Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Magda Umer, Andrzej Poniedzielski: Jak Trwoga, to do bloga.

Ta książka zdumiewa innością. Autorzy czerpią swój materiał z życia, opiewają go ironicznie i czule, szukając w ten sposób swojej tożsamości; należy wszakże pamiętać, że jej ułomność staje się we współczesnym świecie, zdaniem autorów,  coraz bardziej zauważalna i jest zjawiskiem szeroko pojętej kultury.Doświadczenie to rodzi poczucie pustki duchowej, podejrzliwość w stosunku do wszystkiego i wszystkich, zwłaszcza zaś języka, który panuje nad psychiką i myślami współczesnego człowieka. Słowem – dla filozofów i pisarzy, ludzi wrażliwych i zatroskanych o przyszłość,uniwersalnym kodem teraźniejszości stała się katastrofa, ewokująca trwogę. Magda Umer  i Andrzej Poniedzielski  usiłują znaleźć odpowiedź na problemy współczesnego świata, w którym kontakty międzyludzkie są mocno zrytualizowane, zuniformizowane i jawią się jak kpiny z rzekomej indywidualności.

Pochylmy się nad sformułowaniem tytułu Jak trwoga to do bloga. Myśl ta, którą autorzy prezentują na 200 stronach omawianej tutaj książki, jest nad wyraz prosta; oddaje sens i nastrój powszechnie znanej sentencji Jak trwoga to do Boga. W samej rzeczy, prowokująco to brzmi, by nie rzec, iż daje do myślenia. Cóż mają wspólnego Bóg i blog?  Otóż w obydwu przypadkach pobudzony zostaje instynkt szukania bliźniego. Nietrudno zauważyć, że metoda blogowania jest właśnie tą formą komunikowania się, w której  Umer i Poniedzielski wyrażają  pragnienie obcowania z drugim człowiekiem, wczuwania się w jego życie wewnętrzne, jego przestrzeń pojęciową, by wreszcie postawić pytanie: jak mówić adekwatnie o tym, co nas otacza, jak bronić się przed zanieczyszczaniem naszego umysłu. We współczesnej humanistyce zakłada się, że źródłem wszelkich międzyludzkich nieszczęść jest brak zdolności i woli do wzajemnego porozumiewania się. Sygnałem zaś tej ułomności jest zamknięcie się na innych. Kiedy w rozmowie z  równorzędnym partnerem odkrywamy sekrety naszej duszy, nasi interlokutorzy odwracają się od nas. Nie manifestują zainteresowania naszą osobą, lecz wolą wygłaszać własne monologi, które implikują ekscytujące treści. (por.: wiersz Z. Herberta Episod) W rezultacie dialog zaczyna „kruszyć się” i „znikać”, a wraz z nim podmiotowość człowieka. Tymczasem regułą organizującą dialogi w książce Jak trwoga to do bloga jest pragnienie ożywienia rozmowy, która ma być pomostem do innych. Owa otwartość sprawia, że rozmowa staje się aktem współtworzenia myśli, które sytuują się w obrębie nieustannego  modyfikowania  swojej tożsamości, narażonej we współczesnym świecie na utratę indywidualnej  „odmienności”.(s.7)

Na pytania, jak zachować siebie w atmosferze wszechogarniającego „smutku”, braku przyjaciół („Dzisiaj nie ma przyjaźni”, MU, 56)? Jak uratować przyszłość przed całkowitym zniekształceniem? Odpowiada Umer: „Wybrałam „być” – a dzisiaj „nie być” = (równa się) nie pisać bloga”. (s.9) „Być” znaczy tu jeszcze: wykazanie własnej wartości, siły, odrębności, z pewnością jest to zajęcie ciekawsze niż teoretyczna analiza pojęć ‘komunizm’, ‘demokracja’, ‘ojczyzna’ czy innych absolutów z utrwalonymi sensami.

Magda Umer i Andrzej Poniedzielski są depozytariuszami tego, co dręczy  i gnębi współczesnego człowieka, dlatego ich blogi mają oddziaływanie  uniwersalne. Do zjawisk, które zdaniem autorów mogą budzić pesymizm, należą m.in.: manifestowanie „braku prawdy” w środkach masowego przekazu. Z tym wybrakowaniem związana jest iluzoryczność „dobra”. Nie dziwią zatem słowa Umer: „Telewizji nie oglądam, gazet nie czytam, radia nie słucham. Słucham piosenek Marka Grechuty” (11) Wymienić należy także brak ciepła w relacjach międzyludzkich. Na ludzką naturę i kondycję ludzkiego umysłu mają wpływ  „chłód” i „mróz”, przez co świat człowieka staje się bezładny, obłudny, pełen przemocy. („to, co w głowie, bywa jakże częstokroć odbiciem tego, co w sercu”) To tylko niektóre wątki problemowe, które świadczą o świadomym postrzeganiu przez autorów otaczającego świata. Próbują w ten sposób dowieść, że w świadomym postrzeganiu leży podstawa, na której można oprzeć poczucie własnej egzystencji.

 

Winniśmy autorom tej książki wdzięczność za ujawnienie ich wewnętrznego, nieszkolnego, spontanicznego i empatycznego rezonansu na współczesny świat. Niestety, jest to świat ewokujący cały wachlarz wewnętrznych rozterek, napięć i odruchów. W ich rezultacie wydobywa się na powierzchnię samotność człowieka błądzącego. Ów przytłaczający stan ducha charakteryzuje Poniedzielski w słowach: ”Samotność przy wspólnym stole. Ano, ja tam sobie dumam, że Oni, czyli ta Kobieta i ten Mężczyzna, szukają się, bo się pogubili”.(40) Językowym ekwiwalentem – powtórzmy – wzajemnego się szukania Kobiety i Mężczyzny, jest kończące każdy blog dowcipne wyrażenie Andryou, które ma znaczyć: „A teraz Ty”. Oznacza to, że rozmowa jaką prowadzą Poniedzielski i Umer nie jest pozbawiona życia, lecz wyzwala przyjemność. Jest  dyskusją doskonałą, która – jak ją nazwał Gombrowicz – jest „zarazem pracą i zabawą, zabawą dla pracy, pracą dla zabawy”. Rozmowa połączona z przyjemnością.  A dalej już sam Poniedzielski: „Dlaczego piszę do Ciebie?: z powodu chłodu…. I głodu. Ale także bo muszę. Piszę bo muszę. Ale muszę tym musieniem miłym, przyjemnym”. (AP, 7)  Dlatego też autorzy książki nie delektują się stylem poddanym językowym rygorom, nie epatują argumentami, by przekonać drugiego, nie kokietują językowym mistrzostwem. Ich blogi nie są sprawą argumentów za wszelką cenę – są raczej modelem idealnej rozmowy, w której partnerzy nawzajem się pozyskują i oczarowują. Na uwagę  zasługuje luźny związek obydwu autorów do słów, który zapewnia im śmiałość w ich użyciu. Czytelnik książki Jak trwoga to do bloga odnosi wrażenie, że rozmowa między jej autorami dzieje się między żywymi, konkretnymi ludźmi. Swoboda ich wypowiedzi wynika z tego, że nie używają języka gramatycznie zanadto poprawnego, nie wisi nad nim widmo racjonalnej recepty. Wyrażenia „dojmującość chłodu”, „tęsknota przedsiębierna”, „złożon chorobą”, „takie mam pytania do przemyśliwania”, kontrastujące z tradycyjnymi regułami komunikacyjnymi, są wyrazem daleko idącej niezależności wysławiania się, przez co ich słowa nie nudzą, nie męczą, celują w ludzi, a nie w uczone teorie.

Autorom wypada życzyć kolejnych spełnień w ich dążeniach do swobody myślenia, uobecniającego się w wolnym, twórczym umyśle – niewyczerpanym źródle inspiracji do kształtowania prawdziwej komunikacji między ludźmi.

 DKK przy Filii nr 18 MBP Łódź-Bałuty

Moje refleksje na temat książki Magdy Umer "Listy na wyczerpanym papierze".

Wśród ludzi rodzą się poeci. Oni potrafią zwykłe słowa zamienić w niezwykłe. Często rozjaśniają rzeczywistość, dążąc do iluzji. Tworzone przez nich poetyckie konstelacje słów pozwalają na wzruszenia, refleksje i dotykanie piękna języka. To właśnie znajduję w listach młodej, szalonej Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory - dystyngowanego, niezwykle subtelnego - starszego pana.

Czytając tę książkę, jakby ukradkiem - zastanawiałam się, czy spadkobiercy powinni wyrazić zgodę na upublicznienie i odzieranie z intymności swoich bliskich? Publikacja pamiętników, dzienników nie budzi wątpliwości, ale epistolografia! Te listy są adresowane do konkretnej osoby, zawierają intymne wyznania… Jednak nie pozwoliłabym na to, żeby te romantyczne, piękne listy zniknęły w prywatnych archiwach - w czeluściach szuflad. Teraz nie tylko nie pisze się listów na czerpanym papierze, ale na żadnym papierze! Sztuka epistolarna zanika - chyba bezpowrotnie? A szkoda!

Dzięki tej publikacji Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora stali się bliżsi. Ich rozstania

i powroty, tęsknota, radość i smutek oraz nadzieja znalazły odbicie w tekstach, które znamy. W tych intymnych i szczerych wyznaniach dostrzegłam, jak uroczo bawią się wzajemnym parafrazowaniem swoich utworów. Ich treść wskazuje na wzajemną fascynację. Listy są piękne, pełne niebanalnych sformułowań i słownych pieszczot.

Ta korespondencja rzuca nowe światło na powszechnie znane postaci. A ich twórczość łatwiej umieścić w biograficznym kontekście i doszukać się motywu powstania niejednej piosenki.

Zachwyciła mnie też szata edytorska książki. Nie sposób nie dostrzec opieki artystycznej Magdy Umer, która tak pięknie poradziła sobie z delikatna kwestią subtelnej granicy prywatności. Zadbała o komentarze i o to, że obok nie zawsze czytelnych rękopisów, zaistniały czytelne drukowane teksty.

Publikacja Magdy Umer, odsłaniając romans Agnieszki i Jeremiego pokazała iż uczucie tych dwojga posłużyło jedynie czytelnikowi. Zaowocowało pięknymi, poetyckimi listami

i tekstami piosenek o miłości którymi będą zachwycać się również następne pokolenia.

Chłopięce lata

„Chłopięce lata” otwierają autobiograficzny cykl J.M. Coetzeego, pisarza południowoafrykańskiego, dwukrotnie uhonorowanego Nagrodą Bookera, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Na stronach książki poznajemy 10-letniego Johna mieszkającego na przedmieściach Worcester, który (tak jak pisarz) ma ojca prawnika i matkę nauczycielkę. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, zachowany jest pewien dystans, niemniej nie przeszkadza to nam wnikliwie poznać myśli i przeżycia chłopca. Czuje się inny, odmienny. Często o sobie myśli, że jest nienormalny, a obwinia za to matkę. Ma jej za złe, że stworzyła dom, w którym ojciec nie jest głową rodziny, a na pierwszym miejscu są dzieci. Wolałby, aby ojciec go bił, nie bałby się wówczas tak bardzo wywołania do chłosty w szkole. Poza tym o jego odmienności stanowi fakt, że nosi buty, co jest mało powszechne wśród chłopców, a także chodzi do biblioteki. Może również opuszczać szkołę, gdy jest chory. Ma też pewien sekret, którego absolutnie nikomu nie może zdradzić – lubi Rosjan. Nie chcąc narazić się na ostracyzm, pilnie strzeże tej tajemnicy. Niezwykle skomplikowany jest jego stosunek do matki. Irytuje go jej nadopiekuńczość, drwi z niej, źle ją traktuje, a jednocześnie potrzebuje jej wsparcia, jest jego opoką. Ma jakby dwa oblicza, w szkole najlepszy uczeń, potulny, niesprawiający kłopotów. W domu okrutny dla matki. Nie lubi ojca, wręcz nim pogardza. Jedyne dla niego chwile szczęścia, to te spędzone na farmie u rodziny ojca. Poznając codzienne życie chłopca przekonujemy się jak w latach czterdziestych XX w. Republika Południowej Afryki była silnie zhierarchizowana. Na szczycie drabiny społecznej byli Anglicy, następnie Afrykanerzy, Mulaci i tubylcy. Jeszcze bardziej widoczne jest to, gdy rodzina przeprowadza się do Kapsztadu. Tam nie pomagają nawet wzorowe świadectwa chłopca. Aby dostać się do dobrej szkoły, należy mieć koneksje, a oni ich nie mają. W końcu dostaje się do katolickiej szkoły pod wezwaniem Świętego Józefa, gdzie przyjmuje się wszystkich, obsługując kategorię nie najniższą, ale drugą od końca. Chłopiec i matka zostają bezceremonialnie uświadomieni, że w Kapsztadzie różne kategorie ludzi chodzą do różnych szkół. John szybko stwierdza, że w Kapsztadzie marnuje czas. W Worcester chodził do szkoły z obawą, lecz zarazem z radosnym podnieceniem. Fascynowało go, że każdego dnia dowiadywał się czegoś ważnego o okrucieństwie, bólu i nienawiści. Wiedział, że dzieją się rzeczy złe, wręcz niedopuszczalne. W Kapsztadzie nie dochodzą do głosu wielkie namiętności. Tutaj szkoła nie wyostrza jego umysłu, tylko go ogłupia, pomniejsza go i skarla.

„Chłopięce lata” to zapis dzieciństwa, które nie było na pewno idylliczne. Złośliwość w stosunku do rodziców, liczne lęki przed kompromitacją, wiele zahamowań, burskie nazwisko, które zamyka wiele drzwi w tak podzielonym kraju, to wstęp do kolejnej części cyklu pt. „Młodość”.

Recenzja książki "Niebko" Brygidy Helbig

Nie znam zabawy w niebko. Nieliczni klubowicze, np. pochodzący z Lubelskiego, przyznali, że bawili się w dzieciństwie, tworząc mozaiki ze szkiełek i  zakopując je w tajemnych miejscach.

W powieści Brygidy Helbig autorką układanki jest Marzena, córka Wilhelma Kellera – potem Waldka Kelera – pochodzącego z S. koło Bandrowa potomka Niemców galicyjskich i Basi Drzewuckiej z okolic Nowogródka. Mieszka w Londynie, jest rozwiedziona, ma dorosłą córkę Milenę i znajduje się chyba w trudnym momencie swojego życia ( depresja? ). Helbig pisze o niej: „Cierpiała na niemoc, na smutek”. Próba poszukiwania korzeni, własnej tożsamości ma być dla niej może swoistym rodzajem terapii. Składa więc i wklepuje do komputera rwące się fragmenty wspomnień ojca i matki, nakładając na to własne obrazy z dzieciństwa.

Taka właśnie jest kompozycja powieści, trudno tu o chronologię zdarzeń. Historie obu rodzin przeplatają się, ktoś coś dopowiada, uzupełnia, poprawia: „Każde z nich zapamiętało wspólną przeszłość inaczej”.  A była to niełatwa przeszłość, przypadła na czas II wojny światowej, a miejsce zamieszkania Kellerów i Drzewuckich było szczególnie dramatycznym terenem.

Jednak powieść jest w sumie pogodna, kolejne etapy wędrówki rodzin są przedstawione dość łagodnie, bez epatowania nieszczęściami. Opuszczenie na zawsze stron rodzinnych, tułaczka – Kazachstan, Wielkopolska, Odessa, Szczecin – pokazują, że było ciężko, ale dało się żyć. Pisarka koncentruje się na losach rodzin, nie na bohaterach. Pojawia się ich bardzo wielu, ale tak naprawdę są nakreśleni ogólnie, kilkoma kreskami, trudno byłoby ich scharakteryzować, powiedzieć o nich coś więcej. Nie uważam tego za zarzut, myślę, że taki był zamysł autorki, chcącej swych bohaterów przeprowadzić  z Kresów do Szczecina, gdzie połączą się losy Drzewuckich i Kelerów, a potem jeszcze przejść z nimi cały PRL i dojść do upadku komunizmu i czasów współczesnych. Książka nie jest aż tak obszerna, by zmieścić w niej jeszcze portrety psychologiczne postaci.

Uważam jednak, że to ciekawa powieść. Dzięki niej dowiedziałam się o Niemcach galicyjskich, wcześniej nic nie wiedziałam o istnieniu takiej grupy narodowościowej na naszych terenach. Również tematyka przesiedleń Kresowiaków do Szczecina jest chyba mniej znana niż losy tych, którzy trafili na Dolny Śląsk czy do Wrocławia. Tak się złożyło, że niedawno omawialiśmy „Bambino” Iwasów, gdzie miejscem akcji też jest Szczecin, który stał się przystanią i dla jej bohaterów.

„Niebko”, jak zastrzega Brygida Helbig, jest fikcją literacką, czy aby na pewno pisarka trochę nie kokietuje czytelnika. Zaznacza bowiem, że wzbogacające powieść wspomnienia Heinricha Wolfa pochodzą z archiwum Wilhelma Kellera (! ), dziękuje też rodzinie i przyjaciołom za opowieści z lat minionych. Cóż, może to faktycznie taki kolaż ułożony z różnych wspomnień, po prostu „niebko”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja DKK przy MGBP w Uniejowie- Jak zabić nastolatkę ( w sobie)?..

Główną bohaterką książki Jak zabić nastolatkę ( w sobie)?..  autorki Małgorzaty Gutowskiej- Adamczyk jest kobieta po czterdziestce, która opowiada o swych przeżyciach. Bohaterka dzieli los wielu kobiet, którym doskwiera pozornie tylko unormowane życie, pełni tutaj rolę matki i żony. Akcja książki dzieje się nad polskim morzem, a dokładnie bohaterka mieszka w hotelu przy plaży, w pokoju z widokiem na zachód słońca. Kobieta pragnie zmian w swoim życiu, bo jeśli tego nie zrobi zostanie zwykłą kurą domową, zwykłą opiekunką dwójki dzieci. Ma ona poczucie, że gra obcą rolę w cudzym życiu. Czytając książkę odnosi się wrażenie, że bohaterka jest zmęczona i znużona życiem. Autorka opisuje bardzo zabawne, zaskakujące sceny, często rozbawiające czytelnika, myśli i refleksje kobiety. Największe wrażenie robią zabawne sceny, a przede wszystkim język który bogaty jest w śmieszne sformułowania i puenty. Książka godna jest polecenia dla osób, które lubią zabawne historie.

Brzechwa nie dla dzieci

Książka Urbanka Brzechwa nie dla dzieci – w samej rzeczy, jednoznacznie wskazuje w domyśle na adresata: Brzechwa dla dorosłych. Jako dorosły czytelnik nie jestem admiratorem ani  biografii Brzechwa nie dla dzieci, ani twórczości i życia samego Brzechwy. U podstaw konstrukcji książki znajdujemy pozbawione ognia polemiki fragmenty z życia Brzechwy, które Urbanek dokładnie relacjonuje. Jednakże samo kolekcjonowanie faktów, układane w historię życia Brzechwy – ściśle powiązane z dziejami jego twórczości – wydaje się zadaniem jeśli nie jałowym, to mało ambitnym. Tak naprawdę nie znajduje się nic, albo prawie nic, co wieńczyłoby zebrane fakty opatrzonym odautorskim komentarzem, głębszą refleksją. Ten sposób prezentacji życia i twórczości Brzechwy określa się w krytyce literackiej jako patrzenie bierne. Gdyby istniało tylko patrzenie bierne, to świat ograniczałby się do jakiegoś chaotycznego zbioru punktów przedstawianej rzeczywistości. Warto odwołać się do słów Platona, kiedy wskazuje na patrzenie aktywne, które interpretuje patrząc, i patrzy, interpretując. Każdy artysta, każdy intelektualista musi w opisywanej rzeczy widzieć nie tylko punktowe wydarzenia, lecz odkrywać jej skrywaną głębię. Tego elementu brak mi jest w książce Urbanka.  Jego słowa odbieram jako martwe, albowiem tylko stwierdzają, jednakże lepsze są dla mnie słowa, które powołują do życia, są spiritus movens moich przeżyć i refleksji. Drażni ton nieudolnej - bądź pozbawionej dobrej woli -  próby Urbanka usprawiedliwiającej Brzechwę w obliczu różnorodnych ocen krytyki jego twórczości.   Nie można zgodzić się ze słowami, kiedy pisze: „Z uwagi na skrajnie różne opinie, poeta miał prawo nie rozumieć, czego właściwie nowa Polska od niego oczekuje.” Otóż nie. Poeta musi mieć zdolność rozumienia świata, w którym żyje. Albo poetą się jest, albo nie jest. Autentycznym pierwiastkiem i źródłem inspiracji poetyckiej twórczości jest umiejętność precyzyjnej obserwacji świata, odróżniania tego co dobre od tego co złe. Pozbawiona głębszej analizy wzmianka o zagubieniu Brzechwy w peerelowskiej rzeczywistości jest słabą stroną książki Urbanka. Nie wzruszają Urbanka wszelkie krytyczne i rzeczowe uwagi Stefana Kisielewskiego, Zbigniewa Herberta i wielu innych przedstawicieli polskiej kultury obnażające  twórczość Brzechwy, która utknęła w martwych serwilistycznych peerelowskich formułach. Naznaczone brakiem znajomości sztuki współczesnej refleksje, porównywanie przemówień kacyka partyjnego Władysława Gomułki z najwybitniejszymi utworami kultury narodowej kompromitują Brzechwę, który jak gąbka nasiąka farbą „poprawnej” politycznej sceny i przejawia w pełni swoją negatywną i zażartą wierność wobec współczesnych mu wydarzeń. Dopiero w sytuacji jednoznacznie oczywistej, by ratować swój honor, zauważa Urbanek: „Brzechwa musiał wiedzieć, że porównując przemówienie kaleczącego język polski partyjnego kacyka z najwybitniejszymi utworami kultury narodowej kompromituje się.”Nie razi go jednak brak u Brzechwy zrozumienia elementarnej siły współczesnej literatury, której w dojmująco złośliwy sposób przykleja etykietkę „wydupniałość”. Zamiast intelektualnej głębi znajduje Brzechwa w niej „wewnętrzną próżnię”. Czyżby zatem jedynie język peerelowskiej propagandy posiadał dla Brzechwy i Urbanka moc twórczą, rozjaśniającą umysły ludzkie?

Prawdą jest, że każdy ma takiego biografa, na jakiego sobie zasługuje. Przecież już z samego znaczenia pseudonimu ‘Brzechwa’, którym obdarzył go kuzyn Bolesław Leśmian, - część strzały - wynika, że pisarz powinien wyzwolić się z  ramion powszechnie obowiązującej ideologii, i, jak strzała, przebijać jej powłokę, by dostać się do jej ukrytego wnętrza. Wielki poeta angielski Thomas Stearns Eliot pytał: „Mamy informacje, ale gdzie jest wiedza”.  Brzechwa tworzy literaturę nieprzekraczającą normy ustalone przez peerelowską rzeczywistość.  „Pokój i plan sześcioletni” są mu milsze niż poetyckie obrazy, które mają moc obnażania prawdziwej tożsamości Polaków. Nie dziwi zatem głos krytyki, która w poezji Brzechwy widzi „deklaranckie i wodolejskie” slogany, zaś wynoszenie ich na sztandary poezji powoduje jej spłaszczenie. Śmieszne i tragiczne zarazem wydają się mi słowno-językowe igraszki poezji Brzechwy, pozbawione wysubtelnionego  poczucia głębi, zbudowane „wyłącznie – jak ocenia jeden z krytyków – z popularnych haseł publicystycznych”. Książce Urbanka zarzucić można brak wyostrzonego stanowiska wobec konstrukcji postaci Brzechwy, którego życie i twórczość wyraźnie wpisują się w peerelowski klimat społeczno-polityczny. Powody, jakie skłaniały ludzi do współpracy z rządami totalitarnymi były różne: niektórzy wierzyli w ideologię, inni chcieli „coś” znaczyć w społecznej hierarchii, a jeszcze inni byli szantażowani i zastraszani. Czy któryś z tych powodów może usprawiedliwić życiorys Brzechwy, jego zdradę wszystkich ludzi walczących o wolną Polskę? Jest to sprawa indywidualnego sumienia każdego z nas. Utknięcie w pułapce nienawiści prowadzi donikąd. Po lekturze książki Urbanka pozostaje wrażenie, żepoza staranną kroniką wydarzeń biograficznych nie znajduję autonomii myślenia jej autora, która w obliczu różnorodnej krytyki wnosiłaby obok kronikarskiej ambicji własne wiano w stan jego intelektualnego, artystycznego i duchowego rozeznania wokół życia i twórczości Brzechwy.

 Czesław Płusa

DKK przy Filii Nr 18 MBP Łódź-Bałuty

 

 

Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki, pisarz nietuzinkowy, który jak sam twierdzi, nie umie pisać zamknięty. Przyznaje, że najlepiej pisze mu się w pociągu, w Warsie, kiedy kelner go popycha i wylewa na niego kawę. Nie cierpi oazy do tworzenia. I takie są właśnie jego opowiadania z tomu „Śmierć czeskiego psa”. Chciałoby się porównać, że jak mówi, tak pisze. Czytając jego teksty ma się przed oczami postać autora, jego sposób mówienia pobudzony, dosadny, dowcipny. Jego zdaniem pisarz to „showman, który inteligentnie bawi publiczność”. I choć zastrzega, że żenują go tak zwane głębokie tematy, to jego twórczość na pewno nie jest banalna i infantylna. Opisuje rzeczywistość w sposób niezwykły. Jego bohater z pozoru prostacki i niezbyt wyrafinowany, obnaża obyczajowe i estetyczne konwencje. Groteskowo i prowokacyjnie opowiada o rzeczach przyziemnych, ale w sposób niesamowity. Zbiór podzielony jest na „Teksty pierwsze” i „Teksty drugie”. W moim odczuciu pierwsze są lepsze. Atakują absurdem, szyderstwem. Napisane w ascetycznym stylu, krótkimi, informacyjnymi zdaniami. Autor bawi się językiem, który choć wulgarny nie razi, giętki i mięsisty, dosadnie przekazuje treść. W „Tekstach drugich” skupia się bardziej na postaciach znanych z historii, jak m.in. Andersen czy Joyce i nie są to obrazy pochlebne. Ale wszystko razem czyta się znakomicie.

Uparte serce

Haliny Poświatowskiej zapewne nikomu przedstawiać nie trzeba. Wrażliwa poetka, przedwcześnie zmarła, której życie naznaczyła choroba. Tyle mniej więcej wiemy. Kalinie Błażejowskiej udało się zrobić coś niebywałego. Opierając się na listach, wspomnieniach, opracowaniach biograficznych, przedstawiła życie Poświatowskiej dzień po dniu, świat widziany jej oczami. Wykonała ogromną pracę, by opowiedzieć o poetce od nowa. Szukała materiałów nie tylko w Polsce, ale też w Waszyngtonie, Filadelfii, Nowym Jorku, Bostonie i Toronto. Z listów, pocztówek, wierszy, prozy, zdjęć, dokumentów i wspomnień udało się stworzyć takie opisy i dialogi, że mamy przed oczami Poświatowską i jej otoczenie, jak byśmy oglądali film. Oto kobieta rozdrgana, niestabilna emocjonalnie. Uparta i nielicząca się z nikim i z niczym. Egoistyczna, niewdzięczna, kochliwa. Chciała żyć intensywnie, wbrew ograniczeniom narzucanym przez chorobę. A w  pisaniu niepewna swojego talentu, wciąż poprawiająca napisane już i wysłane do druku teksty. Popadająca w depresję, chimeryczna, a jednocześnie tak bardzo zachłanna życia. Ta powieść biograficzna pozwala nam „wejść w skórę” poetki. I choć autorka zastrzega, że niektóre fragmenty książki są nie tyle pewne, ile prawdopodobne, to mamy wrażenie, że niezwykle dokładnie poznajemy psychikę Poświatowskiej. Nie bez znaczenia jest też całe tło społeczno-polityczne czasów PRL-u, które przy okazji też poznajemy. Poetka miała niezwykle barwne życie, mocne, intensywne i choć zdawała sobie sprawę, że to jej sercu szkodzi, nie potrafiła inaczej. Wolała żyć krótko, ale na swoich zasadach.

„Uparte serce” zdecydowanie warto przeczytać. To bardzo dobrze i przyjemnie spędzony czas. A przy okazji poznajemy Poświatowską tak jak jeszcze do tej pory nie było możliwe.

Recenzja książki "Gwiazdy kina PRL" S. Kopra

Najpierw była seria książek o dwudziestoleciu międzywojennym, która cieszyła się wielkim powodzeniem. Po niej Sławomir Koper sięgnął do epoki PRL-u i znów sukces wydawniczy. Wszyscy, no może większość, lubią czytać o znanych ludziach, zwłaszcza jeśli jest to podane przez autora, który, jak sam mówi, ma ambicje popularyzatorskie, nie zaś historyczne czy naukowe. Jego książki określa się też jako „historyczny pudelek”. Myślę, że nie ma w tym złośliwości.

Autor, przypomnijmy to, został odznaczony srebrnym Krzyżem Zasługi za popularyzację historii w społeczeństwie. Zasługi dla rozwoju czytelnictwa też należy mu przypisać. Wszak na jego książki są długie kolejki w bibliotekach.

Piąta z kolei pozycja o elitach PRL-u to wyprawa w świat gwiazd kina. Jak zwykle autor we wstępie wyjaśnia swoje wybory dotyczące bohaterów, pisze o korzystaniu ze źródeł IPN-u, które traktuje z wielką ostrożnością świadomy tego, jak mogły być wytwarzane.

W siedmiu rozdziałach przedstawia najpierw ogólnie świat filmu Polski Ludowej, a potem sześć jego gwiazd: Andrzeja Wajdę, Tadeusza Łomnickiego, Bogumiła Kobielę, Jerzego Skolimowskiego, Daniela Olbrychskiego i Beatę Tyszkiewicz.

Mimo zdjęcia na okładce i nazwiska na jej czwartej stronie, o Poli Raksie jest niewiele, choć to ona została uwieczniona w najsłynniejszej piosence zespołu Perfekt „Autobiografia”. Może to dlatego, że aktorka „zazdrośnie strzeże swojej prywatności”.

Sławomir Koper stara się swych bohaterów przedstawiać obiektywnie, nie oceniać ich, przytacza liczne anegdoty, fakty, dociera do różnych źródeł. Czasem wyciąga jakieś nieścisłości w datach czy zdarzeniach. Pisze z sympatią o gwiazdach, które w latach PRL-u naprawdę „mocno świeciły”. Filmy cieszyły się wielkim powodzeniem, przed kinami ustawiały się długie kolejki po bilety. Cóż, nie nadeszła jeszcze era telewizji, nie mówiąc już o komputerach.

Dzięki książce Kopra można poznać wiele faktów czy też ploteczek dotyczących życia prywatnego gwiazd, ale i zdarzeń związanych z kręceniem filmów, realiami PRL-u, problemami z cenzurą. Pozornie wydaje się to wszystko barwne i fascynujące. Może faktycznie świat gwiazd taki był na tle tej, w sumie szarej i siermiężnej, rzeczywistości tamtych lat.

Andrzej Wajda, Beata Tyszkiewicz, Daniel Olbrychski, Jerzy Skolimowski to wciąż aktywni ludzie filmu. Wspaniali, Tadeusz Łomnicki i Bogumił Kobiela, odeszli.

Sławomir Koper swą książką przypomina czasy, gdy „za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał” i gdy całe społeczeństwo dyskutowało o tym, czy Olbrychski może zagrać Kmicica. Ech… łza się w oku kręci.

 

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki Hanny Kowalewskiej pt. Julita i huśtawki

Książka Hanny Kowalewskiej Julita i huśtawki  wpisuje się w ważne dziś dyskusje o tożsamości Polski, której odczytanie bez uwzględnienia epoki PRL-u jest nie do wyobrażenia. Julita i huśtawki to, po pierwsze, solidnie napisana powieść. Autorka odtwarza z chirurgiczną precyzją biograficzny rys postaci, które kształtowała totalitarna rzeczywistość peerelowska. Kowalewska przygląda się więc detalom z różnych stron, tworzy sieć interesujących powiązań bohaterów, w tle przedstawia również ogólnoświatowe wydarzenia historyczne. Julita i huśtawki ewokuje czas jako materię, z której utkany jest los występujących w powieści postaci. Aby ogarnąć i wypowiedzieć komunistyczną rzeczywistość PRL-u autorka portretuje charaktery swoich bohaterów ukazując ich przywary, myślowe aberracje, ambicje i ideały.

Akcja powieści nie jest zbyt skomplikowana: do Rodzinnego, małego miasteczka „naznaczonego”  konserwatywnym duchem myślenia,  przybywa bohater-narrator, Koli. Przyczyną przyjazdu nie są bynajmniej uczucia nostalgii, lecz spełnienie zacnej misji, jak się sam narrator wyraził, „wtopienia czasu przeszłego w teraźniejszość”. Nie chodzi o pamięć komputerową, która gromadzi dane i zdolna jest na zawołanie reprodukować je w niezmienionej postaci. Takie odtwarzanie faktów byłoby mianem degradacji wspomnień. Ich celem jest – w rozumieniu Kowalewskiej – nowe spojrzenie na przeszłość, z perspektywy współczesnych interesów społecznych. Czynnikiem wyzwalającym minione przeżycia w miejscu rodzinnym jest – jak powiada sam narrator - „ścisk za gardło”, kiedy wchodzi w wąskie uliczki miasteczka, w którym się urodził i dorastał. Ten psychofizyczny „ścisk” jest dla pisarza niezbędny, by  przetworzyć doznania i emocje w kształt dyskursywnego wywodu o rzeczywistości peerelowskiej.

Obrazki tworzące powieść Julita i huśtawki zostały uporządkowane według najbardziej oczywistego klucza: chronologii. Wspomnienia mają swój początek w latach pięćdziesiątych, gdy „produkt burżuazyjnej kultury” (Elvis Presley, Arthur Miller, Marilyn Monroe i in.) zawojował cały Zachód  i zamykają się w końcu lat osiemdziesiątych. Prezentowane mikroscenki powieści obejmują swoim zasięgiem szeroki wachlarz politycznych i moralnych postaw dorastającego pokolenia w okresie komunizmu. Śledzące zmagania człowieka scenki ukazują jednych jako prawdziwych bohaterów, którym grać przychodzi va banque o duchowy kształt życia (Julita) oraz innych, którzy niegodziwie poddają się bez szemrania regułom komunistycznej Przemocy (Basiuk , Bąk etc.)

Kowalewska rozpoznaje z krystaliczną i brutalną jasnością, bez uciekania się do złudzeń, tyranię okrutnego i niesprawiedliwego oblicza komunizmu. Lektura powieści dowodzi już od pierwszej strony, że autorka zdaje sobie sprawę ze zbiorowej paranoi, która zawładnęła umysłami ludzi. Rzeczywistość peerelu odsłania otchłań nonsensu, tępoty i przemocy we wszystkich jej wymiarach (skatowany przez policję Bazyliszek skonał w szpitalu). Nonsens wyraża się w ówczesnym języku partyjnej nowomowy, stosowanej pod postacią stereotypowych zdań: „Zbudujemy nowy dom”, „myjesteśmy potęgą gospodarczą” czy „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”. Epatowanie językowymi bezmyślnymi stereotypami – jak twierdzi Miłosz – prowadzi do uśmiercania znaczenia, manifestowania braku istotnych treści do przekazania, inaczej mówiąc, do pomnażania głupoty. Bezmiar peerelowskiego pure nonsensu uobecnia się także na innych poziomach przedstawianej rzeczywistości – w zastygłym czasie. Basiuk i Bąk, jedni z dorobkiewiczów i pretensjonalnych snobów komunizmu,   pogrążają się w beznadziejnym trwaniu w czasie plenum partyjnego. Ich niebyt odzwierciedla się w znieruchomiałej, spowolnionej akcji, fabrykującej ich wewnętrzny, pozbawiony esencjonalności bezruch. Plenarne posiedzenie emanuje nudę, Basiuk i Bąk marzą o szybkim zakończeniu bezsensownej debaty.

Ambicją autorki – premiującą artystyczną wartość powieści -  jest nie tylko przedstawienie świata znanego  z komunistycznego doświadczenia, lecz także świata lepiej uporządkowanego pod względem wartości. Na uwagę zasługuje liryczna aura wątku miłosnego między Julitą i Bazylim, który mimo charakterologicznych słabości i skomplikowanych powikłań natury Bazylego olśniewa czytelnika zdolnością do postrzegania życia jako aktu jego budowania, scalania i usensowniania, do odkrywania w istocie ludzkiej humanitas. Fascynującym znakiem firmowym tej miłości jest dogłębna i bezinteresowna wierność wobec partnera, czułość, serdeczna sympatia, momenty, w których dokonuje się proces radykalnego odnowienia życia. Dzięki doświadczeniu domeny jej piękna i dobra Bazyli odnajduje poczucie własnej godności i sens życia, wartości, które odebrała mu komunistyczna władza.

Autorka ma również świadomość czegoś, co stara się czytelnikowi przekazać. Chodzi o artystyczną deklarację, o przekonanie, że sztuka w szerokim tego słowa znaczeniu, obejmującym zarówno twórcę jak i odbiorcę, jest w stanie rozwinąć umiejętność przetworzenia emocji czy doznań w kształt właściwego spojrzenia na historię własnego społeczeństwa, a przede wszystkim na własny stosunek do przeszłości. Laski nie jest w stanie, w przeciwieństwie do polskich biskupów, przebaczyć Niemcom za wyrządzone krzywdy w czasie II. wojny światowej. Jego brat zamordowany został przez Niemców w r. 1944, nawet miejsce „pochowania” jest nieznane. Aby przezwyciężyć dojmująco bolesne zagubienie decyduje się na rzeźbę, wydobycie z głazu kamienia kształtu anioła. Dopiero w akcie twórczym, w pomniejszaniu chaosu i kreowaniu estetycznego porządku widzi Laski możliwość przebaczenia za wyrządzony mu ból: „Może zdołałby przebaczyć, gdyby udało mu się wyrzeźbić. Gdy się człowiek męczy z takim wielkim głazem, gdy godzinami uderza w kamień, to inaczej patrzy na  świat – na zło, na dobro, na przemijanie.”

Reasumując: Lektura powieści Julita i huśtawki sprawia, że uważny czytelnik znajduje lekarstwo na wyzwolenie się z wybitnie złośliwego demonu, jakim był duch peerelu. Wobec zła, przemocy, nienawiści, degradacji wartości, wobec słabnącej duchowej kondycji człowieka otwiera Kowalewska koncepcję oderwania jednostki od przeżyć zbiorowych i zbiorowej świadomości komunistycznej, podkreślając subtelną zdolność człowieka do doskonalenia własnej jednostkowości. Recepta na życie dobre, mądre i satysfakcjonujące tkwi według autorki w trzech rodzajach przestrzeni: językowej, twórczej i „ludzkiej” miłości. Spiritus movens wyzwolenia jest odzwyczajenie się od języka martwego, który nie jest głosem jednostki, lecz ideologicznej zbiorowości. Kowalewska widzi wartość swojej sztuki w rozbijaniu schematów mówienia i myślenia. Powieść odnosi się także do aktu twórczego, w którym powołuje się do życia nowe istnienia (Laski wykuwa z kamienia anioły). W ten sposób wyraża Kowalewska nadzieję, iż sztuka (zarówno na poziomie kreacji przez twórcę jaki i odtwarzania przez odbiorcę) posiada moc  porządkowania świata i umożliwia porozumienie między ludźmi. W powieści mamy także do czynienia z radością życia, która dokonuje się przede wszystkim poprzez miłość, uczucie człowieka do człowieka, poprzez poświęcenie, oddanie oraz wyrzeczenie dla dobra bliźniego.

Powieść Julita i huśtawki zasługuje na szczególne uznanie, albowiem nie ogranicza się do ukazywania świata „jaki był”  ale wyraża optymizm na stworzenie świata lepszego. Proponowane przez autorkę wartości i postawy są ponadczasowe.

 

 DKK przy Filii nr 18 MBP Łódź-Bałuty

 

 

Gaumardżos! Opowieść z Gruzji

Autorem książki „ Opowieści z Gruzji” są Anna Dziewit Meller i Marcin Meller. Jest to zbiór wrażeń i refleksji doznanych podczas pobytu w tym dalekim kraju azjatyckim. Jakże odmienne od nas w Polsce są zwyczaje i codzienne życie mieszkańców Gruzji. Widać u nich zadowolenie z odzyskanej wolności, a jednocześnie są pełni obaw o to co może nastąpić. Śledząc treść książki mamy wrażenie, że Gruzja zmienia się z dnia na dzień w lepsze jutro. Zainteresowały nas typowe potrawy z tego kraju, jakże odmienne od naszych. Ogólnie mówiąc wiele nas różni i łączy z dzisiejszą Gruzją. Chętnie jako turystki odwiedziłybyśmy ten kraj.

Recenzja książki "Opowieść o miłości i mroku" Amosa Oza

        Książka Amosa Oza to wspaniała opowieść o dzieciństwie izraelskiego pisarza, życiu w kibucu Chulda, historia rodziny Klausnerów i Mussmanów. Jednak tematem przewodnim w tej obszernej biograficznej powieści jest matka, która popełniła samobójstwo w wieku 38 lat, Amos miał wtedy 12 lat. Zdecydował się po raz pierwszy o tym napisać, nigdy i z nikim o tym nie rozmawiał.

            Próbuje dociec przyczyn jej desperackiego kroku, zaczynając swą książkę od opisu mrocznego mieszkania na przedmieściach Jerozolimy, ciasnego i ciemnego. Kończy zaś zapisem ostatnich dni i godzin życia matki.

            Nie dbając o chronologię Amos Oz tworzy w swej opowieści obraz chłopca zdecydowanie różniącego się od swych kolegów – wrażliwego, oczytanego, żyjącego w swoim świecie. Wystarczają mu książki i samotne zabawy, w których uruchamia wyobraźnię. Nie może być inaczej, jeśli dla jego rodziny książki są czymś najcenniejszym, ważniejszym nawet niż jedzenie. Powieść zawiera wiele pięknych refleksji na temat książek, czytelników, pisarstwa czy natchnienia.

            Oz czasem włącza fragmenty utworów innych pisarzy lub odwołuje się do własnych. Z „Prostej historii” S. J. Agnona warto zacytować zdanie: „Kiedy świat pogrąża się człowiekowi w mroku, wtedy ten czyta książkę i widzi inny świat”. Ten „inny świat” można znaleźć w barwnych historiach o dziadku Aleksandrze i babci Szlomit Klausnerach, o dziadkach Mussmanach – Icie i Naftalim Hercu pochodzących z Ukrainy i Litwy.

            Na szczęście obie rodziny zdążyły wyjechać z Europy i uniknęły tragedii Holocaustu. Tylko brat ojca pisarza został z rodziną w Wilnie i wszyscy zginęli w getcie. Tragedia narodu żydowskiego brzmi w tle opowieści Oza, wracają ci, którzy ocaleli, rodzi się państwo izraelskie, wciąż wybuchają konflikty z Arabami.

            Można z tej książki poznać choć trochę zawiłe losy Żydów, którzy pragnęli stworzyć swe państwo, żyć w nim w pokoju. Część chciała żyć w kibucach, by tam stworzyć wspólnotę, uwierzyć, że nikt już ich nie wypędzi, że są u siebie. Oz opowiada o tym wszystkim pięknym, poetyckim językiem, z metaforami i porównaniami, z niezwykłymi opisami, z mnóstwem szczegółów takich choćby jak ptaszek Eliza śpiewający Beethovenowski trel.

            To właściwie nie jest zwykła autobiografia, to powieść, którą czyta się jak księgę mądrości o życiu, tym co jest w nim ważne, o wartościach, o „miłości i mroku”.

 

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki  przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki Mikołaja Łozińskiego pt. Reisefieber

 

 

Powieść Mikołaja Łozińskiego Reisefieber opowiada w warstwie pierwszej o matce głównego bohatera, Astrid, i jej egzystencjalnych namiętnościach,  choć w głębi uważni czytelnicy  odkryją  opowieść Daniela jako obronę i usprawiedliwienie jego własnego „ja”.Czytelnik pobiera – w trakcie lektury – zwięzłą lekcję patrzenia na samego siebie, którą Daniel czyni tematem w swojej quasi-fikcyjnej „ nowoczesnej powieści”. Reisefieber jest poniekąd powieścią, w której autorefleksja  stanowi zasadę kompozycyjną, zaś polem obserwacji jest przeszłość. Jako przesłanie niniejszej powieści niechaj posłuży sformułowanie Eliota: „każdy kontakt z przeszłością wymaga wysiłku pracy, jest przy tym trudny i niewdzięczny, bo nasze małe „ja” skrzeczy i broni się przed nim”. Wysiłek i rozdrażnienie Daniela wynikają z faktu, że nie może pisać książki o ludziach, którzy – jak sam powiada – „w gruncie rzeczy go nie obchodzą”, których w dodatku nie rozumie. Przy okazji rodzi się pytanie natury teoretycznoliterackiej, czy pisarz może napisać powieść pod brzemieniem przymusu? Kiedy o swoich bohaterach myśli tylko dlatego, że - jak się sam wyraził -   chce napisać tę „cholerną książkę”?              Głównym tematem powieści jest wyjazd Daniela do Paryża, by wziąć udział w celebrowaniu pogrzebu swojej matki. Powaga śmierci sprawia, że w świadomości Daniela budzi się potrzeba zrozumienia, wyjaśnienia swojego oblicza na tle relacji z matką. W tym celu sięga do obrazków z przeszłości, które mają uwierzytelnić jego jednostkowe objawienie. Jej śmierć  porusza sumienie syna i potęguje wolę napisania powieści uchylającej tajemnicę poznania samego siebie, w całej rozciągłości swojego osobowego istnienia. 

Fabuła istnieje, przejrzystością jednakowoż nie grzeszy; zarówno wątek główny jak i luźno powiązane z nim wątki uboczne wzbogacone są licznymi refleksjami na poziomie psychologicznym. Daniela absorbuje przeszłość, poznanie momentów decydujących dla tworzenia się jego osobowości w dzieciństwie i we wczesnych latach młodości. W tym duchu utrzymuje, iż: „Czuję, jakby najważniejsze stało się dla mnie  to, co już było”. Wewnętrzna silna podnieta wspomnieniowa wynika z potrzeby - jak powiada sam bohater – ułożenia sobie minionych zdarzeń w głowie, żeby znów ułożyć sobie życie.  Dlatego też spotkania z matką grawitują w stronę uchwycenia często zakonspirowanej duchowej tajemnicy swojej matki. „Właśnie” –  przyznaje Daniel -   „Wydaje mi się, że wciąż za mało wiem o Astrid”. Retrospekcja zdarzeń, rządząca narracją wspomnieniową, nie jest jednak ułatwieniem dla czytelnika. Ujawnia się tu jakby podwójna świadomość Daniela: gorąco angażuje się w proces odtwarzania przeszłości i zarazem wątpi w sens podejmowanych przez siebie działań.Czy rzeczywiście to, co było, jest takie ważne? Przytoczona przez narratora retoryczna wątpliwość staje się dla czytelnika nader interesującym wyzwaniem. Dla Astrid odwoływanie się do przeszłości ma wartość psychoterapeutyczną. Nie może być inaczej, pisanie listów do syna jest korektą jej dotychczasowego przekonania, że milczenie ma moc uzdrawiającą. „Myślałam, że jeśli przemilczę, jeśli będę milczała, nie będzie mnie boleć”. Jedna z krytycznoliterackich sentencji nie pozostawia wątpliwości, że odwoływanie się do przeszłości powodowane jest nieusuwalnym pragnieniem poznawczym samego siebie, droga, na której można budować teraźniejsze relacje.

Łoziński nie proponuje tylko lektury przyjemnej, lecz zmusza do chłodnego myślenia i zaangażowania czytelnika. Retrospekcja zdarzeń, rządząca narracją wspomnieniową, nie jest  ułatwieniem dla czytelnika. Utrudnieniemstają się wplecione w tok narracji liczne wątki refleksyjne na poziomie psychologicznym i meta-literackim, które zakłócają jej komunikatywny porządek. Formułą artystyczną staje się autotematyzm, wypierający – mówiąc językiem Maxa Webera – „zaczarowującą” czytelnika fabułę. Powieść Reisefieber jest zatem jakby przeglądaniem się w lustrze, narcystyczną manifestacją przyglądania się samej sobie. Narrator zaprasza czytelnika do zadumy nad kwestią przeszłości w jej psychologicznym wymiarze. Czy przemilczanie własnych przeżyć z przeszłości jest psychologicznie uzasadnione? Jest również wątek na poziomie meta-literackim, kiedy psychoterapeutka matki Daniela, Aude, zaprzecza zasadności odwoływania się do przeszłości, albowiem rzeczywistość miniona straciła moc odniesienia do teraźniejszości. Czy przeszłość może być zatem przedmiotem literackiej kreacji, jako niezbędny materiał dla istnienia literatury?

Powieść Reisefieber należy czytać jako proces, a także zapis literackich reguł. Nie stanowi ona świata skończonego, nie jawi się czytelnikowi jako całość zamknięta, piękny „zaczarowany świat”, ale jako proces, czyli odtworzenie aktu twórczego, który ma doprowadzić do powstania utworu. Pisząc o powieści Łozińskiego wskazać należy na jej cechy powszechnie uznawane za wyznaczniki powieści nowoczesnej: fragmentaryczność i epizodyczność narracji, rozmytą i niejednorodną tożsamość oraz rozdygotanie wewnętrzne bohatera. Poetyka fragmentu, rozumiana jako forma otwarta, pozwala na wprowadzenie wielu wątków o różnym charakterze semantycznym, o często odmiennym zabarwieniu emocjonalnym. Ewokuje niejednoznaczność, dynamikę, uczy nas zrozumienia płynnej struktury naszego świata. Jest to więc udana, niekończąca się opowieść o tym, co nieskończone.  

DKK Filia nr 18 Miejskiej Biblioteki Publicznej Łódź-Bałuty 

 

 

 

Córka Rembrandta

Powieść Lynn Cullen pt.”  Córka Rembrandta” jest fikcyjną,  a zarazem pełną  wzruszeń  opowieścią o nieślubnej  córce jednego z najwybitniejszych i najbardziej słynnych holenderskich malarzy. Fabuła książki przybiera postać opowieści o Cornelii, nieślubnej córce malarza z jego związku ze służącą Hendrickje Stoffels.  W czasie trwania fabuły  matka dziewczynki już nie żyje i Cornelia  musi przejąć jej obowiązki i szybko dorosnąć, troszczyć się o dom a także dawać opiekę  swemu ojcu.  Starzejący się Rembrandt traci swoje umiejętności malarskie i zaczyna z wiekiem malować inaczej niż oczekują kupcy obrazów. Rodzinie zaczyna brakować środków do życia. Fundamentalnym wsparciem  dla dziewczyny jest jej przyrodni brat Titus. Niestety z biegiem czasu brat się żeni i zostawia swą ukochana siostrę,  która musi się borykać  z problemami dorosłego życia. Czytając zaobserwować można sceny z teraźniejszości i przeszłości.  Czytelnik ma możliwość wyobrażenia sobie siedemnastowiecznego Amsterdamu, po których wędruje młoda  Cornelia, spiesząc na spotkanie z najukochańszym Carlem. Amsterdam to miasto z dzielnicami i stojącymi tam pięknymi domami bogaczy i siedliskami biednych. Wciąż słychać dzwony Westerkerk najczęściej symbolizujących czyjąś śmierć z powodu panującej zarazy. Sądzę, że Lynn Cullen udało się jak najbardziej zainteresować czytelnika wielkim  malarzem Rembrandtem i jego rodziną. Autorka napisała zatem, że  Cornelia wraz ze swoją rodziną po narodzeniu drugiego dziecka  znika z kart historii w 1678 roku i jej życie trwa już tylko w tej książce. Sądzę, że warto wgłębić się w fabułę książki, gdyż wyjaśnia ona tejemnicę z przeszłości i pozwala czytelnikowi bliżej przyjrzeć się głównej bohaterce jaką była Cornelia Córka Rembrandta. Polecam książkę gdyż sądzę, że spodoba się i Wam…

Recenzja ksiażki "Perkalowy dybuk" Konrada T. Lewandowskiego

Demoniczna sprawa nadkomisarza Drwęckiego w przedwojennej Łodzi – tak brzmi podtytuł powieści kryminalnej retro. Akcja zaczyna się jednak w Warszawie, gdzie młody policjant mieszka i pracuje. Jest rok 1929. Podkomisarz Artur Księżyk, działając samowolnie, wywołuje strzelaninę na ulicy Krochmalnej. Trup ściele się gęsto, półświatek obiecuje zemstę, Belweder zaniepokojony, prasa zdezorientowana.

Niewyspany Drwęcki (syn ma kolkę ) musi działać. Księżyk zostaje zdegradowany do stopnia posterunkowego i przeniesiony do Łodzi. Wkrótce znajdzie się tam także nadkomisarz Drwęcki z przodownikiem Maciewiczem. Łódź zdecydowanie nie przypadnie im do gustu: „Czy ten pipidów wygląda choć trochę jak nasza Starówka?”

 

Miejscowa policja nie ułatwia tropienia zabójcy, nadkomisarz Weyer nie lubi gościa ze stolicy, a właścicielka kwatery Frau Pasztelan jest na usługach łódzkiego przedstawiciela prawa. Wkrótce wyjdą na jaw zależności między policją a przestępcami. W tym niesprzyjającym środowisku pomocą służy Drwęckiemu żydowski policjant Froim Breslauer, jego trzynastoletnia córka Bajle czytająca Torę i emerytowany rabi Herszel..

Atmosfera się zagęszcza, zabójca zdaje się mieć coś wspólnego z dybukiem i golemem. Oczywiście dzielny warszawski nadkomisarz poradzi sobie z rozwiązaniem i tej zagadki kryminalnej, podobnie jak w czterech pozostałych kryminałach retro napisanych przez Lewandowskiego na zamówienie Wydawnictwa Dolnośląskiego.

 

Pisarz i tym razem miał ciekawy pomysł. Pokazał Łódź jako miasto robotników i fabrykantów, zadymione, z Bałutami i żydowskimi handlarzami, z półświatkiem kryminalnym, skorumpowanymi policjantami i adwokatami. Odtworzył wiernie topografię miasta, podając nazwy ulic, którymi przejeżdża Drwęcki lub idzie milczący pochód robotników „widmowa krew tego miasta…” Jest i restauracja Esplanada przy Piotrkowskiej 100. Są elementy obyczajowości żydowskiej i przejawy antysemityzmu. Przodownik Maciewicz stwierdza: „Ja ich (…) nie lubię tak ogólnie. A poszczególnie to mogą sobie być”.

Sporo humoru wnosi krótki udział w dochodzeniu babci Ireny i Juliana Tuwima. Świetna jest reakcja teściowej Drwęckiego na portret Hitlera w mieszkaniu Frau Pasztelan i jej zdecydowana „rozprawa” z porcelanowym kogutkiem z huśtawką z filcu tkwiącym w dzióbku czajniczka na herbatę, który był utrapieniem nadkomisarza.

Znów, jak w całej serii, pojawiają się znane postaci, wspomniany już Julian Tuwim, Bolesław Wieniawa – Długoszowski, Xawery Dunikowski, Franc Fiszer, fabrykant Robert Geyer.

Sam Lewandowski podczas spotkania autorskiego stwierdził, że nie bardzo ceni sobie te pięć kryminałów retro, ale myślę, że czytelnicy są innego zdania. Ja w każdym razie polecam tropienie przestępców z nadkomisarzem Jerzym Drwęckim.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Kobieta i mężczyźni

Manuela Gretkowska jest znaną pisarką, znaną z prowokacji, nic więc dziwnego, że od jej książek wiele się wymaga. „Kobieta i mężczyźni” niestety nie spełniły oczekiwań, mimo iż recenzje w pewnych gazetach były bardzo pozytywne. Fabuła zaparcie dąży do oryginalności, przez co jednak staje się jeszcze bardziej banalna. Bohaterowie są papierowi i mało ciekawi. Gdyby książka została wydana 10 lat temu z pewnością opinie byłyby inne. Niestety wszystko co wtedy było nowe i ciekawe teraz jest po prostu normalne, a pisząc o tym „w kółko” staje się to wręcz męczące. Po przeczytaniu większość książek skłania czytelnika do refleksji, niestety ta nie skłania do niczego. Brak tu jakiegokolwiek przesłania, czego oczekuje się od ambitnej literatury.

39.9

Ksiazka "39.9" Moniki Rakusy mnie zaskoczyła. Po pierwsze dlatego, że przeczytałam ja w jedno popołudnie. Po drugie i co istotne, nie jest to głupiutkie, banalne i infantylne czytadło, jakiego się spodziewałam. Bohaterka, czterdziestoletnia kobieta, matka dwójki dzieci, z drugim mężem u boku, dokonuje autoanalizy, podróży w głab siebie. W formie dziennika zapisuje wydarzenia dnia codziennego, ale też jednocześnie analizuje swoje życie, wspomina dzieciństwo, młodość, pierwsze małżeństwo. Opisuje relacje z rodzicami, z dziadkiem, ocenia jaki wpływ miały na jej dalszy rozwój. Nie było jej łatwo. Matka inwalidka, ojciec porzucił ja jeszcze przed jej urodzeniem i nawet nie pamięta jej imienia. Sama z poważnie chorym kręgosłupem i epilepsja, nie czuje się w pełni wartościowa osoba. Ma poczucie inności i wyobcowania. W dzieciństwie nie zaznała miłości, bezpieczeństwa i stabilizacji. Matka wciaż podrzucała ja obcym ludziom i gdy już przyzwyczaiła się do nowej rodziny, musiała znów się przeprowadzać do innego miasta. 39.9 to tuż przed czterdziestka, ale także stan ducha i umysłu, goraczkowe szamotanie się życiem, które bohaterka ma świadomość, powinna sobie wreszcie poukładać, zapanować nad nim. Tymczasem ma kłopot z własna tożsamościa jako żony, matki, pracownika naukowego, Polki pochodzenia żydowskiego.

Ksiażka jest bardzo dobrze napisana, znakomite jest już pierwsze zdanie, które zajmuje dwie strony. Autoironiczna, zabawna, inteligentna. Niebanalny język, w który wplecione sa słowa do sprawdzania w słowniku. To jak rozmowa z przyjaciółka, jak patrzenie w lustro. Każda kobieta się w niej odnajdzie, bo która z nas nie ma zastrzeżeń do samej siebie?

Recenzja książki Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia"

    Powieść Grażyny Jagielskiej pt. „Miłość z kamienia” to wspaniała, poruszająca książka o sile miłości, okrucieństwach wojny i trudnych relacjach między kobietą a mężczyzną. Już od pierwszych stron autorka wciąga nas w swój pełen cierpienia świat, świat lęków i obsesji. Na kolejnych stronach opisuje swoje zmagania z samotnością i śmiertelnym strachem o życie męża, których doświadczała przez blisko 20 lat, będąc żoną znanego korespondenta wojennego.
Wojciech Jagielski brał udział w 53 wojnach, lecz skutki jego wojennych wypraw odbiły się na psychice autorki niezwykle mocno, powodując chorobę nerwową i konieczność leczenia objawów stresu bojowego w klinice psychiatrycznej. Dlaczego tak się stało ? Grażyna  Jagielska  w sposób niezwykle szczery i prawdziwy mówi o symbiozie, jaka panowała na początku ich małżeństwa, stopniowej utracie bliskości we wzajemnych relacjach  i podziale na dwa światy: męski i kobiecy.  Praca całkowicie pochłonęła jej męża, stała się rodzajem narkotyku, a ich relacje zmieniły się diametralnie. Jego świat otwierał się z chwilą zamknięcia drzwi domu. Będąc wewnątrz działań wojennych, balansując na granicy śmierci, żył on pełnią życia, mając poczucie wyjątkowości czasu, miejsca i chyba  własnej. W tym samym momencie świat jego żony zamykał się, kurczył do przestrzeni między piecykiem i zlewem, gdzie wciśnięta, umierała z lęku, czekając na telefon potwierdzający to, co najgorsze. 
I choć to ON widział i opisywał okrucieństwa, jakie niosły konflikty zbrojne, to ONA nie mogła uwolnić się od tych obrazów (odciętej głowy Maraba czy gwałconej Czeczenki), które dręczyły ją w dzień i w nocy. 
I tu nasuwa się pytanie:  dlaczego bohaterka tak długo pozwalała się niszczyć, dlaczego dawała przyzwolenie na to, aby dźwigać cały ciężar samotnego życia, wychowywania dzieci, przyjmowania balastu przeżyć wojennych, jakie oddawał jej mąż ? Jakie są granice miłości, nawet jeżeli osoba, którą kochamy, jest tą drugą polową jabłka ? Myślę, że są to pytania, nad którymi często zastanawiają się kobiety, nie tylko przy okazji tak niezwykłej książki i tak ekstremalnych sytuacji, bo dotykają nas także w zwyczajnym życiu.
Wojciech Jagielski zrezygnował z pracy korespondenta wojennego, aby żona mogła wrócić do zdrowia. Jej przeżycia zaowocowały dwoma powieściami, uznanymi za bestsellery. Czy więc można mówić o happy endzie ? Na pewno nie, bo nic nie wróci bohaterom tego, co zabrał czas.
I na koniec jeszcze jedno pytanie, które stawia sama autorka, pytanie o etykę zawodu dziennikarzy wojennych, tych, dla których potworne relacje z wojen, stają się zwykłą dziennikarską zdobyczą i o której szybko zapomną, bo następne, jeszcze straszniejsze, czekają już na swoją kolej, aby zaszokować odbiorcę.
     Serdecznie zachęcam do przeczytania tej niezwykłej książki Grażyny Jagielskiej, która tak wiele mówi o sile kobiecej miłości. Znajdziemy w niej nie tylko portret psychologiczny wrażliwej kobiety, ale także porażającą prawdę o świecie, w którym żyjemy i o nas samych.  

                                                                                                                       Ewa Piechota

Nie idź tam człowieku

Książka Andrzeja Kołaczkowskiego-Bochenka „Nie idź tam człowieku!” to historia pięćdziesięcioletniego ateisty, który postanawia przeżyć przygodę. Nie wybiera jednak skoku na bungee czy ze spadochronem ani żadnego innego z ekstremalnych sportów. Postanawia wyruszyć w podróż – pieszą podróż najstarszą pielgrzymkową drogą Europy do Santiago de Compostela. Książka to swoisty dziennik z pielgrzymki. Opisane są tu sprawy bardzo przyziemne, takie jak przydrożne bary, stan schronisk, pogoda, krajobrazy, ale dużą jej część stanowią opisy wewnętrznych przeżyć pielgrzyma. Jesteśmy świadkami przemiany, która zachodzi w Andrzeju Kołaczkowskim-Bochenku, odnalezienia Boga po tak długim czasie deklarowanego ateizmu. Z pozoru błahe sprawy nabierają tu głębszego znaczenia jeśli się nad nimi zastanowimy. Już sam tytuł budzi wiele sprzeczności. Ktoś rozumiejąc go dosłownie stwierdzi, iż Kołaczkowski-Bochenek zniechęca wszystkich do pielgrzymki. Po przeczytaniu książki dostrzegamy znaczenie, które autor miał na myśli. Zniechęca on tylko część ludzi. Tę, która nie jest gotowa na zmianę swojego życia oraz sposobu myślenia.
„Nie idź tam człowieku” jest napisana lekkim, gawędziarskim językiem. Nie brakuje tu poczucia humoru i ciekawych anegdot, chociażby o Hiszpanach. W książce zawarte są również zdjęcia z pielgrzymki, między innymi krajobrazy. Jeśli usiądzie się do czytania, fabuła sprawia, że nie można się od niej oderwać.

Góra śpiących węży

Góra śpiących węży” to druga część cyklu książek o Zawrociu. Opisuje ona głównie losy dziedziczki Zawrocia – Matyldy, która próbuje rozwikłać tajemnice kryjące się w przeszłości jej rodziny. Chodzi tu przede wszystkim o śmierć ojca, o której nikt, nawet matka nie chce z nią rozmawiać. Wszelkie próby rozmowy kończą się zmianą tematu bądź unikaniem jakiejkolwiek odpowiedzi. Książkę, mimo iż dotyczy problemów rodzinnych, czyta się jak najlepszej klasy kryminał. Samego dworku w Zawrociu jest tu mało, bowiem Matylda podróżuje po kraju w poszukiwaniu rozwiązania. Akcja jest wartka, nie wszystko jest oczywiste już na początku. Postacie są wykreowane bardzo realistycznie, nie mają nic wspólnego z papierowymi nic nie wnoszącymi do treści marionetkami. Niektóre od razu wzbudzają naszą sympatię, natomiast do innych od początku pojawienia się w powieści żywimy szczerą niechęć. Styl pisania bardzo ułatwia czytanie, jeśli już zasiądzie się do czytania, bardzo trudno jest się oderwać. Nawet za cenę nieprzespanej nocy. Budowa książki również temu sprzyja – duża ilość rozdziałów i podrozdziałów sprawiają, że czyta się ją sprawnie. To jedna z najlepszych książek jakie kiedykolwiek miałam okazję przeczytać. Poza ciekawą fabułą Kowalewska porusza też problemy natury etycznej – samotności w świecie pełnym ludzi, tożsamości narodowej, chęci poczucia przynależności czy bezpieczeństwa. Z pewnością sięgnę po nią po raz drugi w wolnej chwili.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi