Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Baśń o grudniu '81. Recenzja powieści Jacka Dukaja pt. Wroniec

O wprowadzeniu stanu wojennego można by napisać wiele. Jednakże temat ten nie był jak dotąd przedstawiany w beletrystyce. I dlatego Wroniec na tym polu jest powieścią wyjątkową. Dzięki opowiadaniu historii z perspektywy dziecka, przedstawiane wydarzenia urastają do rangi baśni, zostają owiane aurą magii i odrealnione. Nie jest to wcale baśń dla dzieci. Świat Wrońca jest szary, odarty z kolorów, pełen Szpicli, Puchaczy-Słuchaczy, Milipantów, Bubeków i Członków. Tutaj za każdym rogiem czaić się może Suka i Złomot.

Recenzja książki "I odpuść nam nasze..." J. L. Wiśniewskiego

"I odpuść nam nasze ..." to opowieść o znanym i cenionym wokaliście i aktorze Andrzeju Zaucha. Autor książki spotykał się ze skazanym dlatego bardzo dobrze opisana jest cała historia tej tragedii. Wincent bo tak ma na imię morderca wyznaje swoje grzechy i żałuje swojego czynu, który prześladuje go już przez całe życie.

Sprawa zabójstwa Zauchy była bardzo głośna w październiku 1991 Polskę obiegła tragiczna wiadomość. Andrzej Zaucha zginął zastrzelony pod krakowskim Teatrem STU. Jego towarzyszka Zuzanna Leśniak umiera w chwilę potem w karetce pogotowia. Strzelał mąż Zuzanny.

Książka znakomicie ukazuje życie w Polsce z czasów PRL, dowiadujemy się dlaczego wprowadzono stan wojenny, jakie były w związku z tym represje.

 

Książka daje dużo do myślenia, tym bardziej gdy bliżej poznaje się sprawcę zbrodni. Można zastanowić się nad tym do czego może się posunąć zraniony człowiek.

 

 

 

 

I odpuść nam nasze...Recenzja ze spotkania DKK Uniejów

11 października 2017 r. miało miejsce spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Miejsko- Gminnej Bibliotece Publicznej w Uniejowie. Klubowicze w składzie 4 osobowym dyskutowali na temat książki Janusza Leona Wiśniewskiego  „I odpuść nam nasze…”

Bardzo ciekawa książka z serii opartej na faktach. Jest  autentyczną opowieścią o miłości, zazdrości, rozpaczy zranionego człowieka. Historia bliska wszystkim klubowiczom, ponieważ wszyscy dobrze pamiętali tragedię Andrzeja Zauchy i jego kochanki. Dzięki książce można poznać ją bliżej i dokładniej.

 

 

 

Alibi na szczęście

Alibi na szczęście

To chyba najgrubsze babskie czytadło. Tom grubością dorównuje Milenium, zmierzchom czy Haremu Potterowi. Zatem zastanawiałam się czy książka jest tak ciekawa, że może autorka nie pozwala nam zapomnieć o bohaterach z którymi się zżyliśmy, czy może odwrotnie chce nas zmiękczyć tak długą historią. Już na wstępie czytelnik wpada w morski, wakacyjny klimat. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Bohaterka Hania Lerska jest polonistką i wraca do Warszawy na egzaminy poprawkowe, ponieważ ”oblała” jednego Ucznia Mateusza Starskiego. A potem szybko rozpoczyna się rok szkolny i szara codzienność. Od samego początku wiemy, że Hania przeżyła jakąś tragedię z, której nie potrafi się otrząsnąć. Pomaga jej w tym przyjaciółka Dominika i dobrotliwa Pani Irenka, właścicielka domku nad morzem. Kiedy po paru miesiącach Hania poznaje Mikołaja czuje się mocno zagubiona. Chciałaby spróbować, ale nie potrafi. Przez dużą część powieści czytelnik nie zna prawdy, próbuje się domyślać. Chęć poznania prawdy o tragedii jest tak duża, że czytelnikowi ciężko oderwać się od książki. Prawda nie tylko zaskakuje co usprawiedliwia często irytujące zachowane głównej bohaterki. Alibi na szczęście, to coś cięższego niż babskie czytadło z happy endem. Zainteresowani  losami Hani mogą dowiedzieć się więcej w następnych tomach: „Krok do szczęścia” i „Zgoda na szczęście”.

Recenzja książki "Don Juan raz jeszcze" Andrzeja Barta

W połowie grudnia 1506 roku z klasztoru Miraflores w hiszpańskiej Kastylii wyruszył kondukt z ciałem króla Filipa I Pięknego. Mimo iż zmarł on 25 września, jego żona Joanna rozkazała wydobyć zwłoki z prowizorycznego grobowca i ruszyła do Grenady, zatrzymując się w kościołach i klasztorach. Zazdrosna wdowa zakazała kobietom udziału w orszaku, nawet zakonnice nie mogły zbliżać się do trumny. Rozmawiała z trupem i tuliła go do siebie. Zyskała przydomek Joanna Szalona.

Taki jest kontekst historyczny powieści Andrzeja Barta, cała reszta to już zmyślenie autora. Zanim więc czytelnik „dołączy” do konduktu, będzie miał okazję „uczestniczyć” w swoistym castingu zorganizowanym przez Tajną Radę Sześciu w Watykanie. Ma on wyłonić spośród mnichów kandydata, który odwiódłby Joannę Kastylijską od pomysłu dalszej wędrówki z trupem męża. Zwycięzcą okaże się Juan de Valesco pokutujący w klasztorze za swe grzeszne życie. Czy powiedzie się jego ostatnia misja? Tego nie mogę zdradzić. Jest wszak w powieści ktoś, kto nieustannie kieruje czytelnikiem. To narrator, „panoszący się” niesamowicie, znający nawet fakty, których nie ma w książce. Wie, jakie są losy bohaterów, teraz i potem, podaje źródła, gdzie o nich pisano. Jednocześnie sam zdaje dokładnie sprawę ze swojego udziału w tworzeniu fabuły. Sporadycznie przyznaje się do niewiedzy, „nie chcąc rozbudzać niepotrzebnej nadziei na wszechwiedzę”. Można odnieść wrażenie, że bawi się z czytelnikiem, tryska humorem, ironicznie i dowcipnie relacjonuje zdarzenia z początku XVI wieku.

A w orszaku Joanny Kastylijskiej sporo się dzieje. Dołącza do niego specjalny wysłannik papieża Diego Herrera z don Juanem, urodziwa Maria, córka margrabiego Gonsalvo, w przebraniu męskim. Jest tam już Woodward, poseł Henryka, króla Anglii zainteresowanego małżeństwem z  królową Kastylii. Są inkwizytorzy: Quint, Barrionuevo i sam Generalny Inkwizytor Diego de Deza. Ten ostatni będzie bohaterem niesamowitej sceny w Białych Lochach, gdzie sądu nad nim podejmie się gospodarz zamku Gaspar Le Ferron, barwna i wyrazista postać.

Naprawdę trudno oderwać się od czytania, powieść fascynuje, oczarowuje i uwodzi. Liczne rozmowy przy stole intrygują, pozwalając śledzić zabiegi dyplomatyczne bohaterów mających różne interesy w swej misji towarzyszenia królowej. Oprócz rozmów przy stole toczą się dyskusje na uboczu, spory w sprawach dotyczących roli Kościoła, papieża, poczynań inkwizytorów. Wiele z nich brzmi aktualnie, mimo że akcja powieści osadzona jest przecież w XVI wieku.

Przeplatają się wątki: polityczny, sensacyjny, miłosny, a nawet kryminalny. Mamy więc morderstwo, pojedynek, wielką miłość, pracownię alchemika Prelatusa i zaawansowane prace nad eliksirem życia.

 Narrator ostrzega przed pechowym trzynastym rozdziałem, a w czternastym, kończąc powieść, chyba sobie trochę żartuje z czytelnika, a może i kpi z niego. Jest to oczywiście sympatyczne „mrugnięcie okiem” w stronę tych, którzy „wyruszyli” z orszakiem Joanny Kastylijskiej. Zapewniam, że naprawdę warto przeczytać powieść „Don Juan raz jeszcze”, a potem sięgnąć po „Rewers”, „Fabrykę muchołapek” czy „Rien ne va plus”.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Jacek Piekara - Władca prequeli. Recenzja powieści "Ja inkwizytor. Kościany galeon".

Kościany galeon to dziesiąta część cyklu inkwizytorskiego. I znów Piekara zaserwował nam prequel.

Tym razem główny bohater  wyrusza w ślad za zaginionym kupcem aż na dalekie wody na północ od Szkocji, gdzie jak zwykle przeżyje niezwykłe przygody i wystrychnie siły nieczyste na dudka. A z tarapatów jak zwykle wyjdzie bez szwanku i z pokaźną gratyfikacją. Dlaczego nadużywam zwrotu „jak zwykłe” zapytacie? Bo to kolejna pozycja w cyklu stworzona na schemacie: ot mała prywatna robótka, która przeradza się w większą aferę z udziałem sił nieczystych (nie spoileruję, tego można się domyślić już z samego tytułu powieści).

W tym miejscu niestety kończą się plusy powieści, a zaczynają minusy. Począwszy od objętości samej książki. Ta historia byłaby naprawdę dobrym opowiadaniem, gdyby wycięto z niej jakieś 60 procent objętości. Zbędne dłużyzny to przede wszystkim rozbudowane ponad wszelką miarę monologi wewnętrzne głównego bohatera. Dla mnie te dłużyzny były zamulaczami. Równie poważny zarzut mam odnośnie zakończenia, które zostało rozciągnięte tak jak cała fabuła, a jedynym celem tego zabiegu było chyba tylko to, by w finale powieści wyraźnie zaznaczyć wątek romansu.

Recenzja książki -Szczęśliwa ziemia Ł. Orbitowski

Książka pt. „Szczęśliwa ziemia” Łukasza Orbitowskiego, to historia piątki młodych ludzi z prowincjonalnego Rykusmyku. Młodzi podejmują wyzwanie składając ofiarę mitycznemu bykowi oraz decyzje, że nigdy więcej  już  się nie spotkają i że każdy wyrusza w swoją stronę. Los jednak często płata figle, znajomi muszą się spotkać i spłacić swoje życzenia choćby kosztem własnego szczęścia. Matka jednego  z nich popełnia  samobójstwo, zostawiając syna z rozterką  oraz z obawą, że jeśli wypowie marzenie to ono się spełni . Upojeni alkoholem nie wychodzą z podziemi. Byk bierze ofiary i jeden z nich ginie. To co się stało rozdzieliło ich na lata i to samo po latach ich połączyło.

Czytając książkę można zadać sobie pytanie czy jesteśmy w stanie poświęcić się sami dla siebie.

Często też nie doceniamy tego co mamy wokół siebie.

Recenzja książki "Czas beboka"

Beboki wyzierają z różnych kątów katowickiego mieszkania. Są w łazience (pas ojca), w gabinecie (skóra dzika) . Potrafią się zmaterializować na fornirze kredensu. Nieprzyjazny świat strachów otacza dziewięcioletniego Adasia, bohatera powieści Antoniusa. Wrażliwy, obdarzony dużą wyobraźnią chłopiec często spędza czas samotnie. Ojciec, towarzysz Zenon, jest przede wszystkim oddanym Matce Partii aktywistą. Matka pozornie zgadza się z mężem, swój sceptycyzm wyraża często przez ironię.

Z inicjatywy towarzysza Zenona Katowice zmieniają nazwę na Stalinogród, by uczcić pośmiertnie „Wielkiego Sternika”. Tam właśnie dzieje się akcja powieści, obejmując okres od 28 lutego 1953 roku do 30 czerwca 1954 roku.

Autor we wspomnieniowej książce dedykowanej swojej córce przenosi nas w czasy dzieciństwa, w siermiężne i szare lata budowania socjalizmu. Stopniowo z realizmu zaczyna wkraczać w światy magiczne i kosmiczne (część druga ma tytuł „Cyrk Kosmos”). Robi się dziwnie, a nawet nieco dziwacznie. Pojawiają się kapitan Plejadow i jego adiutant Assar z tajną misją, wspomagani przez Adriana Kurdiuka, przybysza też nie wiadomo skąd. Mamy „czas zastygliny” i zapiski pana Marmona nawiązujące do postaci ewangelicznych.

Trudno przez to przebrnąć, powieść ma 726 stron! Niewiele się dzieje, jedynie dużo dialogów sprawia, że jakoś się ją czyta, ale nuda wygląda z kolejnych stron zaludnionych następnymi dziwami.

Antonius z miernym efektem ściąga pomysły z „Mistrza i Małgorzaty” – wielki bal, magiczne postaci nie z tego świata ingerujące w życie mieszkańców Stalinogrodu, odwołania ewangeliczne. Na okładce pojawia się nawet nazwisko Bułhakowa, co uważam, jest delikatnie mówiąc, nieporozumieniem.

Raczej nie udało się też oddać w powieści klimatu Śląska, akcja generalnie toczy się w mieszkaniu, w szkole, w parku, niekiedy w tle wspomina się o jakiejś kopalni. Kilkanaście gwarowych słów też nie załatwia sprawy. Najczęściej powtarzają się „ciompa”, „fanzolić” czy nieznośnie irytujące „smark” i „kanocek”, których to określeń używa nieustannie ojciec, zwracając się do syna.

Mam wrażenie, że powieść byłaby niezła, gdyby zakończyć ją po części pierwszej. Autor chciał chyba za dużo w niej zmieścić: świat realny, magiczny, biblijny, kosmiczny, opowieści z czasów wojny, wakacje Adasia w Nowym Sączu u dziadków, potem jeszcze przeniesienie do Krakowa i wreszcie zaćmienie słońca.

Na plus dla Antoniusa zapiszę to, że udało mu się stworzyć wyraziste postaci, zwłaszcza Adasia, jego rodziców i dziadków, i kilku towarzyszy. Jest też trochę zabawnych sytuacji (wizyta tow. Dobrosza u tow. Zenona), prezenty z ZSRR (kamea z podobizną matki Lenina) czy imiona dzieci inspirowane Wielką Rewolucją Październikową i Stalinem – Wieor i Stalena.

Mnie powieść nie podobała się, podobnie ocenili ją inni klubowicze. Raczej nie sięgniemy do jej kontynuacji – „Omnium”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Kasacja Remigiusza Mroza. Recenzja DKK Uniejów

 „ Kasacja” to kolejny, świetny kryminał Remigiusza Mroza. Niektórzy twierdzą, że książki Mroza kojarzą się z jedzeniem, jak zaczniesz to nie możesz przestać, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bohaterami„ Kasacji” jest para adwokatów. Mężczyzna młody aplikant Kordian Oryński (jako nowo przyjęty pracownik chce się wykazać w swojej profesji) oraz pani adwokat Joanna Chyłka, którą młodzieniec jest zauroczony. Adwokaci prowadzą sprawę morderstwa dwójki ludzi. Czy sprawę syna słynnego biznesmena uda się rozwikłać i dojść do szczęśliwego finału? Sprawa miesza się zbrodniarz zostaje początkowo uniewinniony przez parę adwokatów, choć w późniejszym czasie okazuje się winnym zabójstwa.

Okularnik K. Bonda DKK Uniejów

„ Okularnik” to druga z czterotomowej serii kryminalnej Katarzyny Bonda. Tom stanowi kontynuację  „Pochłaniacza” w tym sensie, że łączy je główna bohaterka- Sasza Załuska. Każdy z czterech tomów ma też podtytuł- odpowiadający starogreckim żywiołom. „ Okularnikowi” odpowiada ziemia i ona właśnie odgrywa tu istotną rolę: dosłownie i symbolicznie. Stanowi bowiem miejsce pochówku ciał tajemniczego zbrodniarza ( zbrodniarzy) ale także jest symboliczną ojczyzną „ tutejszych” to znaczy tych, którzy mają tu swoje groby. Miejscem wydarzeń jest Hajnówka, gdzie splątują się losy Polaków i Białorusinów chociaż autorka pisze historię tego miejsca można śmiało porównać do dziejów pierwszych osad Dzikiego Zachodu w Ameryce Północnej. Zresztą w posłowiu Katarzyna Bonda przyznaje, że Hajnówka jest jej rodzinnym miastem i że w tej powieści ukryta jest także jej rodzinna historia. Akcja powieści toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, chociaż nie ma linearnego charakteru, co mniej cierpliwym czytelnikom może przysporzyć kłopotów. Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym  czytelnika lubiącego krótką formę jest jej objętość: wraz z posłowiem i podziękowaniami powieść liczy 846 stron.  Losy bohaterów książki ukazane są na tle bolesnej historii pogromu wsi prawosławnych dokonanego w 1946 roku przez oddział Romualda Rajsa „ Burego” - jednego z żołnierzy wyklętych. Skutki tej zbrodni ludności  Podlasia ciążą do dziś i odciskają się na wzajemnych relacjach. W książce, oprócz wątku kryminalnego mamy także wątki folklorystyczne (tradycyjne białoruskie wesele) oraz lingwistyczne (język białoruski). Cała powieść ma obok podtekstu psychologicznego (główna  bohaterka- Sasza Załuska jest policyjną profilerką) również odniesienia „wampirystyczne”. Niech więc tych których czekają różnorodne zabiegi kosmetologiczno- odmładzające zaintryguje, skąd pochodzą substancje wchodzące w skład „ eliksiru młodości”.

Niezłomny i praktyczny. Recenzja książki Jacka Piekary "Młot na czarownice"


Takie moje szczęście, że ilekroć wezmę do ręki książkę Jacka Piekary, to trafić muszę na kolejną odważną wizję w polskiej fantastyce.  Nie inaczej jest ze Sługą Bożym. Autor bowiem stworzył świat, gdzie Jezus Chrystus zszedł z krzyża i ogniem i żelazem pokarał niewiernych, utopił we krwi Jerozolimę i zdobył Rzym. Na tym koniec oryginalności, bowiem akcja opowiadań dzieje się 1500 lat później. U progu renesansu, w nienazwanym Cesarstwie, ale identyfikowanym ze Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego, gdzie na straży czystości wiary stoi Święte Oficjum, czyli inkwizycja, tropiąca kacerzy, heretyków, czarowników i czcicieli demonów. Czyli wizja nie tak odległa od naszej historii, w zasadzie odmienność świata wykreowanego przedstawia się w drobnych detalach, by nie powiedzieć smaczkach: nazwach kościołów i parafii (np. pod wezwaniem Gniewu Pańskiego, Matki Boskiej Bezlitosnej) i zmienionych słów modlitwy "Ojcze nasz". Reszta pozostaje bez zmian: przekupny kler, knowania dostojników kościelnych i cywilnych, ciemnota i zabobon prostego ludu. Autor jednak zadbał o to, by był to świat magiczny, oryginalny, m.in. bowiem nie mamy tutaj do czynienia ze zwykłym czarowaniem różdżkami i rzucaniem zaklęć od niechcenia, ale moc nadnaturalną. Głównemu bohaterowi daje ją modlitwa. Jest to moc, za którą płaci on wyczerpaniem i bólem. Uniwersum stworzone przez Piekarę pełne jest bytów nie z tego świata, które próbują ingerować w nasz, ludzki świat. I to głownie z nimi zmuszony jest walczyć Mordimer Madderdin, pokorny sługa jego Ekscelencji biskupa Hez-Hezronu. Bohater ulepiony na miarę zwykłego człowieka, gdy trzeba niezłomny jak bohater heroic fantasy, innym razem wykorzystujący piastowane stanowisko by dorobić na boku na kubek wody i okruszek chleba. Trzymający się litery prawa, ale gdy trzeba potrafiący przymknąć oczy. Wiedzący jednak, kiedy należy odłożyć osobiste preferencje na bok i postąpić tak jak nakazuje prawo, w imię wyższego dobra. Niepozbawiony poczucia humoru i refleksji nad otaczającym go światem i  samym sobą.

Tom Młot na czarownice składa się z pięciu opowiadań. W pierwszym z nich Mordimer Madderdin musi zmierzyć się z herezją, która godzi głęboko w samo sedno tego innego, wojowniczego chrześcijaństwa. W drugim i trzecim opowiadaniu główny bohater mierzy się z bytami nadnaturalnymi. Z kolei czwarte opowiadanie prowadzi Mordimera do bezpośredniego świadka Dnia Zstąpienia Jezusa z krzyża. Ostatnie, piąte opowiadanie pozbawione jest nadnaturalnych elementów, skupia się na rozgrywkach w łonie Kościoła, gdy nasz bohater przypadkowo wplątuje się w rywalizację pomiędzy inkwizycją a papiestwem, przy okazji prezentując nam swój inkwizytorski warsztat pracy.

Podsumowując Młot na czarownice to przyjemna lektura, akurat na podróż pociągiem albo kilka wieczorów spędzonych z książką. Choć stanowi część cyklu to można ją także potraktować jako wprowadzenie do wykreowanego świata. Wśród wad opowieści należy wymienić niedoróbki warsztatowe, powtarzalność pewnych opisów (każdy odwiedzany przez Mordimera dom musi mieć ogród, a w nim kilka uschniętych drzew owocowych). Inną wadą, a może zaletą (skoro główny bohater ma własnego Anioła Stróża) jest umiejętność Mordimera do znajdywania się w (nie)odpowiednim miejscu i czasie. Ale bądźmy szczery, jaki bohater nie trafia przypadkiem do miasteczka gdzie czeka go przygoda.

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze.

Książka pt. „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze” jest historią pięknej miłości przelewanej na papier. Listy opisują uczucie dwojga poetów, którzy kiedy tylko mają chwilę czasu piszą do siebie. On dystyngowany starszy pan, ona piękna młoda i trochę szalona. Historia ich miłości trwa krótko, ponieważ każdy z nich jest zobowiązany mając już swoja przyszłość i rodzinę. Jednak uczucie jest tak silne, że widząc siebie nawzajem piszą listy. Czytelnik wgłębiając się w lekturę przechodzi przez wszystkie jej etapy od miłosnych uniesień, przez przekomarzania kochanków, po wyrzuty i tłumaczenia. Możemy pochylać się nad pocztówkami, odcyfrowywać dopiski i przyglądać się fotografiom poznając ich uczucia i fascynacje. Książka jest odzwierciedleniem osobowości bohaterów, a ich miłości nie „były potrzebne żadne słowa…”.

 

Szary Moniki Błądek

Wychowany na dość klasycznej literaturze młodzieżowej (Bahdaj, Ożogowska, Szklarski, Nienacki, Niziurski, Kryska, Boglar) od czasu do czasu chwytałem za nowinki i szczerze mówiąc niespecjalnie pamiętam o czym były. Ostatnio postanowiłem nieco odświeżyć ten zakurzony segment literatury (Weeks, Hobb i parę innych, które naprawdę są klasyfikowane jako młodzieżowe – osobiście mam pewne wątpliwości…) i dorwałem Dibbena, cykl Strażnicy historii oraz Scarrowa, Time Riders.

Oba cykle są bardzo przyjemne i tutaj zadajemy kłam krążącym teoriom, jakoby młodzieżówka czy w nowomowie (YA-young adult fiction) była z zasady gorszym klonem literatury „dla dorosłych” lub pokracznym braciszkiem. Wbrew pozorom trudniej się pisze dla młodszego czytelnika a dla tego najmłodszego to już ho ho! i w ogóle. Uzbrojony w tę wiedzę zerknąłem na polskich autorów i wziąłem na warsztat książkę Moniki Błądek, Szary.

O czym jest książka? W dużym skrócie o perypetiach „tego obcego”, Czeczena Szamila, który nie jest rozumiany w nowej rzeczywistości. Można powiedzieć, klasyczna rozgrywka między indywidualizmem a konformizmem w realiach najgorszej instytucji świata, równającej do przeciętności – szkole. Problemy, poszukiwanie siebie, przyjaźń, zagubienie i w końcu sport (chłopak marzy o MMA, dostaje w pakiecie treningowym nieco inny rodzaj rodzaj rywalizacji).

Momentami czytając książkę M. Błądek, napisaną żywym językiem ale bez zbędników i udziwnień miałem wrażenie, że czytam Niziurskiego (nie chodzi o nazwiska czy humor ale tok narracji). To chyba nieźle rokuje na przyszłość. Tym bardziej, że przemycane są nazwiska klasyków przygodówek (fantastyka się również pojawia), więc zainteresowany czytelnik (nie tylko młodszy) z ciekawością zerknie a może i przeczyta.

Oprócz tego zręcznie, między wierszami, wchodzi afirmacja przyrody (mądrze się napisało) i zachęta do odkrywania dobrych stron życia oraz nauka, że pozory mylą.  Szary wydaje się być klasycznym czytadłem dla młodszych ale z mojego małego rozeznania wychodzi, że czytelnicy uważani za mniej wyrobionych czy niepoważnych często odczytują lepiej aluzje i chwytają myśli szybciej od dorosłych.

W twórczości dla dzieci i młodzieży ważne są dwie rzeczy: aby nie zanudzić natrętnym moralizowaniem i nie przesadzić z „uwspółcześnianiem” języka, umłodzieżowaniem. Szary jest dobrą pozycją bo ma wiele wątków, nazwijmy je głębokich, a jednocześnie nie nudzi ani akcją ani postaciami. W świecie szybkiego newsa, krwi na pierwszej stronie ważne jest aby nadal trwały pewne zasady i honor. Bez tego nie będziemy w pełni „człowieczymi ludźmi.” Sądzę, że Szary M. Błądek spokojnie może wjechać do kanonu lektur.

Opowieść o Afganistanie

Khaled Hoseini-pisarz afgańskiego pochodzenia, autor znakomitych powieści „Chłopiec z latawcem”, czy Tysiąc wspaniałych słońc” jest także twórcą książki „ I góry odpowiedziały echem” Zaczyna się pięknie wzruszającą opowieścią snutą przez ojca o poświęceniu, ofierze, tęsknocie. Opowieść ta stanowi klucz interpretacyjny do historii opowiedzianej w tym utworze. Rodzeństwo starszy Abdullach i młodszą siostra Parii żyją w biednej afgańskiej wiosce. Ojciec wiecznie szuka pracy, a macocha nie potrafi zastąpić dzieciom matki dlatego ojciec decyduje się pewnego dnia na dramatyczny krok, oddaje małą córeczkę do adopcji zamożnym ludziom. Kochające się rodzeństwo zostaje rozdzielone. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić, a decyzja którą podjął odciśnie piętno na życiu obojga bohaterów. Hosseini po kolei wprowadza nowych bohaterów i snuje opowieści często rozdzierające serc, ale nie pozbawione nadziei. Tak jest i tym razem. Choć uważam, że gdyby Hosseini skoncentrował się na historii rodzeństwa to powstała by opowieść o większym ładunku emocjonalnym bardziej przejmująca i poruszająca. Nie zmienia to jednak faktu ,że powieść „ I góry odpowiedziały echem” to piękna historia o miłości, poświęceniu i tęsknocie o ludzkich wyborach i konsekwencjach. Historia opowiedziana pięknym językiem, momentami tkana ze smutku i bólu, momentami z miłości i nadziei. I choć nie robi takiego wrażenia jak „Chłopiec z latawcem” to jest powieść, której bohaterów i ich losy warto poznać.

 

„Wampir” Wojciech Chmielarz

 

 

Wampir

 

Wojciech Chmielarz

 

Mateusz nie miał powodu pragnąć śmierci. Był zwykłym dwudziestolatkiem. Studiował socjologię, ale planował przenieść się na informatykę. Chciał podróżować, zwiedzić świat. Pewnej majowej nocy wszedł na dach wieżowca i skoczył. Nie zostawił listu. Nikt niczego nie widział. Prokuratura uznała, że to samobójstwo

 

 

 

Wynajęty przez matkę krnąbrny prywatny detektyw Dawid Wolski rozpoczyna śledztwo i wchodzi w zaskakująco bezwzględny świat nastolatków. Sprawa komplikuje się coraz bardziej, kiedy tajemnice gliwickich zaułków zaczynają splatać się z wirtualną rzeczywistością. Co łączyło Mateusza z Alicją, zaginioną dziewczyną, której szuka całe miasto? Czy Mateusz miał jakiś związek z siecią nastoletnich prostytutek? Dlaczego niektórzy członkowie jego rodziny najwyraźniej woleliby ukręcić łeb śledztwu?

 

Ta wciągająca i pełna zaskakujących zwrotów akcji powieść otwiera gliwicki cykl kryminałów Chmielarza.

 

Taką notką na okładce kusi przyszłych czytelników wydawnictwo Czarne, którego nakładem ukazała się książka Wampir autorstwa Wojciecha Chmielarza. Raczej sam bym po tę pozycję nie sięgnął, ale, że była lekturą maja 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki, więc zacząłem czytać, po równi pełen obaw, co nadziei. Obaw, gdyż do polskich powieści kryminalnych wybitnie ostatnio nie mam szczęścia, a nadziei, gdyż w przeszłości zdarzały się jednak i udane polskie podejścia do tego gatunku.

 

Fabuły, jak zawsze, nie będę przybliżał bardziej, niż wspomniany już blurb, zwłaszcza wobec faktu, iż jest ona najmocniejszym elementem Wampira. Zdradzenie przed czasem istotnych informacji byłoby wielkim nietaktem wobec przyszłych czytelników, gdyż odebrałoby sporo frajdy z lektury. Intryga jest niezbyt skomplikowana, ale za to i nie wydumana czy udziwniona ponad miarę, co często się ostatnio zdarza autorom goniącym za sukcesem marketingowo-sprzedażowym. Ta w pewnym sensie trywialność zbrodni wcale nie oznacza, jak to i w rzeczywistości bywa, łatwości wykrycia sprawcy czy nieskomplikowania drogi, którą trzeba przejść, by dotrzeć do prawdy. Jest to bardzo mocną podstawą pod dobrą powieść kryminalną, której atutami będą zagadka i proces jej rozwikłania, a nie epatowanie czytelnika wybebeszonymi flakami czy hektolitrami rozlanej krwi. Niestety, w moim odczuciu, Chmielarz nie wykorzystał potencjału tkwiącego w pomyśle, na którym oparł swą książkę.

Bohaterowie... Cóż, trudno w Wampirze znaleźć choć jednego, którego można by określić jako sympatycznego. Nieudacznicy, wręcz niedoroby, umoczeni, uwikłani, skrzywieni... Pisarz, który odważa się wykreować protagonistę jako osobę, której nie da się polubić, ryzykuje bardzo wiele, ale taki manewr, żeby wszyscy bohaterowie byli antypatyczni, to wręcz pisarskie samobójstwo. O takie coś mógłby z szansą na powodzenie pokusić się tylko ktoś z naprawdę mistrzowskim warsztatem pisarskim, a do tego niestety Chmielarzowi daleko. Rozumiem, że może autor chciał oddać pewien sposób widzenia Polski, jako kraju, w którym wszyscy są umoczeni w ten czy inni sposób, albo są nieudacznikami, nierobami i odstawiają fuszerkę, nawet jeśli są uznawani za profesjonalistów, albo miał inny powód by tak przedstawić całe społeczeństwo, ale to sprawia, że książka raczej będzie nieeksportowalna. Do tego ten sposób widzenia jednych przez drugich, tak polski w swej istocie, ale tak patologiczny, że chyba niezrozumiały dla zachodniego czytelnika... SLD skur...syny, Niemcy esesmani, praca opiekunki seniorów to podcieranie tyłków, itd. Tylko siedzenie w mafijno-urzędniczych układach jest wporzo, bo daje kasę. To aż za bardzo polskie, by było strawne dla kogokolwiek poza nami.


Oczywiście, sposób kreacji bohaterów czy perspektywy, z której przedstawiana jest rzeczywistość, nie powinny być kryterium oceny dzieła literackiego, ale jak już wspomniałem, pióro Chmielarza nie okazało się zbyt lotne.


Adwokat włączył migacz
...

Sorki, ale migacz to może wrzucić blondynka z dowcipu, a nie wzięty adwokat. Język może być infantylny, prostacki i w ogóle dowolny, pod warunkiem, że koresponduje z postaciami i całą resztą powieści. U Chmielarza za dużo tego typu drobiazgów, dysonansów psujących niezły pomysł.


Zdarzają się też ewidentne zgrzyty, które wybijają i boleśnie wyrywają ze świata powieści, jak na przykład popisowa scena z zakładu mechanicznego:


Dwóch innych, w granatowych kombinezonach, siedziało przy stoliku w kącie, grając w karty nad obowiązkowym kalendarzem z gołą babą.


We wszystkich zakładach, w których byłem, wszystko robiło się pod takim kalendarzem.


Wiedza autora o rzeczywistości zaprezentowana w powieści też pozostawia do życzenia, jak choćby konsekwencje zjedzenia zarażonego dzika – kto doczyta, będzie wiedział, o co chodzi.


Do tego wszystkiego, tu i ówdzie, nie takie końcówki, odmiany i inne drobiazgi, które również wpływają i na odbiór, i na ocenę całości.


Gdybym chciał obrazowo zakończyć, to bym stwierdził, iż powieść jest taka, jak jej bohaterowie i Polska w niej opisana – zasadniczo niby jak inne, ale niedorobiona, byle jaka. A szkoda, bo nawet w tym stanie nadaje się do przeczytania, więc można wnioskować, że gdyby poprawić błędy, gdyby stylistycznie nieco wygładzić... Ale to tylko gdyby – takiej, jaką jest, absolutnie polecić nie mogę, gdyż bez trudności znajdziemy tyle lepszych książek, że i tak na wszystkie nikomu życia nie starczy


Radosław Magiera

 

DKK Rawa Mazowiecka

 

woj. łódzkie

 

 

 

„Tańczące niedźwiedzie” Witold Szabłowski

O odzyskanej wolności, czyli Tańczące niedźwiedzie Szabłowskiego

 

„Tańczące niedźwiedzie”

Witold Szabłowski

Lekturą kwietnia 2017 w moim, czyli rawskim DKK, była książka Witolda Szabłowskiego Tańczące niedźwiedzie. Wydanie opatrzone na okładce interesującym zdjęciem, które już jednak chyba od wielu lat znane jest z Internetu* i w związku z tym zalatuje nieco pójściem na łatwiznę, to zbiór różnych reportaży podzielonych na dwie części, z których jedna ma być analogią dla drugiej. Pierwsza jest poświęcona dotąd mało znanemu tematowi – historii tresowanych niedźwiedzi i ich właścicieli, bułgarskich Cyganów, która skończyła się po wejściu Bułgarii do Unii i wprowadzeniu zakazu tresowania niedźwiedzi. Miśki „uwolniono” i umieszczono w czymś w rodzaju rezerwatu otoczonego ogrodzeniem pod napięciem, a Cyganów, którzy utracili tradycyjny sposób zarobkowania, pozostawiono samym sobie. Opowieść o niedźwiedziach potraktowana została jako metafora dla „uwolnienia” spod jarzma komunizmu, stąd resztę książki stanowią epizody z dziejów różnych krajów połączone wspólnym mianownikiem transformacji od komunizmu do demokracji.

 

Część o bułgarskich niedźwiednikach ze względu na sam temat jest zdecydowanie zajmująca, a i krótkie teksty z dziejów innych dekomunizacji też zawierają sporo cennych ciekawostek. Niestety, dobór reportaży sprawia wrażenie nieco przypadkowego, tak jakby brano na siłę i z braku bardziej pasujących, dołączano również takie, których pokrewieństwo z tematem jest mocno naciągane. Gorzej, że całość sprawia wrażenie płytkości, zwłaszcza w przypadku drugiej części, która jest zdecydowanie niższych lotów, niż wspomnienia o tańczących niedźwiedziach.

 

Mam również wątpliwości co do wartości poznawczej książki i tego, co, i czy w ogóle, autor chciał przekazać. Niewątpliwie Tańczące niedźwiedzie są materiałem do wielu interesujących refleksji, a nawet do gorącej dyskusji, czego dowodem było poświęcone im spotkanie naszego DKK, ale tym bardziej żal, że poziom całości wypada dość marnie. Stylu nie ma nawet co porównywać do mistrzów literatury faktu takich jak Kapuściński czy Szejnert, gdyż nie wypada to dla Szabłowskiego pozytywnie, ale cóż, wydawnictwa muszą coś promować, a na konkursach trzeba coś nagradzać, więc i recenzje dobre się zdarzają, i pochwały, i nagrody.

Najbardziej mnie razi, gdy profesjonalista, który w dodatku ma wsparcie innych zawodowców (wydanie książki to praca zespołowa), popełnia błędy, które nie uszłyby nie tylko amatorowi, ale nawet uczniowi podstawówki. Radzę autorowi zaglądnąć czasem do słownika języka polskiego, by uniknąć używania wyrazów niezgodnie z ich znaczeniem, używania zwyczajowych zwrotów w ich niepoprawnej formie czy pisania małą literą tego, co się dużą powinno pisać. Poprawa stylu pewnie jest sprawą dużo trudniejszą...

Pewne wątpliwości co do wiarygodności reportaży Szabłowskiego, wzbudzają też ewidentne „wtopy” autora, takie jak łyse punki czy jego odkrycia z zakresu biologii komary w dzień nie latają. To wszystko każe wątpić w krytycyzm autora, zwłaszcza w samokrytycyzm, i do wszystkich jego tekstów podchodzić z dużą dozą dystansu.

 

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łodzkie

 


* tutaj oczywiście mogę się mylić, bo pamięć zawodna a zawartość internetu i obfita, i ulotna, ale wydaje mi się, że to zdjęcie widziałem już dość dawno temu, tylko w kolorze i inaczej wykadrowane

 

Niepokorny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim” Przemysław Słowiński i Iwona Wygoda

 

Talerzem o ścianę, czyli Słowiński i Wygoda o Wysockim

 

„Niepokorny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim”

Przemysław Słowiński, Iwona Wygoda

Lekturą marca 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki była beletryzowana biografia Niepokorny bard. Opowieść o Włodzimierzu Wysockim spółki autorskiej Przemysław Słowiński, Iwona Wygoda. Postać tytułowa jest wielce interesująca, zarówno ze względu na dorobek artystyczny, jak i życiorys, nic dziwnego, że do czytania zasiadłem po równi z nadzieją, co i obawami – nie wiedziałem kompletnie co biorę do ręki; czy odważne poszukiwanie prawdy o tej dość zagadkowej ikonie buntu wobec komunistycznej rzeczywistości, jaką był Wysocki, czy sztampową opowieść o datach, faktach oraz twórczości, czy też coś zgoła jeszcze innego.

 

Od pierwszych stron poczułem się zniesmaczony stylem, a raczej kompletnym jego brakiem. Na tłumacza nie było jak zwalić, więc z każdą następną stroną moje zniechęcenie rosło.

Biografia, nawet beletryzowana, powinna być z samej definicji literaturą faktu. Niestety, od samego początku obraz Rosji i komunistycznej rzeczywistości, jaki malują autorzy, kompletnie odbiega od mojej wiedzy na ten temat. Pół biedy, że przez pierwsze kilka stron dotyczyło to raczej ogólników, na temat których każdy może mieć inne zdanie, ale wkrótce babole zaczęły się pojawiać w sprawach jak najbardziej konkretnych, nawet takich, na których nie powinien się wyłożyć nie tylko autor biografii, ale i ciemniak granatem od pługa oderwany.


Policjanci na ulicach Moskwy w 1938 roku!!!


Jeśli ktoś wypisuje takie rzeczy, to widać, że nie ma pojęcia, o czym chce pisać. Ale to dopiero początek.


Wynurzenia autorów o Wojnie Zimowej to po prostu żenada. Na szczyty swoich możliwości biografowie Wysockiego i wszyscy zaangażowani w proces wydawniczy, bo przecież wydana książka to dzieło całej grupy ludzi, wznoszą się już na stronie 40 mojego wydania:


Z rosnących na okolicznych polach burakach pędziło się spirytus na paliwo do czołgów i samolotów.


Wszelki komentarz chyba zbędny.


Jak w takim bełkocie odróżnić prawdę od konfabulacji, bo fikcją tego nazwać nie można? Gdzie tu jakakolwiek przyjemność z lektury, że o wiedzy nie wspomnę?


Coś we mnie pękło. Czy czytelnik jest gorszy od konsumenta w najgorszej nawet knajpie? Gdy poczujemy, że posiłek jest niesmaczny, po prostu go odstawiamy. W imię czego mam się dalej katować lekturą tego „dzieła”? Ono nawet nie jest niesmaczne ani obrzydliwe, jest trujące! W dodatku podane na ohydnie uświnionym talerzu, bo jeśli treść jest daniem, to niechlujność wydania do tego chyba należy porównać... Gdyby to był posiłek, po raz pierwszy chyba w życiu zachowałbym się jak niektórzy nasi kulinarni celebryci i rzucił talerzem o ścianę...


Oczywiście, o gustach się nie dyskutuje. Kto chce, może sobie poczytać. Ja jednak zdecydowanie odradzam. Tym bardziej, że życia nie starczy, by przeczytać wszystko, co przeczytania warte, więc po co marnować czas na takie rzeczy

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

„Uczeń architekta” Elif Safak

Elif Şafak

Uczeń architekta

Elif Şafak to turecka pisarka (urodzona we Francji jako Elif Bilgin). Napisana przez nią powieść Uczeń architekta była lekturą rawskiego Dyskusyjnego Klubu Książki w lutym 2017 roku.

Protagonistą opowieści balansującej na krawędzi baśni i powieści historycznej, z wyraźnymi cechami prozy obyczajowej, a nawet romansu, jest Dżahan, młodzieniec z nizin społecznych, jak byśmy to dzisiaj określili, który w wieku dwunastu lat, jako opiekun słonia, trafia do Stambułu na dwór Sulejmana Wspaniałego. Szczęśliwym zrządzeniem losu udaje mu się zostać uczniem nadwornego sułtańskiego architekta Sinana*, pod którego okiem zgłębia nie tylko tajniki wznoszenia meczetów i innych budowli, ale uczy się języków, poznaje nauki ścisłe... Pełne przygód losy głównego bohatera czytelnik będzie śledził aż do śmierci Dżahana, a że żył on wyjątkowo długo, przy okazji łatwo będzie pojąć, dlaczego życzenia stu lat równie dobrze mogą być klątwą.

Jak wspomniałem, książka łączy w sobie kilka gatunków, co nadaje całości szczególną atmosferę, tym bardziej, że przenosimy się do, bądź co bądź, egzotycznego dla nas miejsca i czasów, do całkiem obcych nam realiów kulturowych. W dodatku ten fascynujący świat poznajemy najpierw z perspektywy młodego chłopca, który początkowo niewiele rozumie, ale z czasem nabiera wiedzy i doświadczenia, z czym w parze idzie inne spojrzenie na wszystkie aspekty życia i rzeczywistości. Inna sprawa, że można postawić pytanie, czy gdyby autorka była rodowitą Turczynką, obraz ówczesnej Turcji przedstawiłaby w ten sam sposób.


Historia z Dżahanem w roli głównej jest przyjemnie wieloaspektowa i wielowątkowa. Postaci Sinana poświęciła autorka niemal tyle samo uwagi, co Dżahanowi, który jednak wyraźnie jest jedynym głównym bohaterem, co okazało się udanym zabiegiem.


Uczeń architekta jest kolejną opowieścią zadającą kłam mitom o dawnych dobrych czasach. Ukazując realia sułtańskiej dyktatury utwierdza czytelnika w przekonaniu, że tylko państwo sprawnego i silnego prawa może zapewnić zwykłym ludziom ochronę przed samowolą bogatszych lub posiadających większą władzę, a tęsknota za rządami silnej ręki, która zaprowadzi ład i porządek, jest mrzonką opartą na infantylnym założeniu, że dyktator i jego następcy będą jednocześnie mądrymi i dobrymi ludźmi.


W powieści znajdziemy sporą dozę przemyśleń na temat problemów od zawsze dręczących filozofów. Można też wyszukać sobie kilka dobrych cytatów. To ciekawa warstwa, nieco zaskakująca w historyczno-baśniowej konwencji.


Uczeń architekta
jest również kolejną książką ukazującą, jak hierarchowie wielkiej religii, tym razem islamu, kupczą wiarą, by zdobyć swój udział we władzy i bogactwach doczesnych, oraz jak wiara staje się narzędziem do zrealizowania jak najbardziej świeckich celów. O opóźnianiu postępu nauki nawet nie będę wspominał...

Nie jest to jednak książka dla wszystkich, jak sądzę. Mam wrażenie, że gdyby była czytana przez Romów, nie byliby ukontentowani. Wątek cygański zajmuje bowiem w książce wiele miejsca i umacnia on tylko wszelkie złe stereotypy, przedstawiając Cyganów jako złodziei i rozbójników, którzy nie cofną się przed żadną zbrodnią i z których żaden nigdy się nie podejmie uczciwej pracy.


Poza tym byłaby to książka ładna jak mało która, gdyby nie zdarzające się tu i ówdzie błędy oraz niezręczności. Wielkim minusem jest też brak odnośników przy wyrazach ewidentnie dla ogółu niezrozumiałych. Nie wierzę, by wielu czytało z książką w jednej ręce i mniej lub bardziej mobilną postacią googla w drugiej. Zamiast również uczyć, książka więc prawie wyłącznie bawi, co trudno uznać za zaletę. Należy jednak dla równowagi podkreślić, że sposób nakreślenia niektórych aspektów, na przykład spraw budowlano-architektonicznych, sugeruje naprawdę rzetelne przygotowanie merytoryczne autorki i w tym zakresie znacząco poszerza wiedzę czytelnika na temat ówczesnych realiów.


Opowieść czyta się bardzo przyjemnie, niczym baśń; nie zapiera tchu w piersiach, ale i nie nudzi. Niestety stylistycznie na kolana nie powala, choć ewidentnych błędów czy nieścisłości jest niewiele.


Ktoś może powiedzieć, że się czepiam szczegółów, ale po pierwsze diabeł tkwi w szczegółach, a po drugie w dzisiejszym zalewie niedoróbek zdarzają się wydania takie jak dawniej, bez błędów, pisane piękną polszczyzną, dopracowane w każdym szczególe, jak choćby wspaniałe książki
Małgorzaty Szejnert, które też były jakiś czas temu lekturami w naszym klubie. Wypada więc podkreślać przepaść między perfekcją a przeciętnością, podobnie jak między średnią i beznadzieją.

No i dotarliśmy do kardynalnego zagadnienia – warto po Ucznia architekta sięgać, czy też nie? Cóż – skłamałbym, gdyby stwierdził, że polecam tę pozycję gorąco. Z drugiej strony, mimo pewnych niedociągnięć, lektura tej książki to może nie wspaniała, ale na pewno dobra rozrywka. W dodatku mam wrażenie, że nie jest to historia, którą się po kilku dniach kompletnie zapomina, jak te w pierwszej chwili zachwycające powieści, które czyta się z zapartym tchem, ale po których w pamięci na dłużej kompletnie nic nie pozostaje.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

* Sinan, Hoca Mimar, postać historyczna (ur. 15 kwietnia 1489, zm. 17 lipca 1588) – nadworny architekt trzech sułtanów (Sulejmana Wspaniałego, Selima II, Murada III), twórca prawie 400 budowli (za Wiki)

 

„Tworzywo” Zbigniew Chrząszcz

„Tworzywo”

Zbigniew Chrząszcz

Lekturą stycznia 2017 w rawskim DKK była powieść Tworzywo Zbigniewa Chrząszcza, debiut tego autora. Oto czym kusi nas notka na okładce:

 

W różnych częściach Polski w niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode, piękne kobiety. Nie ma jednak śladów morderstwa… nie ma żadnych śladów. Niespodziewanie na trop w sprawie trafia komisarz z małego miasta – Nowego Romanowa, Marek Bielski. Jednak nie tylko policja szuka zaginionych kobiet. Powstaje nietypowa, interdyscyplinarna grupa śledcza, dowodzona przez ekscentrycznego profesora Kocha, która będzie musiała stawić czoła trudnej i wielowątkowej sprawie, przekraczającej granice Polski, a nawet ludzkiego pojmowania świata…

Niestety, schody zaczynają się już na samym początku, a cytat z trzynastej strony, fizjonomia emanująca skrywaną inteligencją, to tylko jeden z niezliczonych kwiatków, które skutecznie utrudniają lekturę. Szczerze mówiąc, styl jest poniżej krytyki. Może w podstawówce najniższej oceny za takie pióro „literat” by nie otrzymał, ale na pewno kilka razy wpis do Humoru zeszytów by sobie zapewnił. Co gorsza, nie o styl tu tylko i wyłącznie chodzi.

 

Maniery literackie są różne. Nie mam tutaj specjalnych upodobań. Równie dobrze trawię minimalizm Kena Bruena jak i malowniczą polszczyznę Sienkiewicza. Ważne, żeby pisarz na tyle dobrze czuł się w uprawianym kanonie, by czytelnik mógł sobie w swej wyobraźni stworzyć świat przez autora wymyślony, świat o którym czyta, zaludnić go przekonującymi postaciami i tym wszystkim, co autor w nim umieścił; by język giętki... i tak dalej. Niestety, prozie Chrząszcza daleko do spełnienia tych wymagań.

Z reguły mogę liczyć na pisarzy, o których się mówi, iż z niejednego pieca chleb jedli. Jeśli ktoś jest dobrym obserwatorem, to zwykle bogaty życiorys owocuje interesującą literaturą. Jeśli w dodatku potrafi ze swych obserwacji wyciągać celne wnioski, dokonywać ciekawych uogólnień, zaskakiwać oryginalnymi refleksjami, to już droga do naprawdę dobrej literatury. Niestety, tym razem mamy do czynienia z niechlubnym wyjątkiem, a Tworzywo poza słabiutkim warsztatem literackim razi nielogicznościami, błędami wszelkiej maści i w ogóle sprawia wrażenie, jakby napisał je ktoś mocno ograniczony, kto nawet patrząc na jakieś zjawisko nie jest w stanie niczego z niego pojąć. Jakby tego mało, intryga jest kompletnie nierealna, nieprzekonująca i tak wydumana, jak rzadko. Do tego żałosna i naiwna warstwa „filozoficzna”...

O dziwo w naszym DKK zdarzyły się osoby, które nie były aż tak zniesmaczone tą lekturą, jak większość. Może wytłumaczeniem tego ewenementu jest fakt, iż jak się w mej dociekliwości dowiedziałem, czytały... pomijając całe stronice, na których treść im nie odpowiadała, odcedzając czystą „akcję”.

 

Są w zasadzie dwa rodzaje kryminałów i powieści zbliżonych gatunkowo. Te, w których czytelnik usiłuje przed głównym bohaterem odgadnąć odpowiedzi na siedem złotych pytań kryminalistyki, oraz te, gdzie wszystko od początku jest wiadome a jedynym pytaniem pozostaje czy, i w jaki sposób, uda się protagoniście odkryć to, co przed czytelnikiem nie zostało ukryte. Niestety, jest też trzecia odmiana kryminału, której serdecznie nie cierpię, a której Tworzywo może być sztandarowym przykładem. To powieści, w których jedynym, co fascynuje czytelnika, jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: - W jaki sposób uda się autorowi uzasadnić wydumany modus operandi, który wydaje się nie mieć żadnego logicznego wyjaśnienia, żadnego umocowania w mogących zaistnieć procesach, w jaki sposób pisarz na koniec rozwikła to wszystko, co namotał?

Nie bez znaczenia jest na pewno fakt, iż nasz koordynator Tworzywo zamówił przez pomyłkę (zamiast Chmielarza wziął Chrząszcza). Skutki tej drobnej z pozoru pomyłki okazały się bardzo bolesne. Pomyłka przy wypożyczeniu, zwłaszcza gdy wybór jest bardzo ograniczony, to jedno. Bardziej zastanawia mnie, czym kierują się decydenci kupujący za publiczne bądź co bądź pieniądze takie „dzieła” jak Tworzywo. No, ale pewnie jakieś uzasadnienie mają. Ludzie są mistrzami w uzasadnianiu błędnych decyzji i ich bronienia z tym większą zaciekłością, im bardziej są chybione.

A na koniec sprawa, z jaką się jeszcze nigdy nie zetknąłem i na której określenie w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco dosadnych. Kiedy zaskoczyła mnie bardzo wysoka średnia ocena Tworzywa w serwisie LubimyCzytać.pl, porównywalna do arcydzieł literatury światowej, zacząłem przeglądać poszczególne oceny składające się na tę średnią. I zauważyłem, że zaraz po premierze powieści Chrząszcza powstało wiele fikcyjnych kont, które utworzono tylko w jednym celu - po to, by wystawić jednej jedynej książce jedną jedyną ocenę. Oczywiście ta książka to Tworzywo, które otrzymało najwyższą możliwą notę.


No cóż, jaka powieść, taka akcja marketingowa. Polak potrafi, dobre bo polskie i co tam jeszcze...

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

„Ucząc psa czytać” Jonathan Carroll

Na pewno nie o kynologii, czyli Ucząc psa czytać Jonathana Carrolla


Jonathan Carroll

Ucząc psa czytać

Najpierw pojawił się zegarek na rękę za dziewięć tysięcy dolarów. Potem stalowoszare porsche wraz z dowodem rejestracyjnym wypisanym na jego nazwisko. Jakby tego było mało, Tony Areal zdobył serce kobiety, o której śnił skrycie od wielu lat. Co sprawiło, że skromny urzędnik, będący pośmiewiskiem kolegów z pracy, stał się z dnia na dzień wybrańcem losu?

 

Przenikanie się świata realnego i świata marzeń sennych stawia głównych bohaterów tej historii wobec zaskakujących wyborów i dylematów, ale daje im też niewyobrażalne możliwości. Tylko Jonathan Carroll umie tak uchwycić „to coś”, co wymyka się chłodnej obserwacji, a Ucząc psa czytać dorównuje jego najlepszym opowieściom.

 

Tyle z okładki książki, która była lekturą grudnia 2016 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki. Szczerze mówiąc, gdy do niej zasiadałem, byłem pewny, iż już kiedyś coś tego autora czytałem, ale nawet po sprawdzeniu listy wydanych przez niego utworów nie przypomniałem sobie co. Inna sprawa, że jego nazwisko znane jest chyba każdemu miłośnikowi literatury bez alergii na sf, więc może mi się tylko zdawało (o fenomenie fałszywych wspomnień w następnej recenzji).

 

Wydanie od razu zwraca uwagę nietypową, intrygującą grafiką na okładce. Nie wiem, czy to zabieg udany marketingowo, ale przynajmniej obrazek wyraźnie i zarazem z klasą wiąże się z zawartością, z osią opowiadania.

Gdy zaczynałem czytać, byłem ciekaw, czy będzie to odkrycie, czy porażka, gdyż mam wrażenie, iż krótkie formy znacznie częściej niż powieści są albo dobre, albo złe, i znacznie rzadziej zasługują na oceny pośrednie niż rozbudowane utwory literackie.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał – wystarczająco dużo ujawnia notka wydawcy. Rzecz całą czyta się świetnie – od początku do końca. Zdecydowanie kręgosłupem opowiadania jest pomysł z przenikaniem się świata realnego i świata snów, ale jak dla mnie, jedną z najmocniejszych stron utworu jest po mistrzowsku poprowadzony wątek miłosny, co raczej nie jest normą w tym gatunku. Porównanie nocy spędzonej na miłosnych uniesieniach do układania chmur na niebie to piękna próbka klasy i oryginalności pisarza.

Choć jest amerykańskim Żydem, autor wyraźnie zrywa z euro-amerykańskim stereotypem, że takie rzeczy jak inteligencja, charyzma czy sex-appeal są dane raz na zawsze, tak jak kolor oczu. Intuicja czy zainteresowanie nowoczesną psychologią? Niezwykłe wydarzenia są pretekstem do ukazania, jak człowiek może okazać się całkiem innym, niż go znamy, jeśli zmienią się okoliczności.

 

Przy lekturze tego opowiadania trzeba dać się wybić z naszego codziennego widzenia tunelowego, z tych przyziemnych klapek na oczach ograniczających nasz świat do zawartości półek w supermarketach, stanu konta, pracy i pozycji społecznej, do rzeczy dotykalnych, mierzalnych gołym okiem. Kto tego nie potrafi, kto nie potrafi przenieść się w świat marzeń sennych albo w realia paradoksów fizyki kwantowej, ten raczej nie znajdzie w tej lekturze ukontentowania. Dla pozostałych będzie to świetna zabawa, w tym wszyscy w DKK byliśmy zgodni, choć interpretacja i odbiór nasuwają różne możliwości – wiele rzeczy nie jest do końca określonych i daje mnóstwo swobody wyobraźni czytelnika.

Nietrudno się już chyba domyślić, że polecam Ucząc psa czytać gorąco i z pełnym przekonaniem. A skąd taki tytuł opowiadania? Po przeczytaniu będziecie wiedzieć

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

 

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi