Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

„Uczeń architekta” Elif Safak

Elif Şafak

Uczeń architekta

Elif Şafak to turecka pisarka (urodzona we Francji jako Elif Bilgin). Napisana przez nią powieść Uczeń architekta była lekturą rawskiego Dyskusyjnego Klubu Książki w lutym 2017 roku.

Protagonistą opowieści balansującej na krawędzi baśni i powieści historycznej, z wyraźnymi cechami prozy obyczajowej, a nawet romansu, jest Dżahan, młodzieniec z nizin społecznych, jak byśmy to dzisiaj określili, który w wieku dwunastu lat, jako opiekun słonia, trafia do Stambułu na dwór Sulejmana Wspaniałego. Szczęśliwym zrządzeniem losu udaje mu się zostać uczniem nadwornego sułtańskiego architekta Sinana*, pod którego okiem zgłębia nie tylko tajniki wznoszenia meczetów i innych budowli, ale uczy się języków, poznaje nauki ścisłe... Pełne przygód losy głównego bohatera czytelnik będzie śledził aż do śmierci Dżahana, a że żył on wyjątkowo długo, przy okazji łatwo będzie pojąć, dlaczego życzenia stu lat równie dobrze mogą być klątwą.

Jak wspomniałem, książka łączy w sobie kilka gatunków, co nadaje całości szczególną atmosferę, tym bardziej, że przenosimy się do, bądź co bądź, egzotycznego dla nas miejsca i czasów, do całkiem obcych nam realiów kulturowych. W dodatku ten fascynujący świat poznajemy najpierw z perspektywy młodego chłopca, który początkowo niewiele rozumie, ale z czasem nabiera wiedzy i doświadczenia, z czym w parze idzie inne spojrzenie na wszystkie aspekty życia i rzeczywistości. Inna sprawa, że można postawić pytanie, czy gdyby autorka była rodowitą Turczynką, obraz ówczesnej Turcji przedstawiłaby w ten sam sposób.


Historia z Dżahanem w roli głównej jest przyjemnie wieloaspektowa i wielowątkowa. Postaci Sinana poświęciła autorka niemal tyle samo uwagi, co Dżahanowi, który jednak wyraźnie jest jedynym głównym bohaterem, co okazało się udanym zabiegiem.


Uczeń architekta jest kolejną opowieścią zadającą kłam mitom o dawnych dobrych czasach. Ukazując realia sułtańskiej dyktatury utwierdza czytelnika w przekonaniu, że tylko państwo sprawnego i silnego prawa może zapewnić zwykłym ludziom ochronę przed samowolą bogatszych lub posiadających większą władzę, a tęsknota za rządami silnej ręki, która zaprowadzi ład i porządek, jest mrzonką opartą na infantylnym założeniu, że dyktator i jego następcy będą jednocześnie mądrymi i dobrymi ludźmi.


W powieści znajdziemy sporą dozę przemyśleń na temat problemów od zawsze dręczących filozofów. Można też wyszukać sobie kilka dobrych cytatów. To ciekawa warstwa, nieco zaskakująca w historyczno-baśniowej konwencji.


Uczeń architekta
jest również kolejną książką ukazującą, jak hierarchowie wielkiej religii, tym razem islamu, kupczą wiarą, by zdobyć swój udział we władzy i bogactwach doczesnych, oraz jak wiara staje się narzędziem do zrealizowania jak najbardziej świeckich celów. O opóźnianiu postępu nauki nawet nie będę wspominał...

Nie jest to jednak książka dla wszystkich, jak sądzę. Mam wrażenie, że gdyby była czytana przez Romów, nie byliby ukontentowani. Wątek cygański zajmuje bowiem w książce wiele miejsca i umacnia on tylko wszelkie złe stereotypy, przedstawiając Cyganów jako złodziei i rozbójników, którzy nie cofną się przed żadną zbrodnią i z których żaden nigdy się nie podejmie uczciwej pracy.


Poza tym byłaby to książka ładna jak mało która, gdyby nie zdarzające się tu i ówdzie błędy oraz niezręczności. Wielkim minusem jest też brak odnośników przy wyrazach ewidentnie dla ogółu niezrozumiałych. Nie wierzę, by wielu czytało z książką w jednej ręce i mniej lub bardziej mobilną postacią googla w drugiej. Zamiast również uczyć, książka więc prawie wyłącznie bawi, co trudno uznać za zaletę. Należy jednak dla równowagi podkreślić, że sposób nakreślenia niektórych aspektów, na przykład spraw budowlano-architektonicznych, sugeruje naprawdę rzetelne przygotowanie merytoryczne autorki i w tym zakresie znacząco poszerza wiedzę czytelnika na temat ówczesnych realiów.


Opowieść czyta się bardzo przyjemnie, niczym baśń; nie zapiera tchu w piersiach, ale i nie nudzi. Niestety stylistycznie na kolana nie powala, choć ewidentnych błędów czy nieścisłości jest niewiele.


Ktoś może powiedzieć, że się czepiam szczegółów, ale po pierwsze diabeł tkwi w szczegółach, a po drugie w dzisiejszym zalewie niedoróbek zdarzają się wydania takie jak dawniej, bez błędów, pisane piękną polszczyzną, dopracowane w każdym szczególe, jak choćby wspaniałe książki
Małgorzaty Szejnert, które też były jakiś czas temu lekturami w naszym klubie. Wypada więc podkreślać przepaść między perfekcją a przeciętnością, podobnie jak między średnią i beznadzieją.

No i dotarliśmy do kardynalnego zagadnienia – warto po Ucznia architekta sięgać, czy też nie? Cóż – skłamałbym, gdyby stwierdził, że polecam tę pozycję gorąco. Z drugiej strony, mimo pewnych niedociągnięć, lektura tej książki to może nie wspaniała, ale na pewno dobra rozrywka. W dodatku mam wrażenie, że nie jest to historia, którą się po kilku dniach kompletnie zapomina, jak te w pierwszej chwili zachwycające powieści, które czyta się z zapartym tchem, ale po których w pamięci na dłużej kompletnie nic nie pozostaje.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

* Sinan, Hoca Mimar, postać historyczna (ur. 15 kwietnia 1489, zm. 17 lipca 1588) – nadworny architekt trzech sułtanów (Sulejmana Wspaniałego, Selima II, Murada III), twórca prawie 400 budowli (za Wiki)

 

„Tworzywo” Zbigniew Chrząszcz

„Tworzywo”

Zbigniew Chrząszcz

Lekturą stycznia 2017 w rawskim DKK była powieść Tworzywo Zbigniewa Chrząszcza, debiut tego autora. Oto czym kusi nas notka na okładce:

 

W różnych częściach Polski w niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode, piękne kobiety. Nie ma jednak śladów morderstwa… nie ma żadnych śladów. Niespodziewanie na trop w sprawie trafia komisarz z małego miasta – Nowego Romanowa, Marek Bielski. Jednak nie tylko policja szuka zaginionych kobiet. Powstaje nietypowa, interdyscyplinarna grupa śledcza, dowodzona przez ekscentrycznego profesora Kocha, która będzie musiała stawić czoła trudnej i wielowątkowej sprawie, przekraczającej granice Polski, a nawet ludzkiego pojmowania świata…

Niestety, schody zaczynają się już na samym początku, a cytat z trzynastej strony, fizjonomia emanująca skrywaną inteligencją, to tylko jeden z niezliczonych kwiatków, które skutecznie utrudniają lekturę. Szczerze mówiąc, styl jest poniżej krytyki. Może w podstawówce najniższej oceny za takie pióro „literat” by nie otrzymał, ale na pewno kilka razy wpis do Humoru zeszytów by sobie zapewnił. Co gorsza, nie o styl tu tylko i wyłącznie chodzi.

 

Maniery literackie są różne. Nie mam tutaj specjalnych upodobań. Równie dobrze trawię minimalizm Kena Bruena jak i malowniczą polszczyznę Sienkiewicza. Ważne, żeby pisarz na tyle dobrze czuł się w uprawianym kanonie, by czytelnik mógł sobie w swej wyobraźni stworzyć świat przez autora wymyślony, świat o którym czyta, zaludnić go przekonującymi postaciami i tym wszystkim, co autor w nim umieścił; by język giętki... i tak dalej. Niestety, prozie Chrząszcza daleko do spełnienia tych wymagań.

Z reguły mogę liczyć na pisarzy, o których się mówi, iż z niejednego pieca chleb jedli. Jeśli ktoś jest dobrym obserwatorem, to zwykle bogaty życiorys owocuje interesującą literaturą. Jeśli w dodatku potrafi ze swych obserwacji wyciągać celne wnioski, dokonywać ciekawych uogólnień, zaskakiwać oryginalnymi refleksjami, to już droga do naprawdę dobrej literatury. Niestety, tym razem mamy do czynienia z niechlubnym wyjątkiem, a Tworzywo poza słabiutkim warsztatem literackim razi nielogicznościami, błędami wszelkiej maści i w ogóle sprawia wrażenie, jakby napisał je ktoś mocno ograniczony, kto nawet patrząc na jakieś zjawisko nie jest w stanie niczego z niego pojąć. Jakby tego mało, intryga jest kompletnie nierealna, nieprzekonująca i tak wydumana, jak rzadko. Do tego żałosna i naiwna warstwa „filozoficzna”...

O dziwo w naszym DKK zdarzyły się osoby, które nie były aż tak zniesmaczone tą lekturą, jak większość. Może wytłumaczeniem tego ewenementu jest fakt, iż jak się w mej dociekliwości dowiedziałem, czytały... pomijając całe stronice, na których treść im nie odpowiadała, odcedzając czystą „akcję”.

 

Są w zasadzie dwa rodzaje kryminałów i powieści zbliżonych gatunkowo. Te, w których czytelnik usiłuje przed głównym bohaterem odgadnąć odpowiedzi na siedem złotych pytań kryminalistyki, oraz te, gdzie wszystko od początku jest wiadome a jedynym pytaniem pozostaje czy, i w jaki sposób, uda się protagoniście odkryć to, co przed czytelnikiem nie zostało ukryte. Niestety, jest też trzecia odmiana kryminału, której serdecznie nie cierpię, a której Tworzywo może być sztandarowym przykładem. To powieści, w których jedynym, co fascynuje czytelnika, jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: - W jaki sposób uda się autorowi uzasadnić wydumany modus operandi, który wydaje się nie mieć żadnego logicznego wyjaśnienia, żadnego umocowania w mogących zaistnieć procesach, w jaki sposób pisarz na koniec rozwikła to wszystko, co namotał?

Nie bez znaczenia jest na pewno fakt, iż nasz koordynator Tworzywo zamówił przez pomyłkę (zamiast Chmielarza wziął Chrząszcza). Skutki tej drobnej z pozoru pomyłki okazały się bardzo bolesne. Pomyłka przy wypożyczeniu, zwłaszcza gdy wybór jest bardzo ograniczony, to jedno. Bardziej zastanawia mnie, czym kierują się decydenci kupujący za publiczne bądź co bądź pieniądze takie „dzieła” jak Tworzywo. No, ale pewnie jakieś uzasadnienie mają. Ludzie są mistrzami w uzasadnianiu błędnych decyzji i ich bronienia z tym większą zaciekłością, im bardziej są chybione.

A na koniec sprawa, z jaką się jeszcze nigdy nie zetknąłem i na której określenie w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco dosadnych. Kiedy zaskoczyła mnie bardzo wysoka średnia ocena Tworzywa w serwisie LubimyCzytać.pl, porównywalna do arcydzieł literatury światowej, zacząłem przeglądać poszczególne oceny składające się na tę średnią. I zauważyłem, że zaraz po premierze powieści Chrząszcza powstało wiele fikcyjnych kont, które utworzono tylko w jednym celu - po to, by wystawić jednej jedynej książce jedną jedyną ocenę. Oczywiście ta książka to Tworzywo, które otrzymało najwyższą możliwą notę.


No cóż, jaka powieść, taka akcja marketingowa. Polak potrafi, dobre bo polskie i co tam jeszcze...

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

„Ucząc psa czytać” Jonathan Carroll

Na pewno nie o kynologii, czyli Ucząc psa czytać Jonathana Carrolla


Jonathan Carroll

Ucząc psa czytać

Najpierw pojawił się zegarek na rękę za dziewięć tysięcy dolarów. Potem stalowoszare porsche wraz z dowodem rejestracyjnym wypisanym na jego nazwisko. Jakby tego było mało, Tony Areal zdobył serce kobiety, o której śnił skrycie od wielu lat. Co sprawiło, że skromny urzędnik, będący pośmiewiskiem kolegów z pracy, stał się z dnia na dzień wybrańcem losu?

 

Przenikanie się świata realnego i świata marzeń sennych stawia głównych bohaterów tej historii wobec zaskakujących wyborów i dylematów, ale daje im też niewyobrażalne możliwości. Tylko Jonathan Carroll umie tak uchwycić „to coś”, co wymyka się chłodnej obserwacji, a Ucząc psa czytać dorównuje jego najlepszym opowieściom.

 

Tyle z okładki książki, która była lekturą grudnia 2016 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki. Szczerze mówiąc, gdy do niej zasiadałem, byłem pewny, iż już kiedyś coś tego autora czytałem, ale nawet po sprawdzeniu listy wydanych przez niego utworów nie przypomniałem sobie co. Inna sprawa, że jego nazwisko znane jest chyba każdemu miłośnikowi literatury bez alergii na sf, więc może mi się tylko zdawało (o fenomenie fałszywych wspomnień w następnej recenzji).

 

Wydanie od razu zwraca uwagę nietypową, intrygującą grafiką na okładce. Nie wiem, czy to zabieg udany marketingowo, ale przynajmniej obrazek wyraźnie i zarazem z klasą wiąże się z zawartością, z osią opowiadania.

Gdy zaczynałem czytać, byłem ciekaw, czy będzie to odkrycie, czy porażka, gdyż mam wrażenie, iż krótkie formy znacznie częściej niż powieści są albo dobre, albo złe, i znacznie rzadziej zasługują na oceny pośrednie niż rozbudowane utwory literackie.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał – wystarczająco dużo ujawnia notka wydawcy. Rzecz całą czyta się świetnie – od początku do końca. Zdecydowanie kręgosłupem opowiadania jest pomysł z przenikaniem się świata realnego i świata snów, ale jak dla mnie, jedną z najmocniejszych stron utworu jest po mistrzowsku poprowadzony wątek miłosny, co raczej nie jest normą w tym gatunku. Porównanie nocy spędzonej na miłosnych uniesieniach do układania chmur na niebie to piękna próbka klasy i oryginalności pisarza.

Choć jest amerykańskim Żydem, autor wyraźnie zrywa z euro-amerykańskim stereotypem, że takie rzeczy jak inteligencja, charyzma czy sex-appeal są dane raz na zawsze, tak jak kolor oczu. Intuicja czy zainteresowanie nowoczesną psychologią? Niezwykłe wydarzenia są pretekstem do ukazania, jak człowiek może okazać się całkiem innym, niż go znamy, jeśli zmienią się okoliczności.

 

Przy lekturze tego opowiadania trzeba dać się wybić z naszego codziennego widzenia tunelowego, z tych przyziemnych klapek na oczach ograniczających nasz świat do zawartości półek w supermarketach, stanu konta, pracy i pozycji społecznej, do rzeczy dotykalnych, mierzalnych gołym okiem. Kto tego nie potrafi, kto nie potrafi przenieść się w świat marzeń sennych albo w realia paradoksów fizyki kwantowej, ten raczej nie znajdzie w tej lekturze ukontentowania. Dla pozostałych będzie to świetna zabawa, w tym wszyscy w DKK byliśmy zgodni, choć interpretacja i odbiór nasuwają różne możliwości – wiele rzeczy nie jest do końca określonych i daje mnóstwo swobody wyobraźni czytelnika.

Nietrudno się już chyba domyślić, że polecam Ucząc psa czytać gorąco i z pełnym przekonaniem. A skąd taki tytuł opowiadania? Po przeczytaniu będziecie wiedzieć

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

 

„Marsjanin” Andy Weir

Robinson Crusoe na Marsie czyli jedyna powieść Andy’ego Weira

Andy WeirMarsjanin

Lekturą listopada w moim, czyli rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki był Marsjanin pióra Andy’ego Weira. Nie od rzeczy będzie dodać, że jest to jak dotąd jedyna znana powieść tego Amerykanina. Oczywiście nie świadczy to ani na jej korzyść, ani na niekorzyść.

 

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

 

Tyle notka wydawcy i ja też o fabule wiele więcej nie powiem. Kto zechce, doczyta sobie.

 

Od samego początku Marsjanin sprawił na mnie wrażenie klonu Przypadków Robinsona Crusoe. Może to nie przypadek, że autor wcześniej obracał się w świecie produkcji gier komputerowych, w którym odgrzewanie starego pomysłu nie jest niczym zdrożnym. Szkoda tylko, że w tym remake’u powieści Daniela Defoe brak odpowiednika Piętaszka. Miejscami nużył mnie również urodzaj pseudo-profesjonalnych szczegółów, które samemu można wygrzebać sobie w Internecie oraz nadmiar błędów rzeczowych i stylistycznych miejscami przechodzących w prawdziwy bełkot*. Zła passa chyba mnie ściga, gdyż znów trafiłem na książkę, w której spomiędzy pozorów inteligencji wyziera brak podstawowej wiedzy choćby z zakresu fizyki, jak na przykład w cudownym cytacie:

 

Statek będzie leciał wystarczająco szybko, żeby opór powietrza nie miał znaczenia...

 

To już nie złota, ale diamentowa czcionka!

 

Kiedy po zakończonej lekturze przejrzałem recenzje w Internecie, w większości wręcz bałwochwalcze, byłem zdumiony. Rozumiem oficjalnych recenzentów, którzy nie mają innego wyjścia niż pisać z zachwytem o książkach objętych patronatem znanego serwisu, ale krytycy niezależni? Czy nie ukończyli fizyki i logiki na podstawie szkół podstawowych i średnich? Czy nie widzą wtórności pomysłu, naciąganych założeń, płytkości i sztampowości tego „dzieła”? Jak można w swych ocenach zrównać Weira z tytanami SF, albo (hańba) wywyższyć go ponad rodzimego Lema?

 

Pewnej wskazówki do wyjaśnienia tego stanu rzeczy upatrywałbym w historii Marsjanina. Nikt nie chciał tej produkcji wydać, czyli nie zdobyła ona uznania nikogo, kto się w świecie literatury obracał. Dopiero, gdy self publishing przyniósł książce uwielbienie mas (czytaj plebsu), czym jednoznacznie zaczęła rokować na zyski, wydano ją z obowiązkowym wynikiem w postaci bestselleru. Logicznym krokiem była ekranizacja**, by na fali efektów akcji marketingowej książki wydobyć z tego pomysłu za jednym zamachem jeszcze więcej kasiorki.

 

Pocieszające dla mnie było to, że w naszym DKK oceny były dużo bardziej wyważone niż w Internecie i w zasadzie można je zawrzeć w takim uśrednieniu: budżetowa literatura, na pewno bez uzasadnionych aspiracji do literatury z wyższej półki; jak najbardziej do poczytania, choć miejscami może nużyć i nudzić.

 

Co do filmu, to wypada chyba nawet lepiej niż książka, co jest wyjątkiem w konkurencji film vs book. Duża zasługa w tym Matta Damona jako odtwórcy tytułowej roli, a odrzucenie zbędnych książkowych pseudotechnikalii też okazało się udanym zabiegiem.

 

Ani od książki, ani tym bardziej od filmu, nikogo więc nie odciągam, ale jest tyle lepszych rzeczy do przeczytania i obejrzenia, a życie takie krótkie, że chyba specjalnie poszukiwać akurat tego tytułu nie ma sensu

 

 

Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie



* Nie dociekam tutaj, które błędy są sprawką tłumacza, a które autora, oceniam bowiem książkę, czyli konkretne wydanie w konkretnym tłumaczeniu.
** Marsjanin(2015) The Martian reżyseria: Ridley Scott, Matt Damon jako Mark Watney

 

Afganistan

Czytaj więcej: Afganistan

Afganistan

Khaled Hoseini-pisarz afgańskiego pochodzenia, autor znakomitych powieści „Chłopiec z latawcem”, czy Tysiąc wspaniałych słońc” jest także twórcą książki „ I góry odpowiedziały echem” Zaczyna się pięknie wzruszającą opowieścią snutą przez ojca o poświęceniu, ofierze, tęsknocie. Opowieść ta stanowi klucz interpretacyjny do historii opowiedzianej w tym utworze. Rodzeństwo starszy Abdullach i młodsza siostra Parii żyją w biednej afgańskiej wiosce. Ojciec wiecznie szuka pracy, a macocha nie potrafi zastąpić dzieciom matki dlatego ojciec decyduje się pewnego dnia na dramatyczny krok, oddaje małą córeczkę do adopcji zamożnym ludziom. Kochające się rodzeństwo zostaje rozdzielone. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić, a decyzja którą podjął odciśnie piętno na życiu obojga bohaterów. Hosseini po kolei wprowadza nowych bohaterów i snuje opowieści często rozdzierające serc, ale nie pozbawione nadziei. Tak jest i tym razem. Choć uważam, że gdyby Hosseini skoncentrował się na historii rodzeństwa to powstała by opwieść o większym ładunku emocjonalnym bardziej przejmująca i poruszająca. Nie zmienia to jednak faktu ,że powieść „ I góry odpowiedziały echem” to piękna historia o miłości, poświęceniu i tęsknocie o ludzkich wyborach i konsekwencjach. Historia opowiedziana pięknym językiem,momentami tkana ze smutku i bólu, momentami z miłości i nadziei. I choć nie robi takiego wrażenia jak „Chłopiec z latawcem” to jest powieść,której bohaterów i ich losy warto poznać.

Recenzja książki "Lato przed zmierzchem"

Kate Brown ma czterdzieści pięć lat, męża, czworo prawie dorosłych dzieci i „od pewnego czasu przymierza myśli tak jak sukienki zdejmowane z wieszaka”. Ta powieść to właśnie głównie myśli bohaterki, to świetny portret wewnętrzny Kate, dla której zaczyna się kolejne lato. Czy jak zwykle będzie „przytulną bazą” dla dzieci i ich gości?

Tym razem ma być inaczej. Mąż – neurochirurg wyjeżdża na cztery miesiące do pracy w Bostonie, ma towarzyszyć mu córka. Trzej synowie też mają swoje plany wakacyjne. Przed Kate zaś otwierają się możliwości pracy tłumaczki na konferencji organizacji Żywność dla Świata. Pierwsza od 25 lat małżeństwa praca będzie dla doktorowej Brown punktem wyjścia do przyjrzenia się swemu dotychczasowemu życiu. Kolejne zdarzenia  będą pretekstem do swoistego obrachunku z przeszłością i do postanowień na przyszłość.

Wyjazd do Hiszpanii i krótki, raczej nieudany, romans z młodszym mężczyzną, tajemnicza choroba, powrót do Anglii, pobyt w hotelu, potem w mieszkaniu młodej Maureen – to wszystko nie jest właściwie ważne. Są to kolejne etapy, które dla bohaterki stanowią okazję, by móc analizować pamiętny rok pobytu u dziadków w Portugalii, lata małżeństwa z Michaelem, wychowywanie dzieci.

Kate dochodzi do wniosku, że przez te wszystkie lata jej główną cechą była umiejętność przystosowania się do innych, zdaje sobie sprawę, że rodzina ma swoją koncepcję jej osobowości, w którą ona się wpasowała.

Lessing daje swojej bohaterce całe lato, a nawet czas aż do października, by mogła zastanowić się , co dalej. Czytelnik ma okazję śledzić bieg myśli Kate, odtwarzać z nią ważne zdarzenia, analizować jej pozycję w rodzinie, relacje z mężem. Pisarka uświadamia, że kobiecie wciąż przypisuje się określoną rolę, postrzega ją jako tę, która kieruje, organizuje, dopilnowuje, martwi się , nakazuje, czyli krząta się nieustająco.

Ta nieznośna „krzątanina”, jak się często okazuje, bywa lekceważona przez najbliższych, często jest wręcz denerwująca, bo zamienia się w gderaninę. Kate dostaje szansę, by próbować coś zmienić. Jej myśli często biegną w stronę przyjaciółki Mary Finchley, która jest zaprzeczeniem rozsądnej i zorganizowanej pani Brown.

Czy siwe włosy staną się dla bohaterki deklaracją jej postawy: „nie, nie, nie, NIE”? Czy to właśnie lato będzie tym przed zmierzchem? Co oznacza ten zmierzch? Czy ma nim być może menopauza, początek procesu starzenia się, a może radykalna zmiana postępowania? Tylko dlaczego miałby to być zmierzch, Kate ma tylko, czy może aż, 45 lat?

Jakie znaczenie mają sny o foce? Sennik mówi, że są znakiem, iż należałoby uporządkować swoje myśli lub natłok uczuć. Skoro Kate zakończy pomyślnie wielonocny sen z foką, to czy i w życiu realnym osiągnie spokój, czy da sobie wolność i co ona właściwie miałaby dla niej znaczyć?

Wiele pytań pojawia się w trakcie czytania i po jego zakończeniu. Lessing każe zastanowić się nad nimi, próbować dać sobie odpowiedzi, odnaleźć w Kate siebie. Przeczytałam tę powieść dwukrotnie i doświadczyłam takiego właśnie wrażenia. Myślę, że może być ono udziałem bardzo wielu kobiet odnajdujących swoje rysy w bohaterce, choćby tę „krzątaninę”, sprawiającą, że umykają nam rzeczy znacznie ważniejsze.

„Lato przed zmierzchem” to mądra i wspaniała powieść z mistrzowsko nakreślonym portretem kobiety. Polecam ją gorąco, podobnie jak „Piąte dziecko” i „Podróż Bena”. To książki godne Noblistki.

 

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Szybki Koniec warty. Recenzja powieści Stephena Kinga

Trzeci i ostatni tom cyklu o Billu Hodgesie czyta się jednym tchem. Wydawało mi się, że Koniec warty będzie powieścią, która skupi się na emocjonującym pojedynku detektywa z psychopatycznym mordercą. Stephen King postanowił jednak trochę zagmatwać całą sprawę. Autor dość schematycznie prowadzi bohaterów pierwszo- i drugoplanowych oraz głównego przeciwnika. Na szczęście styl Kinga jest na tyle przyjemny w odbiorze, że w czasie lektury nie odczuwa się tego mocno. Jednym słowem jest to książka, z którą można przyjemnie spędzić słoneczne majowe popołudnie.

Bez mojej zgody Jodi Picoult DKK Uniejów

Bardzo pouczająca książka, dająca wiele do myślenia. Książka mówiąca o tym  jak daleko mogą posunąć się rodzice  w walce o życie i zdrowie jednego dziecka kosztem drugiego dziecka. Anna została poczęta w sztuczny sposób. Tak aby jej tkanki wykorzystały pełna zdolność z tkankami siostry chorej na białaczkę. W wieku trzynastu lat przeszła już niejedna operację, wielokrotnie oddawała krew. Praktycznie gdy siostra trafiała do szpitala, to ona również tam musiała być. Całe jej życie było podporządkowane potrzebom siostry. W pewnym momencie buntuje się, postanawia wziąć sprawę do swoje ręce. Wynajmuje prawnika, występuje do sądu przeciw rodzicom. Chce samodzielnie decydować o swoim zachowaniu i życiu. Jednocześnie przeżywa straszny dylemat powiedzieć nie, że odmawia oddania nerki siostrze oznacza dla tej drugiej śmierć. Paradoksalnie w dniu gdy sąd orzeka o jej prawie do samodzielnego decydowania o sobie w kwestiach medycznych ginie w wypadku samochodowym. Narządy trafiają do przeszczepów. Siostra otrzymuje nerkę, odzyskuje zdrowie. Cel został osiągnięty, czy aby na pewno?

Recenzja ksiażki "Rury" Etgara Kereta

Debiutancki tom izraelskiego pisarza Etgara Kereta zawiera 54 opowiadania. Mieszczą się one na 194 stronach, widać więc jak są krótkie. Pierwsze z nich „Astma” ma zaledwie pół strony i to ono może być punktem wyjścia do zrozumienia oszczędności słów: „Mijasz sterty słów, które przychodzą ci do głowy. Wybierasz najważniejsze”. Tak z konieczności robi człowiek mający atak astmy, ale może to jest wskazówka i dla innych.

Etgar Keret na pewno stosuje się do niej i proponuje czytelnikowi szeroką gamę najróżniejszych tematów w swoich miniaturowych opowiadaniach:  jest wojsko, konflikt izraelsko – palestyński, szkoła, rodzina, miłość, śmierć, piekło. Pisząc o ważnych, bolesnych, niekiedy porażających sprawach pisarz często posługuje się groteską, stwarza absurdalne i humorystyczne sytuacje, nie stroni od dosadnego słownictwa.

Wiele opowiadań otwiera różne możliwości interpretacyjne. Tytułowe „Rury” każą się zastanowić nad śmiercią i tym, co po niej; czy da się dołączyć do aniołów grających w kulki? Bóg – Karzeł też żongluje kulkami, jak wytłumaczyć sobie taką metaforę? A co z integracją w raju – czy powinno się ją znieść?

Zasygnalizowałam zaledwie kilka pytań, które mogą się pojawić w trakcie czytania, jest ich oczywiście o wiele więcej. Można próbować znaleźć odpowiedzi, rozszyfrowywać metafory zawarte w niektórych tytułach, np. „Kołysanka czasu” czy „Nektar z mitów”. Można też po prostu śmiać się, czytając o porzuconym przez dziewczynę Meirze, który pije z krasnoludkami i gra z nimi w karty. Mnie to opowiadanie rozbawiło do łez.

Keret  potrafi też zaskakiwać i śmieszyć nieoczekiwanymi zakończeniami, np. w nawiązującej do Biblii „Pladze pierworodnych” czy „Katzensteinie”. Jest liryczny w pięknym opowiadaniu „Dziś są urodziny”, przejmująco smutny w „Julii”, zagadkowy w „Płycie”.

Wymieniłam kilka tytułów, które na mnie zrobiły największe wrażenie, wywołały emocje. Uważam, że warto zapoznać się z tym zbiorem 54 opowiadań izraelskiego pisarza o polskich korzeniach, który w 2016 roku otrzymał obywatelstwo polskie. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie u „mistrza krótkiej formy”.

Ogniem i laserem. Recenzja powieści Andrzeja W. Sawickiego pt. Smocze koncerze

Smocze koncerze to moje pierwsze spotkanie z twórczością Andrzeja W. Sawickiego.  Spotkanie, które pozostawiło po sobie niejednoznaczne odczucia, stąd tak dobrany tytuł recenzji odwołujący się do dzieł Bartosza Walaszka, bowiem ta powieść ma równie wiele plusów, co minusów, jakby nad jej powstaniem pracował Bogusław Łęcina razem z panem Wiesiem.

Smocze koncerze opowiadają o inwazji obcych na Turcję w połowie XVII w. , przeciw czemu muszą zjednoczyć się wszystkie potęgi Europy – co doprowadza do Odsieczy Wiedeńskiej na opak – gdy razem z bisurmani husaria i wojska Świętego Cesarstwa Rzymskiego ruszają na Stambuł, który obcy uczynili swym przyczółkiem na Ziemi. Na tle tak dramatycznych wydarzeń przewijają się losy kilkunastu bohaterów z tego i nie z tego świata.

Za duży plus powieści należy uznać sam pomysł inwazji jak i pochodzenie obcych – istot, które funkcjonują w niematerialnym równoległym wymiarze – wymiarze informacji, a co przypomina nieco koncepcję Inmaterium z Warhammera 40 000.

Kolejną zaletą powieści są wiernie oddane realia siedemnastowiecznego Stambułu, dobrze zarysowana została także para głównych bohaterów – Talaz Tayvar i Dorota Falak. Pozostałe postacie, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe niestety przedstawione zostały o wiele gorzej. I w tym miejscu niestety kończą się plusy powieści, a zaczynają minusy, których jest całkiem sporo. Zacznijmy od postaci przewijających się na kartach książki, które, poza parą głównych bohaterów, zostały zredukowane nierzadko do roli statystów, szybko i mało przekonująco nakreślonych, tańczących jak im autor zagra, bez scen refleksji podejmujących decyzje, które mają popchnąć fabułę w pożądanym kierunku. Właśnie w tym tkwi główny problem fabuły, punkty zwrotne mają miejsce poza narracją, a czytelnik jedynie jest informowany o skutkach, jak wtedy gdy Talaz zostaje zabrany na tortury z rozkazu Kary Mustafy i pojawia się znów, po tym gdy przekonał dowódcę janczarów do zmiany decyzji, ale nie wiemy jak i kiedy to się stało. Czytelnik otrzymuje jedynie informacje, że coś się stało i akcja przeskakuje, jak w kalejdoskopie do kolejnych scen, które gwałtownymi przeskokami w połowie książki prowadzą do punktu kulminacyjnego, czyli sprowadzenia sprzymierzonych armii pod zajęty przez obcych Stambuł. I to jest właśnie główny problem tej książki, brak głębi, akcja jedynie prześlizguje się po wierzchołku wydarzeń jak surfer po powierzchni fali. Być może z uwagi na napięty plan wydawniczy autor stworzył jedynie główną linię fabuły i nie zdążył wypełnić tła pozostałymi scenami.

Również wiele postaci drugoplanowych jest całkowicie zbędnych, pojawiających się jedynie jako tło pary głównych bohaterów. Notabene odniosłem wrażenie, że w trakcie pisania autor postanowił podzielić jednego bohatera na dwóch: Semena Błońskiego i Jakuba Kęsickiego, a którzy tworzą przez całą powieść jedną linię fabularną związaną z postacią Jitki: najpierw Jakub, a następnie Semen.

Choć autor zadbał o poprawność historyczną powieści, to jednak wkradły się drobne, ale rażące błędy, jak określenie, że husarze wyglądali zabójczo, czy nazwanie Jitki przez jednego z bohaterów mianem „głupiej siksy”.

Odnośnie stosowania przez autora nagminnie współczesnego żargonu technicznego nie mam mu tego za zarzut, naprawdę trudno wymyślić zrozumiały dla czytelnika siedemnastowieczny odpowiednik gravitonu, mecha czy exoszkieletu. Inna sprawa, że jakoś nie jestem przekonany, że nawet obca inteligencja, zdolna kształtować informacją materię, byłaby w stanie stworzyć od ręki w oparciu o kuźnie i ludwisarnie broń plazmową i maszyny latające.

Podsumowując, nie jest to wybitna książka, ale przyjemne czytadło. Miał być S.M, Stirling, David Drake czy Harry Turtledove ale wyszło jak zawsze – po polsku. Dlatego daję 4.

„ Potem" którego nie będzie


W londyńskiej szkole rozgrywają się zawody, gdy wybucha pożar. Grace matka Jenny i Adama wbiega do środka budynku by ratować córkę, gdy nagle coś uderza ją w głowę, traci świadomość,zapada w stan śpiączki. Uwalnia się ze swojego ciała i spotyka „ducha" swojej córki,
która znajduje się w tym samym szpitalu. Obie nie wiedzą kim lub czym są żyją, ale mogą poruszać się tylko poza ciałem. Razem przechodzą przez koszmar i z góry obserwują toczące się życie. Dowiadują się że szkoła spłonęła nie przypadkowo. Kto podłożył ogień? Czy dyrektorka chcąca wyłudzić odszkodowanie,czy dręczyciel Jenny? Tymczasem w szpitalu okazuje się że przed Jenny kilka tygodni życia jeśli nie znajdzie się dawca serca ... Aby znaleźć odpowiedź na te pytania należy sięgnąć po powieść „Potem" autorstwa Rosamund Lupton.
Książka została napisana znakomicie. Kolejne zdania , fragmenty historii snutej przez autorkę są niezwykle prawdziwe i bardzo przejmujące. I choć czasami domyślamy się jaki być może finał tej historii to do ostatniej strony kibicujemy jej bohaterkom, utożsamiamy się z nimi w napięciu śledzimy ich losy. Rosamundt Lupton niczego w swej książce nie pozostawia przypadkowi. Każde
posunięcie, każda opowiadana historia tworzą elementy układanki, które dopiero na końcu
układają się w całość. Początkowo nic nie jest tym, czym wydaje się być i nikt nie jest tym za kogo się podaje. Ludzie oszukują, starają się zataić rzeczy bardzo istotne dla sprawy. Sytuacja zmienia się wielokrotnie jak w kalejdoskopie zaskakując czytelnika.
„Potem" to intrygująca powieść, która wciąga czytelnika od pierwszych zdań i nie daje wytchnienia do ostatniej strony. POLECAM








Wtedy o powojennym Krakowie. Recenzja książki DKK Uniejów

Joanna Olczak-Ronikier wnuczka Jakuba Mortkowicza założyciela wydawnictwa i księgarni w Warszawie opisuje cztery powojenne lata. Po wojennej zawierusze jako dziesięcioletnia dziewczynka odnajduje matkę i babkę w Krakowie. Dzięki pomocy Jana Gebethnera właściciela  firmy wydawniczej Geberthner i Wolff zamieszkują w kamienicy przy ul. Krupnicza 22 w Domu Literatów. Mieszkania są bardzo małe i przeludnione, w jednym lokalu przeważnie przechodnim miała po kilka osób, nie zawsze ze sobą spokrewnionych. Jedni mieszkają krócej , a inni pozostają na dłużej. Autorka tej książki ma za sąsiadów Annę Żeromską wdowę po pisarzu i ich córkę Monikę. Mieszkał tam Tadeusz Kwiatkowski, Michał Rusinek, Czesław Miłosz, Jerzy Andrzejewski, Janina Brzostowska, Stefan Kisielewski z rodziną, Stanisław Dygat, Leopold Staff. W takim środowisku żyła Joanna Olczak. K. I. Gałczyński napisał do niej w 1950 list- wiersz kiedy zdawała maturę.

Książka bardzo ciekawa oparta na wspomnieniach, jak również na gromadzonych przez babkę i matkę dokumentach, listach, wycinkach prasowych. 

Recenzja ksiażki "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa

Kolejna, trzecia, lektura tej książki i zachwyt absolutny. Podążyłam więc za narratorem, który nawołuje: „Za mną czytelniku!” Tłumaczy, że  jest „rzetelnym sprawozdawcą, ale przecież człowiekiem postronnym”. Bardzo podoba mi się taka konstrukcja narratora; wiele razy ujawnia swoją obecność, komentuje i zapowiada przyszłe zdarzenia.

A dzieje się wiele. Woland i jego świta urządza sobie w Moskwie diabelski karnawał, choć to przecież maj, zwieńczony wspaniałym „wiosennym balem pełni księżyca” z korowodem grzeszników.

W teatrze Varietes spada z sufitu deszcz pieniędzy, czy „czerwońce” zachowają jednak swą wartość?

Czarny kot Behemot pije wódkę i zagryza  ją marynowanym grzybkiem, oczywiście mówi, chodzi na tylnych łapach i ma jeszcze wiele umiejętności nieznanych naszym swojskim Mruczkom. Mój czarny kot też nie wpisuje się w klimaty Bułhakowa, szkoda.

Absurdy życia w Moskwie w latach trzydziestych XX wieku splatają się z magią, z niesamowitymi zdarzeniami. Nic nie jest oczywiste. Szatan czyni dobro, choć przecież ma być zły. Klinika psychiatryczna wydaje się miejscem, w którym są ludzie zdrowi psychicznie.

Jest tam i tytułowy mistrz, autor powieści o Piłacie włączonej w tok narracji. To dla mnie wspaniała opowieść o postaci zarysowanej zaledwie w każdej z czterech ewangelii. Tu ukazany jest jako człowiek targany różnymi wątpliwościami, zdający sobie sprawę ze swego tchórzostwa, a ono, jak sam mówi, „jest ułomnością najstraszliwszą”.

O „Mistrzu i Małgorzacie” można by długo pisać, mówić, najlepiej jednak siąść samemu do lektury, by móc potem, jak Korowiow „śpiewać monotonnie – Jestem zachwycony… Jesteśmy zachwyceni…”

Trwając zaś w zachwycie, odkrywać powieść na nowo w kolejnych lekturach, szukać ukrytych symboli, motywów literackich i biblijnych, wynotować mądre myśli i charakterystyczne cytaty ze słynnym „rękopisy nie płoną”, „nie ma dokumentu, więc nie ma i człowieka” czy „każdemu będzie dane to, w co wierzy”. Zastanawiać się nad potęgą miłości, która połączyła mistrza i Małgorzatę i może żałować, że nie usłyszymy już rozmowy Piłata, uwolnionego przez mistrza, z Jezusem. Procurator Judei wkracza wreszcie na księżycową ścieżkę, by móc dopowiedzieć coś, czego nie zdążył „dawno temu, czternastego dnia wiosennego miesiąca nissan”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki:Guguły W.Grzegorzewska- DKK Uniejów

„ Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, to obraz życia na wsi widziany oczami głównej bohaterki w okresie od dzieciństwa do nastoletności. Wioletka boryka się z różnymi sytuacjami i trudnościami życiowymi, w których sama musi dokonywać wyborów. Powoli dorasta i dojrzewa jak owoc, aby na końcu podjąć ważna decyzję. Grzegorzewska w zbiorze krótkich opowiadań opisuje życie mieszkańców wsi na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego stulecia.

Świetnie pokazane czasy PRL, realistyczne opisy działające na wyobraźnię czytelnika np. zapach zgnilizny sieni, zaspy śnieżne, dorodne słodkie wiśnie oraz zwyczaje panujące na wsi  np. darcie pierza, przyjmowanie obrazu Matki Boskiej. 

Recenzja książki: Chodziło o miłość R. Rient- DKK Uniejów

 „ Chodziło o Miłość” Roberta Rienta to opowiadanie o trudnej miłości między dwojgiem ludzi z bagażem obciążeń psychicznych z przeszłości.

Arek wychowany bez ojca, matkę trwającą w apatii po odejściu męża, surową i zrzędliwą babkę.

Justyna z zaburzeniami osobowości, chronicznym uczuciem pustki, napadami złości, wychowana bez matki przez despotycznego ojca.

Oboje pozbawieni wsparcia, ciepła rodzinnego. Nie potrafią sobie radzić z uczuciami i emocjami w dorosłym życiu. Miłość, troszczenie się o drugiego człowieka powoli zmienia ich psychikę. Chcą żyć normalnie, zaczynają panować nad negatywnymi emocjami.

„Zakochani mają łatwiej. Mają łatwiej przez energię, która zmienia słowo chciałbym na chce” – pisze autor.

Warszawa na zawsze utracona Recenzja powieści Łukasza Orbitowskiego pt. Widma

Od lat historycy zastanawiają się jak potoczyłaby się historia, gdyby Powstanie Warszawskie nie wybuchło. Historia alternatywna, jaką serwuje nam Łukasz Orbitowski w Widmach nie daje na to prostej odpowiedzi. Głównym bohaterem tej powieści jest niewątpliwie miasto. Plastyczne opisy Warszawy ukazują ją jako miasto skazane na zagładę. Podobnie jest z bohaterami tej powieści. O Krzysztofie Kamilu Baczyńskim czytamy: "sprawia wrażenie człowieka, który ładnie umrze, ale z zabijaniem może mieć kłopot”. Wszyscy bohaterowie starają się odnaleźć w nowej komunistycznej rzeczywistości. Tracą aurę szlachetności. Dokonują wyborów. Nie zawsze tych moralnie właściwych. Mierzą się z życiem w mieście skazanym na to by zawsze pozostało "krwawym teatrem". Po lekturze tej książki zadawałem sobie pytanie czy śmierć w Powstaniu nie była paradoksalnie lepszym rozwiązaniem dla jej bohaterów niż swoista śmierć za życia, na którą skazał ich Łukasz Orbitowski na kartach swojej powieści.

Recenzja książki Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych DKK Uniejów

 

               Książka Marty Fox pt. „ Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych” jest pisana w dniu 53 urodzin autorki. Biografia „ czy aby prawdziwa”. Rodzaj terapii, podsumowanie dotyczące życia. Autorka mieszka w Krakowie dwukrotnie wychodzi za Janusza tego samego, pierwszy  rozwód jest wynikiem jej romansu z poetą z Gdańska- Zbyszkiem. Z Januszem jest jej dobrze, czuje się z nim bezpiecznie. Ma dwie córki ich wychowanie jest dla niej bardzo ważne, zawsze liczy się ze zdaniem swoich dzieci. Z myślą o nich w pewnym sensie powstały książki które mają na celu wprowadzić je w świat dorosłości. Pisała o gejach, przemocy w rodzinie, molestowaniu. Była przez to bardzo krytykowana przez ludzi zwłaszcza matki mówią o braku moralności. Dla niej natomiast matki te były dwulicowe, zwłaszcza ślub kościelny szybko, aby nie było widać ciąży. Córki z własnych chęci przyjęły Komunię dopiero w wieku 18 lat. Kiedyś była potulna, łagodna. Teraz się już zmieniły te cechy jej charakteru, teraz umie stawiać warunki, jest tez pracoholiczką, perfekcjonistką. Pisanie to dla niej wolność, minęły czasy gdy kobiety służyły zaspokajaniu męskich pragnień poświęcała się Fox to dziwi. Dla niej mężczyźni i kobiety maja takie same prawa. Poruszona w powieści data śmierci Papieża 02.04.2005 r. jest jednocześnie datą ślubu jej córki.

 

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, Znak, Kraków 2013.

Jak silna może być miłość? Jakie są granice wytrzymałości kochającej kobiety? Jak różne mogą być światy dwojga kochających się ludzi? Jakiego poświęcenia można oczekiwać od drugiego człowieka? – Te i wiele innych pytań rodzi się podczas lektury książki Grażyny Jagielskiej Miłość z kamienia. Spotkanie konstantynowskiego Dyskusyjnego Klubu Książki z dnia 17 marca b.r. było bardzo emocjonalne. Nic w tym dziwnego, zważywszy, że zebrani mieli bliski kontakt z wiwisekcją psychiki kobiety doświadczonej stresem bojowym. Niezwykle intymna opowieść, w której Jagielska próbuje analizować, już z perspektywy czasu, własne doznania skonfrontowane z pasją dziennikarską męża, znanego korespondenta wojennego, Wojciecha Jagielskiego. Bezkompromisowo, autoterapeutycznie, autorka obnaża przed czytelnikiem najintymniejsze zakamarki swej psychiki sięgając retrospektywnie po historie wyjazdów, nerwowego wyczekiwania i powrotów męża. Czy ciągłe napięcie może doprowadzić do pragnienia śmierci ukochanej osoby? Niech się stanie już to, co stać się musi, byle teraz, byle nie tkwić w zawieszeniu? Historia Grażyny Jagielskiej pokazuje, jak słaby i jednocześnie silny jest człowiek. Z kolei więź z bliskim człowiekiem może stać się katorgą. Jagielska odsłania przed czytelnikiem mroczną stronę kariery męża, który bezwiednie obarczył żonę jarzmem ponad jej siły, sam wychodząc z potyczek z losem zwycięsko. Interesująca jest konstrukcja książki, oparta w dużej mierze na dialogu z owładniętym obsesją śmierci Julianem, pacjentem kliniki, w której leczy się autorka. Oderwani od czasu i przestrzeni tworzą własną rzeczywistość z okruchów przeszłości i własnych wizji. Wyraźna jest granica między pacjentami zamkniętymi w zaklętym kręgu obsesji, a światem realnym. Powrót, przebicie się przez pancerną szybę mikroświata Jagielskiej są niezwykle trudne, zarówno dla niej, jak jej bliskich. Oknem być może jest pisanie.

Książkę klubowicze polecają, choć z zastrzeżeniem, że jest to lektura trudna, wymagająca natężonej uwagi i odpowiedniego nastawienia psychicznego.   

Recenzja książki Agaty Passent „Kto to pani zrobił”

Felietony publikowane przez Agatę Passent w miesięczniku „Twój Styl” zostały ułożone w sześciu rozdziałach: „Baba w futrze, czyli z życia Polaka”, „Pasożytka, czyli z życia warszawki”, „Szeherezada z mokrą szmatą, czyli z życia kosmopolitki”, „Doświadczona dziewica, czyli z życia matki, żony i kochanki”, „Mężczyzna w lufciku, czyli z życia myśliciela” i „Tanio zepsuję, czyli z życia mego”.

Tytuł zbioru pochodzi od jednego z felietonów, w którym autorka zastanawia się, jak odróżnić partacza od poprawiacza i dochodzi do wniosku, że „nie da się, bo to często jeden i ten sam mężczyzna”. Jest tu przy okazji prześmiewcze pokazanie, jak to u nas każdy jest ekspertem od wszystkiego i uwielbia krytykować wszystkich wokół.

Felietony, jak to charakterystyczne dla tego gatunku, dotykają różnych tematów i cechują się złośliwością w komentowaniu. Owszem, tak też jest w przypadku autorki, choć złośliwość nie jest tu przesadna. Służy głównie podkreśleniu naszych rodzimych wad, przywar, kultywowania jakimś narosłym przez lata przyzwyczajeniom i często niedobrym nawykom czy ulegania sile tradycji.

Agata Passent próbuje np. rozprawić się z tradycyjnym postrzeganiem mężczyzny jako ojca, będącego jedynie „pomocnym przy dzieciach”, zwraca uwagę na równość płci, np. przy zawieraniu bliższych znajomości. Ma niewątpliwie poglądy feministyczne, a wiele trafnych obserwacji wynika u niej z licznych doświadczeń życiowych. Jest córką sławnych rodziców, miała w dzieciństwie dwa domy, grała w tenisa, studiowała zagranicą, mieszka w Warszawie.

A w stolicy, jak pisze, nie jest lekko, „trwa licytacja cierpienia”. To zresztą dotyczy chyba nie tylko Warszawy, często prześcigamy się w opowiadaniu innym, jak to nam źle, przy okazji obmawiając bliźniego. No bo „pielęgnować w sobie życzliwość – to grozi robieniem z siebie barana”.

Wiele trafnych spostrzeżeń można by jeszcze wynotować, na wiele spraw istotnych, poruszanych przez Passent, zwrócić uwagę. Najlepiej jednak samemu zmierzyć się z lekturą i raczej dawkować sobie po kilka felietonów na raz. Nie wszystkie pewnie wzbudzą jednakowe zainteresowanie, ja przy niektórych trochę się nudziłam. Są wszakże takie, gdzie humor się „iskrzy” i głośny śmiech towarzyszy czytaniu.

Docenić należy erudycję i oczytanie autorki, jej dystans do siebie i świata, „przymrużenie oka” widoczne nie tylko na okładce. Mimo że autorka unika pisania o życiu prywatnym, to jednak nie udało się jej uniknąć wątków osobistych i mnie felietony z ostatniego rozdziału, „czyli z życia mego” podobały się najbardziej, zwłaszcza bardzo ciepły w tonie poświęcony ojcu na 75.urodziny.

Kończąc, chciałabym bardzo polecić książkę „Kto to pani zrobił”. Nie chciałabym poczuć się jak „polecacz i doradzacz”, a do krytyka mi raczej daleko. Zaznaczam jednak, że bardzo uważnie przeczytałam wszystkie felietony i jestem szczera w swej ocenie, bez obawy o „utratę pracy i życia”. Nawiązuję tu do felietonu „Gorąco polecam”, życząc miłej lektury tego i pozostałych tekstów Agaty Passent.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi