Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Niezłomny i praktyczny. Recenzja książki Jacka Piekary "Młot na czarownice"


Takie moje szczęście, że ilekroć wezmę do ręki książkę Jacka Piekary, to trafić muszę na kolejną odważną wizję w polskiej fantastyce.  Nie inaczej jest ze Sługą Bożym. Autor bowiem stworzył świat, gdzie Jezus Chrystus zszedł z krzyża i ogniem i żelazem pokarał niewiernych, utopił we krwi Jerozolimę i zdobył Rzym. Na tym koniec oryginalności, bowiem akcja opowiadań dzieje się 1500 lat później. U progu renesansu, w nienazwanym Cesarstwie, ale identyfikowanym ze Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego, gdzie na straży czystości wiary stoi Święte Oficjum, czyli inkwizycja, tropiąca kacerzy, heretyków, czarowników i czcicieli demonów. Czyli wizja nie tak odległa od naszej historii, w zasadzie odmienność świata wykreowanego przedstawia się w drobnych detalach, by nie powiedzieć smaczkach: nazwach kościołów i parafii (np. pod wezwaniem Gniewu Pańskiego, Matki Boskiej Bezlitosnej) i zmienionych słów modlitwy "Ojcze nasz". Reszta pozostaje bez zmian: przekupny kler, knowania dostojników kościelnych i cywilnych, ciemnota i zabobon prostego ludu. Autor jednak zadbał o to, by był to świat magiczny, oryginalny, m.in. bowiem nie mamy tutaj do czynienia ze zwykłym czarowaniem różdżkami i rzucaniem zaklęć od niechcenia, ale moc nadnaturalną. Głównemu bohaterowi daje ją modlitwa. Jest to moc, za którą płaci on wyczerpaniem i bólem. Uniwersum stworzone przez Piekarę pełne jest bytów nie z tego świata, które próbują ingerować w nasz, ludzki świat. I to głownie z nimi zmuszony jest walczyć Mordimer Madderdin, pokorny sługa jego Ekscelencji biskupa Hez-Hezronu. Bohater ulepiony na miarę zwykłego człowieka, gdy trzeba niezłomny jak bohater heroic fantasy, innym razem wykorzystujący piastowane stanowisko by dorobić na boku na kubek wody i okruszek chleba. Trzymający się litery prawa, ale gdy trzeba potrafiący przymknąć oczy. Wiedzący jednak, kiedy należy odłożyć osobiste preferencje na bok i postąpić tak jak nakazuje prawo, w imię wyższego dobra. Niepozbawiony poczucia humoru i refleksji nad otaczającym go światem i  samym sobą.

Tom Młot na czarownice składa się z pięciu opowiadań. W pierwszym z nich Mordimer Madderdin musi zmierzyć się z herezją, która godzi głęboko w samo sedno tego innego, wojowniczego chrześcijaństwa. W drugim i trzecim opowiadaniu główny bohater mierzy się z bytami nadnaturalnymi. Z kolei czwarte opowiadanie prowadzi Mordimera do bezpośredniego świadka Dnia Zstąpienia Jezusa z krzyża. Ostatnie, piąte opowiadanie pozbawione jest nadnaturalnych elementów, skupia się na rozgrywkach w łonie Kościoła, gdy nasz bohater przypadkowo wplątuje się w rywalizację pomiędzy inkwizycją a papiestwem, przy okazji prezentując nam swój inkwizytorski warsztat pracy.

Podsumowując Młot na czarownice to przyjemna lektura, akurat na podróż pociągiem albo kilka wieczorów spędzonych z książką. Choć stanowi część cyklu to można ją także potraktować jako wprowadzenie do wykreowanego świata. Wśród wad opowieści należy wymienić niedoróbki warsztatowe, powtarzalność pewnych opisów (każdy odwiedzany przez Mordimera dom musi mieć ogród, a w nim kilka uschniętych drzew owocowych). Inną wadą, a może zaletą (skoro główny bohater ma własnego Anioła Stróża) jest umiejętność Mordimera do znajdywania się w (nie)odpowiednim miejscu i czasie. Ale bądźmy szczery, jaki bohater nie trafia przypadkiem do miasteczka gdzie czeka go przygoda.

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze.

Książka pt. „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze” jest historią pięknej miłości przelewanej na papier. Listy opisują uczucie dwojga poetów, którzy kiedy tylko mają chwilę czasu piszą do siebie. On dystyngowany starszy pan, ona piękna młoda i trochę szalona. Historia ich miłości trwa krótko, ponieważ każdy z nich jest zobowiązany mając już swoja przyszłość i rodzinę. Jednak uczucie jest tak silne, że widząc siebie nawzajem piszą listy. Czytelnik wgłębiając się w lekturę przechodzi przez wszystkie jej etapy od miłosnych uniesień, przez przekomarzania kochanków, po wyrzuty i tłumaczenia. Możemy pochylać się nad pocztówkami, odcyfrowywać dopiski i przyglądać się fotografiom poznając ich uczucia i fascynacje. Książka jest odzwierciedleniem osobowości bohaterów, a ich miłości nie „były potrzebne żadne słowa…”.

 

Szary Moniki Błądek

Wychowany na dość klasycznej literaturze młodzieżowej (Bahdaj, Ożogowska, Szklarski, Nienacki, Niziurski, Kryska, Boglar) od czasu do czasu chwytałem za nowinki i szczerze mówiąc niespecjalnie pamiętam o czym były. Ostatnio postanowiłem nieco odświeżyć ten zakurzony segment literatury (Weeks, Hobb i parę innych, które naprawdę są klasyfikowane jako młodzieżowe – osobiście mam pewne wątpliwości…) i dorwałem Dibbena, cykl Strażnicy historii oraz Scarrowa, Time Riders.

Oba cykle są bardzo przyjemne i tutaj zadajemy kłam krążącym teoriom, jakoby młodzieżówka czy w nowomowie (YA-young adult fiction) była z zasady gorszym klonem literatury „dla dorosłych” lub pokracznym braciszkiem. Wbrew pozorom trudniej się pisze dla młodszego czytelnika a dla tego najmłodszego to już ho ho! i w ogóle. Uzbrojony w tę wiedzę zerknąłem na polskich autorów i wziąłem na warsztat książkę Moniki Błądek, Szary.

O czym jest książka? W dużym skrócie o perypetiach „tego obcego”, Czeczena Szamila, który nie jest rozumiany w nowej rzeczywistości. Można powiedzieć, klasyczna rozgrywka między indywidualizmem a konformizmem w realiach najgorszej instytucji świata, równającej do przeciętności – szkole. Problemy, poszukiwanie siebie, przyjaźń, zagubienie i w końcu sport (chłopak marzy o MMA, dostaje w pakiecie treningowym nieco inny rodzaj rodzaj rywalizacji).

Momentami czytając książkę M. Błądek, napisaną żywym językiem ale bez zbędników i udziwnień miałem wrażenie, że czytam Niziurskiego (nie chodzi o nazwiska czy humor ale tok narracji). To chyba nieźle rokuje na przyszłość. Tym bardziej, że przemycane są nazwiska klasyków przygodówek (fantastyka się również pojawia), więc zainteresowany czytelnik (nie tylko młodszy) z ciekawością zerknie a może i przeczyta.

Oprócz tego zręcznie, między wierszami, wchodzi afirmacja przyrody (mądrze się napisało) i zachęta do odkrywania dobrych stron życia oraz nauka, że pozory mylą.  Szary wydaje się być klasycznym czytadłem dla młodszych ale z mojego małego rozeznania wychodzi, że czytelnicy uważani za mniej wyrobionych czy niepoważnych często odczytują lepiej aluzje i chwytają myśli szybciej od dorosłych.

W twórczości dla dzieci i młodzieży ważne są dwie rzeczy: aby nie zanudzić natrętnym moralizowaniem i nie przesadzić z „uwspółcześnianiem” języka, umłodzieżowaniem. Szary jest dobrą pozycją bo ma wiele wątków, nazwijmy je głębokich, a jednocześnie nie nudzi ani akcją ani postaciami. W świecie szybkiego newsa, krwi na pierwszej stronie ważne jest aby nadal trwały pewne zasady i honor. Bez tego nie będziemy w pełni „człowieczymi ludźmi.” Sądzę, że Szary M. Błądek spokojnie może wjechać do kanonu lektur.

Opowieść o Afganistanie

Khaled Hoseini-pisarz afgańskiego pochodzenia, autor znakomitych powieści „Chłopiec z latawcem”, czy Tysiąc wspaniałych słońc” jest także twórcą książki „ I góry odpowiedziały echem” Zaczyna się pięknie wzruszającą opowieścią snutą przez ojca o poświęceniu, ofierze, tęsknocie. Opowieść ta stanowi klucz interpretacyjny do historii opowiedzianej w tym utworze. Rodzeństwo starszy Abdullach i młodszą siostra Parii żyją w biednej afgańskiej wiosce. Ojciec wiecznie szuka pracy, a macocha nie potrafi zastąpić dzieciom matki dlatego ojciec decyduje się pewnego dnia na dramatyczny krok, oddaje małą córeczkę do adopcji zamożnym ludziom. Kochające się rodzeństwo zostaje rozdzielone. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić, a decyzja którą podjął odciśnie piętno na życiu obojga bohaterów. Hosseini po kolei wprowadza nowych bohaterów i snuje opowieści często rozdzierające serc, ale nie pozbawione nadziei. Tak jest i tym razem. Choć uważam, że gdyby Hosseini skoncentrował się na historii rodzeństwa to powstała by opowieść o większym ładunku emocjonalnym bardziej przejmująca i poruszająca. Nie zmienia to jednak faktu ,że powieść „ I góry odpowiedziały echem” to piękna historia o miłości, poświęceniu i tęsknocie o ludzkich wyborach i konsekwencjach. Historia opowiedziana pięknym językiem, momentami tkana ze smutku i bólu, momentami z miłości i nadziei. I choć nie robi takiego wrażenia jak „Chłopiec z latawcem” to jest powieść, której bohaterów i ich losy warto poznać.

 

„Wampir” Wojciech Chmielarz

 

 

Wampir

 

Wojciech Chmielarz

 

Mateusz nie miał powodu pragnąć śmierci. Był zwykłym dwudziestolatkiem. Studiował socjologię, ale planował przenieść się na informatykę. Chciał podróżować, zwiedzić świat. Pewnej majowej nocy wszedł na dach wieżowca i skoczył. Nie zostawił listu. Nikt niczego nie widział. Prokuratura uznała, że to samobójstwo

 

 

 

Wynajęty przez matkę krnąbrny prywatny detektyw Dawid Wolski rozpoczyna śledztwo i wchodzi w zaskakująco bezwzględny świat nastolatków. Sprawa komplikuje się coraz bardziej, kiedy tajemnice gliwickich zaułków zaczynają splatać się z wirtualną rzeczywistością. Co łączyło Mateusza z Alicją, zaginioną dziewczyną, której szuka całe miasto? Czy Mateusz miał jakiś związek z siecią nastoletnich prostytutek? Dlaczego niektórzy członkowie jego rodziny najwyraźniej woleliby ukręcić łeb śledztwu?

 

Ta wciągająca i pełna zaskakujących zwrotów akcji powieść otwiera gliwicki cykl kryminałów Chmielarza.

 

Taką notką na okładce kusi przyszłych czytelników wydawnictwo Czarne, którego nakładem ukazała się książka Wampir autorstwa Wojciecha Chmielarza. Raczej sam bym po tę pozycję nie sięgnął, ale, że była lekturą maja 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki, więc zacząłem czytać, po równi pełen obaw, co nadziei. Obaw, gdyż do polskich powieści kryminalnych wybitnie ostatnio nie mam szczęścia, a nadziei, gdyż w przeszłości zdarzały się jednak i udane polskie podejścia do tego gatunku.

 

Fabuły, jak zawsze, nie będę przybliżał bardziej, niż wspomniany już blurb, zwłaszcza wobec faktu, iż jest ona najmocniejszym elementem Wampira. Zdradzenie przed czasem istotnych informacji byłoby wielkim nietaktem wobec przyszłych czytelników, gdyż odebrałoby sporo frajdy z lektury. Intryga jest niezbyt skomplikowana, ale za to i nie wydumana czy udziwniona ponad miarę, co często się ostatnio zdarza autorom goniącym za sukcesem marketingowo-sprzedażowym. Ta w pewnym sensie trywialność zbrodni wcale nie oznacza, jak to i w rzeczywistości bywa, łatwości wykrycia sprawcy czy nieskomplikowania drogi, którą trzeba przejść, by dotrzeć do prawdy. Jest to bardzo mocną podstawą pod dobrą powieść kryminalną, której atutami będą zagadka i proces jej rozwikłania, a nie epatowanie czytelnika wybebeszonymi flakami czy hektolitrami rozlanej krwi. Niestety, w moim odczuciu, Chmielarz nie wykorzystał potencjału tkwiącego w pomyśle, na którym oparł swą książkę.

Bohaterowie... Cóż, trudno w Wampirze znaleźć choć jednego, którego można by określić jako sympatycznego. Nieudacznicy, wręcz niedoroby, umoczeni, uwikłani, skrzywieni... Pisarz, który odważa się wykreować protagonistę jako osobę, której nie da się polubić, ryzykuje bardzo wiele, ale taki manewr, żeby wszyscy bohaterowie byli antypatyczni, to wręcz pisarskie samobójstwo. O takie coś mógłby z szansą na powodzenie pokusić się tylko ktoś z naprawdę mistrzowskim warsztatem pisarskim, a do tego niestety Chmielarzowi daleko. Rozumiem, że może autor chciał oddać pewien sposób widzenia Polski, jako kraju, w którym wszyscy są umoczeni w ten czy inni sposób, albo są nieudacznikami, nierobami i odstawiają fuszerkę, nawet jeśli są uznawani za profesjonalistów, albo miał inny powód by tak przedstawić całe społeczeństwo, ale to sprawia, że książka raczej będzie nieeksportowalna. Do tego ten sposób widzenia jednych przez drugich, tak polski w swej istocie, ale tak patologiczny, że chyba niezrozumiały dla zachodniego czytelnika... SLD skur...syny, Niemcy esesmani, praca opiekunki seniorów to podcieranie tyłków, itd. Tylko siedzenie w mafijno-urzędniczych układach jest wporzo, bo daje kasę. To aż za bardzo polskie, by było strawne dla kogokolwiek poza nami.


Oczywiście, sposób kreacji bohaterów czy perspektywy, z której przedstawiana jest rzeczywistość, nie powinny być kryterium oceny dzieła literackiego, ale jak już wspomniałem, pióro Chmielarza nie okazało się zbyt lotne.


Adwokat włączył migacz
...

Sorki, ale migacz to może wrzucić blondynka z dowcipu, a nie wzięty adwokat. Język może być infantylny, prostacki i w ogóle dowolny, pod warunkiem, że koresponduje z postaciami i całą resztą powieści. U Chmielarza za dużo tego typu drobiazgów, dysonansów psujących niezły pomysł.


Zdarzają się też ewidentne zgrzyty, które wybijają i boleśnie wyrywają ze świata powieści, jak na przykład popisowa scena z zakładu mechanicznego:


Dwóch innych, w granatowych kombinezonach, siedziało przy stoliku w kącie, grając w karty nad obowiązkowym kalendarzem z gołą babą.


We wszystkich zakładach, w których byłem, wszystko robiło się pod takim kalendarzem.


Wiedza autora o rzeczywistości zaprezentowana w powieści też pozostawia do życzenia, jak choćby konsekwencje zjedzenia zarażonego dzika – kto doczyta, będzie wiedział, o co chodzi.


Do tego wszystkiego, tu i ówdzie, nie takie końcówki, odmiany i inne drobiazgi, które również wpływają i na odbiór, i na ocenę całości.


Gdybym chciał obrazowo zakończyć, to bym stwierdził, iż powieść jest taka, jak jej bohaterowie i Polska w niej opisana – zasadniczo niby jak inne, ale niedorobiona, byle jaka. A szkoda, bo nawet w tym stanie nadaje się do przeczytania, więc można wnioskować, że gdyby poprawić błędy, gdyby stylistycznie nieco wygładzić... Ale to tylko gdyby – takiej, jaką jest, absolutnie polecić nie mogę, gdyż bez trudności znajdziemy tyle lepszych książek, że i tak na wszystkie nikomu życia nie starczy


Radosław Magiera

 

DKK Rawa Mazowiecka

 

woj. łódzkie

 

 

 

„Tańczące niedźwiedzie” Witold Szabłowski

O odzyskanej wolności, czyli Tańczące niedźwiedzie Szabłowskiego

 

„Tańczące niedźwiedzie”

Witold Szabłowski

Lekturą kwietnia 2017 w moim, czyli rawskim DKK, była książka Witolda Szabłowskiego Tańczące niedźwiedzie. Wydanie opatrzone na okładce interesującym zdjęciem, które już jednak chyba od wielu lat znane jest z Internetu* i w związku z tym zalatuje nieco pójściem na łatwiznę, to zbiór różnych reportaży podzielonych na dwie części, z których jedna ma być analogią dla drugiej. Pierwsza jest poświęcona dotąd mało znanemu tematowi – historii tresowanych niedźwiedzi i ich właścicieli, bułgarskich Cyganów, która skończyła się po wejściu Bułgarii do Unii i wprowadzeniu zakazu tresowania niedźwiedzi. Miśki „uwolniono” i umieszczono w czymś w rodzaju rezerwatu otoczonego ogrodzeniem pod napięciem, a Cyganów, którzy utracili tradycyjny sposób zarobkowania, pozostawiono samym sobie. Opowieść o niedźwiedziach potraktowana została jako metafora dla „uwolnienia” spod jarzma komunizmu, stąd resztę książki stanowią epizody z dziejów różnych krajów połączone wspólnym mianownikiem transformacji od komunizmu do demokracji.

 

Część o bułgarskich niedźwiednikach ze względu na sam temat jest zdecydowanie zajmująca, a i krótkie teksty z dziejów innych dekomunizacji też zawierają sporo cennych ciekawostek. Niestety, dobór reportaży sprawia wrażenie nieco przypadkowego, tak jakby brano na siłę i z braku bardziej pasujących, dołączano również takie, których pokrewieństwo z tematem jest mocno naciągane. Gorzej, że całość sprawia wrażenie płytkości, zwłaszcza w przypadku drugiej części, która jest zdecydowanie niższych lotów, niż wspomnienia o tańczących niedźwiedziach.

 

Mam również wątpliwości co do wartości poznawczej książki i tego, co, i czy w ogóle, autor chciał przekazać. Niewątpliwie Tańczące niedźwiedzie są materiałem do wielu interesujących refleksji, a nawet do gorącej dyskusji, czego dowodem było poświęcone im spotkanie naszego DKK, ale tym bardziej żal, że poziom całości wypada dość marnie. Stylu nie ma nawet co porównywać do mistrzów literatury faktu takich jak Kapuściński czy Szejnert, gdyż nie wypada to dla Szabłowskiego pozytywnie, ale cóż, wydawnictwa muszą coś promować, a na konkursach trzeba coś nagradzać, więc i recenzje dobre się zdarzają, i pochwały, i nagrody.

Najbardziej mnie razi, gdy profesjonalista, który w dodatku ma wsparcie innych zawodowców (wydanie książki to praca zespołowa), popełnia błędy, które nie uszłyby nie tylko amatorowi, ale nawet uczniowi podstawówki. Radzę autorowi zaglądnąć czasem do słownika języka polskiego, by uniknąć używania wyrazów niezgodnie z ich znaczeniem, używania zwyczajowych zwrotów w ich niepoprawnej formie czy pisania małą literą tego, co się dużą powinno pisać. Poprawa stylu pewnie jest sprawą dużo trudniejszą...

Pewne wątpliwości co do wiarygodności reportaży Szabłowskiego, wzbudzają też ewidentne „wtopy” autora, takie jak łyse punki czy jego odkrycia z zakresu biologii komary w dzień nie latają. To wszystko każe wątpić w krytycyzm autora, zwłaszcza w samokrytycyzm, i do wszystkich jego tekstów podchodzić z dużą dozą dystansu.

 

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łodzkie

 


* tutaj oczywiście mogę się mylić, bo pamięć zawodna a zawartość internetu i obfita, i ulotna, ale wydaje mi się, że to zdjęcie widziałem już dość dawno temu, tylko w kolorze i inaczej wykadrowane

 

Niepokorny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim” Przemysław Słowiński i Iwona Wygoda

 

Talerzem o ścianę, czyli Słowiński i Wygoda o Wysockim

 

„Niepokorny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim”

Przemysław Słowiński, Iwona Wygoda

Lekturą marca 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki była beletryzowana biografia Niepokorny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim spółki autorskiej Przemysław Słowiński, Iwona Wygoda. Postać tytułowa jest wielce interesująca, zarówno ze względu na dorobek artystyczny, jak i życiorys, nic dziwnego, że do czytania zasiadłem po równi z nadzieją, co i obawami – nie wiedziałem kompletnie co biorę do ręki; czy odważne poszukiwanie prawdy o tej dość zagadkowej ikonie buntu wobec komunistycznej rzeczywistości, jaką był Wysocki, czy sztampową opowieść o datach, faktach oraz twórczości, czy też coś zgoła jeszcze innego.

 

Od pierwszych stron poczułem się zniesmaczony stylem, a raczej kompletnym jego brakiem. Na tłumacza nie było jak zwalić, więc z każdą następną stroną moje zniechęcenie rosło.

Biografia, nawet beletryzowana, powinna być z samej definicji literaturą faktu. Niestety, od samego początku obraz Rosji i komunistycznej rzeczywistości, jaki malują autorzy, kompletnie odbiega od mojej wiedzy na ten temat. Pół biedy, że przez pierwsze kilka stron dotyczyło to raczej ogólników, na temat których każdy może mieć inne zdanie, ale wkrótce babole zaczęły się pojawiać w sprawach jak najbardziej konkretnych, nawet takich, na których nie powinien się wyłożyć nie tylko autor biografii, ale i ciemniak granatem od pługa oderwany.


Policjanci na ulicach Moskwy w 1938 roku!!!


Jeśli ktoś wypisuje takie rzeczy, to widać, że nie ma pojęcia, o czym chce pisać. Ale to dopiero początek.


Wynurzenia autorów o Wojnie Zimowej to po prostu żenada. Na szczyty swoich możliwości biografowie Wysockiego i wszyscy zaangażowani w proces wydawniczy, bo przecież wydana książka to dzieło całej grupy ludzi, wznoszą się już na stronie 40 mojego wydania:


Z rosnących na okolicznych polach burakach pędziło się spirytus na paliwo do czołgów i samolotów.


Wszelki komentarz chyba zbędny.


Jak w takim bełkocie odróżnić prawdę od konfabulacji, bo fikcją tego nazwać nie można? Gdzie tu jakakolwiek przyjemność z lektury, że o wiedzy nie wspomnę?


Coś we mnie pękło. Czy czytelnik jest gorszy od konsumenta w najgorszej nawet knajpie? Gdy poczujemy, że posiłek jest niesmaczny, po prostu go odstawiamy. W imię czego mam się dalej katować lekturą tego „dzieła”? Ono nawet nie jest niesmaczne ani obrzydliwe, jest trujące! W dodatku podane na ohydnie uświnionym talerzu, bo jeśli treść jest daniem, to niechlujność wydania do tego chyba należy porównać... Gdyby to był posiłek, po raz pierwszy chyba w życiu zachowałbym się jak niektórzy nasi kulinarni celebryci i rzucił talerzem o ścianę...


Oczywiście, o gustach się nie dyskutuje. Kto chce, może sobie poczytać. Ja jednak zdecydowanie odradzam. Tym bardziej, że życia nie starczy, by przeczytać wszystko, co przeczytania warte, więc po co marnować czas na takie rzeczy

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

„Uczeń architekta” Elif Safak

Elif Şafak

Uczeń architekta

Elif Şafak to turecka pisarka (urodzona we Francji jako Elif Bilgin). Napisana przez nią powieść Uczeń architekta była lekturą rawskiego Dyskusyjnego Klubu Książki w lutym 2017 roku.

Protagonistą opowieści balansującej na krawędzi baśni i powieści historycznej, z wyraźnymi cechami prozy obyczajowej, a nawet romansu, jest Dżahan, młodzieniec z nizin społecznych, jak byśmy to dzisiaj określili, który w wieku dwunastu lat, jako opiekun słonia, trafia do Stambułu na dwór Sulejmana Wspaniałego. Szczęśliwym zrządzeniem losu udaje mu się zostać uczniem nadwornego sułtańskiego architekta Sinana*, pod którego okiem zgłębia nie tylko tajniki wznoszenia meczetów i innych budowli, ale uczy się języków, poznaje nauki ścisłe... Pełne przygód losy głównego bohatera czytelnik będzie śledził aż do śmierci Dżahana, a że żył on wyjątkowo długo, przy okazji łatwo będzie pojąć, dlaczego życzenia stu lat równie dobrze mogą być klątwą.

Jak wspomniałem, książka łączy w sobie kilka gatunków, co nadaje całości szczególną atmosferę, tym bardziej, że przenosimy się do, bądź co bądź, egzotycznego dla nas miejsca i czasów, do całkiem obcych nam realiów kulturowych. W dodatku ten fascynujący świat poznajemy najpierw z perspektywy młodego chłopca, który początkowo niewiele rozumie, ale z czasem nabiera wiedzy i doświadczenia, z czym w parze idzie inne spojrzenie na wszystkie aspekty życia i rzeczywistości. Inna sprawa, że można postawić pytanie, czy gdyby autorka była rodowitą Turczynką, obraz ówczesnej Turcji przedstawiłaby w ten sam sposób.


Historia z Dżahanem w roli głównej jest przyjemnie wieloaspektowa i wielowątkowa. Postaci Sinana poświęciła autorka niemal tyle samo uwagi, co Dżahanowi, który jednak wyraźnie jest jedynym głównym bohaterem, co okazało się udanym zabiegiem.


Uczeń architekta jest kolejną opowieścią zadającą kłam mitom o dawnych dobrych czasach. Ukazując realia sułtańskiej dyktatury utwierdza czytelnika w przekonaniu, że tylko państwo sprawnego i silnego prawa może zapewnić zwykłym ludziom ochronę przed samowolą bogatszych lub posiadających większą władzę, a tęsknota za rządami silnej ręki, która zaprowadzi ład i porządek, jest mrzonką opartą na infantylnym założeniu, że dyktator i jego następcy będą jednocześnie mądrymi i dobrymi ludźmi.


W powieści znajdziemy sporą dozę przemyśleń na temat problemów od zawsze dręczących filozofów. Można też wyszukać sobie kilka dobrych cytatów. To ciekawa warstwa, nieco zaskakująca w historyczno-baśniowej konwencji.


Uczeń architekta
jest również kolejną książką ukazującą, jak hierarchowie wielkiej religii, tym razem islamu, kupczą wiarą, by zdobyć swój udział we władzy i bogactwach doczesnych, oraz jak wiara staje się narzędziem do zrealizowania jak najbardziej świeckich celów. O opóźnianiu postępu nauki nawet nie będę wspominał...

Nie jest to jednak książka dla wszystkich, jak sądzę. Mam wrażenie, że gdyby była czytana przez Romów, nie byliby ukontentowani. Wątek cygański zajmuje bowiem w książce wiele miejsca i umacnia on tylko wszelkie złe stereotypy, przedstawiając Cyganów jako złodziei i rozbójników, którzy nie cofną się przed żadną zbrodnią i z których żaden nigdy się nie podejmie uczciwej pracy.


Poza tym byłaby to książka ładna jak mało która, gdyby nie zdarzające się tu i ówdzie błędy oraz niezręczności. Wielkim minusem jest też brak odnośników przy wyrazach ewidentnie dla ogółu niezrozumiałych. Nie wierzę, by wielu czytało z książką w jednej ręce i mniej lub bardziej mobilną postacią googla w drugiej. Zamiast również uczyć, książka więc prawie wyłącznie bawi, co trudno uznać za zaletę. Należy jednak dla równowagi podkreślić, że sposób nakreślenia niektórych aspektów, na przykład spraw budowlano-architektonicznych, sugeruje naprawdę rzetelne przygotowanie merytoryczne autorki i w tym zakresie znacząco poszerza wiedzę czytelnika na temat ówczesnych realiów.


Opowieść czyta się bardzo przyjemnie, niczym baśń; nie zapiera tchu w piersiach, ale i nie nudzi. Niestety stylistycznie na kolana nie powala, choć ewidentnych błędów czy nieścisłości jest niewiele.


Ktoś może powiedzieć, że się czepiam szczegółów, ale po pierwsze diabeł tkwi w szczegółach, a po drugie w dzisiejszym zalewie niedoróbek zdarzają się wydania takie jak dawniej, bez błędów, pisane piękną polszczyzną, dopracowane w każdym szczególe, jak choćby wspaniałe książki
Małgorzaty Szejnert, które też były jakiś czas temu lekturami w naszym klubie. Wypada więc podkreślać przepaść między perfekcją a przeciętnością, podobnie jak między średnią i beznadzieją.

No i dotarliśmy do kardynalnego zagadnienia – warto po Ucznia architekta sięgać, czy też nie? Cóż – skłamałbym, gdyby stwierdził, że polecam tę pozycję gorąco. Z drugiej strony, mimo pewnych niedociągnięć, lektura tej książki to może nie wspaniała, ale na pewno dobra rozrywka. W dodatku mam wrażenie, że nie jest to historia, którą się po kilku dniach kompletnie zapomina, jak te w pierwszej chwili zachwycające powieści, które czyta się z zapartym tchem, ale po których w pamięci na dłużej kompletnie nic nie pozostaje.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

* Sinan, Hoca Mimar, postać historyczna (ur. 15 kwietnia 1489, zm. 17 lipca 1588) – nadworny architekt trzech sułtanów (Sulejmana Wspaniałego, Selima II, Murada III), twórca prawie 400 budowli (za Wiki)

 

„Tworzywo” Zbigniew Chrząszcz

„Tworzywo”

Zbigniew Chrząszcz

Lekturą stycznia 2017 w rawskim DKK była powieść Tworzywo Zbigniewa Chrząszcza, debiut tego autora. Oto czym kusi nas notka na okładce:

 

W różnych częściach Polski w niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode, piękne kobiety. Nie ma jednak śladów morderstwa… nie ma żadnych śladów. Niespodziewanie na trop w sprawie trafia komisarz z małego miasta – Nowego Romanowa, Marek Bielski. Jednak nie tylko policja szuka zaginionych kobiet. Powstaje nietypowa, interdyscyplinarna grupa śledcza, dowodzona przez ekscentrycznego profesora Kocha, która będzie musiała stawić czoła trudnej i wielowątkowej sprawie, przekraczającej granice Polski, a nawet ludzkiego pojmowania świata…

Niestety, schody zaczynają się już na samym początku, a cytat z trzynastej strony, fizjonomia emanująca skrywaną inteligencją, to tylko jeden z niezliczonych kwiatków, które skutecznie utrudniają lekturę. Szczerze mówiąc, styl jest poniżej krytyki. Może w podstawówce najniższej oceny za takie pióro „literat” by nie otrzymał, ale na pewno kilka razy wpis do Humoru zeszytów by sobie zapewnił. Co gorsza, nie o styl tu tylko i wyłącznie chodzi.

 

Maniery literackie są różne. Nie mam tutaj specjalnych upodobań. Równie dobrze trawię minimalizm Kena Bruena jak i malowniczą polszczyznę Sienkiewicza. Ważne, żeby pisarz na tyle dobrze czuł się w uprawianym kanonie, by czytelnik mógł sobie w swej wyobraźni stworzyć świat przez autora wymyślony, świat o którym czyta, zaludnić go przekonującymi postaciami i tym wszystkim, co autor w nim umieścił; by język giętki... i tak dalej. Niestety, prozie Chrząszcza daleko do spełnienia tych wymagań.

Z reguły mogę liczyć na pisarzy, o których się mówi, iż z niejednego pieca chleb jedli. Jeśli ktoś jest dobrym obserwatorem, to zwykle bogaty życiorys owocuje interesującą literaturą. Jeśli w dodatku potrafi ze swych obserwacji wyciągać celne wnioski, dokonywać ciekawych uogólnień, zaskakiwać oryginalnymi refleksjami, to już droga do naprawdę dobrej literatury. Niestety, tym razem mamy do czynienia z niechlubnym wyjątkiem, a Tworzywo poza słabiutkim warsztatem literackim razi nielogicznościami, błędami wszelkiej maści i w ogóle sprawia wrażenie, jakby napisał je ktoś mocno ograniczony, kto nawet patrząc na jakieś zjawisko nie jest w stanie niczego z niego pojąć. Jakby tego mało, intryga jest kompletnie nierealna, nieprzekonująca i tak wydumana, jak rzadko. Do tego żałosna i naiwna warstwa „filozoficzna”...

O dziwo w naszym DKK zdarzyły się osoby, które nie były aż tak zniesmaczone tą lekturą, jak większość. Może wytłumaczeniem tego ewenementu jest fakt, iż jak się w mej dociekliwości dowiedziałem, czytały... pomijając całe stronice, na których treść im nie odpowiadała, odcedzając czystą „akcję”.

 

Są w zasadzie dwa rodzaje kryminałów i powieści zbliżonych gatunkowo. Te, w których czytelnik usiłuje przed głównym bohaterem odgadnąć odpowiedzi na siedem złotych pytań kryminalistyki, oraz te, gdzie wszystko od początku jest wiadome a jedynym pytaniem pozostaje czy, i w jaki sposób, uda się protagoniście odkryć to, co przed czytelnikiem nie zostało ukryte. Niestety, jest też trzecia odmiana kryminału, której serdecznie nie cierpię, a której Tworzywo może być sztandarowym przykładem. To powieści, w których jedynym, co fascynuje czytelnika, jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: - W jaki sposób uda się autorowi uzasadnić wydumany modus operandi, który wydaje się nie mieć żadnego logicznego wyjaśnienia, żadnego umocowania w mogących zaistnieć procesach, w jaki sposób pisarz na koniec rozwikła to wszystko, co namotał?

Nie bez znaczenia jest na pewno fakt, iż nasz koordynator Tworzywo zamówił przez pomyłkę (zamiast Chmielarza wziął Chrząszcza). Skutki tej drobnej z pozoru pomyłki okazały się bardzo bolesne. Pomyłka przy wypożyczeniu, zwłaszcza gdy wybór jest bardzo ograniczony, to jedno. Bardziej zastanawia mnie, czym kierują się decydenci kupujący za publiczne bądź co bądź pieniądze takie „dzieła” jak Tworzywo. No, ale pewnie jakieś uzasadnienie mają. Ludzie są mistrzami w uzasadnianiu błędnych decyzji i ich bronienia z tym większą zaciekłością, im bardziej są chybione.

A na koniec sprawa, z jaką się jeszcze nigdy nie zetknąłem i na której określenie w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco dosadnych. Kiedy zaskoczyła mnie bardzo wysoka średnia ocena Tworzywa w serwisie LubimyCzytać.pl, porównywalna do arcydzieł literatury światowej, zacząłem przeglądać poszczególne oceny składające się na tę średnią. I zauważyłem, że zaraz po premierze powieści Chrząszcza powstało wiele fikcyjnych kont, które utworzono tylko w jednym celu - po to, by wystawić jednej jedynej książce jedną jedyną ocenę. Oczywiście ta książka to Tworzywo, które otrzymało najwyższą możliwą notę.


No cóż, jaka powieść, taka akcja marketingowa. Polak potrafi, dobre bo polskie i co tam jeszcze...

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

„Ucząc psa czytać” Jonathan Carroll

Na pewno nie o kynologii, czyli Ucząc psa czytać Jonathana Carrolla


Jonathan Carroll

Ucząc psa czytać

Najpierw pojawił się zegarek na rękę za dziewięć tysięcy dolarów. Potem stalowoszare porsche wraz z dowodem rejestracyjnym wypisanym na jego nazwisko. Jakby tego było mało, Tony Areal zdobył serce kobiety, o której śnił skrycie od wielu lat. Co sprawiło, że skromny urzędnik, będący pośmiewiskiem kolegów z pracy, stał się z dnia na dzień wybrańcem losu?

 

Przenikanie się świata realnego i świata marzeń sennych stawia głównych bohaterów tej historii wobec zaskakujących wyborów i dylematów, ale daje im też niewyobrażalne możliwości. Tylko Jonathan Carroll umie tak uchwycić „to coś”, co wymyka się chłodnej obserwacji, a Ucząc psa czytać dorównuje jego najlepszym opowieściom.

 

Tyle z okładki książki, która była lekturą grudnia 2016 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki. Szczerze mówiąc, gdy do niej zasiadałem, byłem pewny, iż już kiedyś coś tego autora czytałem, ale nawet po sprawdzeniu listy wydanych przez niego utworów nie przypomniałem sobie co. Inna sprawa, że jego nazwisko znane jest chyba każdemu miłośnikowi literatury bez alergii na sf, więc może mi się tylko zdawało (o fenomenie fałszywych wspomnień w następnej recenzji).

 

Wydanie od razu zwraca uwagę nietypową, intrygującą grafiką na okładce. Nie wiem, czy to zabieg udany marketingowo, ale przynajmniej obrazek wyraźnie i zarazem z klasą wiąże się z zawartością, z osią opowiadania.

Gdy zaczynałem czytać, byłem ciekaw, czy będzie to odkrycie, czy porażka, gdyż mam wrażenie, iż krótkie formy znacznie częściej niż powieści są albo dobre, albo złe, i znacznie rzadziej zasługują na oceny pośrednie niż rozbudowane utwory literackie.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał – wystarczająco dużo ujawnia notka wydawcy. Rzecz całą czyta się świetnie – od początku do końca. Zdecydowanie kręgosłupem opowiadania jest pomysł z przenikaniem się świata realnego i świata snów, ale jak dla mnie, jedną z najmocniejszych stron utworu jest po mistrzowsku poprowadzony wątek miłosny, co raczej nie jest normą w tym gatunku. Porównanie nocy spędzonej na miłosnych uniesieniach do układania chmur na niebie to piękna próbka klasy i oryginalności pisarza.

Choć jest amerykańskim Żydem, autor wyraźnie zrywa z euro-amerykańskim stereotypem, że takie rzeczy jak inteligencja, charyzma czy sex-appeal są dane raz na zawsze, tak jak kolor oczu. Intuicja czy zainteresowanie nowoczesną psychologią? Niezwykłe wydarzenia są pretekstem do ukazania, jak człowiek może okazać się całkiem innym, niż go znamy, jeśli zmienią się okoliczności.

 

Przy lekturze tego opowiadania trzeba dać się wybić z naszego codziennego widzenia tunelowego, z tych przyziemnych klapek na oczach ograniczających nasz świat do zawartości półek w supermarketach, stanu konta, pracy i pozycji społecznej, do rzeczy dotykalnych, mierzalnych gołym okiem. Kto tego nie potrafi, kto nie potrafi przenieść się w świat marzeń sennych albo w realia paradoksów fizyki kwantowej, ten raczej nie znajdzie w tej lekturze ukontentowania. Dla pozostałych będzie to świetna zabawa, w tym wszyscy w DKK byliśmy zgodni, choć interpretacja i odbiór nasuwają różne możliwości – wiele rzeczy nie jest do końca określonych i daje mnóstwo swobody wyobraźni czytelnika.

Nietrudno się już chyba domyślić, że polecam Ucząc psa czytać gorąco i z pełnym przekonaniem. A skąd taki tytuł opowiadania? Po przeczytaniu będziecie wiedzieć

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

 

„Marsjanin” Andy Weir

Robinson Crusoe na Marsie czyli jedyna powieść Andy’ego Weira

Andy WeirMarsjanin

Lekturą listopada w moim, czyli rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki był Marsjanin pióra Andy’ego Weira. Nie od rzeczy będzie dodać, że jest to jak dotąd jedyna znana powieść tego Amerykanina. Oczywiście nie świadczy to ani na jej korzyść, ani na niekorzyść.

 

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

 

Tyle notka wydawcy i ja też o fabule wiele więcej nie powiem. Kto zechce, doczyta sobie.

 

Od samego początku Marsjanin sprawił na mnie wrażenie klonu Przypadków Robinsona Crusoe. Może to nie przypadek, że autor wcześniej obracał się w świecie produkcji gier komputerowych, w którym odgrzewanie starego pomysłu nie jest niczym zdrożnym. Szkoda tylko, że w tym remake’u powieści Daniela Defoe brak odpowiednika Piętaszka. Miejscami nużył mnie również urodzaj pseudo-profesjonalnych szczegółów, które samemu można wygrzebać sobie w Internecie oraz nadmiar błędów rzeczowych i stylistycznych miejscami przechodzących w prawdziwy bełkot*. Zła passa chyba mnie ściga, gdyż znów trafiłem na książkę, w której spomiędzy pozorów inteligencji wyziera brak podstawowej wiedzy choćby z zakresu fizyki, jak na przykład w cudownym cytacie:

 

Statek będzie leciał wystarczająco szybko, żeby opór powietrza nie miał znaczenia...

 

To już nie złota, ale diamentowa czcionka!

 

Kiedy po zakończonej lekturze przejrzałem recenzje w Internecie, w większości wręcz bałwochwalcze, byłem zdumiony. Rozumiem oficjalnych recenzentów, którzy nie mają innego wyjścia niż pisać z zachwytem o książkach objętych patronatem znanego serwisu, ale krytycy niezależni? Czy nie ukończyli fizyki i logiki na podstawie szkół podstawowych i średnich? Czy nie widzą wtórności pomysłu, naciąganych założeń, płytkości i sztampowości tego „dzieła”? Jak można w swych ocenach zrównać Weira z tytanami SF, albo (hańba) wywyższyć go ponad rodzimego Lema?

 

Pewnej wskazówki do wyjaśnienia tego stanu rzeczy upatrywałbym w historii Marsjanina. Nikt nie chciał tej produkcji wydać, czyli nie zdobyła ona uznania nikogo, kto się w świecie literatury obracał. Dopiero, gdy self publishing przyniósł książce uwielbienie mas (czytaj plebsu), czym jednoznacznie zaczęła rokować na zyski, wydano ją z obowiązkowym wynikiem w postaci bestselleru. Logicznym krokiem była ekranizacja**, by na fali efektów akcji marketingowej książki wydobyć z tego pomysłu za jednym zamachem jeszcze więcej kasiorki.

 

Pocieszające dla mnie było to, że w naszym DKK oceny były dużo bardziej wyważone niż w Internecie i w zasadzie można je zawrzeć w takim uśrednieniu: budżetowa literatura, na pewno bez uzasadnionych aspiracji do literatury z wyższej półki; jak najbardziej do poczytania, choć miejscami może nużyć i nudzić.

 

Co do filmu, to wypada chyba nawet lepiej niż książka, co jest wyjątkiem w konkurencji film vs book. Duża zasługa w tym Matta Damona jako odtwórcy tytułowej roli, a odrzucenie zbędnych książkowych pseudotechnikalii też okazało się udanym zabiegiem.

 

Ani od książki, ani tym bardziej od filmu, nikogo więc nie odciągam, ale jest tyle lepszych rzeczy do przeczytania i obejrzenia, a życie takie krótkie, że chyba specjalnie poszukiwać akurat tego tytułu nie ma sensu

 

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie



* Nie dociekam tutaj, które błędy są sprawką tłumacza, a które autora, oceniam bowiem książkę, czyli konkretne wydanie w konkretnym tłumaczeniu.
** Marsjanin(2015) The Martian reżyseria: Ridley Scott, Matt Damon jako Mark Watney

 

Afganistan

Czytaj więcej: Afganistan

Afganistan

Khaled Hoseini-pisarz afgańskiego pochodzenia, autor znakomitych powieści „Chłopiec z latawcem”, czy Tysiąc wspaniałych słońc” jest także twórcą książki „ I góry odpowiedziały echem” Zaczyna się pięknie wzruszającą opowieścią snutą przez ojca o poświęceniu, ofierze, tęsknocie. Opowieść ta stanowi klucz interpretacyjny do historii opowiedzianej w tym utworze. Rodzeństwo starszy Abdullach i młodsza siostra Parii żyją w biednej afgańskiej wiosce. Ojciec wiecznie szuka pracy, a macocha nie potrafi zastąpić dzieciom matki dlatego ojciec decyduje się pewnego dnia na dramatyczny krok, oddaje małą córeczkę do adopcji zamożnym ludziom. Kochające się rodzeństwo zostaje rozdzielone. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić, a decyzja którą podjął odciśnie piętno na życiu obojga bohaterów. Hosseini po kolei wprowadza nowych bohaterów i snuje opowieści często rozdzierające serc, ale nie pozbawione nadziei. Tak jest i tym razem. Choć uważam, że gdyby Hosseini skoncentrował się na historii rodzeństwa to powstała by opwieść o większym ładunku emocjonalnym bardziej przejmująca i poruszająca. Nie zmienia to jednak faktu ,że powieść „ I góry odpowiedziały echem” to piękna historia o miłości, poświęceniu i tęsknocie o ludzkich wyborach i konsekwencjach. Historia opowiedziana pięknym językiem,momentami tkana ze smutku i bólu, momentami z miłości i nadziei. I choć nie robi takiego wrażenia jak „Chłopiec z latawcem” to jest powieść,której bohaterów i ich losy warto poznać.

Recenzja książki "Lato przed zmierzchem"

Kate Brown ma czterdzieści pięć lat, męża, czworo prawie dorosłych dzieci i „od pewnego czasu przymierza myśli tak jak sukienki zdejmowane z wieszaka”. Ta powieść to właśnie głównie myśli bohaterki, to świetny portret wewnętrzny Kate, dla której zaczyna się kolejne lato. Czy jak zwykle będzie „przytulną bazą” dla dzieci i ich gości?

Tym razem ma być inaczej. Mąż – neurochirurg wyjeżdża na cztery miesiące do pracy w Bostonie, ma towarzyszyć mu córka. Trzej synowie też mają swoje plany wakacyjne. Przed Kate zaś otwierają się możliwości pracy tłumaczki na konferencji organizacji Żywność dla Świata. Pierwsza od 25 lat małżeństwa praca będzie dla doktorowej Brown punktem wyjścia do przyjrzenia się swemu dotychczasowemu życiu. Kolejne zdarzenia  będą pretekstem do swoistego obrachunku z przeszłością i do postanowień na przyszłość.

Wyjazd do Hiszpanii i krótki, raczej nieudany, romans z młodszym mężczyzną, tajemnicza choroba, powrót do Anglii, pobyt w hotelu, potem w mieszkaniu młodej Maureen – to wszystko nie jest właściwie ważne. Są to kolejne etapy, które dla bohaterki stanowią okazję, by móc analizować pamiętny rok pobytu u dziadków w Portugalii, lata małżeństwa z Michaelem, wychowywanie dzieci.

Kate dochodzi do wniosku, że przez te wszystkie lata jej główną cechą była umiejętność przystosowania się do innych, zdaje sobie sprawę, że rodzina ma swoją koncepcję jej osobowości, w którą ona się wpasowała.

Lessing daje swojej bohaterce całe lato, a nawet czas aż do października, by mogła zastanowić się , co dalej. Czytelnik ma okazję śledzić bieg myśli Kate, odtwarzać z nią ważne zdarzenia, analizować jej pozycję w rodzinie, relacje z mężem. Pisarka uświadamia, że kobiecie wciąż przypisuje się określoną rolę, postrzega ją jako tę, która kieruje, organizuje, dopilnowuje, martwi się , nakazuje, czyli krząta się nieustająco.

Ta nieznośna „krzątanina”, jak się często okazuje, bywa lekceważona przez najbliższych, często jest wręcz denerwująca, bo zamienia się w gderaninę. Kate dostaje szansę, by próbować coś zmienić. Jej myśli często biegną w stronę przyjaciółki Mary Finchley, która jest zaprzeczeniem rozsądnej i zorganizowanej pani Brown.

Czy siwe włosy staną się dla bohaterki deklaracją jej postawy: „nie, nie, nie, NIE”? Czy to właśnie lato będzie tym przed zmierzchem? Co oznacza ten zmierzch? Czy ma nim być może menopauza, początek procesu starzenia się, a może radykalna zmiana postępowania? Tylko dlaczego miałby to być zmierzch, Kate ma tylko, czy może aż, 45 lat?

Jakie znaczenie mają sny o foce? Sennik mówi, że są znakiem, iż należałoby uporządkować swoje myśli lub natłok uczuć. Skoro Kate zakończy pomyślnie wielonocny sen z foką, to czy i w życiu realnym osiągnie spokój, czy da sobie wolność i co ona właściwie miałaby dla niej znaczyć?

Wiele pytań pojawia się w trakcie czytania i po jego zakończeniu. Lessing każe zastanowić się nad nimi, próbować dać sobie odpowiedzi, odnaleźć w Kate siebie. Przeczytałam tę powieść dwukrotnie i doświadczyłam takiego właśnie wrażenia. Myślę, że może być ono udziałem bardzo wielu kobiet odnajdujących swoje rysy w bohaterce, choćby tę „krzątaninę”, sprawiającą, że umykają nam rzeczy znacznie ważniejsze.

„Lato przed zmierzchem” to mądra i wspaniała powieść z mistrzowsko nakreślonym portretem kobiety. Polecam ją gorąco, podobnie jak „Piąte dziecko” i „Podróż Bena”. To książki godne Noblistki.

 

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Szybki Koniec warty. Recenzja powieści Stephena Kinga

Trzeci i ostatni tom cyklu o Billu Hodgesie czyta się jednym tchem. Wydawało mi się, że Koniec warty będzie powieścią, która skupi się na emocjonującym pojedynku detektywa z psychopatycznym mordercą. Stephen King postanowił jednak trochę zagmatwać całą sprawę. Autor dość schematycznie prowadzi bohaterów pierwszo- i drugoplanowych oraz głównego przeciwnika. Na szczęście styl Kinga jest na tyle przyjemny w odbiorze, że w czasie lektury nie odczuwa się tego mocno. Jednym słowem jest to książka, z którą można przyjemnie spędzić słoneczne majowe popołudnie.

Bez mojej zgody Jodi Picoult DKK Uniejów

Bardzo pouczająca książka, dająca wiele do myślenia. Książka mówiąca o tym  jak daleko mogą posunąć się rodzice  w walce o życie i zdrowie jednego dziecka kosztem drugiego dziecka. Anna została poczęta w sztuczny sposób. Tak aby jej tkanki wykorzystały pełna zdolność z tkankami siostry chorej na białaczkę. W wieku trzynastu lat przeszła już niejedna operację, wielokrotnie oddawała krew. Praktycznie gdy siostra trafiała do szpitala, to ona również tam musiała być. Całe jej życie było podporządkowane potrzebom siostry. W pewnym momencie buntuje się, postanawia wziąć sprawę do swoje ręce. Wynajmuje prawnika, występuje do sądu przeciw rodzicom. Chce samodzielnie decydować o swoim zachowaniu i życiu. Jednocześnie przeżywa straszny dylemat powiedzieć nie, że odmawia oddania nerki siostrze oznacza dla tej drugiej śmierć. Paradoksalnie w dniu gdy sąd orzeka o jej prawie do samodzielnego decydowania o sobie w kwestiach medycznych ginie w wypadku samochodowym. Narządy trafiają do przeszczepów. Siostra otrzymuje nerkę, odzyskuje zdrowie. Cel został osiągnięty, czy aby na pewno?

Recenzja ksiażki "Rury" Etgara Kereta

Debiutancki tom izraelskiego pisarza Etgara Kereta zawiera 54 opowiadania. Mieszczą się one na 194 stronach, widać więc jak są krótkie. Pierwsze z nich „Astma” ma zaledwie pół strony i to ono może być punktem wyjścia do zrozumienia oszczędności słów: „Mijasz sterty słów, które przychodzą ci do głowy. Wybierasz najważniejsze”. Tak z konieczności robi człowiek mający atak astmy, ale może to jest wskazówka i dla innych.

Etgar Keret na pewno stosuje się do niej i proponuje czytelnikowi szeroką gamę najróżniejszych tematów w swoich miniaturowych opowiadaniach:  jest wojsko, konflikt izraelsko – palestyński, szkoła, rodzina, miłość, śmierć, piekło. Pisząc o ważnych, bolesnych, niekiedy porażających sprawach pisarz często posługuje się groteską, stwarza absurdalne i humorystyczne sytuacje, nie stroni od dosadnego słownictwa.

Wiele opowiadań otwiera różne możliwości interpretacyjne. Tytułowe „Rury” każą się zastanowić nad śmiercią i tym, co po niej; czy da się dołączyć do aniołów grających w kulki? Bóg – Karzeł też żongluje kulkami, jak wytłumaczyć sobie taką metaforę? A co z integracją w raju – czy powinno się ją znieść?

Zasygnalizowałam zaledwie kilka pytań, które mogą się pojawić w trakcie czytania, jest ich oczywiście o wiele więcej. Można próbować znaleźć odpowiedzi, rozszyfrowywać metafory zawarte w niektórych tytułach, np. „Kołysanka czasu” czy „Nektar z mitów”. Można też po prostu śmiać się, czytając o porzuconym przez dziewczynę Meirze, który pije z krasnoludkami i gra z nimi w karty. Mnie to opowiadanie rozbawiło do łez.

Keret  potrafi też zaskakiwać i śmieszyć nieoczekiwanymi zakończeniami, np. w nawiązującej do Biblii „Pladze pierworodnych” czy „Katzensteinie”. Jest liryczny w pięknym opowiadaniu „Dziś są urodziny”, przejmująco smutny w „Julii”, zagadkowy w „Płycie”.

Wymieniłam kilka tytułów, które na mnie zrobiły największe wrażenie, wywołały emocje. Uważam, że warto zapoznać się z tym zbiorem 54 opowiadań izraelskiego pisarza o polskich korzeniach, który w 2016 roku otrzymał obywatelstwo polskie. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie u „mistrza krótkiej formy”.

Ogniem i laserem. Recenzja powieści Andrzeja W. Sawickiego pt. Smocze koncerze

Smocze koncerze to moje pierwsze spotkanie z twórczością Andrzeja W. Sawickiego.  Spotkanie, które pozostawiło po sobie niejednoznaczne odczucia, stąd tak dobrany tytuł recenzji odwołujący się do dzieł Bartosza Walaszka, bowiem ta powieść ma równie wiele plusów, co minusów, jakby nad jej powstaniem pracował Bogusław Łęcina razem z panem Wiesiem.

Smocze koncerze opowiadają o inwazji obcych na Turcję w połowie XVII w. , przeciw czemu muszą zjednoczyć się wszystkie potęgi Europy – co doprowadza do Odsieczy Wiedeńskiej na opak – gdy razem z bisurmani husaria i wojska Świętego Cesarstwa Rzymskiego ruszają na Stambuł, który obcy uczynili swym przyczółkiem na Ziemi. Na tle tak dramatycznych wydarzeń przewijają się losy kilkunastu bohaterów z tego i nie z tego świata.

Za duży plus powieści należy uznać sam pomysł inwazji jak i pochodzenie obcych – istot, które funkcjonują w niematerialnym równoległym wymiarze – wymiarze informacji, a co przypomina nieco koncepcję Inmaterium z Warhammera 40 000.

Kolejną zaletą powieści są wiernie oddane realia siedemnastowiecznego Stambułu, dobrze zarysowana została także para głównych bohaterów – Talaz Tayvar i Dorota Falak. Pozostałe postacie, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe niestety przedstawione zostały o wiele gorzej. I w tym miejscu niestety kończą się plusy powieści, a zaczynają minusy, których jest całkiem sporo. Zacznijmy od postaci przewijających się na kartach książki, które, poza parą głównych bohaterów, zostały zredukowane nierzadko do roli statystów, szybko i mało przekonująco nakreślonych, tańczących jak im autor zagra, bez scen refleksji podejmujących decyzje, które mają popchnąć fabułę w pożądanym kierunku. Właśnie w tym tkwi główny problem fabuły, punkty zwrotne mają miejsce poza narracją, a czytelnik jedynie jest informowany o skutkach, jak wtedy gdy Talaz zostaje zabrany na tortury z rozkazu Kary Mustafy i pojawia się znów, po tym gdy przekonał dowódcę janczarów do zmiany decyzji, ale nie wiemy jak i kiedy to się stało. Czytelnik otrzymuje jedynie informacje, że coś się stało i akcja przeskakuje, jak w kalejdoskopie do kolejnych scen, które gwałtownymi przeskokami w połowie książki prowadzą do punktu kulminacyjnego, czyli sprowadzenia sprzymierzonych armii pod zajęty przez obcych Stambuł. I to jest właśnie główny problem tej książki, brak głębi, akcja jedynie prześlizguje się po wierzchołku wydarzeń jak surfer po powierzchni fali. Być może z uwagi na napięty plan wydawniczy autor stworzył jedynie główną linię fabuły i nie zdążył wypełnić tła pozostałymi scenami.

Również wiele postaci drugoplanowych jest całkowicie zbędnych, pojawiających się jedynie jako tło pary głównych bohaterów. Notabene odniosłem wrażenie, że w trakcie pisania autor postanowił podzielić jednego bohatera na dwóch: Semena Błońskiego i Jakuba Kęsickiego, a którzy tworzą przez całą powieść jedną linię fabularną związaną z postacią Jitki: najpierw Jakub, a następnie Semen.

Choć autor zadbał o poprawność historyczną powieści, to jednak wkradły się drobne, ale rażące błędy, jak określenie, że husarze wyglądali zabójczo, czy nazwanie Jitki przez jednego z bohaterów mianem „głupiej siksy”.

Odnośnie stosowania przez autora nagminnie współczesnego żargonu technicznego nie mam mu tego za zarzut, naprawdę trudno wymyślić zrozumiały dla czytelnika siedemnastowieczny odpowiednik gravitonu, mecha czy exoszkieletu. Inna sprawa, że jakoś nie jestem przekonany, że nawet obca inteligencja, zdolna kształtować informacją materię, byłaby w stanie stworzyć od ręki w oparciu o kuźnie i ludwisarnie broń plazmową i maszyny latające.

Podsumowując, nie jest to wybitna książka, ale przyjemne czytadło. Miał być S.M, Stirling, David Drake czy Harry Turtledove ale wyszło jak zawsze – po polsku. Dlatego daję 4.

„ Potem" którego nie będzie


W londyńskiej szkole rozgrywają się zawody, gdy wybucha pożar. Grace matka Jenny i Adama wbiega do środka budynku by ratować córkę, gdy nagle coś uderza ją w głowę, traci świadomość,zapada w stan śpiączki. Uwalnia się ze swojego ciała i spotyka „ducha" swojej córki,
która znajduje się w tym samym szpitalu. Obie nie wiedzą kim lub czym są żyją, ale mogą poruszać się tylko poza ciałem. Razem przechodzą przez koszmar i z góry obserwują toczące się życie. Dowiadują się że szkoła spłonęła nie przypadkowo. Kto podłożył ogień? Czy dyrektorka chcąca wyłudzić odszkodowanie,czy dręczyciel Jenny? Tymczasem w szpitalu okazuje się że przed Jenny kilka tygodni życia jeśli nie znajdzie się dawca serca ... Aby znaleźć odpowiedź na te pytania należy sięgnąć po powieść „Potem" autorstwa Rosamund Lupton.
Książka została napisana znakomicie. Kolejne zdania , fragmenty historii snutej przez autorkę są niezwykle prawdziwe i bardzo przejmujące. I choć czasami domyślamy się jaki być może finał tej historii to do ostatniej strony kibicujemy jej bohaterkom, utożsamiamy się z nimi w napięciu śledzimy ich losy. Rosamundt Lupton niczego w swej książce nie pozostawia przypadkowi. Każde
posunięcie, każda opowiadana historia tworzą elementy układanki, które dopiero na końcu
układają się w całość. Początkowo nic nie jest tym, czym wydaje się być i nikt nie jest tym za kogo się podaje. Ludzie oszukują, starają się zataić rzeczy bardzo istotne dla sprawy. Sytuacja zmienia się wielokrotnie jak w kalejdoskopie zaskakując czytelnika.
„Potem" to intrygująca powieść, która wciąga czytelnika od pierwszych zdań i nie daje wytchnienia do ostatniej strony. POLECAM








Wtedy o powojennym Krakowie. Recenzja książki DKK Uniejów

Joanna Olczak-Ronikier wnuczka Jakuba Mortkowicza założyciela wydawnictwa i księgarni w Warszawie opisuje cztery powojenne lata. Po wojennej zawierusze jako dziesięcioletnia dziewczynka odnajduje matkę i babkę w Krakowie. Dzięki pomocy Jana Gebethnera właściciela  firmy wydawniczej Geberthner i Wolff zamieszkują w kamienicy przy ul. Krupnicza 22 w Domu Literatów. Mieszkania są bardzo małe i przeludnione, w jednym lokalu przeważnie przechodnim miała po kilka osób, nie zawsze ze sobą spokrewnionych. Jedni mieszkają krócej , a inni pozostają na dłużej. Autorka tej książki ma za sąsiadów Annę Żeromską wdowę po pisarzu i ich córkę Monikę. Mieszkał tam Tadeusz Kwiatkowski, Michał Rusinek, Czesław Miłosz, Jerzy Andrzejewski, Janina Brzostowska, Stefan Kisielewski z rodziną, Stanisław Dygat, Leopold Staff. W takim środowisku żyła Joanna Olczak. K. I. Gałczyński napisał do niej w 1950 list- wiersz kiedy zdawała maturę.

Książka bardzo ciekawa oparta na wspomnieniach, jak również na gromadzonych przez babkę i matkę dokumentach, listach, wycinkach prasowych. 

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi