudownych sformułowań, którymi kiedyś chętnie posłużę się w jakiejś stosownej sytuacji w charakterze bon mottu albo ‘mądrości życiowej’. Oto kilka z nich (poniżej dłuższa lista, bo naprawdę warto je zapamiętać*): „wyzywano się ile sił w pięściach”, „jestem kaca warta”, „łeb ciężki jak Encyklopedia PWN”, „fitness to czyściec na ziemi”, „zmartwiałam niczym mucha w bursztynie”, „stosuj(e)my się do znaków drogowych, ale na Boga, nie za każdym razem”, „najlepiej czuję się w banalności” czy „u mnie w brzuchu moc truchleje”. Choć moje widzenie współczesnego świata jest bardzo podobne – jeśli nie identyczne – jak Agaty Passent, nie potrafiłabym tak zwięźle, lekko a zarazem z głębokim sensem przelać na papier mych własnych myśli i wątpliwości.

Czy więc warto było zapoznać się z tą książką? Tak, a to przede wszystkim dlatego, że jej lektura utwierdziła mnie w bardzo mi potrzebnym przekonaniu, że choć myślę zupełnie inaczej niż ogromna, otaczająca mnie horda – (dla której celem samym w sobie jest realizacja za wszelką cenę awansu społecznego drogą awansu materialnego, ‘bycie kimś’ za sprawą modnych gadżetów i pustych mózgownic, a na dodatek z wielkim zapasem pogardy dla tych ‘innych’, którym głowa wciąż jeszcze służy do myślenia) – w tym myśleniu nie jestem sama. Pani Agato, dziękuję za wsparcie! Może dzięki Pani tekstom ktoś z tego wielkiego batalionu ‘szpanerów - wydmuszek’ kiedyś się nawróci?                                                              

 

                                                                                                                     Małgorzata Półrola

    

* obrażają się tylko pensjonarki” / „Telewizja to opium dla mas!” / „im więcej kanałów, tym mniej programów” / „ciśnienie w stolicy spadło do kostek” / „chodzili sobie razem na studia” / „miłość to „chwilowy pożar w lędźwiach i mózgu” / „ojciec cierpi na schorzenie rozbabrania ubraniowego” /  „Kiedyż on wreszcie nauczy się pisać ręcznie?” / „dumny z córusi jak Churchill z cygara” / „on od samego rana miłość własną uprawia” / „Nie dajmy się wciąż formatować” / „Przed pubem wylegiwali się kloszardzi” / „Artyści czekali bez toksemii” / „w ubraniu jesteśmy nie do poznania” / „będziemy konsumować co sił w kieszeniach” / „Kobieta prócz ciała ma duszę” / „Ktoś, kto bredzi, zawsze przez chwilę brzmi intrygująco” / „lubujemy się w licytacji cierpienia” / „napad głody laptopowego” / „świątynie konsumeryzmu” / „producenci kontentu, kiedyś zwani dziennikarzami” / „Wzorowym związkiem jest związek whisky z wodą sodową” / „lubię gazety przeterminowane” / „facet nieapetyczny rozrodczo”/ „zazdrość większa niż ta którą dymi Otello” / „w jedzeniu najbardziej cenię niespodziankę” / „citroen długi jak krokodyl” / „zmarła ze strachu po lekturze gazet” / „uprawiamy muzyczny i fotograficzny recykling” / „młody piernik mocno lśni” / „dwóch wyszło za bogate żony” /.

I jeszcze cztery ‘złote myśli’, w moim odczuciu rzeczywiście na wagę złota: „Paranoja, kompleks wyższości, plotkarstwo, niemożność cieszenia się sukcesem sąsiada – w tym przebijamy bohaterów Szekspira” / „Mężczyzna jest jedynym wydatkiem, z którego kobieta może zrezygnować, nie ryzykując choroby czy utraty pracy” / „Żyjąc w dużym mieście wszyscy jesteśmy nomadami i nigdy nie wiadomo, kiedy wrócimy z naszej wędrówki” / „Nieczytający piwosz w depresji z długami pozna piękną zaradną Polkę w celu założenia rodziny”.

 

Moja punktacja: 8/10

Recenzja książki "Głos Pamano"

„Nie interesuje mnie pisanie rzeczy oczywistych” – mówi z jednym z wywiadów autor tej niezwykłej powieści. Nic nie jest w niej oczywiste. Tak jak i pisarz czytelnik „wchodzi” w „świat niepewności”, no i zła. Podpisuję się bowiem pod informacją z okładki, że to książka o „potędze zła”. Cabre stwierdza, że to od niej zaczęła się jego pisarska refleksja na temat zła.

„Głosy Pamano” powstały 7 lat przed „Wyznaję”, u nas ukazały się po nim. Nieliczni klubowicze, którzy przeczytali „Wyznaję”, przyznali, że zdążyli się już trochę oswoić ze specyficznym stylem katalońskiego pisarza. Mnie przyszło się z nim zetknąć po raz pierwszy. Jednak dość szybko dałam się porwać jego charakterystycznej narracji.

Na czym ona polega? Otóż często nie ma tu  tradycyjnego zapisu dialogów, w obrębie jednego zdania jest narrator w pierwszej i w trzeciej osobie. Są wreszcie różne czasy akcji, też często obok siebie. Brakuje chronologii zdarzeń, a ciągłe retrospekcje zmuszają do bardzo uważnego śledzenia akcji, niekiedy nawet do powrotu do wcześniejszych zdań, by uchwycić sens i uporządkować przebieg wydarzeń. Niesamowite jest jednak to, że przez takie zabiegi nie jest się zirytowanym czy znużonym. Ma się na pewno wrażenie, które chciał osiągnąć pisarz, „bycia jednocześnie we wszystkich czasach”.

W „Głosach Pamano” mamy okazję być w latach trzydziestych i siedemdziesiątych XX wieku, aż po ubiegłą dekadę XXI wieku. Akcja powieści przypada głównie na czas wojny domowej w Hiszpanii, II wojny światowej i dyktatury generała Franco. Główne zdarzenia toczą się w miasteczku Torena niedaleko Sort w komarce  Pallars Sobira. Odgłosy rzeki Pamano słyszą ci, którzy mają wkrótce umrzeć.

Historię Oriola Fentellesa, nauczyciela z Toreny,  poznajemy dzięki „śledztwu” jego koleżanki po fachu Tiny Bros. To ona znajduje 13 grudnia 2001 roku w starej, właśnie w trakcie rozbiórki, szkole w Torenie, schowane w pudełku po cygarach zapiski Fontellesa  przeznaczone „dla córeczki, której imienia nie zna”. Tina Bros zaczyna poznawać jego życie, współpracę z frankistowską Falangą, z okrutnym burmistrzem Valentinem Targą i z partyzantami.

Na 655 stronach powieści pojawia się bardzo wiele postaci, wśród których trudno jest znaleźć pozytywnych bohaterów. Większość to ludzie źli, bezwzględni, pozbawieni skrupułów, nastawieni na czerpanie z życia wyłącznie korzyści dla siebie. Taką bardzo silną osobowością jest Elisenda Vilabru. Ma wielkie pieniądze i władzę, i zawsze osiąga swój cel. Potrafi podporządkować sobie każdego, a jej życie pokazuje, że za pieniądze można wszystko kupić. Gdy zaś one nie wystarczają, można użyć kobiecych wdzięków.

Przesłanie powieści jawi się zatem dość pesymistycznie. Jeden z rozdziałów Cabre opatruje cytatem z Vladimira Jankelevitcha: „Ojcze, nie wybaczaj im, bo wiedzą, co czynią”. Powieść może budzić niewesołe refleksje na temat człowieka, świata , historii. Czytałam ją jednak z wielkim zaangażowaniem i emocjami. Zmuszający do maksymalnej koncentracji styl Cabre sprawia, że akcja zdaje się przypominać rozwiązywanie zagadki kryminalnej. W końcu wszystkie wątki zostaną wyjaśnione, zdarzenia ułożą się w logiczną całość.

Powieść  jest też okazją, by zainteresować się Hiszpanią z czasów dyktatury generała Franco. Jaume Cabre to kataloński pisarz, którego nazwisko warto zapamiętać. Polecam gorąco „Głosy Pamano”, zachęcona nimi sięgnę też po „Wyznaję” i „Jaśnie pana”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Mitologiczny viral. Recenzja powieści Joanne Harris pt. Ewangelia według Lokiego

Loki mnie oszukał.
Tak chciałem zacząć tę recenzję. Ale niestety nie mogę. Nowa książka Joanne Harris Ewangelia według Lokiego opowiada dobrze znaną historię z nordyckiej mitologii widzianą oczyma boga oszustwa.  Jest on również narratorem. I tak Loki opisuje nam wszystko krok po kroku od mitu o stworzeniu świata, poprzez kolejne misje, jakie wykonywał dla Asów aż po Ragnarok.  I tu rodzi się mój największy problem. Być może sprzeciw nawet. Wszak narratorem jest Kłamca. Spodziewałem się pokrętnej, niejednoznacznej gawędy,  w której Loki będzie zaprzeczał sam sobie, szydził, deliberował a dostałem linearną opowiastkę, gdzie jako czytelnik jestem co chwila proszony o zrozumienie dla motywacji narratora, który przypomina nade wszystko niesfornego sztubaka, co to za wszystko przeprasza, ale nijak inaczej postąpić nie mógł a wszystkiemu są jak zwykle winni koledzy. To nawet urocze, ale nie w przypadku faceta bezpośrednio odpowiedzialnego za zmierzch bogów.
Z początku miałem ocenić Lokiego na mocne 3+ za dobre chęci i za niekłamany urok osobisty. Niemniej po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak udało mu się mnie oszukać, choć może nie do końca tak jakbym sobie tego życzył, dlatego w ostatecznym rozrachunku daję 4-.

Recenzja książki "Obok Julii"

„Obok Julii” przeczytałam dwukrotnie i wciąż pozostaję pod urokiem tej, jak określił sam Rylski, „powieści o nostalgii”. Bohater i narrator w jednej osobie, Jan Ruczaj, wspomina z perspektywy swoich sześćdziesięciu pięciu lat młodość i lata następne. Najdłużej zatrzymuje się na niezapomnianym lecie 1963 roku, gdy miał 20 lat i był „przed śniadaniem”. Celowo nawiązuję tu do świetnego zbioru esejów Rylskiego zatytułowanych „Po śniadaniu”.

Autor, mimo odżegnywania się od teorii, jakoby Ruczaj to on, zaczerpnął jednak trochę autobiograficznych wątków i wplótł je do powieści. Najbardziej widać to przy lekturze eseju „Biały lanson”, „Święte dni”, „Mój Iwaszkiewicz” czy wspomnianego już „Po śniadaniu”.

Młody Ruczaj, wspominając wspaniałe lato 1963, daje wyraz młodzieńczej fascynacji Hemingway’em, Faulknerem, Iwaszkiewiczem. Jednak to ten pierwszy zdominował umysły i uczucia młodych ludzi, którzy tworzyli klan miłośników amerykańskiego pisarza oznaczającego dla nich nie tyle literaturę co religię. Tak widzi to po latach Ruczaj, dla którego, podobnie jak dla Rylskiego, „Hemingway abdykował”, był tylko na czas młodości.

Warto też zauważyć, że w powieści ważny jest  Błok i jego poemat „Dwunastu” czy „Symfonia Leningradzka” Szostakiewicza. Tutaj bohater cofa się aż do 1948 roku i początków szkolnej edukacji. To wówczas pojawi się piękna rusycystka Julia Neider. Mamy więc dziecięcą i młodzieńczą fascynację, może miłość, która znajdzie swe spełnienie na bardzo krótko pamiętnego sierpniowego dnia 1963 roku.

Ten dzień zmieni całe życie Janka, pesymisty, mizantropa, nieznajdującego sensu istnienia. Jednak w młodości sposobem na absurd istnienia jest dla niego zuchwalstwo i brawura. Powieść zawiera pewne wątki sensacyjno – kryminalne, ale tak naprawdę nie są one tu najistotniejsze. Dla mnie istotą tej książki są wspomnienia człowieka, który na zawsze chciałby utożsamić się z tamtym sobą sprzed lat, czerpiącym całą garścią z uroków młodości.

Wie przecież, mając 65 lat, że inżynier miał rację, odpowiadając na jego pytanie, czym jest starość: „To brak przyjemności”. A przecież dla młodego Ruczaja „zdolność odczuwania przyjemności w każdych okolicznościach i z byle powodu” jest najważniejsza, jest w stanie wiele za to oddać, zawierając swoisty kontrakt z życiem.

Rylski tak wspaniale pisze o czasie, który mija, „o rozpanoszonej w nim samym nostalgii”, o pięknie świata, przyrody. Pisze z czułością o babce, o ciotce Rinie, Oli Hnatiuk. Poetyckie, długie zdania oddają uroki życia, refleksje i melancholię autora. „Smakuje się” te słowa, ja tak mam, nie nudzą mnie, nie uważam ich za dłużyzny. Niektórzy (nieliczni) klubowicze narzekali na „przegadanie” w powieści. Ja będę jednak bardzo zachęcać do zagłębienia się w tę nostalgiczną, może smutną książkę, ale jak powiedział sam autor w jednym z wywiadów: „Smutek w przeciwieństwie do rozpaczy bywa przyjemnością. Daje dystans, miarę rzeczy i spokój. Znajdujemy w nim ukojenie”.

Warto przekonać się o tym samemu będąc „obok Julii”.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

"Marsjanin" albo "Niezwykle perypetie Macgyvera Crusoe na Czerwonej Planecie". Recenzja powieści Andy'ego Weira

Weir się postarał, na plus należy zaliczyć trzymanie się autora szczegółów technicznych, wierności realiom przedstawienia Marsa i programu marsjanskiego. Jednak  najsłabszym elementem jest sama sytuacja początkowa, tzn. okoliczności pozostawienia Watneya na Marsie: ciężko uwierzyć, że NASA mogła stworzyć lądownik niezdolny do wytrzymania potężnej marsjanskiej burzy piaskowej oraz niezabezpieczenie się na sytuację, że astronauci musieliby pozostać na Czerwonej Planecie i czekać na pomoc z Ziemi w razie np. uszkodzenia statku na orbicie przed powrotem na Ziemię. Sam wypadek Watneya też mógl być lepiej opisany: przebicie prawie na wylot przez antenę, która zatrzymała się na kości - aż prosi się o zapalenie otrzewnej, nie mówiąc o tym, że mógłby mieć poważne problemy z wyciągnięciem z siebie tego żelastwa. Inna sprawa to ogrom przeciwności losu, z którymi astronauta musi się zmierzyć, trudno uwierzyć, by jeden człek na obcej planecie miał tyle pecha i farta zarazem, by pokonać te wszystkie przeciwności. Nie mniej to ostatnie można uznać za wymóg dobrej narracji, nikt nie chciałby czytać o tym, jak przez 900 dni na Marsie tylko siedzi na czterech literach i patrzy jak ziemniaki rosną.

Tym niemniej daję książce 4+/5, zwlaszcza za humor i optymizm glównego bohatera.

Jonathan Littell "Łaskawe"

Czesław Płusa

Recenzja. Jonathan Littell, Łaskawe

Heroicznym wyzwaniem trzeba nazwać powieść Łaskawe, w której to Jonathan Littell pragnie spojrzeć prawdzie w oczy. Jak pisze sam autor: człowiek potrzebuje do życia powietrza, jedzenia, picia, no i poszukiwania prawdy. Porażający młyn śmierci, jaki przygniatał i osaczał narody Europy w okresie II wojny światowej zapada w pamięć głównego bohatera powieści, Maximiliana Aue, bezpośredniego uczestnika irrealnej realności wojennej. Barbarzyństwo opisywanych wydarzeń nabiera siły tajemniczego i nieodwołalnego niepokoju, który można przyrównać do nie zagojonej rany. Łaskawe jest pamięcią otwartej „rany historii”, którą za Miłoszem można określić jako pamięć „jądra ciemności XX wieku”. Na pewno nie ja jeden zanotowałem w pamięci akapit: Jeżeli w ogóle zdecydowałem się pisać, to po to, by rzucić  światło na jedną lub dwie sprawy, niejasne dla was, a być może i dla mnie samego. Ta „rana historii” odzywa się zatem w rozważaniach i opisach pozornie dalekich od współczesności, w których Littell zaprasza czytelnika do potępienia barbarzyńskich doświadczeń XX wieku, pogrążonych w nocy nienawiści.

Pierwsza rzecz, która uderza podczas lektury, to filozoficzne spojrzenie na wojnę. Aue twierdzi, że wojna jest logicznym wynikiem Weltanschauung (światopoglądu). Idąc śladem refleksji Hegla i Jüngera  wyraża przekonanie, że jednostka może osiągnąć stan idealnej wspólnoty z Państwem wyłącznie w warunkach wojny. Aue czerpie przyjemność z własnego posłuszeństwa wobec radykalizmu,  nawet jeśli  jest radykalizmem piekielnym. Mocne poczucie odpowiedzialności za Państwo i ufność wobec niego pozwalają mu zabijać, choć – jak sam powiada – zabijanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Świadomy szaleństwa zabijania, które ogarnęło nieludzką istotę  katów, Aue nie utożsamia się z postacią Watteau z obrazu Obojętny, lecz określa siebie jako jej kontrapunkt: Obojętny? Nie, nie byłem obojętny.

               Powieść Łaskawe to zapis cierpienia, fizycznego i psychicznego, dramatycznego zmagania się z nieprzejrzystością losu i okrucieństwem świata wielkiej historii – przywołanej w imieniu Hitlera – jak i przebudzenia, przynajmniej w świadomości nielicznych osób. Siostra Maxa Aue, Una,  pyta: Czy należy zabijać niewinne dzieci, kobiety, cywilów? Najbardziej zastanawia autora istota zła. Pociąga go obserwacja barbarzyńskich ekstremizmów, dając w powieści przegląd zwyrodniałych dewiacji nazistów dokonywanych na niewinnych ofiarach, ogarniętych rozpaczą, którym nie dane było osłonić się, oswobodzić i  uciec od śmierci.Littlleopisuje rzeczy bardzo oddziałujące na wyobraźnię zła, prowokując czytelnika w ten sposób i, oprócz wstrząsającej lektury, daje czytelnikowi dobrą okazję do psychologicznych i etycznych rozważań. Maximilian Aue dostrzega grę ludzkich słabości, kiedy stawia fundamentalne pytania: W jaki sposób z prawnika, wykładowcy uniwersyteckiego, piekarza, człowieka wrażliwego na sztukę wyrasta pozbawiony skrupułów morderca? Jak to się dzieje, że potrafi całkowicie wymazać swoją moralność i humanizm w imię paranoicznej idei?W rozważaniach o kategorii zła Little via Max upatruje liczne przyczyny warunkujące jego istnienie. Jedną z nich jest dehumanizacja jednostki. Niszczenie Ja jednostki staje się stałą zasadą społeczną już od chwili objęcia przez Hitlera władzy, a obozy koncentracyjne były tylko ostatnim otwartym wybuchem tego wirusa zbrodni. Owe Ja wyparte zostaje przez zasadę narodowosocjalistycznego  posłuszeństwa, ślepego, które kazało potwierdzać, przyznawać rację, w końcu zgadzać się z tylko jednym wielkim narodowosocjalistycznym fałszem. „Tamto zło”, którego obecności autor jest świadomy, wynika również z depersonalizacji sprawców. Jednakowe mundury i anonimowość działania afirmują jej istotę. O anonimowości sprawców świadczy chociażby wyraźnie przemyślana struktura językowa przemówień,  dominacja strony biernej: „zostało postanowione”, „Żydzi zostali poddani specjalnemu traktowaniu….” „ etc. W ten sposób ograniczona zostaje odpowiedzialność sprawców - przychodzi rozkaz i trzeba go wykonać. Egzekutor, który przystawia lufę do skroni więźnia, nie musi bać się odpowiedzialności. Albowiem ofiarę doprowadzili do niego inni ludzie, o jej śmierci zdecydowali jeszcze jacyś inni, a ten, który strzela, wie, że jest tylko ostatnim ogniwem długiego łańcucha.

               Powieć Łaskawe naznaczona jest także posłaniem walki z presją społeczeństwa, czyli konformizmem, który zawsze postrzegany jest jako słabość generująca zło. Głos Maximiliana Aue nie jest wołaniem „z wysoka”, ze szczytu, na którym urzędują niezłomni. W imię służby dla swojej Ojczyzny, dla swojego Narodu dokonuje czynów przerażających, w niezgodzie ze sobą samym; I oto wygnano mnie ze mnie samego, z mojego życia. Aue jest to wszak portret osoby, która posłusznie poddaje się  duchowej wizji zaangażowania w narodowy socjalizm, w której nie ma miejsca na indywidualne pragnienia. Uzupełniając ten wywód należy dodać, że ważnym elementem generującym zło, było danie ludziom władzy nad innymi, nad więźniami. Władza dawała zwyrodnialcom satysfakcję artykułowania skrajnych pragnień, zgodnie z zasadą agonia pożeranego zwierzęcia jest największą przyjemnością pożerającego. (23)

Kolejnym frapującym tematem poruszanym przez Littlle’a i szereg innych  wielkich umysłowości jest wrażliwość jednostki na sztukę połączona z brakiem wrażliwości na przemoc wobec człowieka. Jakiś Hauptmann słuchał w pomieszczeniu muzyki (Rachmaninow, Bach, Chopin), w którym to leżał martwy Rosjanin. Hans Frank popisuje się na przyjęciach organizowanych na zamku Wawel umiejętnością gry nokturnów Chopina. Adolf Eichmann nie stronił także od popisów gry na skrzypcach w obecności zaproszonych „dostojnych” gości. Należy podkreślić: Muzyka nie dzieje się wyłącznie w przestrzeni technokratycznej. Pozbawiona charakteru mistycznego, zdolności łączenia się z absolutem, doskonałą ideą boską, staje się zajęciem wyłącznie sprawnym technicznie, dlatego chłodnym, bezdusznym, bez wzniosłości ludzkiego ducha. Nie może zatem dziwić fakt, że Frank i Eichmann jednocześnie miłowali swoją muzykę i przemoc zarazem.

Powieść Łaskawe utkana jest z wielu wątków. Krajobraz wspomnień Maxililiana Aue z  własnych wojennych przeżyć nasycony jest tragicznymi losami ludzkimi. Losami mas pozbawionych godności człowieka, z uwagi na pochodzenie (Żydzi, Cyganie, Słowianie i wiele innych ras), a co więcej, nawet wiek, kondycja fizyczna i psychiczna człowieka miały decydujące znaczenie w zmaganiach o przetrwanie. Podczas lektury widać szczególnie wyraziście trudność głównego bohatera z odcięciem się od bolesnej przeszłości. W rozmowie z oficerami SS wyraża swój niepokój: Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji, to się więcej nie powtórzy. Jesteście pewni, że wyciągnęliśmy wnioski? Jesteście pewni, że się nie powtórzy?  Pytanie to jest  kluczem kulturowego, ale i życiowego credo w  powojennych Niemczech, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Powieść wydaje się kierować do czytelnika przesłanie, że wyrządzane przez człowieka zło, pociągnie za sobą  zemstę bogiń Erynii („Łaskawych” – epitet bogiń zemsty), co budzi u sprawców zła strach przed karą za popełnione zbrodnie. Tak dzieje się w przypadku Maximiliana Aue, kiedy zauważa:  "Łaskawe wpadły na mój trop”. Można tu mówić również o wyrzutach sumienia, które wywołują  cierpienia sprawiedliwe. Niestety, konkluduje Max: Trzeba wypić ten kielich do dna. Tylko w ten sposób będzie można zacząć od nowa.

               Czytając powieść Littelle’a musimy być niezwykle odporni psychicznie, by dotrwać do końca i przebić się przez gąszcz obrazów przedstawiających wyzwolenie się najgorszych nieludzkich, barbarzyńskich instynktów, które przemieniają zło w czyste cierpienie fizyczne i psychiczne ofiar. W tym miejscu przypominają się słowa Franza Kafki, które mogą usprawiedliwić zwyrodniałą tonację wydarzeń powieści Łaskawe. Na pytanie, dlaczego pisze tak okrutne książki, Kafka odpowiedział: „Bo rzeczywistość jest tak okrutna”.

 

Recenzja książki „ Modlitwa do Boga Złego” K. Kotowskiego DKK Uniejów

Książka pt. „ Modlitwa do Boga Złego” Krzysztofa Kotowskiego przedstawia młodego chłopca, który zostaje znaleziony pod domem przez mieszkające w nim małżeństwo. Chłopiec ma nie ziemskie zdolności. Książka przedstawia że  chłopiec jest ścigany przez bardzo silnych  ludzi,  ucieczką przed złem jest kapłan, który może go uratować ze złej mocy. Książka jest dalszą częścią Kapłana w której rozpoczyna się historia katolickiego księdza Krzysztofa Lorenta, który z tajemniczych przyczyn ma duży dar  wiedzy oraz talent, pamięta wydarzenia sprzed setek lat  i odległe krainy, ale przede wszystkim przeczuwa zbliżające się niebezpieczeństwo. Podejrzewany o chorobę psychiczną trafia do szpitala . Niestety jego lęki stają się prawdą, bohatera próbują znaleźć tajemniczy wojownicy. Są to mnisi, członkowie tajnego bractwa zgromadzenia aurelitów. Oni wiedzą czym jest choroba i jakie są jej skutki, oni nie cofną się przed niczym żeby dopaść Krzysztofa. Duchowny ma świadomość tego, co się może wydarzyć i chce zepsuć wszelkie plany aurelitów, przede wszystkim chce uratować siebie i swoich przyjaciół.

Moje refleksje po przeczytaniu książki Szczepana Twardocha "Drach"

"Drach" to dzieje trzech pokoleń Magnorów i Gemanderów. Przypadł im w udziale los skomplikowany przez dwie wojny światowe, powstania, nieprzewidziane okoliczności i trudną codzienność, w której obok brutalności, okrutnej przemocy jest miejsce na miłość i radosny czas.

Ślązacy są pracowici, konkretni i solidarni; mężczyźni idą na wojnę, gdy zachodzi taka potrzeba, a kobiety z oddaniem dbają o dom i rodzinę. Żona Josefa Magnora "robi to, czego matka nauczyła ją w domu i czego matę Valeski nauczyła jej matka, i tak dalej, cały szereg matek i córek przez pokolenia doskonalił wielką i subtelna sztukę godzenia się z losem w milczeniu".

Z dbałością o szczegóły relacjonuje autor przeżycia swoich bohaterów, ale ocenę ich zachowań i postaw pozostawia czytelnikowi.  Każdy z bohaterów zmaga się z troskami życia codziennego, przeżywa radości i smutki, zabiega o lepszy byt, ale to mało ważne, "bo nic nie ma żadnego znaczenia, wasze losy, ich losy, czyjekolwiek losy. Nic nie oznacza niczego, wszystko tylko jest …". Jest na chwilę i szybko przemija, bo przemijanie, powtarzalność losu i nieuchronność śmierci są wpisane na stałe w ludzkie życie.

J. L.

 

Recenzja książki Brzechwa nie dla dzieci-DKK Uniejów

Książka Mariusza Urbanka: „Brzechwa nie dla dzieci” poświęcona jest Janowi Brzechwie. Postaci znanej nam wszystkim przede wszystkim z lat dzieciństwa. Główny bohater był wybitnym prawnikiem. Specjalizował się w prawie autorskim. Okres międzywojenny odegrał istotną rolę w jego życiu. Teksty Brzechwy można było obejrzeć w prestiżowych warszawskich kabaretach. W tych latach współpracował z Tuwimem i Hermanem. Pracował pod pseudonimem lecz równie wiele razy używał swojego prawdziwego nazwiska Lesman. W swoim życiu natrafił na niejedną przeszkodę ale także przeżył i chwile miłości.

„Kapłan” Krzysztof Kotowski

Ojciec Mateusz ganiający z mieczem, czyli Kapłan Kotowskiego
„Kapłan”
Krzysztof Kotowski
Lekturą grudnia 2015 w moim, czyli rawskim, Dyskusyjnym Klubie Książki była powieść Krzysztofa Kotowskiego Kapłan, będąca pierwszą częścią cyklu pod tym samym tytułem.

Spokojny, niczym poza dobrocią i uczciwością nie wyróżniający się polski ksiądz Krzysztof Lorent nagle zachorował. Objawy somatyczne nie były tak niepokojące, jak inne – nagle zaczął mówić wieloma językami, wspominać o zdarzeniach sprzed wieków, jakby w nich brał udział, więc jak się łatwo domyślić, trafił do psychiatryka. Próbuje ostrzec lekarzy, iż przyjdą po niego bardzo niebezpieczni ludzie, przy czym może ucierpieć personel i pacjenci, w związku z czym prosi o wypuszczenie. To oczywiście raczej nie jest dla nikogo dowodem jego psychicznego ozdrowienia Co będzie się działo, tradycyjnie nie zdradzę, powiem tylko, że trafiła się znów kolejna wariacja na temat alternatywnych dziejów chrześcijaństwa, tajnych bractw, mistrzów miecza i zakazanych ewangelii. Komu już wystarczy, niech dalej nie czyta i o książce zapomni, a kto chce więcej, tego zapraszam do dalszej lektury.
Powieść Dana Browna Kod Leonarda da Vinci była interesująca, gdyż jako chyba pierwsza powszechnie znana dotykała początków chrześcijaństwa w sposób podkreślający, iż obecne dogmaty naszej religii pochodzą nie od Boga, a od ludzi, którzy często nie byli nawet duchownymi, a do świętości najczęściej było im jeszcze dalej. Przy tym, zwłaszcza w porządnych wydaniach, opatrzona ilustracjami ukazującymi wszystkie dzieła sztuki, które pojawiają się w tekście, miała wielkie walory poznawcze i estetyczne. W tym aspekcie Kapłan Kotowskiego jawi się przy niej niczym tani podrób przy oryginalnym markowym wyrobie.

Założenie, że jakiekolwiek rewelacje historyczne dotyczące wiary mogą mieć istotne znaczenie dla świata, jest tak infantylne, że szkoda się nad tym nawet rozwodzić. Można się nienawidzić nawet za różnice w interpretacji świętego tekstu, co do którego brzmienia obie strony nie toczą żadnych sporów, i chrześcijaństwo nie jest tu żadnym wyjątkiem. Każdy wierzy w co chce, a najlepszy dowód to Jezus. I Żydzi, i muzułmanie są zgodni, co do jego istnienia w przeszłości, ale tylko chrześcijanie wierzą, iż jest on Bogiem. I wszyscy przedstawiciele tych trzech religii uważają, że właśnie oni mają rację. Skoro nawet on, osobiście, nie zdołał tego zmienić, to co dopiero jakieś artefakty sprzed wieków, których autentyczność i tak zawsze będzie można podważyć. Pomińmy więc ten wątek i przejdźmy do innych.
Jakiś czas temu opisywałem moje wrażenia z lektury Nauczyciela Sztuki Wojciecha Kłosowskiego. W obu powieściach walka na broń białą stanowi istotną, również objętościowo, część tekstu. Kłosowski jednak używa profesjonalnej terminologii, która może kogoś popchnąć do zainteresowania się tym, jak faktycznie wygląda sztuka walki mieczem, więc ma niewątpliwe walory poznawcze, a po lekturze Kapłana czytelnik jest w tej materii jeszcze głupszy, niż przed nią.
Postacie bohaterów są raczej niezbyt przekonujące, a główny protagonista przypomina Ojca Mateusza, w dodatku obdarzonego nadnaturalnymi mocami. Kwestie socjologiczne i polityczne są również potraktowane delikatnie mówiąc infantylnie, a koncepcja tajnego bractwa sprawującego od wieków kontrolę nad światem od szczytów władzy aż do poziomu szarych ludzi i utrzymującego jednocześnie przez wieki w tajemnicy swoje istnienie jest... takie litościwe niedomówienie. W dodatku światopogląd utożsamiający cały świat z chrześcijaństwem... To poziom umysłowy średniowiecza, a nie XXI wieku.
Szokujące jest, iż autor, jak informuje notka na okładce, jest psychologiem, gdyż w wielu przypadkach interakcje bohaterów powieściowych z otoczeniem są wręcz zaprzeczeniem realizmu psychologicznego i socjologicznego.
Jeśli już wspominamy Ojca Mateusza, to trzeba przyznać, że choć zafałszowuje totalnie obraz polskiego duchowieństwa, zachowań przestępców w trakcie przesłuchań i niezliczonych innych aspektów rzeczywistości, to przynajmniej zwraca uwagę na skomplikowane czynniki, które sprawiają, że potencjalnie dobrzy ludzie czynią zło. Kapłan nie oferuje nawet tego, nie niesie żadnych pozytywnych wartości, a wręcz odwrotnie. Utrwala i wzmacnia przekleństwo naszego narodu, czyli zamiłowanie do wyssanych z palca teorii spiskowych, przekonanie, że istnieją jacyś „oni”, którzy wszystko kontrolują. Aż dziw, że nie znalazło się miejsce na brzozę smoleńską, choć skoro wcisnęło się WTC, to może i ona się znajdzie w następnych częściach cyklu, do których poznania, co od razu podkreślam, wcale się nie palę.
Nie żebym potępiał w czambuł wszystkie teorie spiskowe. To określenie często przyczepia się teoriom, które tak naprawdę są czystą, żywą nauką, jedynym logicznym wytłumaczeniem pewnych fragmentów dziejów świata. Sęk w tym, że powieści ukazujące realne spiski i działania tajnych służb, jak choćby inna lektura naszego DKK, czyli Cmentarz w Pradze Umberto Eco, nie są u nas tak reklamowane ani zbyt popularne. Czyżby dlatego, że wizja świata, w którym dajemy manipulować nie tylko sobą, ale swoimi przekonaniami i swoją wiarą, w dodatku nie żadnym bractwom czy bohaterom o nadnaturalnych zdolnościach, a zwykłym ludziom, takim jak my, jest tym bardziej dołująca, iż prawdziwa, tym smutniejsza, iż krajem szczególnie poszkodowanym przez tego typu działania od wielu już wieków tradycyjnie jest Polska?
Nie jest tak, by Kapłan był całkowicie pozbawiony mocnych stron. Styl, choć nie wolny od potknięć, jest naprawdę przyjemny i łatwy w odbiorze. Potwierdza to fakt, iż większości klubowiczów się podobał. Jak to się mówi, pióro Krzysztof Kotowski ma naprawdę niezłe i jego proza jest wciągająca nawet wtedy, gdy denerwuje nas wymienionymi wcześniej aspektami. Czy to jednak nie tym gorzej, że twórca o takim potencjale tworzy wyraźnie pod publiczkę, pod szerokie masy, w dodatku pod ich najmniej pozytywne instynkty? Dlaczego nie woli iść choćby drogą Georga R.R. Martina?
Właśnie dlatego, że rzecz czyta się całkiem nieźle, że wielu może spodobać się dzięki temu, iż jak tyle już razy wspomniany Ojciec Mateusz, w ogóle nie zmusza do myślenia, nie polecam jej absolutnie, gdyż przemyca zarazem fałszywy obraz prawdziwej rzeczywistości, któremu na pewno wielu nie zdoła się oprzeć. Jeśli już coś ma w założeniu bawić, niech przy tym uczy też choć trochę, chociaż troszeczkę.


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

„Pisz pan książkę!” Zbyszek Buczkowski

„Pisz pan książkę!”
Zbyszek Buczkowski


Lekturą listopada 2015 w Rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki była wspominkowa książka Zbigniewa Buczkowskiego Pisz pan książkę! Kilka dni wcześniej odbyło się spotkanie z autorem, na które nie poszedłbym nawet, gdybym mógł, gdyż książkę już wcześniej przeczytałem i pytania, jakie ewentualnie miałbym do aktora, na pewno zepsułyby atmosferę.

Zanim przejdę do samej książki, może najpierw ogólniejsza refleksja. Polska krajem geniuszy literackich! Każdy pisze książki – od aktorów po aktorzyny, od polityków po politykierów. I każdy samodzielnie! Nie to co inne głupie nacje, które często ujawniają na okładce i stronie tytułowej skład spółki autorskiej – celebryty, który daje nazwisko i treść, oraz „murzyna”, który daje pióro. Nasi są wszyscy literacko uzdolnieni. Nie potrzebują pomocy do pisania książek. A może są po prostu pozbawieni samokrytycyzmu i uczciwości? Oczywiście nie mam pojęcia, czy pan Buczkowski pisał sam, czy też z murzynem – to ogólne odczucie, które mam pod wpływem zalewu podobnych produkcji, bo trudno to nazwać prawdziwą literaturą.


Pisz pan książkę! to luźne, anegdotyczne niejednokrotnie wspomnienia znanego polskiego aktora Zbigniewa Buczkowskiego. Nad względami warsztatowymi nie ma się co rozwodzić – poprawnie, ale po prostu miernie. Pozostaje treść. Tutaj zaczynają się schody.

Oceniając autobiografię nie sposób nie odnieść się również do samej postaci autora, zarazem głównego bohatera. Jak nam się widzi Pan Buczkowski na podstawie jego własnego dzieła?

Problemy zaczynają się już na samym początku, który jest wyraźną próbą pominięcia młodości, a jest ona przecież jednym z najistotniejszych elementów każdego życia. Niby wahał się nad wyborem drogi życiowej, ale o alternatywach zero, podobnie jak o czasach szkolnych. Na podstawie tej autobiografii można zaryzykować stwierdzenie, że aktorstwo, które też trafiło mu się przez przypadek, życie mu uratowało, tak jak Wałęsie skok przez płot.
Zero rozterek, zero refleksji, a jeśli już, to na poziomie rozmów przy piwku. Książka za to wprost ocieka dumą i samozadowoleniem. Inna sprawa, że odpowiada to staremu przysłowiu o szczęśliwych, którego nie przytoczę, by nie straszono mnie znów sądami. Tym bardziej, że nie mam tego autorowi za złe, nawet mu tego trochę zazdroszczę. Nie „kariery”, ale samozadowolenia i bezkrytycyzmu. Inna sprawa, że zastanawiam się, ile w tym prawdy, a ile autopromocji. Jako aktor też bowiem jawi się w co najmniej dwuznacznym świetle. Co to za aktor, który po prostu pokazuje siebie; zawsze taki sam. To nawet nie aktor charakterystyczny – takim była choćby Krystyna Zofia Feldman, która jednak potrafiła zagrać nawet mężczyznę. Czy pokazywanie siebie, albo własnego wyobrażenia o sobie, to aktorstwo?

Co pan może załatwić? – śpiewał niezapomniany Jan Kaczmarek. To chyba piosenka o panu Buczkowskim, który sam nazywa się załatwiaczem i nie widzi w tym niczego złego. Słowa takie jak korupcja, nepotyzm się go nie imają. W dodatku, czytając recenzje w Internecie, można dojść do wniosku, że ta choroba sięga dalej – nikt zdaje się nie zauważać tej patologii. Buczkowski zwala to na tamte czasy, co jest totalnym zakłamaniem, gdyż o ile za komuny było to powszechne, to jednak w ukryciu i dyskretnie, a teraz otwarcie i jawnie. Za tej złej komuny, na którą wszystko autor zwala, można było bez żadnych znajomości dostać dobrą pracę, nawet w urzędzie, a teraz? Wystarczy ze zrozumieniem poczytać ogłoszenia o naborze, nawet na szeregowe stanowiska w najpodlejszych gminach. Ustawione pod konkretnych kandydatów, którzy i tak dostają gotowce z pytaniami i odpowiedziami. Ba – nawet w przypadku prywatnych firm znośną pracę można najczęściej dostać tylko po znajomości lub po posmarowaniu. Tego chyba nie ma w żadnym cywilizowanym kraju. Owych rzeczy jednak autor nie widzi. Wpisuje się idealnie w nową polską tradycję – tradycję autocenzury. Nie tyka dzisiejszych patologii, gdyż główną jego zasadą życiową było, co wielokrotnie podkreśla, by nikogo nie urazić.

Narzeka, że za komuny załatwiano sprawy na telefon i po znajomości, a nie widzi, albo nie chce widzieć, że teraz załatwia się je na maila, w dodatku nie na zasadzie znajomości, tylko na Dyzmę. Postawa życiowa Buczkowskiego przypomina mi nieco przysłowie o cielęciu, które dwie matki ssie. Sam to zresztą dosłownie artykułuje, gdy pisze, że przy wyborze ról kierował się tym, by przede wszystkim nikogo odmową nie urazić. Nie walczył nawet o role ani w nich nie przebierał – po prostu brał prawie wszystko, co mu oferowano.

Zawsze szedł z prądem, i teraz też – dziś narzeka na komunę i ujawnia przekręty z tamtych czasów, ale ani słowa o patologiach dnia dzisiejszego, których rozmiar jest dużo poważniejszy.

Czy książka jest bezwartościowa? Wręcz przeciwnie. Jako nieodłączny syn bardzo poważnie zdegenerowanego moralnie narodu pisze w wielu miejscach prawdę, którą się wręcz chlubi, choć uczciwy człowiek uznałby te karty za haniebne.

Bez krępacji szczyci się tym, jak z kolegami brał udział w sprzedaży grafik z podrobionymi podpisami czy jak wciskał muzykom podrabiane markowe gitary jako oryginalne. Z nostalgią wspomina znajomego oszusta matrymonialnego, o którego działalności wiedział, i u którego się gościł, ale nawet do głowy mu nie przyszło, by o jego przestępczym procederze powiadomić organa ścigania. To był po prostu wspaniały kumpel.

Za świetny uczynek uważa postępek mamusi, która przed wczasami poszła do miejscowego mafioza i postawiła mu wódkę, by ochraniał jej mieszkanie. I Buczkowski szczyci się, że sąsiedzi po powrocie z wakacji swe mieszkania zastali okradzione, a oni nie. Tak właśnie rodziła się polska mafia, ale tego autor nie widzi. Nie potrafi, albo nie chce zauważyć. Podobnie jak zdecydowana większość jego czytelników, co potwierdzają recenzje w Internecie.

Wypaczoną moralność autora, tak polską w swej istocie, wyraźnie widać w scenie na transatlantyku, gdzie serwowano „za słabe” drinki. Podoba się Buczkowskiemu, że Polacy przemycili alkohol na statek i uważa to za świetną rzecz, wręcz za zasługę. Potem gani burdy, które z tego wynikły, ale nie wini za to przemyconej wódki i złamania przepisów, tylko słabe głowy niektórych. Jakie to polskie!

To skrzywienie moralne autora, który jak większość rodaków w mniejszym lub większym stopniu, zapewne podświadomie, wpisuje się w kulturę więzienną, wychodzi książce na dobre. Bez skrępowania, a nawet z dumą, opisuje fakty, które ktoś świadomy ich moralnego wydźwięku pominąłby milczeniem. Ksiądz wraz z nim za głębokiej komuny obżerający się bez miary i chlejący do upadłego z trzonem ówczesnej komunistycznej władzy. Nacjonalizmy osiedlowe i kodeksy honorowe rodem z więzienia. Obcy pałętający się po kabinie pilotów samolotu, który rozbił się w Lesie Kabackim w 1987. Luksusowe wycieczki po całym świecie. Wszędzie po znajomości, nawet do knajpy.

Ta bezrefleksyjność, jak wspomniałem, wychodzi książce na dobre, gdyż pomimo stronniczych komentarzy ukazuje, jak naprawdę było za komuny, choćby we fragmencie o ówczesnych dzielnicowych. A propos – ilu z Was widziało swojego dzisiejszego dzielnicowego w podległym mu terenie?

Autor cały czas narzeka na komunę, która uczyniła go „gwiazdą” i umożliwiła styl życia dla zwykłego Polaka nie będący i dzisiaj nawet w sferze marzeń. Cały czas powtarza, że takie były czasy. Szkoda, że nie zauważa, że wtedy normalny i uczciwy Polak nie miał większego problemu ze znalezieniem dobrej pracy, co jest przeciwieństwem dnia dzisiejszego, i że wielu ludzi zrobiło kariery bez łapówkarstwa, nepotyzmu, wchodzenia w układy wzajemnych przysług, co dziś jest niemożliwe.

Szkoda, że tak mało jest zdrowych elementów naprawdę humorystycznych, jak numer ze ślubem (kto czytał, ten wie). Ale może na tym polega tragedia załatwiacza?

Ciemne czasy komunistyczne – tak – takich właśnie sformułowań autor używa, jednocześnie nie widząc żadnych problemów dnia dzisiejszego, a we mnie rodzi się przekorne pytanie, czy wtedy w Polsce nie było łatwiej być uczciwym człowiekiem niż teraz?

Najsmutniejsza dla mnie była nie lektura samej książki, ale tego, co internauci o niej wypisują. Natchnęła optymizmem!!! To naprawdę mnie przeraża.

Do poznania tej książki, ani tym bardziej do jej zakupienia, nikogo broń boże nie zachęcam; jest tyle wartościowszych pozycji na rynku i w bibliotekach! Z drugiej jednak strony nie uważam, by była całkiem bezwartościowa. Paradoksalnie, w sposób przez autora pewnie nie zamierzony, jest interesującą pozycją ze względu na te fragmenty, o których autor nawet nie pomyślał, że można je inaczej oceniać i interpretować niż on. W tych miejscach jego szczerość ukazuje cenne obrazki z realiów PRL-u, środowiska aktorskiego tamtych czasów i w ogóle cwaniactwa warszawskiego. Dla socjologa czy psychologa jest to ciekawy przyczynek do rozmyślań o dziejach Polski - obraz erozji moralnej społeczeństwa polskiego, nadwyrężonego już serią klęsk, które skończyły się zaborami, Wojną Światową i okupacją w czasie IIWŚ. Społeczeństwa pod wpływem komuny, która stała się wstępem do tragedii, gdy zachłysnęło się ono kapitalizmem. A dla pozostałych, zwykłych czytelników? - Nie warto szukać na siłę, ale jak się nie ma co innego, albo już się znalazło Buczkowskiego na półce – można przeczytać


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie


„Morfina” Szczepana Twardoch

Morfina
Szczepan Twardoch
Lekturą października w moim, czyli rawskim, Dyskusyjnym Klubie Książki była Morfina Szczepana Twardocha. Nazwisko autora nic mi nie mówiło, nie śledzę wszak wieści z rynku wydawniczego, rankingów sprzedaży i innych elementów gry marketingowej uprawianej wokół książki w Polsce. Wziąwszy tę grubą, bardzo grubą książkę do ręki, zastanawiałem się, czy to kolejna wydmuszka przy pomocy odpowiednich nakładów wykreowana na bestseller, czy też perełka w rodzaju Wyspy Klucz lub Czarnego ogrodu*. Oczywiście mogłem zajrzeć do Internetu i poczytać recenzje, ale nauczony doświadczeniem wiedziałem, że często rozmijają się z moimi ocenami, zwłaszcza te spisane w podzięce za darmowy egzemplarz do recenzji. Jak zwykle więc postanowiłem dać książce szansę, by przemówiła sama za siebie.

Gdy tylko pierwszy raz spojrzałem na okładkę, z taką niby niepozorną i banalną, ale jednak intrygującą grafiką, oraz zważyłem ciężar tomiku i uwzględniłem implikacje tytułu, wiedziałem, że to nie będzie rzecz do połknięcia w jeden lub dwa dni. Odłożyłem więc na bok wszystkie inne zaplanowane lektury i napocząłem Morfinę. I to była słuszna decyzja, gdyż jak się okazało, jest to jedna z tych powieści, które wymagają poświęcenia im odpowiedniej ilości czasu, których nie da się przeczytać szybko, ale jeśli się do niej podejdzie uczciwie, to odwdzięczy się jak rzadko która.
Jest październik 1939 roku. Okupowana Warszawa, która jeszcze nie zrozumiała, co oznacza słowo okupacja. Konstanty Willemann, syn Polki i Niemca, arystokrata po mieczu, bogacz po matce, bawidamek i playboy z wyboru, wykreowany przez matkę na Polaka, przebył ze swym 9 Pułkiem Ułanów kampanię wrześniową w polskim mundurze. Zdobywszy za udział w wojnie stosowne odznaczenie, wrócił do żony oraz syneczka w Warszawie i... No właśnie, co dalej ze sobą począć?

Sytuacja protagonisty jest wielce złożona i pełna dylematów. Pierwszym, przynajmniej chronologicznie, jest matka. Rozpieszczała syneczka i nadal to czyni, za niego podejmując wszelkie istotne decyzje i wciąż prowadząc go na zwykle luźnej, niemniej niezwykle skutecznej, gdy trzeba, smyczy; smyczy finansowej. Funduje mu wszystko, nawet samochody, i Kostek nigdy się pracą nie skalał. Ona uczyniła go Polakiem, choć równie dobrze mógł być Niemcem. Uczyniła go bezwolnym, a on rozwinął się dalej w tym kierunku. Stara się robić to, czego się od niego oczekuje – zdobyć żonę, spłodzić syna, pójść na wojnę, ale sam, tak od siebie, niczego nie chce. Nawet morfiny, prostytutek i romansów, bez których trudno mu się obyć, też tak do końca, też tak naprawdę, na innym poziomie, nie chce. No – chciałby świętego spokoju i żeby wszystko było tak jak przed wojną, żeby nikt niczego od niego nie żądał. Tyle tylko, że świat się zmienił i nie jest to już możliwe. Ta sytuacja, ta konieczność dokonywania wyborów, których dokonywać nie chce, ten przymus wykazywania się aktywnością, której w głębi siebie nie czuje, ale której pożąda otoczenie, męczą go coraz bardziej.

Konstanty, jak to zwykle w jego przypadku, nie jest w stanie podjąć decyzji co do dalszego w swym życiu postępowania, skoro nie może prowadzić już dalszego, beztroskiego bytu, ale poddaje się wpływom i oczekiwaniom innych. Nawiązuje kontakt z Muszkieterami, organizacją podziemną do dziś budzącą zagorzałe spory historyków, a raczej to organizacja nawiązuje kontakt z Kostkiem. Co z tego wyniknie, ani jak się ułożą skomplikowane związki protagonisty z kobietami i używkami, tego oczywiście nie zdradzę.

W Morfinie autor zastosował ciekawy chwyt – płynne przechodzenie narratora pierwszoosobowego między postacią głównego bohatera i bliżej nieokreślonego bytu w rodzaju Anioła Stróża (płci żeńskiej), który jednak nawiasem mówiąc ze swych obowiązków wywiązuje się słabo. Czasami pojawiają się też byty pośrednie, a całość jest dość oryginalnym sposobem na oddanie stanu umysłu niszczonego przez morfinę i alkohol oraz pokonanie ograniczeń narracji w pierwszej osobie przez skorzystanie z wszechwiedzy narratora zewnętrznego. To ostatnie pozwala wykroczyć poza ramy czasowe zdarzeń samej powieści i w drodze dygresji tego niematerialnego ducha opowiedzieć o losach postaci pobocznych, które same z siebie już w opowieści by się nie pojawiły.

Warsztat literacki Szczepana Twardocha nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Jest nawet lepiej; jest oryginalny i ma specyficzny sznyt. Proza rytmiczna, transowa, dopasowana do przyjętej konwencji, pozwalająca czytelnikowi przejść ze zwykłej perspektywy w świat narkomana i alkoholika, w którym rzeczywistość i ułuda mieszają się we wciąż zmieniających się proporcjach.

Dla osób, których „brzydkie słowa” odrzucają, nie będzie to lektura strawna. Nie mam jednak tego autorowi za złe, gdyż uważam, że o pewnych rzeczach nie można pisać nie używając wulgaryzmów. Pole bitwy, na którym ranni i umierający krzyczą tylko „Matko” i „Chryste”, na którym nikt nie wyje niczym zwierzę i nie klnie gorzej niż szewc jest równie realne, co alfons w zaułku przemawiający do prostytutki salonowym językiem. Pisanie przy pomocy słownika ocenzurowanego mieszczańską, katolicką lub jakąkolwiek inną pruderią jest dopuszczalne w pewnej konwencji; nie razi w Potopie czy Czterech Pancernych, gdyż te kanony są krańcowo odległe od opisywania rzeczywistości, ale takie rzeczy poza określonymi wyjątkami tchną sztucznością i infantylnością. Twardoch i tak litościwie się obszedł choćby z wojskowymi, bo jak brzmi język wojaków, wie każdy, kto choćby przechodził odpowiednio często koło koszar.

Intryga to właściwie opowieść o pierwszych dniach okupacji Stolicy i Polski, za co wielka chwała autorowi, gdyż to moment nieczęsto tak odważnie i z wyczuciem ukazany. Niepewność, nadzieja, niewiedza, złudzenia...

A o czym jest ta powieść, co jest w niej wątkiem dominującym? O przegranej wojnie i postawach, które ona uruchamia. Oczywiście również o okupacji i walce o wolność. Ale czy nie ważniejsze jest poszukiwanie własnej tożsamości przez bohatera? A może o rolach społecznych, które przyjmujemy, nie zawsze z własnej woli i często nie do końca świadomi konsekwencji? O rolach, które gramy, i które są równocześnie niejednokrotnie krańcowo odmiennie oceniane przez różne osoby zależnie do tego, w jakich rolach one nas postrzegają i jakie uważają za postulowane? A może o wpływie okoliczności i środowiska na podejmowane przez nas decyzje? A czy mniej ważny jest dylemat – kto gorszy, pusty bohater czy zaślepiony ideowiec? Nie wiem. Jest po trochu o tym wszystkim i o wielu innych jeszcze rzeczach. Twardoch raczej stawia pytania, niż daje odpowiedzi, ale niewielu rodaków takie pytania stawia, o szukaniu odpowiedzi nie wspominając.

W powieści roi się nie tylko od różnych wątków, które można rozpatrywać z odmiennych punktów widzenia i oceniać uwzględniając różnorodne aspekty. Jest w niej też pełno zaskakujących perełek skojarzeniowych i innych, często pewnie w ogóle przez autora niezamierzonych. Pojawia się na przykład piekielna choroba ubogich – noma. Jakież było moje zdziwienie, gdy po wklepaniu tego hasła w google stwierdziłem, że jest to słowo z ochotą wykorzystywane w nazwach firm, nawet restauracji i winiarni, nie tylko polskich zresztą. To tak, jakby ktoś nazwał bar Rozwolnienie albo klinikę dla dzieci Syfilis.

Bardzo interesująco autor zajął się również tematami damsko-męskimi, konkretnie zderzeniem małżeństwa i rozwiązłości obyczajów. Cenne jest również to, iż jedna z bardziej znaczących dla konstrukcji dzieła postaci, czyli ojciec protagonisty, bohater wojenny, odnosi na wojnie rany, które nie tylko czynią go potworem, ale w dodatku pozbawiają męskości. To ważna opozycja wobec schematu królującego w naszej rodzimej literaturze, w której na wojnie albo zostaje się bohaterem, albo ginie, ewentualnie bohatersko ginie, ale nie ma miejsca na takie rzeczy jak kalectwo, zwłaszcza kalectwo odrażające lub odczłowieczające. Gdyby świadomość wysokiego prawdopodobieństwa takiego właśnie obrotu rzeczy była większa, pewnie mniej byłoby chętnych do kolejnej „pięknej” wojny.

Najważniejszą chyba jednak rzeczą, która kojarzy mi się z rzeczywistością opisaną we wspomnianym już prześwietnym Czarnym ogrodzie, jest obowiązkowość patriotyzmu, która jest zarazem jednym z leitmotivów Morfiny. Większości Polaków urodzonych z matki-Polki-katoliczki i takiegoż samego ojca nawet nie przyjdzie do głowy zastanawiać się nad tym, co to znaczy być Polakiem i co to takiego patriotyzm. Ten ostatni wydaje im się jedynie słuszny, obowiązkowy i święty. Głębię infantylności tego światopoglądu ukazuje fikcyjny protagonista Morfiny, a jeszcze bardziej rzeczywiste postacie z Czarnego ogrodu. Kim jest ktoś urodzony z rodziców polsko-niemieckich? Polakiem czy Niemcem? Kogo ma zabić w ramach realizacji patriotyzmu – matkę czy ojca, gdy każde z nich też zechce realizować swój patriotyzm? A jeśli jest dwóch braci i mają decyzją administracyjną nadane odmienne narodowości i obywatelstwa, to też mają się nienawidzić? Tych pytań bijących w istotę źle pojmowanego patriotyzmu, których większość Polaków nawet sobie nie uświadamia, gdyż urodzili się, żyją i umrą w monolicie narodowościowym, nigdy dość.

Szczepan Twardoch poprzez Morfinę pokazuje się jako znaczące nazwisko w polskiej literaturze i jeśli trafię na następne jego książki, sięgnę po nie z ciekawością. Mogłaby być Morfina szczepionką na źle rozumianą polskość i patriotyzm, gdyby nie to, że szczepionka jest skuteczna podana przed infekcją, a nie wtedy, gdy choroba osiągnie już stadium ogólnoustrojowej reakcji zapalnej.

Szczególnie pouczająca była zaś dla mnie... lektura recenzji w Internecie. Ta książka, niczym kij wsadzony w mrowisko, zamieszała w mózgach czytelników (nawet jeśli sami się do tego nie przyznają) i obnażyła prawdziwe oblicze polskiego humanizmu, tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Słowo, którym najczęściej określa się głównego bohatera, i to niezależnie od tego, czy recenzent odnosi się do niego z sympatią, czy bez, jest... ŚMIEĆ!

To prawdziwy obraz polskiego społeczeństwa i jego prawdziwa samoocena. Tym bardziej przerażająca, że wyrażona, bądź co bądź, przez opiniotwórcze elity intelektualne. I to w kraju, w którym mamy największy na świecie pomnik Chrystusa, dla którego głównym przykazaniem było przykazanie miłości.


ŚMIEĆ! A dla mnie to hańba!
Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

„Ziemie niczyje” Maciej Paterczyk

„Ziemie niczyje”
Maciej Paterczyk



Lekturą września 2015 w moim, czyli rawskim, oddziale Dyskusyjnego Klubu Książki była powieść Ziemie niczyje Macieja Paterczyka. Nazwisko autora kompletnie mi nieznane, oficyna poważna, więc zasiadłem do lektury po równi pełen nadziei, co i obaw.
Kończy się II Wojna Światowa. Trójka polskich szabrowników – Brodacz, Chudy i Chłopiec – poszukują opuszczonych bogatych domów, które okradają, a zdobyte w ten sposób „skarby” chowają w kryjówkach, do których zamierzają wrócić po wojnie, gdy wszystko się unormuje. W ten sposób nie obciążają się łupami i nie noszą przy sobie dowodów winy. Starają się poruszać w przestrzeni między przemieszczającymi się frontami, które wkroczyły już na ziemie przed wojną niemieckie. Ich strategia, by unikać ludzi, nie tylko tych uzbrojonych, i eksplorować jedynie opuszczone miejsca, sprawdza się doskonale do czasu, gdy do ich grupy dołącza Dziewczyna. Warszawianka z konspiracji, złapana przed Powstaniem i wywieziona do domu publicznego do Niemiec, skąd udało jej się uciec, opowiada im o wielkim skarbie, który znajduje się w Szczecinie. Udaje jej się nakłonić szabrowników, by zmienili plany i skierowali się do grodu zwanego jeszcze wówczas Stettinem. Co się będzie działo dalej, tego tradycyjnie nie zdradzę.
Rozpoczynając lekturę i przez pierwszą jej część, do czasu pojawienia się Dziewczyny, byłem niezwykle ukontentowany. Proza potoczysta, wciągająca, lekkostrawna, prosta, ale bez infantylności. Miałem też nadzieję na pewnie głębsze wartości, jak choćby chwycenie się za bary z tematem dezerterów i maruderów, który w naszej rodzimej literaturze prawie nie występuje. Nieśmiało modliłem się o to, by autor miał odwagę zrobić coś naprawdę odważnego, jak choćby uśmiercić wszystkich głównych bohaterów nie w wyniku intrygi czy nieudanej akcji, ale w następstwie przypadkowych całkowicie okoliczności. Zabłąkana kula, mina założona na drodze przez Bóg wie kogo, zatrute jadło, zapalenie płuc. To byłoby prawdziwe oddanie realiów wojennych. Pokazanie, że nie można sobie zaplanować przeżycia wojny, a śmierć nie przebiera. Mogłaby być też jakaś zbrodnia polskich żołnierzy na cywilach, bo jak dotąd jesteśmy chyba jedyną armią świata, która się czegoś takiego w literaturze nie dorobiła. Niestety, od momentu, gdy pojawia się Dziewczyna, wszystko się sypie.
Postacie trójki protagonistów, naszkicowane dość ogólnikowo, ale dające wrażenie spójnych psychologicznie konstrukcji, zachowują się i reagują na zmienne okoliczności oraz warunki przekonująco i realistycznie. Gdy jednak wkracza między nich Dziewczyna, zaczynają się rozdźwięki między tym, czego można się spodziewać, co wynika z już uzyskanych o męskiej trójce informacji, a tym, co serwuje autor.
Powieść niewielka objętościowo, a jednak zawiera sporo błędów wszelkiej maści, zwłaszcza po pierwszych kilkudziesięciu stronach, które są naprawdę niezłe. Maruderzy uzbrojeni w granatniki (sic!), kwiatki językowe w stylu
...dół ciał, którzy byli...
są najmniejszym problem, choć po pewnym czasie zaczynają przeszkadzać w odbiorze i wczuciu się w świat przedstawiony. Dużo bardziej dotkliwe, bo tworzące fałszywy obraz realiów wojennych, są pewne istotne elementy fabuły. Dziewczyna wywieziona do burdelu dla niemieckich żołnierzy, w którym zdobywa informacje o skarbie, od korzystających z jego usług konwojentów. Jak się ma to do faktu, że Niemieckich żołnierzy korzystających z usług polskich prostytutek karano bardzo surowo; normą był bilet na front wschodni? Poza tym sam pomysł wyprawy do Szczecina... Łatwo zrozumieć infantylność tego wątku, gdy spróbujemy wyobrazić sobie odwrotną sytuację – Niemców próbujących wejść w 1939 do Warszawy przed swoją armią, by ukraść z niej skarby z muzeów czy prywatnych kolekcji. Bez znajomości języka, bez pomocy z wewnątrz... Bardzo, bardzo słabe.
Nawet na okładce znajdujemy kwiatek – wydawca klasyfikuje Ziemie niczyje jako thriller. Dla mnie thriller i opowieść wojenna to zbiory rozłączne.
Jak widać z powyższego, powieść wymyka się jednoznacznej ocenie. W pewnych aspektach, zwłaszcza w pierwszej połówce, którą czyta się naprawdę z dużą dozą przyjemności, zasługuje na wysoką ocenę, ale w innych, szczególnie w końcówce, trzeba by dać notę bardzo, bardzo niską. Co do peanów na jej cześć, które można znaleźć w internecie, to przypomina mi się sprawa z popularnonaukową książką Republika Piratów. Po jej lekturze odmówiłem napisania pozytywnej recenzji z uwagi na kardynalne błędy merytoryczne, ale znaleziono takich, którzy w zamian za darmowy egzemplarz widzieli w niej tylko pozytywy. Co więc począć z Ziemiami niczyimi?
W naszym klubie opinie były z reguły zbieżne, choć argumenty odmienne, co jest dodatkowym potwierdzeniem mojego zdania, iż książkę tę można odbierać bardzo różnie. Podsumowując powiedziałbym, iż jest to powieść niespełnionych nadziei. Autor miał świetny pomysł, zaczął dobrze, ale potem się pogubił. Dla mnie czas poświęcony na jej lekturę, a czyta się ją bardzo szybko, zwłaszcza na początku, nie był czasem straconym. Nie mam jednak sumienia polecać jej komukolwiek, skoro jest tyle pozycji nieporównanie lepszych pod każdym względem, że na ich przeczytanie i tak najdłuższego nawet żywota nie starczy

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

„Czarny ogród” Małgorzata Szejnert

„Czarny ogród”
Małgorzata Szejnert
Lekturą przewidzianą w rawskim DKK* była książka Małgorzaty Szejnert Czarny ogród. Ponieważ, również dzięki Klubowi, miałem okazję już wcześniej poznać niesamowitą książkę tej autorki Wyspa Klucz, która mimo iż jest opracowaniem historycznym wciągnęła mnie, zachwyciła i oczarowała bardziej niż wiele uznanych dzieł Wielkiej Literatury, więc nieśmiało miałem nadzieję, że i tym razem tak będzie. Zostawiłem sobie na przeczytanie Czarnego ogrodu około tygodnia i okazało się, że był to błąd. Wielki błąd. Nie tylko, że nie zdążyłem na czas, co zdarzyło mi się po raz pierwszy od wstąpienia do DKK, to cała lektura zajęła mi... ponad miesiąc. Dlaczego?
Oczywiście nie bez wpływu na to był wybuch pięknego lata, wytęsknionej dla ciepłoluba pory roku, umożliwiającej cudowne spacery i inne wycieczki. Głównym jednak powodem była sama książka. Jak to możliwe, że Czarny ogród zabrał mi więcej czasu niż Pismo święte i Trylogia Sienkiewicza razem wzięte?
Kazimierz Kutz** (podobno, bo widziałem już bardzo różne wersje tego tekstu, choćby tę na LC***, zawierającą zarówno identyczne, jak całkiem odmienne fragmenty niż na okładce mojego wydania, również podpisane jego nazwiskiem) napisał:
Czarny ogród to historia spółki Giesche, historia Niemiec, Śląska i Polski, historia powstawania Giszowca i Nikiszowca, a co najważniejsze - historie kilku wybranych rodów z Giszowca, które przewijają się i krzyżują przez paskudny wiek XX. Powstało imponujące dokonanie sztuki dziennikarskiej, zachwycająco bogate, zawsze konkretne, ale obiektywne.
Nagromadzenie wiedzy, obfitość faktów i całego gąszczu pogranicznych losów ludzi - a zwłaszcza talent autorki - zapierają dech. Książka pani Szejnert da się przyrównać do olbrzymiego meteorytu, który spadł na naszą ziemię. To z całą pewnością „dzieło życia” autorki. Dla mnie to arcydzieło w zbiorze śląskiej tematyki, które ukazuje autentyczną magię Górnego Śląska i mądrą filozofię długiego trwania jego mieszkańców.
I pod każdym słowem tego posumowania bym się podpisał, ale pod jednym warunkiem – że trzeba dopisać dużo więcej. Powyższe bowiem wyjaśnia mniej więcej, dlaczego Czarny ogród stał się podobno opracowaniem wręcz kultowym nie tylko dla Ślązaków, ale w ogóle dla ludzi związanych z tym regionem lub zainteresowanych jego dziejami. Nie wyjaśnia jednak dlaczego wręcz zafascynował mnie, który z przymrużeniem oka spogląda na takie lokalne sprawy, a na ludzkie decyzje i losy na tle procesów społecznych patrzy po części tak, jak biolog na różnorodne zachowania zwierząt w zmiennych warunkach środowiska. Nie wyjaśnia dlaczego ta książka musi usidlić każdego, kto lubi wiedzieć.
Z reguły książki historyczne zalatują nudą, o ile nie dotyczą tematów, które byłyby dla czytelnika interesujące same z siebie, choćby w formie powieści czy filmu – wojny, zbrodni, namiętności, skarbów czy władzy. Z tego też między innymi powodu nie zgadzam się z obiegowym sloganem, że historycy są w stanie nauczyć przeciętnego człowieka czegokolwiek dla niego pożytecznego. Historia nie potwierdza, by sami potrafili wyciągać z niej wnioski na swój własny użytek. Historie państw i ich władców, polityków czy wielkich wodzów nie mają żadnej wartości jako nauka dla ludzi, których losem ma być „zwykłe” życie. Jak choćby w czasie holocaustu, kiedy polscy ani nawet żydowscy historycy czy inni wykształceni ludzie, obuczeni w historii, wcale nie prognozowali swych losów i nadciągających niebezpieczeństw lepiej niż ciemny chłop granatem od pługa oderwany. Oni się nawet nad tym nie zastanawiali ani do dziś nie zastanawiają, wciąż przedkładając nad pytanie o brak zdolności do antycypacji własnej realnej sytuacji życiowej choćby profesorów krakowskich czy lwowskich w 1939*** problemy decyzyjne Napoleona czy Cezara. Małgorzata Szejnert pokazuje inne opracowanie historii, niezwykle wartościowe dla każdego, od zainteresowanych socjologią i psychologią społeczną, po zwykłych ludzi, którzy chcą wiedzieć co inni im podobni robili, gdy świat się walił. Jakie podejmowali decyzje i dlaczego. Jak ich działania przedstawiała potem oficjalna historia i dlaczego te poglądy się zmieniały oraz w jaki sposób. Tak jak w Wyspie Klucz osią dzieła jest miejsce i związana z nim sytuacja. Tam była to wyspa będąca wrotami do Ameryki i instytucja będąca zamkiem w tych drzwiach. W Czarnym ogrodzie są to miejscowości Giszowiec i Nikiszowiec, stworzone niczym dwa ogrody w różnych konwencjach, ale służące temu samemu panu – przemysłowi wydobywczemu i siły, które powołały je do życia.
Historia Giszowca i Nikiszowca w tradycyjnym, łatwym ujęciu, bezwartościowym dla szerszego ogółu, byłaby zbiorem dat i faktów okraszonym życiorysami co sławniejszych osób z nimi związanych oraz tezami patriotycznymi odpowiednimi dla planowanego odbiorcy czy wydawcy. Małgorzata Szejnert sięga po cały przekrój społeczny postaci zaludniających rejon przez cały czas jego rozwoju, od osób najbardziej znaczących po najmniej „historyczne”. Od bogaczy i fundatorów, biznesmenów i kupców, przez inżynierów i majstrów, aż do szeregowych robotników i gospodyń domowych. Każdy, o kim zachowały się jakiejkolwiek informacje, może się znaleźć w takiej opowieści, bo każdy miał swój udział w kształtowaniu jej tematu, choćby nawet nic nie robił, tylko umarł przy porodzie. I podobnie jak w Wyspie Klucz, autorka wykonała gigantyczną pracę starając się pociągnąć „do końca” dzieje każdego, kto choć raz pojawił się na kartach dziejów Giszowca i Nikiszowca, co daje unikalne spojrzenie na powiązanie między kolejami losów państw, narodów i przywódców oraz tych, których zwykle historycy nie postrzegają inaczej jak liczby – szarych, zwykłych ludzi.
Wielką zaletą, jak widzę będącą znakiem firmowym Małgorzaty Szejnert, jest odstąpienie od wszelkich ocen, wartościowana, sympatii czy tym bardziej nienawiści. Mówią fakty, wydarzenia, związki przyczynowo skutkowe. Nawet przypadki mają swoją wymowę. Gdyby usunąć z okładki nazwisko autorki nie można by na podstawie treści określić kto stworzył to monumentalne, zdradzające ogrom włożonej pracy dzieło. Niemiec? Polak? Ślązak?
Już zaczynacie przeczuwać, dlaczego lektura zajęła mi tyle czasu? Każdy fakt, każdy drobiazg ma swoje znaczenie. Nie tylko w aspekcie historycznym, przyczynowo skutkowym, ale i w dalszych konotacjach. Diabeł tkwi w szczegółach, a drobiazgów Czarnym ogrodzie bez liku. I każdy może wywołać refleksję, skojarzenie, olśnienie. Oczywiście u każdego może być ono inne. Zaprzeczyć jednym ogólnie lansowanym tezom, poprzeć inne. To właśnie prawdziwa historia. Tyle jest historii, ilu jest ludzi.**** Ale by nauczyć się je widzieć, trzeba poświęcić czas na dostrzeganie i rozumienie znaczenia szczegółów. Inaczej na zawsze pozostaniemy rozdarci - czy Ślązacy to Polacy, czy Niemcy?
Czarny ogród praktycznie nie serwuje żadnych odpowiedzi na żadne pytania, ale daje ogrom materiału do udzielenia sobie wielu, wielu odpowiedzi na bardzo różnorodne dylematy. Refleksje, skojarzenia i wnioski mogą być niezwykle odległe od głównego tematu, ale czyż nie świadczy to o bogactwie tego niezwykłego ogrodu?
Opatrzona stylową, nawiązującą do klimatu regionu okładką księga jest niezwykle cennym przyczynkiem do tematu w Polsce rozumianego z reguły infantylnie. Patriotyzm, ojczyzna... Co to jest? Dla mieszkańców ziem, w których narodowość była jednością z państwowością, bo okupacja czy nawet zabory były tylko tym właśnie, okupacją i zaborami, a nie zmianą państwowości, sprawa może wydawać się prosta – jestem Polakiem, bo urodziłem się w Polsce z matki i ojca Polaka, dziada i babki, wuja i ciotki. Ale to tylko pozór. Co jeśli ktoś ma matkę Polkę, która urodziła się w Niemczech, ojca Niemca, który urodził się Polsce, a w dodatku oboje uważają się za Ślązaków? Co jeśli patrząc po sąsiadach widzi, iż ślepy przypadek – różnica jednego lub kilku lat w dacie urodzenia lub kilku kilometrów w miejscu urodzenia może decydować o przynależności do jednego lub innego państwa a nawet narodu? Czy to nie nasze wewnętrzne przekonanie powinno to określać? I refleksja – do ilu ludzi dociera, że przypadek decyduje, czy wierzą w Jezusa, czy w Allacha? Wszak przypadek decyduje, że urodzili się pod wpływem kultury chrześcijańskiej, a nie muzułmańskiej. Wyjątkami są objawienia chrześcijańskie w świecie muzułmańskim i odwrotnie, ale ilu ludzi dopuszcza do siebie te oczywiste fakty i ich wymowę? Podobnie jest z patriotyzmem, zdradą, ojczyzną i narodowością, a pięknie pokazują to fakty, których w Czarnym ogrodzie urodzaj niezwykły.
Szczególnie zaskoczyły mnie relacje o przymusowych (i ochotniczych) wyjazdach na roboty do Niemiec w czasie wojny, które rzuciły całkiem nowe światło na znane mi osobiście z pierwszej ręki świadectwa, które dotąd uważałem za wyjątkowe.
Ciekawostką, ale niezmiernie ważką, jest choćby casus maści konia gen. Szeptyckiego podczas objęcia Górnego Śląska przez Wojsko Polskie jako przyczynek do podważanej przez socjologów wiarygodności świadków uznawanej powszechnie za tym większą, im więcej jest zgodnych świadectw.
Daje do myślenia na temat samodzielności wielkich postaci historycznych wpływ rodziny Giesche i innych kół biznesowych wywierany nawet na Bismarcka. Do filozofowania na temat mentalności narodów, skłonności do kradzieży i wielu, wielu innych rzeczy też dostaniemy interesujące przesłanki w wielu tylko z pozoru błahych detalach.
Wbrew pozorom historia nie jest martwa. Znajdujemy w tomiszczu wiele danych pozwalających analizować choćby kierunek i charakter rozwoju polskiego dzisiejszego kapitalizmu, postaw społecznych, zachowań indywidualnych, itd.
Niektóre dane, które napotkamy w trakcie lektury, w pierwszej chwili zdają się szokować, jak choćby to, że średnia życia w Giszowcu w 1923 roku wynosiła... 17 lat. Potem dostajemy wyjaśnienie, ale jeśli poświęcimy książce więcej czasu, może dojdziemy i do dalszych wniosków, które mogą się okazać w ogóle niespodziewane nawet dla autorki.
Wręcz złośliwym komentarzem wobec naszej dzisiejszej rzeczywistości i pomysłów ludzi obecnie rządzących Polską mogą być choćby wzmianki o prorodzinnej polityce koncernu Giesche czy jego systemie kar. A takich perełek jest tyle, że nie sposób ich tu wszystkich choćby nawet wspomnieć.
Przy tym wszystkim nie brak i wątków wręcz filozoficznych, ogólnoludzkich, jak choćby niezwykle mądra myśl Jana Pawła II na temat pracy i dystrybucji dóbr z niej pochodzących, która na pewno nie przejdzie przez gardło nikomu w mass mediach dzisiejszej demokratycznej Polski, czy piękny napis na frontonie kamienicy przy ul. Ring 20 we Wrocławiu
CUR VITA LANGUIDEO DURATURA
CUR VITA STRENUUE PERITURA *****
Można tak w nieskończoność. Przeplatające się losy ludzkie, skojarzenia łączące różne fakty, krzyżujące się ponad czasem i pokoleniami, pytania i odpowiedzi, refleksje... A wszystko to podane w pięknej polszczyźnie, wyważonej, ciepłej, naprawdę kulturalnej, bo takie właśnie słowo najbardziej chyba jej charakter oddaje, która dla czytelnika jest ucztą nie mniejszą niż język Sienkiewicza.  W dzisiejszych czasach badziewia obejmującego również język pisany to naprawdę ewenement . W dodatku w bądź co bądź literaturze faktu, naukowej, historycznej, ale to już chyba znak firmowy autorki, podobnie jak rzetelność, dociekliwość i uczciwość.

Jak już wspomniałem, okładka prezentuje się idealnie. Klimat, historia, region i symbole tytułu. Pracy wydawniczej w środku też nie sposób zarzucić niedbałość – znalazłem dosłownie pojedyncze ślady działalności chochlika drukarskiego. Niestety, jako miłośnika starych fotografii zawiódł mnie mały rozmiar zamieszczonych zdjęć, choć ich ilość i dobór są absolutnie zadowalające. Inna sprawa, że gdyby były większe, dłużej bym się nimi delektował i pewnie bym jeszcze książki nie skończył. Ponarzekać muszę natomiast zdecydowanie na umieszczenie na końcu książki i podpisów do zdjęć, i przypisów (nie tylko bibliograficznych), i Grządek Domowych (rozpiska rodów występujących w opracowaniu). Cztery zakładki w jednej książce, by swobodnie przemieszczać się między treścią, przypisami, podpisami i Grządkami, to zdecydowanie zły pomysł.
Nauczony doświadczeniem przestrzegam przed sięganiem po tę książkę, jeśli nie możecie poświęcić jej odpowiedniej ilości czasu. Jest jak wyborne wino, które trzeba smakować bez pośpiechu, w odpowiednim kieliszku, towarzystwie i otoczeniu. Pewnie, że można je wychlać z gwinta w bramie, ale na pewno nie będzie wtedy smakować tak samo. Poczekajcie na odpowiedni czas, a wtedy wspomnijcie, że polecam Wam Czarny ogród absolutnie i z pełnym przekonaniem. Już dawno nie czytałem niczego aż tak dobrego


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie


* Dyskusyjny Klub Książki
** Kazimierz Julian Kutz (ur. 16 lutego 1929 w Szopienicach) – polski reżyser filmowy, teatralny i telewizyjny, scenarzysta filmowy
*** LubimyCzytać.pl
**** W 1939 w Krakowie wyższa kadra naukowa stawiła się licznie na zebranie zarządzone przez władze okupacyjne i została aresztowana, we Lwowie biernie czekała na aresztowanie w swych miejscach zamieszkania. Inteligencja i znajomość historii nie pomogły profesorom w podjęciu jedynie słusznej decyzji - o ucieczce.
***** Moje ulubione sformułowanie zaczerpnięte z filmu Homeless to Harvard: The Liz Murray Story

****** Dlaczego trwa tak leniwie
Dlaczego tak chyżo przemija

Recenzja książki "1945. Wojna i pokój" Magdaleny Grzebałkowskiej

Recenzja książki Magdaleny Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój”:

Nasze wyobrażenia związane z końcem wojny opierają się głównie na filmach, serialach, literaturze czy wspomnieniach rodzinnych. Dziś trudno znaleźć tych, którzy pamiętają koniec wojny, są to osoby, które wówczas były dziećmi. Do nich stara się dotrzeć Magdalena Grzebałkowska i dowiedzieć się, co pamiętają. Ich opowieści i wspomnienia to na pewno jedne z ostatnich takich relacji żyjących świadków tamtych wydarzeń. Autorka przyznaje, że rozmowy z ludźmi były dla niej najważniejsze przy pisaniu reportażu. Korzystała też z wielu źródeł, wśród których najważniejsza była książka Marcina Zaremby „Wielka trwoga. Polska 1944 – 1947”.

Tak powstał świetny reportaż, dzięki któremu można bardzo wzbogacić swą wiedzę o tym trudnym i bolesnym czasie, który dla wielu wcale nie oznaczał końca wojny.

Grzebałkowska ułożyła swą książkę w dwanaście opowieści wzbogaconych ogłoszeniami z prasy z kolejnych miesięcy 1945 roku. Są też liczne zdjęcia obrazujące tamten czas. Mamy więc relacje o szabrownikach, o przesiedleńcach, Niemcach, Ukraińcach, o pierwszym prezydencie Wrocławia Bolesławie Drobnerze, o przeprawie przez zamarznięty Zalew Wiślany. Wspominają: Werner Henseleit, Niemiec ożeniony z Polką, Augustyna Niedworok ze Śląska, która czuje się Niemką, Jarosław Cholewka, po ukraińsku Choljałka i wielu innych. Niekiedy autorka nie podaje nazwiska, bo, jak twierdzi, „czasem trzeba chronić bohatera”.

Przejmujące są opowieści o żydowskich dzieciach w otwockim domu dziecka, o Warszawie w pierwszych dniach po wyzwoleniu, o katastrofie statku „Wilhelm Gustloff”, o obozie w Łambinowicach i jego okrutnym komendancie Czesławie Gęborskim, który zgotował straszny los cywilom niemieckim.

Wydawać by się mogło, że przeglądanie ogłoszeń prasowych z 1945 roku będzie lżejsze w odbiorze. Owszem, nieraz tak jest, ale i tu doświadczamy smutnych i przygnębiających odczuć, czytając liczne anonse o tym, że ktoś chce „oddać za swoje niemowlę/dziecko dobrej rodzinie” lub poszukuje kogoś bliskiego. Bywa, że tym bliskim jest zwierzę – „Wszystko, co mi zostało to brunatna suczka owczarka z obrożą” – to ogłoszenie z Życia Warszawy, w którym ktoś obiecuje nawet nagrodę.

Są i pogodniejsze, a nawet humorystyczne, jak to o „wiecznej ondulacji” czy „fachowych siłach potrzebnych do zawijania cukierków”. Pokazują one, jak szybko budzi się w ludziach chęć działania, pracy, robienia interesów, zapomnienia o wojnie.

To zapomnienie to jednak pozory, wojna będzie tkwić w ludziach przez lata. Grzebałkowska twierdzi: „Wojna trwa nadal. Jest w nas”. Uważa, że dziedziczymy ją w jakiś sposób. Nawet jeśli nie do końca się z nią tutaj zgadzam, to przyznam, że w czasie czytania jej książki doświadczałam naprawdę bardzo silnych emocji, czasem do łez włącznie. Smutek, żal, współczucie dla tych, którym dane było żyć w tamtym wojennym czasie, powodowały, że tym bardziej doceniłam czas pokoju, to, że moje pokolenie nie poznało wojny. Ta refleksja towarzyszyła wszystkim klubowiczom w trakcie dyskusji nad książką, której wystawiliśmy bardzo wysokie noty, dołączając tym samych do bardzo licznego grona chwalących warsztat Grzebałkowskiej.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja "Dzidzi" Sylwii Chutnik

W jednym z wywiadów zauważa Chutnik, że Nie ma twórczości bez polityki i zacięcia społecznego.  Przekonanie to najpełniej ilustruje powieść Dzidzia, w której to współczesna społeczno-polityczna rzeczywistość staje się ważnym punktem odniesienia. Poczucie własnych racji staje się  u Chutnik   nierozdzielne z jej szczególną wrażliwością na wierność podstawowym zasadom humanistycznego etosu i zanikającą dziś coraz bardziej polityczną i moralną odpowiedzialność władz za wspieranie losu biednych, słabszych jednostek.

Siła książki opiera się w dużej mierze na fundamentalnym  pytaniu, czy życie ludzkie prowadzi do nieuniknionej dziejowej sprawiedliwości historycznej. Danuta Mutter, wiodąca żywot matki trojga dzieci, rodzi czwarte, potworka z wodogłowiem, bez kończyn. Nieodgadniona kwestia „zbrodni i kary”  wraca w powieści Dzidzia jak bumerang: Co żeś pani złego uczyniła, że tak pokarał Bóg wadami genetycznymi? Matka przeciwstawia się owej zbiorowej wyobraźni, skłonnej uznać ją winną za bezlitosną krzywdę, jaka przydarzyła się jej córce: Ja? Co ja zrobiłam? No nic, przyrzekam. W pamięć pokolenia Danuty Mutter wrósł jednak haniebny epizod z życia jej matki Stefani Mutter. Znamienna jest jej barbarzyńska postawa na poziomie ludzkim, którą jednoznacznie wszyscy potępili i zapamiętali, to z powodu jej podłego charakteru. Świadczy o tym przekazanie w ręce Niemców dwóch Polek, matki i córki, uciekinierek z bombardowanej Warszawy – przejmujący portret babci Dzidzi jako człowieka bez wrażliwości na prawość, naznaczonego ubóstwem wewnętrznym. Stefania Mutter dobrze wiedziała, że denuncjacja skończy się ich śmiercią. Tak też się stało.  Komentując ówczesne wydarzenie współcześni Dzidzi widzą jej los w kontekście sprawiedliwości dziejowej. Nie to jest jednak jedynym zagadnieniem, które zajmuje wyobraźnię i umysł czytelnika.

Rodzi się pytanie. Jeśli Chutnik za bohaterkę powieści wybrała kadłub ludzkiego potworka, pomyślałem:  może to oznacza, że potrzebuje niezwykłej perspektywy, z której będzie mogła spojrzeć na rzeczywistość w sposób zupełnie nowy, ostry, precyzyjny i bezlitośnie odsłaniający prawdę. Owo spojrzenie dokonuje się, jak czytamy w powieści,  przez kalejdoskopowe oko. I jest to wyznanie mające niezwykle dramatyczne konsekwencje poznawcze. Podstawowym narzędziem poznawczym jest więc oko niepełnosprawnej dziewczynki, w którym przemiela się historia, zgodnie z formułą: jaka historia, takie medium.  Mamy więc historię miasta Warszawy zbudowaną z trupów, na trupach. Dzieciaki pognane z motykami na słońce………. Matek nie słuchały, na powstanie leciały i tylko potem leżały w szpitalu albo pod gruzami. Ojciec zjedzony przez szczury obozowe…. Nie ma wody …. Zaraz stado Niemców przyleciało……., aż tamci brudni zjedzą pół kostki cukru. I za karę……. Dzidzia – ta, która patrzy. Ktoś, kto uważnie obserwuje, by poznać tragiczny los Powstańców Warszawskich.

Uderza także konsekwencja, z jaką Dzidzia, by przetrwać ból i dramat swojej egzystencji, rozbudowuje wewnętrzne przestrzenie. Jej myśli i spostrzeżenia prowokują do zmagania się z tajemnicą istnienia, odsyła w obszary, które wymagają refleksji i odpowiedzi na pytania nurtujące współczesne jej pokolenie. W tym celu wciela się w myślach w postać didżejki durnej radiostacji i demonstruje dystans wobec tego świata. Zbuntowana i zgorzkniała wpisuje się w nurt myślenia jej rówieśników, dla których tworzy w  wyobraźni audycję po tytułem Stara baba gada, stara baba męczy.  Dynamiczna ekspresja tych słów wyraża typ wrażliwości czułej na ból – ból świata,  na końcu także ból istnienia. Nie dziwi więc organizowany przez Dzidzię konkursik z esemeskami, w którym słuchacze odpowiadają na kontrowersyjne pytanie: Czy powinno się zabijać tych, co nam psują dobry nastrój?”. W swej prostocie i bezpośredniości pytanie to odnosi się do męczących starych bab, które pieprzą o nieistotnych wspomnieniach z przeszłości, z gułagu, łagrów, obozów pracy, obozów koncentracyjnych etc. Ta zmuszająca do medytacji uwaga sprowadza się w swej istocie do wyboru między nieustanną walką o wyższe ideały bądź też, jak sugeruje Dzidzia, a naszą playlistą. Autoironia tego pytania stanowi bez wątpienia siłę przekazu tej powieści, z którą czytelnik musi się samodzielnie uporać.

Oczy Dzidzi wszystkowidzące patrzą na swój los << z tamtej strony>> świata, w którym brak dobra i miłości sprawia, że jednostka czuje się w nim obco. Odpowiedzią na ten brak stają się wymyślone przez Dzidzię  płynące z jej wnętrza audycje radiowe. To, co w tych audycjach uderza, to swoista „dostojność„ wynikająca z przemyślanego dystansu wobec świata obcego, wrogiego jednostce. I jakże – zastanowi się może czytelnik tych słów – zdumiewające jest to odbicie niepokoju w radości, w rozpoznaniu własnej tożsamości mówiącej własnym językiem. Symboliczną wymową są codzienne dyskoteki, które niepełnosprawna Dzidzia uskutecznia. Do tańca przygrywa, aż się nogi rwą. Nie jej, oczywiście, tylko ludziom innym. Ale też ze stanowiska pełnej dojrzałości medytującego <<ja>> nie wyrzeka się intelektualnego rozpoznania współczesności. W jednym z wywiadów dopuszcza Dzidzia głos dziennikarki, dążącej do ocalenia znikającej pamięci z pejzażu przeszłości:  Straszne, straszne to było, straszne, przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że wojna niosła ze sobą (…)  ruiny, pożary. Zgoła odmienny charakter mają zainteresowania rówieśników Dzidzi, którzy z łatwością zapominają przeszłość, by podążać w pełni drogą teraźniejszą.

Dopowiedzmy: Chutnik wyczula czytelnika na przykładzie Dzidzi na napięcia wynikające z doświadczeń we współczesnym obcym świecie. Odpowiedzią na postępujące poczucie niepewności jest dochodzenie do siebie poprzez określenie swojej tożsamości, tożsamości człowieka uwikłanego w grę tego świata. Tożsamość swą buduje poprzez subiektywizację spojrzenia na świat i ludzi, poprzez próbę dochodzenie do sensu, do siebie, do innych, przez uruchamianie gry wyobraźni.

Mistrzynią spojrzenia jest także matka Dzidzi, która jawi się jako przenikliwy obserwator i z uporem śledzi rzeczywistość. Talent Chutnik jest darem, który sprawia, że czytelnik głębiej rozpoznaje świat, w jakim przyszło mu żyć. Wszystkiego nie można było zmieścić, jednakże w powieści można znaleźć wystarczająco dużo obrazów, które składają się na istotę współczesnego świata i są nośne dla czytelnika. Niektóre z nich sprawiają wrażenie zderzenia z dantejskimi koszmarami: Mowa tu np. o mafiach policyjno-sądowych, nagannej opiece społecznej, oszustwach urzędników,  małostkowych dyrektywach unijnych, niesprawiedliwym Wymiarze Sprawiedliwości, braku perspektyw młodego pokolenia na godziwe życie, tendencjach antyrodzinnych (nie ma sensu rodzić), podejrzanych przetargach, promocjach w handlu, etc. - słowem: o nieładzie istnienia.

Reasumując: autorka powieści Dzidzia zdradza moralną wrażliwość na słabości natury ludzkiej, widocznej we współczesnej polskiej rzeczywistości. Pierwszym i nadrzędnym zadaniem staje się dla Chutnik bez wątpienia krytyka nieludzkości życia immanentnie wpisanego w ludzką kondycję, w warunkach wojennych i współczesnego, społecznego i obywatelskiego pejzażu. Panuje w nim tonacja minorowa. Dzidzia i jej matka mają świadomość, że nie mogą w życiu posuwać się naprzód po linii prostej, bo wszędzie natrafiają na mur, który osłabia ich moc egzystencji. Jednakże uświadamiając czytelnikowi poważne zaburzenia w zderzeniu jednostki ze światem, autorka  pozwala mu uczynić pierwszy krok ku autoterapii. 

 

Czesław Płusa - DKK w Filii nr 18 MBP Łódź-Bałuty, przy ul. Wodnika 7.

Recenzja książki "Delikatna równowaga"

„Trzeba utrzymywać delikatną równowagę między nadzieją a rozpaczą” – mówi Volmik, jeden z bohaterów powieści o Indiach i jej mieszkańcach obejmującej lata 1975 – 1984. To czas, gdy u władzy była Indira Gandhi. Książka zaczyna się w momencie wprowadzenia przez nią stanu wyjątkowego.

Głównymi bohaterami są dwaj krawcy z kasty ćamarów Ishvar Darji i jego bratanek Omprakash, wdowa Dina Dalal i student Maneck Kohlah. Przez pewien czas będą wieść wspólne życie w niewielkim mieszkaniu wdowy. Początkowy dystans, a nawet niechęć zmieni się w przyjacielską więź i poczucie wzajemnej odpowiedzialności.

Można by pomyśleć  - „budująca powieść”, gdyby nie to, że jest przede wszystkim przygnębiająca i niezwykle smutna, a nawet momentami przerażająca. Utrzymująca się chwilami „ delikatna równowaga między nadzieją a rozpaczą” zdecydowanie częściej przechyla się na stronę rozpaczy.

Oprócz czwórki głównych bohaterów jest tu także wielu innych reprezentujących różne warstwy społeczeństwa indyjskiego, wyższe i niższe kasty, żebracy uliczni i ich przywódca zwany Mistrzem, zamożny i wpływowy niczym szef mafii. To on decyduje o losach podległych mu, najczęściej okaleczonych, ludzi, to jemu należy oddawać znaczną część wyżebranych pieniędzy.

Trudno się czyta o tych strasznych zdarzeniach, gdy władze postanowiły zlikwidować slamsy, a ich mieszkańców i ludzi żebrzących na ulicach usunąć poza miasto do obozów pracy. Akcję nazwano „upiększaniem miasta”. W ramach walki z przeludnieniem przeprowadzano przymusowe sterylizacje i kastracje, a wszystko pod hasłem Centrum Planowania Rodziny.

W takim świecie czwórka głównych bohaterów próbuje przetrwać. Nie będę zdradzać zakończenia, choć pewnie łatwo się zorientować, że na happy end nie bardzo się tu zanosi.

Książka na pewno ma walory poznawcze, można z niej dowiedzieć się sporo na temat Indii, życia jej mieszkańców, potraw, stylu ubierania, mentalności, systemu wartości. To świat niewątpliwie obcy nam kulturowo, odległy, czasem nawet niezrozumiały. Panuje moda na Indie, wiele osób jeździ tam, zwiedza, fascynuje się odmiennością życia i obyczajów.

Przyznam, że nie jestem miłośniczką Indii, nie interesuję się za bardzo ani krajem, ani jego historią czy literaturą. Pewnie gdyby nie DKK nie przeczytałabym „Delikatnej równowagi”. Doceniam oczywiście kunszt opowieści, w zachwyt jednak nie wpadłam; za dużo tu nużących, rozwlekłych opisów, roztrząsania szczegółów, koncentrowania się na drobiazgach. Książka liczy 674 strony!

Raził mnie też język, niektóre metaforyczne sformułowania brzmiały dla mnie dziwnie, np. „czarny kir skonfiskował słońce”, „kręgosłup sklepu został przetrącony”, „nadąsanym trzepotaniem palców odprawił ich” czy „radował się zapośredniczonym zwiedzaniem”.

Muszę też przyznać, że były i ładne porównania, np. to o czasie jako beli materiału, z którego wycięłoby się koszmarne noce i zostawiło ładne fragmenty, by czas stał się znośny.

W sumie cieszę się, że przeczytałam tę powieść; wśród klubowiczów też przeważał taki pogląd. Byli i tacy, których książka zachwyciła do tego stopnia, że przeczytali ją dwukrotnie.  Zachęcam więc, ale i uprzedzam; łatwo nie będzie, trzeba przygotować się na smutek, przygnębienie i pesymizm, który dominuje na kartach „Delikatnej równowagi”.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Podwójny portret państwa Beksińskich

Magdalena Grzebałkowska - Beksińscy - portret podwójny 

 Właściwie nie myślałam, że tak będzie. Wiedziałam, że czeka mnie przygoda i powolne odkrywanie tajemnicy pewnej rodziny.. ale tak dobrego kawałka literatury z pewnością się nie spodziewałam.

Autorka urzekła mnie przede wszystkim niezwykle skrupulatnym przygotowaniem do tworzenia biografii reportażowej. Szczegółowość i ilość przypisów jest naprawdę imponująca. Na ogromny plus zasługuje również sposób opowiadania. Przenosimy się nagle do Sanoka. Później do Warszawy. Razem ze Zbigniewem znajdujemy się w pracowni i czujemy zapach terpentyny. Siedzimy obok Tomasza na ulicy Myśliwieckiej i słuchamy muzyki... Kompletny odlot,  podobnie jak obrazy mistrza.  O Beksińskich wiedziałam wcześniej niewiele. Słyszałam o ich tragicznej śmierci. Podziwiałam niesamowite obrazy. ...i to wszystko. Książkę dostałam od znajomego w ubiegłym roku, ale ponieważ zawsze wpadało mi w ręce coś innego, czekała cierpliwie na półce. Naprawdę warto było sięgnąć po nią właśnie teraz. 

 

Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. 

Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna.

 

Postać ojca i syna. Podobni, a jednocześnie tak bardzo różni. Emocje były dla nich odległą krainą, do której ciężko się dostać. Wrażliwi i skryci. Piękni i tragiczni. 

Podczas spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki opinie były podzielone. Część osób uznała książkę za smutną i przez to mniej atrakcyjną. Ja natomiast, nie uważam, że jest ona smutna, za to z pewnością przejmująca i prawdziwa. Do dziś pamiętam, jak niesamowite wrażenie zrobiły na mnie obrazy malarza, znajdujące się w Sanoku. Mogłam siedzieć tam i patrzeć na nie godzinami. Mają w sobie coś niezwykłego i hipnotyzującego. 

 

To książka o miłości – o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że czasem bardzo chcemy, ale nie wychodzi. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie.

Ogromnie uderzył wówczas fragment wypowiedzi Zbigniewa dotyczący Tomka : 

To, że ktoś kocha życie, to nie znaczy, że wszyscy kochają życie. On na przykład na pewno nie kochał. On z dużym wysiłkiem woli je kontynuował.

Z kolei fragment zatytułowany 'Krótka wiadomość tekstowa'

podobnie jak obrazy Beksińskiego –

wywołuje dreszcze.

Ciemno, prawie noc. Gęsto pada śnieg. Wiesław Banach słyszy wprawdzie, że dostał esemes, ale nie ma czasu szukać w kieszeni komórki, żeby odczytać wiadomość. Nadzoruje załadunek skrzyń z pięciuset pięćdziesięcioma obrazami Zdzisława Beksińskiego, które jeszcze dziś wyjadą z Sanoka do Gdańska na wystawę.

Jest luty, mija rok od śmierci malarza. Mieszkanie na Sonaty 6 sprzedano, obrazy przewieziono do muzeum, ubrania oddano ubogim, colę z lodówek wypito, lodówki po artyście służą teraz muzealnym ochroniarzom. Sprawy artysty zamknięto, konta polikwidowano, rozwiązano umowy z siecią telefonii komórkowej, odcięto telewizję kablową i internet.

Wiesław Banach koło Warszawy przypomina sobie, że dostał krótką wiadomość tekstową. Sięga po telefon, w ciemnej szoferce samochodu mały ekranik oświetla mu twarz na niebiesko. Wiadomość wprowadza go w osłupienie.
Jest krótka: "Zadzwoń”

Została nadana z numeru Zdzisława Beksińskiego. 

Polecam. Zarówno tym, którzy interesują się malarstwem, jak i tym, na których obrazy nie wywołują żadnego wrażenia. Polecam osobom, które słuchały kiedyś audycji Tomka w radiowej Trójce, jak i tym, którzy nigdy o nim nie słyszeli. Polecam tym, którzy kochają życie, jak i osobom, które mają wątpliwości.. ale przede wszystkim polecam tym, którzy mają ochotę na niezwykłą ucztę literacką i emocjonalną. Warto.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi