Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Oblivion Song - Pieśń Otchłani

Pierwszy tom nowej serii prezentuje się smacznie. Realistyczna i dynamiczna kreska oraz odwzorowanie ludzkich twarzy z jej wszystkimi możliwymi wariantami odczuć powodują, że komiks łyka się szybko, chociaż tematyka nie jest specjalnie optymistyczna. Mamy tradycyjnie podaną sytuację „w” – wpadamy znienacka w sytuację już wykreowaną i musimy zastanowić się, kto, z kim i dlaczego.

Autorzy nie dają nam chwili oddechu, bo akcja jest nakreślona zamaszyście i sensownie dawkowana. Początkowo sposób ukazania sytuacji po katastrofie był lekko denerwujący – mamy tajemnicę i dziwne zdarzenie, które dotknęło Filadelfię. Tysiące ludzi zginęło, gdy część miasta przeniosła się do innego wymiaru. W zamian miasto otrzymało kawałek świata z mniej przyjemnymi żyjątkami. I jest zona. Niczym w znanej nam serii. Badacze, awanturnicy i ziemcy, którzy zostali w obcym środowisku, ale przecież dla nich to dom… Dylematy moralne – kto może decydować kogo uratujemy – czy mamy do tego prawo? Uratowani z otchłani (czy faktycznie?) mają problemy z adaptacją – w psychice zostaje osad. Dlaczego – skoro wrócili „do siebie”? A może już nie są 100% ludźmi – może są… lepsi? Emocje i relacje międzyludzkie są pokazane w nieco inny niż zwykle sposób: sporo sytuacji jest patowych i bohaterowie nie czują (nie mogą?) się na siłach, żeby to zmienić. Jest to jednocześnie wadą i zaletą „Pieśni” ponieważ nie zamyka innych wątków.

Całość:

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/05/06/oblivion-song-piesn-otchlani/#more-2810

Powstanie. Film narodowy

Z autorem jakoś do tej pory nie miałem okazji żeby się zetknąć. Ale już nadrabiam zaległości :) „Powstanie. Film narodowy” nie jest komiksem łatwym. Nie jest także komiksem trudnym ale wymaga pewnego przygotowania. Gdzieś w internetach czytałem, że jest komiksem erudycyjnym. Bez przesady. Oczywiście, że nie jest to pulpa, zapychacz na parę mrugnięć oka ale też nie odstraszajmy od „Powstania” potencjalnych chętnych. Jest to komiks inny. Socjologiczny i doskonale satyryczny. A co dokładnie autor obśmiewa? I tutaj można się już zastanawiać…

Dzieło (nie waham się użyć takiego słowa) Świdzińskiego nawiązuje do powieści szkatułkowych. Mamy różne punkty widzenia w zależności od narracji i wiele warstw. To właśnie przesądza o jakości komiksu. Każdy może wyciągnąć z niego to, co wydaje mu się, że jest najlepsze. Każdy czytelnik inaczej odczyta przesłanie. Jedni poprzestaną na warstwie pierwszej – kręcimy film – dzieło na miarę naszych możliwości jako narodu. Wałki, ściemy, kombinacje aż żal patrzeć. Niestety to jest również satyra na polskie „dziadowanie” w kulturze. Czasy się zmieniają. Ekipy u władzy także a mizeria w kulturze, jaka jest taka była – mimo wysiłków i różnych akcji animatorów kultury, ci na górze nadal niespecjalnie rozumieją, że owszem, da się ciąć na kulturze (panie, na co to komu) i mniej wykształcone społeczeństwo jest łatwiejsze do manipulowania ale… w dłuższej perspektywie konsekwencją takich działań jest upadek. I nawet nie wieszanie (Świdziński też nawiązuje do Rymkiewicza, a co!) ale ostateczny krach systemu wartości. Dobra, popłynąłem ale sam jestem pracownikiem kultury.

Całość:

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/05/05/powstanie-film-narodowy/

Binio Bill - Rio Klawo

Dawno, dawno temu za odległych czasów mrocznej babci komuny, gdy wychodziła masa komiksów ktoś (ale kto?) podrzucił mi parę albumów („Figurki z Tilos”, „Cortes” czy „Cena wolności”, nie mówiąc o Żbikach) rysowanych przez Jerzego Wróblewskiego. W zasadzie i kwasie podobały mi się wszystkie – przyjemna kreska, niezła narracja i bohaterowie, z którymi da się utożsamiać. Dostałem również „Binio Billa i skarb Pajutów” i szybko chciałem więcej szperając za „Światem Młodych.”

Co ciekawe, po latach nadal lubię kreskę Wróblewskiego i cieszę się, że są wznowienia. Wroblewski, często zwany złośliwie „stachanowcem polskiego komiksu” (także ze względu na składaną daninę systemowi) miał specyficzny styl rysowania, zamaszystymi liniami kreślił fizjonomie bohaterów i wychodziło mu to nad wyraz plastycznie. Z pewnością jasną stroną jego komiksów były postacie kobiece. Zawsze kojarzyłem te piękne buzie z pinupowymi girlsami – iście amerykański sznyt – szkoda, że rysownikowi nie dane było zrobić kariery na (nomen omen) Zachodzie.

Binio Bill w założeniu jest komiksem dla młodzieży – czerpiącym pełną garścią ze swoich czasów (i czasów naszych rodziców), gdzie modne były rozmaite zabawy w dobrych i złych – byle tylko pachniało mityczną Ameryką :) Oryginalne plansze zostały odnowione i „nasz człowiek na Dzikim Zachodzie” czyli Binio Bill (właściwie Zbigniew Bilecki) prezentuje się bardzo dobrze a nawet miło i przyjemnie – także biorąc poprawkę na rok produkcji (czy raczej narysowania) komiksu. Polska wersja Lucky Luke’a jest klasyczna do bólu – jak z prawdziwych opowieści westernowych. Są dobrzy, źli i brzydcy a nawet odrażający (rysowanie twarzy!).

Całość:

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/05/03/binio-bill-rio-klawo/

Recenzja książki Zygmunta Miłoszewskiego "Jak zawsze"

Moja recenzja książki musi zostać poprzedzona komentarzem, że oprócz jednego opowiadania przeczytałem wszystkie pozycje Zygmunta Miłoszewskiego. Przyzwyczajony do raczej mrocznej tematyki związanej ze zbrodniami i dość specyficznym prokuratorem Szackim spodziewałem się raczej kolejnej mrocznej powieści o łamaniu art. 148 kodeksu karnego i poszukiwaniu przestępców. Zaskoczenie było ogromne gdy w pierwszym rozdziale okazuje się że mamy do czynienia z parą, starszego małżeństwa które ze wspaniałym poczuciem humoru podchodzą do trudów związanych z jesienią życia. Kompletnym zaskoczeniem, na plus, było przeniesienie naszej pary bohaterów do lat 60- tych. Opowiedzenie jeszcze raz historii Polski i naszej pary byłoby strasznym nudziarstwem dlatego przedstawienie alternatywnej wersji historii, dla mnie miłośnika historii, to strzał w dziesiątkę. Miłoszewski spróbował odpowiedzieć czytelnikowi co by było gdyby Polska po drugiej Wojnie Światowej nie uległa wpływom związku radzieckiego. Choć końcówka książki wskazuje że losy ojczyzny w sposób nieubłagany zmierzają na wschód. Na koniec mała refleksja. W każdej pozycji książkowe Miłoszewski w sposób zawoalowany przekazuje nam jak ważna dla niego jest relacja rodzice i dziecko. Z perspektywy rodzica jest to bardzo ważna kwestia. Dla mnie najważniejsza. Tak jak dla Ludwika i Grażyny.

I góry odpowiedziały echem K. Hosseini Recenzja DKK Uniejów

Książka K. Hosseini pt. „ I góry odpowiedziały echem”, to gatunek powieści wielowątkowej, autor od samego początku ukazuje w wzruszający sposób bolesną prawdę. Fabuła książki, to również okres burzliwego Afganistanu, który naznaczony jest piętnem wojny trwającej dziesiątki lat, ale autor również chce coraz bardziej zaciekawić i przenosi nas do Francji, Grecji, Stanów Zjednoczonych. Powieść Hosseini opisuje losy głównie dwojga bohaterów Abdullacha i jego młodszej siostry Pari. Historia to losy rozdzielonego rodzeństwa, które skłaniają do refleksji na temat wielu aspektów naszego życia. Najtrudniejsze jest dokonywanie odpowiednich wyborów, które w dużej mierze mają wpływ na życie nasze i najbliższych. Jest to powieść o trudnej miłości rodzicielskiej, przywiązaniu do rodzeństwa o rozstaniu i wielkiej tęsknocie.

Recenzja książki "Wilcze leże" Andrzeja Pilipiuka

Recenzja książki Andrzeja Pilipiuka „Wilcze leże”

„Wilcze leże” to już dziewiąty zbiór opowiadań wydany w serii Światy Pilipiuka. Jak zwykle pojawiają się tu starzy znajomi, Robert Storm i Paweł Skórzewski. „Domorosły poszukiwacz antyków i kuriozów” jest bohaterem pięciu opowieści, a pan doktor tylko dwóch. Oprócz nich zadebiutuje były policjant Paweł Nowak, który aktualnie pracuje w archiwum Komendy Głównej we Wrocławiu.

Dla tych, którzy lubią książki Wielkiego Grafomana (jak nazywa siebie autor), to kolejna wyprawa w jego światy. Zaliczam się do tych czytelników, inni klubowicze też chętnie sięgają do jego prozy. Już wcześniej dyskutowaliśmy na temat „Czerwonej gorączki”, drugiego zbioru opowiadań. Są też wśród nas entuzjaści Jakuba Wędrowycza, bohatera kilku książek pisarza.

Kolejny zbiór opowiadań Pilipiuka dowodzi, że wciąż nie brak mu pomysłów, a wyobraźnia podsuwa ciekawe rozwiązania i niesamowite historie. Jak zwykle świat realny splecie się z tym, co niewidzialne, tajemnicze, nieprawdopodobne, chociaż… wystarczy chcieć uwierzyć.

Robert Storm często styka się ze światem magii, „Księga uchylonych wrót” kusi go, ale czy warto ryzykować, gdy nie zna się ceny, którą trzeba będzie zapłacić za teleportację. Ten temat pojawi się w „Odległych krainach”. Z kolei „Cmentarzysko Marzeń” daje szansę zajrzenia w zaświaty, gdy zawodzą inne sposoby sprawdzenia, co mogło się stać z napisaną podobno przez Makuszyńskiego powieścią „Drugie wakacje Szatana”,  kontynuacji „Szatana z siódmej klasy”.

„Lalka” znów to pełna napięcia i wartkiej akcji opowieść o niebezpiecznych przygodach Storma, który w zetknięciu z mafią musi ratować się przemieszczaniem w czasie, a potem już zupełnie zwyczajną ucieczką z Warszawy i z kraju. Znaczącą rolę odegra tu silikonowa lala Izaura; czy na pewno od byłej narzeczonej Marty?

Jeśli mowa o sprawach uczuciowych, to Robert zdaje się być zainteresowany swataniem go z siostrą znajomego policjanta Piotrka, tym bardziej, że Magda studiuje historię i chętnie pomaga koledze brata. Nawet spędzą wspólnie kilka dni na plebanii, oczywiście w osobnych pokojach, poszukując zaginionego srebrnego relikwiarza. Przy okazji możemy poznać parę ciekawostek na temat relikwii.

Pilipiuk, jak zawsze zresztą, wykorzystuje swą wiedzę z zakresu archeologii i historii. W opowiadaniu „Samobójstwo na Maślicach” mamy też sporo informacji z dziedziny chemii. Młody chłopak zainteresowany mumią Lukrecji, może nawet zakochany w niej lub jej wierszach, próbuje za pomocą mikrokapsułek zmumifikować swoje ciało.

Z kolei „Wilcze leże” wprowadzi nas w zagadnienia wilkołactwa. Jednak nie zdominują one realistycznych treści historii z czasów II wojny światowej i zagłady Żydów. Rachela, bohaterka tytułowego opowiadania, ma szansę na ocalenie. Jest przedsiębiorcza, przewidująca i spotka kogoś, kto jej pomoże. To chyba najciekawsza opowieść, taka trochę nie w stylu Pilipiuka. Nie ma tu ani Storma, ani Skórzewskiego, fantastyki też nie za wiele. Wojna jest tu trochę w tle, w rozmowach, strzałach słyszanych z daleka, strachu. Czy Racheli uda się znaleźć bezpieczną kryjówkę i kim jest Fryderyk? Odpowiedź znajdziemy w „Wilczym leżu”.

Jest wśród opowiadań jedno, w którym brak magii, to „List z wysokich gór”, wzruszająca historia sięgająca czasów I wojny światowej, Storm występuje w nim w roli listonosza dostarczającego list po pięćdziesięciu latach od jego napisania. Wcześniej będziemy mu towarzyszyć w rozwiązywaniu zagadki, która doprowadzi go z Dolomitów do Szwecji.

Warto zagłębić się w światy Pilipiuka, to zawsze okazja, by dotknąć jakiejś tajemnicy i poznać sekrety przeszłości. Na pewno cieszy to, że można spotkać Storma i Skórzewskiego. Towarzyszą czytelnikowi od „2586 kroków”, pierwszego zbioru opowiadań. Są wciąż w dobrej formie. Książka Andrzeja Pilipiuka przyciąga uwagę okładką i pięknymi czarno – białymi ilustracjami autorstwa Pawła Zaremby.

Zatem „umość się wygodnie w wilczym leżu i oczekuj niespodziewanego” – taka zachęta widnieje na okładce. Polecam gorąco.

Wiesława Kruszek z Dyskusyjnego Klubu Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Relax

Pięć lat, które zmieniło polski komiks. Niby niewiele a jednak dzięki magazynowi „Relax” nic już nie było takie same. Tam wykuwała się przyszłość a jednocześnie testowano rozmaite stylistyki. Od twardych scifi po lekkie a nawet frywolne okrągłe rysunki. W „Relaksie” były już uznane i przyszłe sławy: Baranowski, Christa, Polch, Rosiński, Szyszko i Wróblewski.

Trudno dzisiaj pokazać, czym był wtedy „Relax” dla miłośników komiksu. Jako nieco spóźniony z PRL-em fan popkultury mogę jedynie napisać, że dla mnie i znajomych zdobycie egzemplarza, z reguły podniszczonego, było niczym nowa kaseta do C64. Dla nieco starszych ode mnie „Relax” był niczym skrzyżowanie zabawek z Peweksu z pismami obrazkowymi dla koneserów damskiego piękna… Krótko – był skarbem i świętością. Jak zatem po latach odbieram antologię wydaną przez Egmont?

Najkrócej – jako sentymentalną podróż po historii. Czytając czy przeglądając pierwszy tom antologii nie sposób zauważyć, że testowane konwencje zostały później wykorzystane – mowa oczywiście o komiksach scifi: obcy, cywilizacje, podróże w czasie. Komiksy osadzone bliżej naszych realiów dają się czytać chociaż są nie do końca czytelne – danina złożona bożkowi propagandy PRL zrobiła swoje.

 

Pewne wątki wydają się niezrozumiałe, inne – czerstwe. Wiadomo – zmieniła się optyka, Towariszcz komandir szybko przemienił się w nowego-starego alianta. U Polcha widać Ekspedycję, Baranowski z Orient Menem stawał się klasyką, Wróblewski z historiami wojennymi i terrorystami był nad wyraz bieżący, Christa się nabijał i frywolnie skręcał w rejony dla dorosłych, Rosiński testował kreskę z dinozaurami a… Szyszko pokazywał bardzo wciągające opowieści na pograniczu legend i dziejów. Szyszko generalnie jest zapomniany a szkoda.

Polecam każdemu, kto chce zobaczyć czym były „historyjki obrazkowe” a przy okazji podziwiać ówczesną modę na piastowską modłę – widoczną głównie u Rosińskiego i Polcha.

 

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/03/11/relax/#more-2657

To rozśmiesza, to porusza...

Z hołdami zazwyczaj jest problem ponieważ mają one i zaletę i wadę. Zaletą jest świeże spojrzenie na dotychczasową twórczość klasyka a wadę bo często hołdy są narysowane poprawnie ale bez ikry albo scenariuszowo kuleją.

W przypadku „…To rozśmiesza, to porusza… Czar komiksów Tadeusza!” Artura Ruduchy obawiałem się, że albo będzie składak albo pomieszanie z poplątaniem fabularnym. A co otrzymaliśmy?

Krótką opowieść pretekstową, gdzie najważniejsze jest ukazanie najważniejszych postaci z uniwersum Tadeusza Baranowskiego. Uniwersum bo jednak Baranowski jest już od dawna klasykiem polskiego komiksu a jego postacie są różnorodne – z rzadka spotykały się w komiksach (zerknijcie na poprzednie recenzje). Oczywiście nie jest to Baranowski ale autor naprawdę się postarał. Wiadomo, że pewne purnonsensy można próbować oddać i nie jest to specjalnie trudne ale już gra skojarzeniami i nawiązaniami i lekkość humoru są absolutnie nie do podrobienia i tutaj chwalę autora, że mu się chciało!

Rysunkowo również nie ma się do czego przyczepić a nawiązania do komiksów Baranowskiego i operowanie przypisami czy kadrami jest sensowne – Ruducha czerpie z mistrza a jednocześnie dokłada coś od siebie. Dla mnie dużą frajdą jest, że przedstawiono także i postacie (i wątki) z komiksów, których nie znam. O czym jest historyjka? Aby nie spoilerować napiszę jedynie, że tak jak u Baranowskiego celem wędrówki są abstrakcyjne przygody a po wielu perypetiach bohaterowie docierają do… Co dało się przewidzieć znając koncepty twórcy takich postaci jak Orient Men czy Nerwosolek. Album dla wtajemniczonych i miłośników. Jest także mrugnięcie okiem (zapewne uzbrojonym) autora do fanów komiksów o Tytusie.

Jedyny mankament, jaki znajduję to pewne unowocześnienie paru żartów językowych (niepotrzebne – dla młodszych jeśli sięgną po komiks i tak nie zrozumieją większości aluzji) oraz drobiazg, że faktycznie jest to komiks dla dorosłych – niektóre rysunki i aluzje są dla starszej braci ponieważ operują wokół spraw związanych z dwoma ważnymi sferami ludzkiego życia.

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/03/11/to-rozsmiesza-to-porusza/#more-2664

Chłopak na zastępstwo K. West recenzja

Powieść pt. „ Chłopak na zastępstwo” to idealna życiowa lektura, czasem zabawna ,napisana lekkim piórem, ale w niektórych momentach zbliżająca do refleksji nad własnym postępowaniem. Gia to młodziutka kobieta wkraczająca w próg dorosłości, można zauważyć że nieco zagubiona próbująca za wszelką cenę udowodnić że jest najlepsza to typ choleryczki. Bohaterka chce wśród swoich przyjaciół pochwalić się chłopakiem, lecz na jej nieszczęście pech chce aby się to nie udało, ponieważ chłopak poprzez jej zachowanie ucieka, co przyczynia się do tego że Gia decyduje się na desperacki krok i prosi obcego mężczyznę aby ten udawał jej chłopaka. Bohaterka to typ szkolnej gwiazdy, aby być najlepszą wymyśla sobie chłopaka i w towarzystwie znajomych bardzo się nim wychwala gdy zbliża się do balu maturalnego jest zakłopotana, ponieważ chłopak był nierealny, aby nie wyjść na kłamczuchę oraz się nie ośmieszyć wśród rówieśników szybko poznaje innego mężczyznę , którego wciela w osobę Bradleya. Proponuje przypadkowo zapoznanemu chłopakowi , aby poszedł z nią na bal, ku jej zdziwieniu chłopak się zgadza. Gia wchodząc na bal wraz z nowo zapoznanym Bradleyem wzbudza ogromne zaskoczenie nie tylko wśród swoich znajomych, ale również wobec swojej przyjaciółki Jules, która sądziła że wszystko co mówiła Gia jest jednym wielkim kłamstwem. Cały plan bohaterki układał się dobrze do pewnego momentu gdy siostra Bradleya- Bec go dostrzega jest ogromnie zdziwiona i zaskoczona jego obecnością na balu, ponieważ zna Gie nie chce aby Bradley był  wykorzystywany przez nią. Bohaterka postanawia się przyznać, iż Bradley jest nowo zapoznanym chłopakiem, lecz ku jej zdziwieniu on nie chce aby Gia wyszła na kłamczuchę w oczach całego towarzystwa i prosi dziewczynę, aby z nim zerwała po czym wychodzi z balu. Gia na drugi dzień chce odnaleźć chłopaka bo wie, że jest winna mu wyjaśnienia całej sprawy i źle się czuje prosi jego siostrę o informację związane z zapoznanym na parkingu mężczyzną. Bec  boi się poniekąd o brata ponieważ wcześniej ostał skrzywdzony przez swoją dziewczynę ale chce zarówno jego szczęścia i organizuje spotkanie.  Poprzez spotkanie wyjaśnia się bardzo wiele spraw Haydeen przedstawia Gie jako swoją nową dziewczynę. Bohaterka zakochuje się i chce jak najwięcej czasu spędzać ze swoim nowo poznanym Haydeen. Na koniec zostają parą.

 

Prawda straszniejsza niż klęska. Recenzja powieści Konrada T. Lewandowskiego pt. Orzeł bielszy niż gołębica

Konrad T. Lewandowski znany jest przede wszystkim jako autor cyklu o przygodach kotołaka Ksina. Ja jednak zapoznałem się z jego twórczością od Misji Ramzesa Wielkiego – lekką i przyjemną space operą osadzoną w alternatywnym uniwersum zdominowanej przez starożytny Egipt Ziemi. Orzeł bielszy niż gołębica to druga pozycja autorstwa Konrada T. Lewandowskiego, która trafiła w moje ręce.

Powieść ta przedstawia alternatywną wizję powstania styczniowego, które zakończyło się zwycięstwem Polaków. Autor z dbałością przedstawia  skutki jaki takie zwycięstwo mogłoby przynieść Europy i narodu polskiego. Jest to wizja ponura, mocno osadzona w realiach Europy i świata połowy XIX wieku, gdy na Starym Kontynencie jeszcze panował ład zaprowadzony na kongresie wiedeńskim.

I chociaż Polska otrzymała w tej wizji wszystkie możliwe atuty: wunderwaffe w postaci twardochodów, zgodę obu politycznych stronnictw Białych i Czerwonych, kompetentne przywództwo w postaci Romualda Traugutta oraz liczną armię dzięki reformie rolnej i uwłaszczeniu włościan, to jednak w zderzeniu z realiami ówczesnego świata wciąż zbyt mało. Bowiem w ówczesnej powiedeńskiej Europie po prostu nie było miejsca dla Polski bez wielkiej europejskiej wojny narodów, która miała nadejść dopiero za pół wieku. I w tym właśnie tkwi siła wizji Konrada T. Lewandowskiego, że pewne wydarzenia polityczne mają swój czas i miejsce, można im próbować zapobiegać, ale po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego, nie można już  żaden sposób odwrócić biegu wydarzeń,

Zdecydowane plusy powieści to: „wielka rozprawa” z narodowymi mitami około powstańczymi, pokazanie przez autora, że w XIX wieku nie wystarczyło już wskoczyć na konika by wygrać wojnę, że bez starannego planowania i zaopatrzenia, nie można było wygrać wojny z dysponującą przewagą liczebną i gospodarczą Rosją. Jest to w pewien sposób pochwała pozytywizmu nad romantyzmem.

Polecam.

Recenzja powieści Jaume Cabre „Jaśnie pan”

Jaume Cabre to kataloński pisarz, z którego twórczością zetknęliśmy się, omawiając w naszym klubie dwa lata temu powieść „Głosy Pamano”. Bardzo się wszystkim podobała, nawet zachwyciła. Mnie szczególnie, bo od tamtej pory przeczytałam pięć książek Cabre,  tyle wyszło u nas, w rewelacyjnym tłumaczeniu Anny Sawickiej. Na pewno, i to także zdanie innych klubowiczów, na pierwszym miejscu należy postawić monumentalne wręcz dzieło „Wyznaję”. To absolutne mistrzostwo.

Powieść „Jaśnie pan” jest łatwiejsza w odbiorze i krótsza o połowę. Jej akcja rozgrywa się w listopadzie i  grudniu roku 1799 w Barcelonie. Głównym bohaterem jest cywilny prezes Trybunału Królewskiego don Rafel Masso i Pujades, wielbiciel astronomii i pięknych kobiet, choć właściwie kolejność należałoby tu odwrócić. Jaśnie pan (delektuje się tym tytułem) obserwuje niebo, by osiągnąć wewnętrzny spokój i odpocząć od swej małżonki, a głównie by podglądać sąsiadkę, ponętną baronową Gaietanę i snuć wspomnienia o swej Elvirze.

Niebo w te końcowe miesiące mijającego wieku jest dość pochmurne, wciąż pada i Barcelona tonie w błocie; opisy są tu tak sugestywne, że ma się wrażenie chodzenia ulicami stolicy Katalonii wypełnionej dźwiękami kościelnych dzwonów, „miasta nędzy, z błotem i brudem na ulicach, i miasta bogaczy”.

Don Rafel nie jest wysoko urodzony, ciężko pracował na swoją pozycję i teraz nie da sobie jej wydrzeć, a zawistników wokół niego przecież wielu. Wie, że tylko czekają, by podwinęła mu się noga. Całe to towarzystwo zbierające się na różnych przyjęciach jest w ogóle mocno niesympatyczne; intrygi, układy, korupcja, przekupstwo, szantaż, zdrady, żądza władzy to prawie codzienność.

Gdy zamordowana zostanie śpiewaczka „słowik z Orleanu” mająca wystąpić przed królem, Masso wie, że morderca musi zostać szybko schwytany, osądzony i skazany. Kiedy zaś dodatkowo okaże się, że zagrożona jest jego pozycja i może zostać skompromitowany, pośpiech jest jeszcze bardziej uzasadniony. Sympatyczny młody poeta Andreu Perramon miał to nieszczęście być blisko przy śpiewaczce w jej ostatni wieczór i noc, dowody wskazują na niego. Bliski przyjaciel Nando Sorts mogący poświadczyć jego niewinność wyjeżdża, nie mając świadomości, że coś złego dzieje się z Andreu i że  może go uratować.

Powieść Cabre bywa określana mianem kryminału historycznego, jednak zgodnie w gronie klubowiczów stwierdziliśmy, że chyba to nie do końca trafne określenie. Faktycznie jest trup, a nawet dwa, ale czytelnika kompletnie nie interesuje, kto zabił. Nie toczy się śledztwo. I nawet kończąc książkę, zostajemy z otwartym pytaniem o sprawcę, mając ewentualnie jakieś swoje typy, kierowani pewnymi wskazówkami autora.

Jaume Cabre koncentruje się w powieści na wciąż aktualnych problemach walki o utrzymanie się przy władzy, na wykorzystywaniu swej pozycji do załatwiania prywatnych interesów i porachunków z wrogami. Obnaża bezlitośnie hipokryzję i zakłamanie w kręgach osób zajmujących się sprawiedliwością i stojących na straży prawa. Pokazuje obłudę ludzi związanych z Kościołem i jego organizacjami, przykładem może być działalność żony don Rafela, Marianny w Arcybractwie Najświętszej Krwi Pana Naszego Jezusa Chrystusa czy rywalizacja księży o duszę skazańca.

W charakterystycznym dla siebie stylu, łącząc swobodnie opisy z rozmyślaniami bohaterów i dialogami, przeplatając wątki, barwnie nakreślając sylwetki bohaterów, przejmująco, ale i dowcipnie opowiadając o zdarzeniach z końca XVIII wieku, prowadzi nas Cabre ulicami deszczowej Barcelony. Zaglądamy do pałaców i do więziennych lochów, oglądamy Oriona, Plejady i Plutona. Zastanawiamy się nad „niezbadanymi wyrokami opatrzności i równie niepojętymi prawami, które rządzą pechem”.

Cabre to wspaniały pisarz, warto czytać jego powieści, proszę zacząć od „Jaśnie pana”.

 

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Pisz pan ksiązkę!Buczkowski Zbyszek

„ Pisz Pan książkę” to autobiografia znanego nam nie tylko z telewizji, ale i teatru Zbigniewa Buczkowskiego. Napisanie książki było inspiracją po usłyszanych słowach: „ Pisz pan książkę!” i tak się stało napisał. Aktor jest wyjątkową osoba, potrafiącą odnaleźć się w wielu rolach telewizyjnych jak i życiowych. Swietnie gra swoje role i  szybko zyskuje sympatię widzów. Buczkowski w swej autobiografii zwraca uwagę na wiele aspektów. Pisze o życiu zawodowym, prywatnym, rodzinnym i o przyjaźni. Opowiada o realiach życia w Polsce na przestrzeni wielu lat. Przypomina i nawraca do okresu wojennego, opisuje jak wyglądały sytuacje chociażby w sklepach, jak wówczas wszystko było trudno dostępne dla przeciętnego człowieka. Z końca książki wynika, że pan Zbigniew ma jeszcze jedno niezrealizowane marzenie, a więc marzy o roli pilota wojskowego, np. w filmach o polskich lotnikach na Zachodzie, czy też Bitwy o Anglię. Gdyby marzenie jego  zrealizowałoby się, oddałby w ten sposób hołd swojemu ojcu.

Bogowie spod ciemnej gwiazdy. Recenzja książki Neila Gaimana pt. Mitologia nordycka


W końcu. Udało się. Po wielu próbach i namowach. Prośbach i groźbach. Sięgnąłem po Mitologię nordycką autorstwa Neila Gaimana.

Na plus książki mogę wymienić przystępny sposób, w jaki przestawiono nordyckie mity, począwszy od kosmogonii, aż po okres czasów. Neil Gaiman przedstawił mitologię nordycką tak, jak ją zapamiętał z dzieciństwa. I stąd płynie tytuł poniższej recenzji. Nordyccy bogowie w wydaniu Gaiman to czasami typy, których lepiej nie spotkać w ciemnej uliczce. Niewiele lepsi od olbrzymów czy ludzi. Równie często co rozumem kierującymi się swoim humorami, czasami działający impulsywnie. Ot, istoty z boskimi mocami i ludzkimi przywarami. Po bogach można by spodziewać się czegoś więcej. Tymczasem Asowie potrafią okantować Kowala, który wzniósł mury Asgardu niczym chciwy karczmarz pijanego pańszczyźnianego chłopa, byle tylko mu nie zapłacić uzgodnionej ceny, czy też Odyn, który niczym wzorowy Casanova uwodzi córkę olbrzyma, byle tylko odzyskać coś, co tamten zdobył zgodnie z ówczesnym prawem (prawem silniejszego), a co poniekąd należało do Asów (miód poezji na bazie krwi Kwasira).

Książka zawiera pełen zbiór mitów w przystępnej formie kilkustronicowych esejów/opowiadań. Począwszy od kosmogonii, przez narodziny życia i bogów, ich przygody i uczynki, aż po kres wszystkiego czyli Ragnarök. Ale nie ma strachu, bowiem koniec będzie początkiem, nowego świata i nowych bogów, zrodzonych ze starych.

Dwa, według mnie najlepsze mity, to upadek Lokiego i Ragnarök. Bóg przechera, zawsze wyprzedzający w pomyślunku innych, stał się poniekąd architektem własnego upadku, z czego płynie nauka, że czasami niezdrowo jest za wiele myśleć naprzód, bo i tak bóg mądrości – Kwasir, odczyta wszystko z popiołów naszych czyunów niczym rasowy śledczy z CSI.

Ragnarök to najlepszy z zawartych esejów Gaimana. Ostateczna bitwa, kres starego świata i bogów Asgardu. Który poprzedzi matka wszystkich zim, czas miecza i topora, gdy brat będzie bratu wilkiem. Motyw ten jest często wykorzystywany w fantastyce, np. czas Białego Zimna w świecie Wiedźmina czy Długiej Nocy u George'a R.R. Martina.

Poza mitami książka zawiera też wstęp, gdzie autor omawia co mogło paść u podstaw tego, że tak właśnie ukształtowała się nordycka mitologia oraz słowniczek, który pomaga odnaleźć się gąszczu postaci o często podobnie brzmiących imionach.

Podsumowując,  Mitologia nordycka to nie jest zła książka. Nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale spodziewałem się czegoś więcej po autorze, który dostał własny serial. Jest to pozycja idealna na lekturę w czasie podróży, krótka, zwięzła, nie odstraszająca czytelnika objętością.

Recenzja książki "Wzgórze Psów" Jakuba Żulczyka

Powieść Jakuba Żulczyka niepokoi od pierwszej strony i konsekwentnie wciąga w swój mroczny świat aż do 862 strony. Pisarz buduje napięcie, wplatając w zdarzenia teraźniejsze, wspomnienia z przeszłości. Swoje licealne lata i pierwszą miłość przypomina jeden z głównych bohaterów Mikołaj Głowacki. Były narkoman, który wyszedł z nałogu dzięki dziennikarce Justynie, poślubionej później, wraca wraz z żoną do rodzinnego domu w Zyborku na Mazurach, by tam przeczekać trudny finansowo czas. Wierzą, że opuszczają Warszawę tylko na kilka miesięcy.

W dużym domu Głowackich rządzi ojciec. To były alkoholik, który po śmierci żony przestał pić i ożenił się powtórnie. Oprócz dwóch synów z pierwszego małżeństwa ma bliźnięta, Joasię i Jasia, ze związku z Agatą. Tomasz Głowacki prowadzi piekarnię, rozdaje chleb ubogim, pomaga potrzebującym. Walczy z małomiasteczkowymi układami, organizuje referendum, by odwołać panią burmistrz uwikłaną w mafijne interesy. Ma poważanie w prowincjonalnym Zyborku.

Piękna postać, chciałoby się rzec. Otóż, nie do końca, u Żulczyka tak nie ma. Pisarz zwodzi czytelnika, każąc mu nie przywiązywać się za bardzo do nakreślonych przez niego wizerunków bohaterów, bo za chwilę może się tu coś zmienić.

Atmosfera gęstnieje coraz bardziej, z miasteczka znikają kolejne osoby. Wszystko wskazuje na udział struktur mafijnych na czele z tajemniczym Kaltem, w tle pojawiają się też Cyganie. Ktoś podpala dom i samochód Tomasza Głowackiego. Policja, też na usługach mafii, prowadzi śledztwo.

Wraca jednocześnie sprawa sprzed lat, gdy zgwałcona i zamordowana została pierwsza dziewczyna Mikołaja, Daria Burczyk. Winnego osądzono i zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Młody Głowacki pamięta doskonale te zdarzenia mające miejsce w czasie pożegnalnej imprezy w okolicach zamykanego właśnie pubu Brama. Wciąż ma w uszach słowa piosenki śpiewanej przez lidera zespołu 17 Sekund: „Samochód wszedł w zakręt mimo wyłączonych świateł…”

Nie będę dalej analizować kolejnych zdarzeń i wątków, bo jest ich w tej obszernej powieści bardzo wiele i oczywiście nie chciałabym w żaden sposób odkryć jakichś tajemnic. Uważam, a i inni klubowicze również, że jest to książka naprawdę godna uwagi. Młody pisarz (rocznik 1983) świetnie oddał klimat małego prowincjonalnego Zyborka, gdzie wciąż słychać szczekanie psów, upadł PGR, nie ma w sumie perspektyw życiowych, a dużo osób wyjechało do Warszawy czy za granicę.

Tym, co może budzić u niektórych czytelników pewnie opory, jest język powieści najeżony wulgaryzmami, ostry i dosadny. Jednak jest tutaj absolutnie na swoim miejscu. Przekleństwa, piwo, dyskoteki, bójki to przecież w wielu miejscach powszechny sposób na nudę. Wulgaryzmy słyszy się zewsząd, nie tylko na ulicy.

Ciekawa jest też konstrukcja powieści, cztery części zatytułowane słowami modlitwy „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie” i sposób prowadzenia narracji; pierwszoosobowa przechodzi niekiedy w drugoosobową, by sporadycznie oddać głos narratorowi wszechwiedzącemu.

W mrocznym thrillerze „Wzgórze Psów” można również znaleźć wiele ciekawych przemyśleń na temat zła, sprawiedliwości, zbrodni, kary i winy. Nie należy zrażać się objętością książki, naprawdę czyta się ją bardzo dobrze, ale lekko oczywiście nie jest. To mądra i wartościowa, choć gorzka powieść, która mówi sporo o nas samych, o naszych Zyborkach, o Polsce.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Inna książka. Recenzja powieści Łukasza Orbitowskiego pt. Inna dusza

Łukasz Orbitowski to pisarz, publicysta, scenarzysta oraz chłopak z blokowiska (a przynajmniej takie można odnieść wrażenie po spojrzeniu na fotografię autora, zamieszczoną na przednim skrzydełku okładki). Jego nazwisko dotąd egzystowało gdzieś na orbicie moich zainteresowań literackich, pobieżnie wiedziałem, kto zacz, a nie potrafiłem przypasować żadnego tytułu, kto wie, może nawet już coś z dorobku pana Łukasza Orbitowskiego czytałem, ale wyrzuciłem ten fakt z pamięci.

Inna dusza to moje pierwsze zetknięcie z piórem (a przynajmniej tak będę je traktował) tego autora, które pozostawiło po sobie niezatarte wrażenie, bynajmniej nie z powodu szokującego tematu powieści.

Inna dusza to naprawdę inna powieść wymykająca się – przynajmniej według mnie – jednoznacznemu zaklasyfikowaniu. To zarazem powieść obyczajowa, fabularyzowany reportaż i kryminał. Ale też fascynująca podróż w świat dzieciństwa, sentymentalna wizyta w czasach, gdy dzieciaki biegały po podwórkach z walkmanami (o ile je miały), a szczytem marzeń nie był smartfon, a rower z Rometu (prawdziwy, a nie jakiś podrabianiec). Dzieciaki, które kończyły wtedy jeszcze ośmioletnią podstawówkę i wybierały, dobrowolnie lub nie, dalszy kierunek edukacji. Czas dorastania i mierzenia się z demonami (własnymi i cudzymi), tak jak dwaj bohaterowie tej powieści, którzy, choć postępują odwrotnie to w zasadzie kończą tak samo – jako przegrani, choć każdy na swój sposób: jeden w kiciu, a drugi, choć na pozór to człowiek sukcesu ale uwiązany jak kotwiczną liną do nieporadnego ojca, zreformowanego alkoholika.

Wspomniana dbałość o szczegóły sprawiła, że zastanawiałem się czy autor naprawdę dysponuje tak świetną pamięcią do szczegółów z dzieciństwa, czy też poświęcił wiele czasu na badania, by jak najlepiej oddać realia Bydgoszczy lat 90.

Na uwagę zasługuje tez styl autora, barwny, żywy, skrzący się od metafor i dosadny czasami, ale też bardzo zwięzły. Innym godnym odnotowania elementem jest nie tylko dwutorowa fabuła, ale też dwa różne style w jakich poprowadzona została narracja: pierwszo- i trzecioosobowy, odpowiednio dla każdego z bohaterów.

Podsumowując, Inna dusza to powieść warta polecenia, wymykająca się zaklasyfikowaniu, opisana barwnym językiem i z interesującymi bohaterami. Czasami absurdalna jak przygody Adasia Miauczyńskiego, a czasami poważna jak... poważna jak żaden polski film.

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej Relacja ze spotkania

11 stycznia 2018 r. miało miejsce spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Miejsko- Gminnej Bibliotece Publicznej w Uniejowie. Klubowicze w składzie 5 osobowym dyskutowali na temat książki Anny Broda  „ Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej”

Książka z poczuciem humoru opowiada o naszych, ludzkich przywarach, cechach charakteru, które z całą pewnością nie są godne naśladowania. Opowiada o tym co w życiu najważniejsze: o dążeniu do osiągania zamierzonych celów i o miłości, która jest bezcenna.

Recenzja książki "Portret młodej wenecjanki" Jerzego Pilcha

Recenzja książki Jerzego Pilcha „Portret młodej wenecjanki”

Na okładce reprodukcja obrazu Albrechta Durera przedstawiająca młodą wenecjankę, w środku sporo refleksji i przemyśleń na różne tematy. Ma to niby być historia związku głównego bohatera z młodszą o 33 lata Praliną Pralinowicz mająca, jak to częste u Pilcha, wyraźne odniesienia do biografii pisarza. Napisałam niby, bo tak naprawdę służy ona jako pretekst do wielu rozważań o miłości, seksie, samotności, chorobie, przemijaniu, śmierci.

Można by jeszcze wymieniać liczne tematy podejmowane przez autora przy okazji opisywania burzliwej znajomości z pochodzącą z Czarnogóry kochanką. Dopatruje się  w niej podobieństwa do młodej wenecjanki. Chyba idealizuje ją trochę, zamieszczając nawet opowiadanie napisane jakoby przez nią, podaje jako autorkę Atinę Milić, czyli pierwowzór Praliny. Opowiada o miłości do niej, strachu przed nią, o rozstaniu, a wszystko z perspektywy człowieka już niemłodego, naznaczonego w dodatku chorobą Parkinsona. 

W gronie klubowiczów zgodnie stwierdziliśmy, że najciekawsze w książce Pilcha są właśnie dygresje autora. Można cytować wiele trafnych i mądrych zdań, wśród których szczególnie urzekło nas: „Jakby się dało czytać, to nawet śmierć można by przetrzymać – byle kniga gruba była”.

Na pewno dobrze czyta się o Lutrze, Rafaelu, Durerze i ich ewentualnym spotkaniu. Interesująco pisze Pilch o sprawach ostatecznych; o przemijaniu i śmierci. Przejmująco, choć zarazem ironicznie brzmi rozdział „Hak na haku”, w którym analizuje różne sposoby popełniania samobójstwa. Jednak podejmuje decyzję: „wchodzę w starość, wchodzę w chorobę”.

Niektóre rozdziały tej niezbyt obszernej książki (liczy 181 stron) mogą przykuwać uwagę tytułami, wspomniany już „Hak na haku”, „Słownik depresji naszej powszedniej”, „Ochroniarki pułkownika Kadafiego”, „Traktat o różnicy wieku” czy „Kocham cię”. Ten ostatni spodobał się wszystkim klubowiczom, autor podaje w nim „dwadzieścia jeden najstraszliwszych odpowiedzi na (…) czułe: Kocham cię”. Najwyższe notowania zdobyły: „Rozumiem, ale nie pomogę” i „No to coś z tym zrób… Ja wszystkiemu nie dam rady”. Te „najstraszliwsze odpowiedzi” okazały się bardzo dowcipne, choć oczywiście dla wyznającego miłość (jeśli szczerze) mogą być „przygniatające”.

Mimo iż wśród klubowiczów nie znaleźli się miłośnicy prozy Jerzego Pilcha, to książkę oceniliśmy dość wysoko. Całość może nie porywa specjalnie, ale na pewno warto ją przeczytać dla wielu zawartych w niej myśli, tych, o których już wcześniej wspominałam, a także tych o Tołstoju, Janie Pawle II, Krakowie. Warto przyjrzeć się wenecjance z obrazu Durera i zapoznać się z jego wnikliwą analizą w rozdziale ósmym, a może przy okazji pobytu w Wiedniu obejrzeć oryginał w Kunsthistorisches Museum.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy PBP w Sieradzu

Jan Guillou Niebieska Gwiazda

Jan Guillou

Niebieska Gwiazda

Zawsze twierdzę, że nie jestem typem fana ani wielbiciela – nie potrafię bezkrytycznie podchodzić do żadnych utworów tylko dlatego, że wcześniej spodobały mi się inne dzieła tego samego autora ani tym bardziej dlatego, że inni uznali go za geniusza. Mam jednak swoich ulubionych pisarzy, którzy dotąd mnie nie zawiedli, a jednym z nich jest Jan Guillou. Wielce się więc ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, iż w Polsce wydano kolejną, piąta już powieść z cyklu Złoty Wiek, monumentalnej sagi o XX-to wiecznej norweskiej rodzinie, która z biedoty wybiła się na wyżyny. Tych, którzy nie czytali poprzednich tomów tej fascynującej serii wydawniczej, zdecydowanie odsyłam do recenzji Braci z Vestland, którzy cykl otwierają i oczywiście do lektury samej książki. Tym, którzy już połknęli cztery odsłony tej pięknej i mądrej opowieści nie będę zdradzał fabuły Niebieskiej i nadmienię tylko, iż tym razem głównymi personami staną się kobiety, a my będziemy śledzić, co porabiały w czasie wojny, od 1941 do 45 roku.

 

Jak zwykle Guillou wciąga czytelnika w fascynującą, ale tym razem i sensacyjną, historię. Ruch oporu w Norwegii, dylematy neutralnych Szwedów, działania niemieckich i brytyjskich, no i oczywiście szwedzkich, służ wywiadowczych na terenie Skandynawii, jednym słowem tematy raczej nam nieznane i w dodatku ukazane z perspektywy całkowicie nam obcej, bo szwedzko-norweskiej. Bardzo interesujące jest też śmiałe sięgnięcie do tematu chyba całkowicie nieobecnego nie tylko w polskiej literaturze, ale i naszej społecznej świadomości historycznej – do problemu stosunków damsko-męskich w partyzantce i wywiadzie. Jako bardzo wartościowe oceniam przybliżenie dziejów oddziału Syren Teddy’ego czyli Klubu Sekretarek i związanych z tym dylematów, jak choćby problemu relatywizacji moralnej (i prawnej) aborcji.

W książce znajdziemy wiele ciekawostek, jak na przykład porównanie dwóch koncepcji spojrzenia na represje wobec ludności cywilnej – brytyjsko-polską i drugą, którą nazwałbym czechosłowacką, choć takie sformułowanie w powieści nie występuje. Jedna mówi, że represje wśród ludności po udanym zamachu na okupanta są tym lepsze, im rozleglejsze i okrutniejsze, gdyż konsolidują naród przeciw najeźdźcy, a druga, że świadome prowokowanie dodatkowych strat wśród ludności, jeśli można ich uniknąć, jest niedopuszczalne.

Jak zwykle Guillou perfekcyjnie wyłapuje specyfikę narodową różnych nacji, co widać choćby w celnym oddaniu siły języka niemieckiego w kontaktach z Niemcami, co jest wręcz przeciwieństwem choćby naszego stosunku do rodzimego języka.

W Niebieskiej Gwieździe znajdziemy też wiele innych perełek, jak choćby dygresje na tematy literackie ze sformułowaniem, które momentalnie podbiło me serce - ego modernistycznego literackiego onanisty.

Do powieści dołączone jest posłowie autora rzucające światło na jego podejście do materiałów źródłowych i przyznam, że popieram tę metodę w całej rozciągłości.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwie sprawy. Pierwsza - mój ulubiony pisarz tym razem nie ustrzegł się powielania fałszywych stereotypów o SS. Druga - praca wydawnicza.

Książki Guillou miały już w Polsce kilku wydawców i tłumaczy. Pierwsza była seria o Hammiltonie, szwedzkim bardzo realitycznym Jamesie Bondzie, wydana przez Czytelnika i almapress w tłumaczeniu Haliny Thylwe. To był perfekcyjny przykład ukazujący, że można wydać książki nie tylko bez błędów, ale ze stylem, który pozwoli rozsmakować się w autorze. Podobnie było z powieścią Zło w tłumaczeniu Anny Marciniakówny wydanym przez W.A.B. Niestety, prześwietny cykl Krzyżowcy nie miał już tyle szczęścia. O ile tłumacze Marian Leon Kalinowski i Janusz Korek pod względem stylistycznym stanęli na wysokości zadania, można nawet powiedzieć, że sięgnęli doskonałości, to spora liczba drobnych błędów nie pozwala ocenić pracy wydawnictwa Videograf II pozytywnie. A co ze Złotym wiekiem? Najpierw tłumaczyli wspólnie Anna Krochmal i Robert Kędzierski, potem dwa razy Kędzierski, a potem znów Krochmal i Kędzierski. Styl, zwłaszcza w pierwszej części, miejscami nie był tak klarowny, jak w innych powieściach Guillou, a i wydawnictwo Sonia Draga nie zadbało o to, by wyeliminować wszystkie błędy oraz błędziki. Mimo tego cykl był tak wciągający, tak oryginalny, że poleciłem go w moim Dyskusyjnym Klubie Książki, gdzie wzbudził zachwyt i uznanie. A teraz nagle, przy Niebieskiej Gwieździe, mamy nowego tłumacza - Macieja Muszalskiego. I sam nie wiem, czy to autor, którego rysem charakterystycznym była dbałość o szczegóły i czytelność przekazu, nagle się pogorszył, czy tłumacz nie sprostał. Chwilami, zwłaszcza na początku, jakaś taka nieokreślona mętność całkiem zakłócała mi lekturę. Zdarzyły się też ewidentne potknięcia. Wydawnictwo nawet się postarało i wpadki są naprawdę sporadyczne, ale dziwią mnie te manewry z tłumaczami. Marzę, by znów poczytać Guillou takiego, jak za pośrednictwem Haliny Thylwe. Nie zmienia to jednak faktu, że pomimo pewnych mankamentów, Niebieska Gwiazda jest książką z wielu względów jak najbardziej godną polecenia; trafia na moją osobistą półkę, na której naprawdę nie ma zbyt wielu książek, gdyż zatrzymuję tylko te, które mogą mnie skusić na ponowną lekturę


Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

Beksińscy. Portret podwójny Magdalena Grzebałkowska

Tysiące twarzy, czyli Beksińscy Grzebałkowskiej


Beksińscy. Portret podwójny

Magdalena Grzebałkowska

Lekturą października 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki była biografia Beksińscy. Portret podwójny, o Zdzisławie i Tomaszu Beksińskich (ojciec i syn), pióra Magdaleny Grzebałkowskiej. Szczerze mówiąc, nie byłem tym wyborem zachwycony. Za biografiami nie przepadam, a Beksiński było dla mnie nazwiskiem obcym. Niby dużo słuchałem muzyki w radio w czasach, gdy Tomasz był prezenterem i autorem audycji muzycznych, ale widocznie nie było nam po drodze, bo akurat jego w ogóle w pamięci nie zakonotowałem. Kiedy otworzyłem i przekartkowałem książkę, kiedy obejrzałem zdjęcia zamieszczonych wybranych dzieł Zdzisława, stwierdziłem, że niektóre robią na mnie wielkie wrażenie i że już wcześniej je widziałem, ale inne kompletnie do mnie nie przemawiają, i też je wcześniej widziałem. Takich artystów nie zapisuję sobie w pamięci, raczej przechowuję w sercu emocje, jakie wywołały te ich prace, które mnie zainteresowały. Reasumując – do książki mnie nie ciągnęło i odłożyłem ją na ostatnią chwilę, która jeszcze rokowała na przeczytanie w terminie, uwzględniając objętość książki, a dokładniej faktyczną ilość tekstu w niej zawartą.

 

Niestety, gdy nadszedł ten dzień, w którym rozpocząłem lekturę, szybko przekonałem się, że moje rachuby były mylne. Nie to, że źle uwzględniłem wielkość czcionki czy odstęp między wierszami, czyli ilość tekstu do przeczytania i zabrakło mi czasu. Źle oceniłem tempo, gdyż absolutnie nie trafiłem z przewidywaniem czym ta książka w istocie jest.

 

Beksińscy to nie biografia w narracji powieściowej, którą połyka się niczym powieść sensacyjną, ani historyczno-naukowa, czy jak kto woli propagandowa, w której suchy tekst też można prędko zmęczyć. To coś innego.

 

Na początku urzekł mnie obraz tła młodości Zdzisława Beksińskiego. Wspomnienia ojca i dziadka, a potem samego Zdzisława i jego współczesnych sięgające nawet przed Wielką Wojnę, malujące po drodze ku współczesności takie perełki jak realia frontu włoskiego, i dalej, aż po II Wojnę Światową w Polsce. Nie dotarłem nawet do jednej trzeciej przed umówionym terminem i na spotkanie poświęcone książce poszedłem prawie z niczym, ale już wiedziałem, że nie odpuszczę i doczytam. Jak się wiodło Beksińskim w PRL-u, jak w okresie przemian ustrojowych?... Co z tego wyszło?

 

Beksińscy to nie jest książka, o której by można napisać, iż jest wciągająca. Nie można jej czytać zbyt długo jednym ciągiem, ale nie oznacza to niczego pejoratywnego. Jest interesująca, w pewien specyficzny sposób urzekająca, ale jeśli nie chce się jej potraktować po łebkach, trzeba co pewien czas dać sobie czas na refleksję, na przemyślenia. Żywoty Beksińskich na pewno nie były zwyczajne i są niezwykle intrygujące nie tylko dla zainteresowanych sztuką czy muzyką. Chyba, a raczej na pewno, jeszcze bardziej fascynujące są jako wieloletnia obserwacja psychologiczna, a jeszcze bardziej socjologiczna. Polskie realia, polska moralność... Piękny dowód, że wyjąwszy osobniki ekstremalnie skrzywione, nie ma ludzi dobrych ani złych, że każdy, nawet przez chwilę nie udając kogoś, kim nie jest, i tak ma tysiące twarzy – inną dla każdego z ludzi. Jedne twarze są do siebie podobne, a inne wręcz przeciwnie...

 

Prawdziwy kwiatek to na przykład obraz Beksińkich jako królów piractwa muzycznego. Podwaliny pod powszechność piractwa dali ci, którzy teraz najwięcej krzyczą w obronie praw autorskich – artyści i celebryci, którzy niejednokrotnie na takich i pokrewnych „interesach” zbudowali swe majątki i kariery.

 

Podobnych perełek z obserwacji naszej rzeczywistości jest więcej, ale dla mnie Beksińcy to kopalnia materiału do przemyśleń socjo- i psychologicznych. Relacje żywiciel-pasożyt, patologie wychowawcze, całe mnóstwo fascynujących obserwacji. Do tego rozważania moralne, filozoficzne i Bóg wie jakie jeszcze, których nie sposób przy tej lekturze uniknąć – fascynujące.

 

Czy to lektura dla każdego? Chyba nie do końca. Na pewno nie jest to literatura piękna. Nie piękna, bo to literatura faktu, i nie piękna, gdyż stylowi Grzebałkowskiej daleko jednak do pióra Sienkiewicza (literatura piękna) czy Szejnert (literatura faktu). Nie chodzi tylko o niezręczności stylistyczne, które oczywiście nie powinny się zdarzyć, ale o ogólne brzmienie języka, które choć w zasadzie poprawne, nie ma tego polotu, który oddziela artyzm od rzemiosła.

 

Denerwują też trochę przypisy umieszczona na końcu, w dodatku nie w ciągłej numeracji, a podzielone rozdziałami. Nie lubię tej maniery, dużo mniej komfortowej dla czytelnika niż przypisy pod tekstem.

 

Wodotrysków literackich brak, życiorysy bohaterów mogą być dla niektórych czytelników ciężkostrawne, a nawet depresyjne... Jest tych argumentów na nie trochę, i to dość ważkich. Z drugiej jednak strony wspomniane wcześniej plusy, nie plusiki, a wielkie plusy, sprawiły, że nie żałuję ani chwili poświęconej na lekturę, a wręcz przeciwnie, jestem wdzięczny DKK, iż „zmusił” mnie do sięgnięcia po lekturę, którą sam by się nigdy nie zainteresował. Recenzje w sieci i nasze klubowe opinie pokazują, że można tę biografię odbierać i oceniać bardzo różnie, zależnie od tego, jak do niej podejdziemy. Ja preferuję zasadę – brać to, co jest, a nie szukać tego, czego oczekujemy na podstawie przynależności do gatunku, treści notki na okładce czy innych z góry powziętych oczekiwań. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak uwzględniając wszystkie za i przeciw, polecić ją wszystkim z pełnym przekonaniem.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

Sejf Tomasz Sekielski

Dołujący realizm tła, czyli Sejf Sekielskiego

Sejf

Tomasz Sekielski

Tomasz Sekielski był do niedawna kojarzony głównie jako dziennikarz radiowy i telewizyjny oraz publicysta tygodnika Wprost. Obecnie daje się poznać jako pisarz. Powieść Sejf, jego debiut w tej branży, była lekturą września rawskiego Dyskusyjnego Klubu Książki.

 

Ze stawu w wiosce na Podlasiu policja wyławia zwłoki bez twarzy. Wygląda to na porachunki mafijne, szybko się jednak okazuje, że sprawa jest poważniejsza. To dopiero początek serii morderstw i dziwnych wydarzeń sięgających szczytów władzy. Toczy się gra, w której każdy ma coś do ukrycia i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Gra o bezpieczeństwo państwa. Czy dziennikarz z problemami i policjant przed emeryturą, którzy wszczynają własne śledztwo, mają w niej jakieś szanse?

 

Tyle notka na okładce pierwszego wydania i myślę, że to wystarczy, jeśli chodzi o zapowiedź fabuły. Nie jest ona skomplikowana a pomysł szczerze mówiąc też nie jest zbyt oryginalny i kojarzy się choćby z pewnym znanym hitem filmowym. Przy okazji tego filmu mam zresztą pewne skojarzenia – w języku angielskim słowo przebój od słowa gówno odróżnia tylko jedna litera i wiele filmów pokazuje, że może być i jednym i drugim jednocześnie. No, ale to tylko taka dygresja, wracajmy do książki.

Warsztatowo powieść napisana jest bardzo sprawnie. Zdarzyły się naprawdę pojedyncze wpadki, których nie warto wytykać. Całość czyta się łatwo i szybko. Choć bardzo poprawnie napisana, nie jest to książka, która porusza odbiorcę, ani która niesie w sobie jakieś nadzwyczajne wartości. Świetna rzecz dla kogoś poszukującego dość płytkiej, ale zajmującej lektury dla zabicia czasu. Jedyne, co jest zagadką dla czytelnika, to czy wygra dobra, czy zła strona mocy. Dokładnie jak w hollywoodzkich produkcjach. Być może powyższa prostota, przypominająca pierwszy odcinek serialu z pogranicza sensacji, szpiegostwa i kryminału oraz thrillera sprawiła, że dyskusji w klubie prawie nad tą pozycją nie było. Rzecz absolutnie do poczytania, ale jednocześnie bez szans na trwały ślad w historii literatury. A jednak, jak to często bywa, moje odczucia gdzieś tam w głębi były nieco inne.


Sejf
jest kolejnym dowodem potwierdzającym moją tezę, że prawdy o danym kraju prędzej dowiesz się z kryminałów i innej beletrystyki niż z wydawnictw naukowych, dokumentów czy Wielkiej Literatury. W drugiej grupie autorzy mają świadomość celu – ukazania danego kraju z określonej perspektywy i, co oczywiste, determinuje ona obraz, który zostanie objawiony czytelnikom. W pierwszej grupie odwrotnie - ważna jest fabuła i akcja przekładające się na wyniki sprzedażowe, przez co autorzy nie przykładają wagi do szczegółów tła. Przedstawiają je oczywiście subiektywnie, ale tak je sami widzą, a nie jak według nich chcieliby je widzieć sponsorzy. Z tego też powodu najprędzej dowiesz się o tym, co sądzą za granicą o nas, sądzą naprawdę, z powieści, a nie z oficjalnych wypowiedzi, sond ulicznych czy innych podobnych produkcji.

Na tej płaszczyźnie Sejf jest powieścią doskonałą. Bezkompromisowo pokazuje polskie elity, które w rzeczywistości za nic mają dobro ojczyzny. Służby, które są gotowe popełnić każdą zbrodnię dla swojego dobra, bo przecież ojczyzna to one. Coraz większa liczba ludzi stojących ponad prawem w stopniu za komuny wręcz niewyobrażalnym. Demokracja, która stała się karykaturą samej siebie – totalna inwigilacja, kpina z praw jednostki, a wszystko to z powodu zagrożenia terroryzmem.


Swoją drogą terrorysta to ciekawy wynalazek. Niby mamy wojnę z terroryzmem, ale nie stosujemy się do prawa międzynarodowego z tej dziedziny. Nawet zbrodniarzom hitlerowskim nie odmawiano prawa do sądu, a teraz wystarczy, że ktoś komuś przylepi łatkę terrorysty, i już można go torturować, zabić bez sądu, i tak dalej. Można nawet pozabijać cywilów, którzy będą w pobliżu, byle tylko dopiąć swego. Kuriozum zaś to Polska wołająca o odszkodowania od Niemców, ale jednocześnie uważająca za powód do chwały, że pomagała Stanom w najechaniu suwerennego Iraku z powodów równie prawdziwych, jak przedwojenne hitlerowskie prowokacje wobec nas. Dygresja? Nie tak do końca; takie właśnie refleksje wzbudziła we mnie lektura Sejfu i dlatego nie była to dla mnie rozrywka łatwa i przyjemna. Tym bardziej, że realizm posunięty do granic dotyka prawie wszystkich aspektów powieści. Poza osią fabuły niestety, która wprost wywodzi się z pięknych kart historii naszej propagandy – kiedyś mieliśmy najlepszą kawalerię, a teraz mamy najlepsze służby.


Wątek o największym rażeniu to dla mnie pokazanie tego, czego nikt zdaje się nie zauważać – w kraju, w którym wciąż wałkuje się temat komunistycznych polskich agentów, nie mówi się niczego o agentach radzieckich i rosyjskich. Nawet agentami Stasi*, których chciano nam podać na talerzu, nie byliśmy zainteresowani. Niestety, cały ten realizm niejako przepada, gdyż brak do niego jakiegokolwiek komentarza, wskazania, co dobre, a co złe. Ta książka nikomu oczu nie otworzy – ci którzy pewnych rzeczy nie zauważają, ci którzy już się przyzwyczaili zła nie widzieć, na pewno go nie dostrzegą. A tych, którzy je widzą, książka tylko zdołuje, gdyż zobaczą bez osłonek prawdę o tym, co się dzieje w kraju nad Wisłą.


Dlatego, choć dla większości będzie to bardzo fajne czytadło (te dwa słowa, których unikam, tym razem uważam za najbardziej adekwatne, w dodatku w jak najbardziej pozytywnym ich znaczeniu), dla mnie jest to lektura dołująca i przypuszczam, że ci, którzy mają podobnie jak ja, wiedzą o co mi chodzi.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie



* Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej (niem. Ministerium für Staatssicherheit (MfS)

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi