Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Recenzja książki "Małe kobietki"

Louisa May Alcott to amerykańska pisarka uchodząca za jedną z pionierek literatury kobiecej i powieści dla dziewcząt. Określana jako feministka, żyła w XIX wieku; sławę przyniosła jej powieść “Małe kobietki” i jej kontynuacja “Dobre żony”. Inspiracją było życie autorki i jej trzech sióstr.

Wydana w 1868 roku powieść przedstawia losy czterech sióstr March: Meg, Jo, Beth i Amy. Ich ojciec jest pastorem, walczy w wojnie secesyjnej. Wcześniej stracił majątek, rodzina jest biedna. Matka, zwana Marmisią, prowadzi dom przy pomocy służącej Hanny. Dwie najstarsze córki pracują, Meg jako guwernantka, Jo jako dama do towarzystwa bogatej ciotki. To bardzo ogólny zarys treści tej książki, liczącej sobie ponad 500 stron, pięknie wydanej, ilustrowanej zdjęciami z filmu z 2019 roku. Zawiera ona oprócz “Małych kobietek” i “Dobre żony”. Większość klubowiczów przeczytała całość, choć, jak przyznali, ciężko było przedzierać się przez często irytujący dydaktyzm, infantylizm, banalność i ckliwość opisów.

Powieść się przestarzała i wiele zawartych w niej uwag i rad “trąci myszką”. Pojawiła się też sugestia, że może to my, klubowicze, jesteśmy na nią za starzy. Gdybyśmy przeczytali ją w fazie fascynacji Anią Shirey, może by nam się bardziej podobała. Choć i teraz podnoszone były głosy w jej obronie. Część osób podkreślała ładnie pokazany klimat relacji rodzinnych w domu Marchów, serdeczne więzi łączące siostry, praktyczność rad dawanych im przez matkę, wreszcie ciekawe charaktery dziewcząt, dość niezależnych, jak na tamte czasy.

Na uwagę na pewno zasługuje ich bogata wyobraźnia, ładnie pokazana przez Alcott, potrafią one wcielać w życie swoje małe pragnienia, dobrze się przy tym bawiąc. Wszyscy zgodziliśmy się co do tego, że staroświeckość powieści ożywia humor panien March. Zwłaszcza Jo i Laurie, wnuk zamożnego sąsiada Jamesa Laurence’a, wnoszą do książki ducha dobrej zabawy, dowcipnych i ciekawych rozmów.

Analizując charaktery głównych bohaterek, zastanawialiśmy się nad sposobem pokazania jednej z sióstr, nieśmiałej Beth i jej dość tajemniczej choroby. Typową przedstawicielką dziewcząt tamtego czasu wydała nam się Meg. Uzdolniona plastycznie Amy nie wzbudziła sympatii, choć jej pobyt w Europie wpłynął na nią korzystnie. Najciekawszą postacią jest na pewno Jo – pisze i publikuje opowiadania, a potem powieść. Jest najbardziej niezależna spośród sióstr, oczytana i zdecydowana w tym, co chce robić i jak chce żyć. Czy wytrwa w swoich postanowieniach? Cóż, życie przynosi niespodzianki.

Omawiając tę książkę, z ulgą (odnoszę to do klubowiczek) zauważyłyśmy, jak ponad 150 lat, które minęły od czasu jej wydania, zmieniło postrzeganie kobiety, jej pozycję w rodzinie i społeczeństwie. Trudno dziś poważnie traktować wiele uwag Marmisi czy samej narratorki zalecającej np. odpowiednie postępowanie dziewcząt i chłopców w stosunku do starych panien.

Cukierkowe” i “lukrowane” opisy rażą infantylizmem, np. opis róż ”uradowanych” i “zarumienionych z podniecenia”, które w dodatku “szepcą do siebie” i “chylą główki”. Trudno się czyta sepleniące wypowiedzi synka Meg i niepoprawne gramatycznie zdania Hanny. Czy czarnoskóra służąca “musi” nie znać dobrze języka, którym wszyscy wokół niej się posługują i go nie kaleczą?

Podsumowując nasze rozważania, stwierdziliśmy, jednak w większości, że “Małe kobietki” nie przystają za bardzo do dzisiejszych czasów, trochę nudzą i rażą dłużyznami. Zaleciliśmy zgodnie film na motywach powieści Alcott - piękne kostiumy, wnętrza, krajobrazy, uroda aktorek i aktorów sprawiają, że ogląda się go z dużą przyjemnością.

 

Wiesława Kruszek

 

Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Recenzja książki "Sonnenberg" Krzysztofa Vargi

Recenzja powieści Krzysztofa Vargi “Sonnenberg”

Zaczęliśmy nasze rozważania od ogólnych wrażeń dotyczących “Sonnenbergu” i jasne się stało, że nie wszystkim przypadła ta powieść do gustu. Należę do osób zachwyconych nią i dlatego starałam się pokazać jej walory. To przede wszystkim piękny obraz miasta, które niewątpliwie jest równorzędnym, obok Andrasa, bohaterem. I tu akurat pełna zgoda klubowiczów, wszystkim podobał się Budapeszt, po którym oprowadza nas pracownik naukowy zajmujący się modernistyczną literaturą austriacką. Napisałam oprowadza, bo faktycznie podczas czytania ma się wrażenie spacerowania po ulicach, placach, mostach, jeżdżenia tramwajami i autobusami, sporadycznie taksówką (Andras nie ma samochodu), wstępowania do knajp na szprycera, zwiedzania pięknego cmentarza Farkasreti, gdzie bohater widzi nawet śmierć pod postacią dziewczyny w szarej sukience. Tylko on doświadcza tej wizji, towarzysząca mu Virag zarzuca mu “wycofywanie się w sferę fikcji literackiej”. Nie jest to bezzasadne, bo nasz bohater obok zajmowania się modernizmem austriackim sam pisze powieść. Idzie mu jednak ciężko, wciąż jest właściwie na etapie zbierania materiału.

Tu dochodzimy do rozdźwięku wśród klubowiczów. Andras jest leniem i nieudacznikiem, przez co nie wzbudził sympatii, zarzucono mu niedojrzałość, brak zajęcia, niektórzy zastanawiali się, cóż on robi po całych dniach i z czego właściwie żyje. Tymczasem przecież bohater sam mówi nam: “Życie moje wbrew pozorom było ustatkowane, od lat chadzałem do tej samej pracy (…) spotykałem się z tymi samymi ludźmi”. Attila, Zsolt, Laci – to jego przyjaciele, z nimi spędza czas w knajpach, dyskutuje na różne tematy. Czy to jednak prawdziwa przyjaźń, skoro Andras skrzętnie ukrywa przed nimi swój romans z Agnes? Gdy poznamy szczegóły tego związku, może nie wyda nam się dziwne utrzymywanie tajemnicy.

Dla mnie Andras rzeczywiście wydaje się sfrustrowanym mężczyzną w średnim wieku i w długim (479 stron) monologu wewnętrznym próbuje dokonać swoistego rozliczenia z życiem, z samym sobą. Budzi jednakże moją, i niektórych klubowiczów, sympatię, to erudyta, którego Varga wyposażył w wiedzę z różnych dziedzin, nie tylko z literatury. Andras zna dobrze historię Węgier, wie dużo o przemyśle porno, sporcie, o samobójcach, sławnych kryminalistach. Wspaniałe, liczne dygresje stanowią właściwie osobne historie, np. o ojcu, o różnych markach perfum, o Kalwinie.

I tu z kolei część osób uważała, że to nadmierne przegadanie powieści, za wiele tych historii, niepotrzebne przeładowanie treści. Może część z nich należało pominąć. Rozumiem to, ale nie podzielam tych opinii, dla mnie nic tu nie jest zbędne. Pewna trudność w czytaniu oczywiście jest, tym bardziej, że to tekst ciągły, bez rozdziałów. Myślę, że szybko można przywyknąć do takiej narracji. Na uwagę zasługuje piękny język, długie, często na pół strony, zdania, humor, celne i trafne spostrzeżenia i porównania.

Wśród bohaterów uwagę zwraca też Laci, właściciel niszowego wydawnictwa. Często towarzyszą mu “fenomenalnie uzdolnione artystki”. Piękna i gorzko prawdziwa jest jego rozmowa z Virag na temat kondycji współczesnej literatury.

“Sonnenberg” jest dla mnie najlepszą powieścią Vargi, z sześciu, które znam. Uważam, że warto po jej przeczytaniu wysłuchać bardzo ciekawych rozmów Krzysztofa Vargi z Michałem Nogasiem i Darkiem Foksem na jej temat. Pozwolą one lepiej wniknąć w niektóre treści, zrozumieć ich wymowę, głębszy sens i symbolikę.

Wiesława Kruszek

Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Siostra Słońca

Książka pt. „Siostra Słońca” Lucindy Riley to przepiękna opowieść o Elektrze szóstej siostrze zwaną „Siostrą Słońca”, piękna światowej sławy modelka, pozostaje ona adoptowana jak pozostałe jej siostry przez bogatego ojca, wychowywana jest w pięknej posiadłości na prywatnym półwyspie jeziora genewskiego w Szwajcarii. Kobieta w wieku szesnastu lat pozostaje odkryta do modelingu w paryskiej kawiarni, pracując staje się bogatą, lecz w pewnym czasie traci kontrolę nad życiem, zwłaszcza po śmierci ojca, sięga po alkohol, narkotyki i inne używki. Kobieta popada w depresję i uzależnia się od środków rozweselających. Kiedy przychodzi jej stanąć na granicy życia i śmierci odratowana przez swych przyjaciół postanawia zawalczyć z nałogiem. Po opuszczeniu ośrodka uzależnień postanawia sięgnąć do korzeni i odkryć losy swoich przodków. W pożegnalnym liście od ojca, dostaje informacje związane z miejscem własnych narodzin, tutaj poznaje prawdę, że jej miejscem urodzenia był sierociniec w Nowym Jorku.

W życiu Elektry następują zmiany, okazuje się że ku z\dziwieniu kobiety żyje jej biologiczna babcia, która ją odszukała. Staruszka opowiada młodej kobiecie historię swojego życia i życia własnej córki oraz przodków. Historia rodziny prowadzi do Afryki, a dokładniej do Keni. 

Recenzja książki "Chrobot" Tomasza Michniewicza

Tomasz Michniewicz dedykuje swoją książkę “wszystkim nam” i proponuje siedem historii “najzwyklejszych ludzi świata”. Pochodzą oni z różnych stron świata: z Kolumbii, Japonii, Ugandy, Stanów Zjednoczonych, Indii, Finlandii i Zimbabwe. Wymaga od czytelnika uważności, bo losy bohaterów nie są opowiadane osobno, ale przeplatają się ze sobą. Autor zestawia tematycznie poszczególne zagadnienia, pisze np. o dzieciństwie, o nauce, planach na przyszłość, postrzeganiu kobiet w danym społeczeństwie. 

Juanita, Kanae, Marggie, Madhuri, Casey, Reilly i Mika – cztery kobiet i trzech mężczyzn. Poznajemy ich życie od dzieciństwa do dorosłości. Czytając, zastanawiamy się, jak nasz los wpisałby się w tę opowieść. Michniewicz w jednym z wywiadów sugeruje, że to czytelnik jest właśnie tym ósmym bohaterem. Możemy się zatem zamyślić nad tym, jak miejsce urodzenia wpływa od razu na nasze życie i determinuje dalszy los, jakie mamy możliwości wyboru swojej drogi. 

W naszym klubowym gronie zwróciliśmy uwagę na bardzo ciekawie pokazane sylwetki kobiet, silnych, próbujących zmienić coś w przypisanej im przez społeczeństwo roli. Matka Marggie z Ugandy, choć sama skończyła tylko trzy klasy, docenia znaczenie wykształcenia i pracuje całe dnie, by jej dzieci mogły skończyć szkołę. Madhuri z Indii zamiata ulice; po śmierci męża to ona zarabia na utrzymanie rodziny, pragnie, by jej ubogi dom był piękny, “co roku malowany na nowo innym kolorem”. Juanita z Kolumbii studiuje, pracuje, śpiewa z zespołem. W końcu odnajduje się, zgłębiając tradycje indiańskie i kolumbijską kulturę. Samotny i smutny wydał nam się los Kanae z Japonii, a może po prostu nie jesteśmy w stanie zrozumieć tej, tak bardzo odmiennej od naszej, kultury i tradycji. Jej motto brzmi: “każdy wystający gwóźdź trzeba po prostu wbić i wyrównać”. Garść ciekawostek o Japonii dodała pani Ola, która spędziła w tym kraju dwa tygodnie.  

Jednym z trzech męskich bohaterów jest Casey ze Springfield w stanie Missouri; jego historia trochę zburzyła nasze wyobrażenie wspaniałej Ameryki. Oczyma Mikiego z Finlandii spojrzeliśmy na kraj, w którego języku nie ma rozróżnienia płci. Zgodnie podziwialiśmy surowe i pełne niebezpieczeństw życie Reilly’ego w rezerwacie Imire w Zimbabwe. Zastanowiło nas, czy jego rodzice, wychowując swoje dzieci, postępowali słusznie, dając im tyle swobody. 

Poznając losy siedmiorga bohaterów, patrzyliśmy na kraj, z którego pochodzą ich oczyma, to nie było turystyczne spojrzenie, to próba wniknięcia w daną im rzeczywistość, ich problemy, chęć zmiany, polepszenia swojego bytu. Michniewicz pokazuje nam te cudze losy, zwracając jednocześnie uwagę na szereg wciąż nierozwiązanych problemów związanych z pomocą głodującej Afryce, wolontariatem, wyzyskiem ze strony koncernów farmaceutycznych czy odzieżowych, rasizm, głód, biedę, imigrantów. 

Jego reportaż przypomniał nam czytany i omawiany wcześniej na spotkaniu klubowym “Głód” Caparrosa. Zarówno wtedy, jak i teraz stawialiśmy sobie pytanie: Co właściwie możemy zrobić? Świat się zmienia, przybywa rzeczy, które chcemy mieć, wiele tanich. Kupimy, potem wyrzucimy, autor “Chrobotu” wymienia np. “wieszak na banany, dwadzieścia par butów, bibeloty, naklejki, puzderka...”, bo promocja, okazja.  Musimy wszystko to mieć? “A gdybyśmy tak kupowali tylko rzeczy, które naprawdę są nam potrzebne?” - pyta Michniewicz. Pani Ania przyznała, że zastosowała w swoim życiu minimalizm; zyskała przestrzeń i swobodniejszy oddech. Sam autor w wywiadach też podkreśla, że ma mało rzeczy. W swojej książce pisze: “Wszyscy jesteśmy lekarstwem”. Drobnymi krokami możemy dokonywać zmian w swoich przyzwyczajeniach, ograniczyć wygodnictwo, egocentryzm.   

Przeczytanie “Chrobotu” Tomasza Michniewicza zmusza nas do głębszych refleksji, nie możemy po prostu odłożyć książki i o niej zapomnieć. Bardzo polecamy ten reportaż.


Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Londyn NW

 

Tym razem Zadie Smith zaprasza do peryferyjnych dzielnic północno - zachodniego Londynu (London NW) - do Kilburn i Willesden. Stamtąd pochodzą i tam dorastali bohaterowie powieści: Keisha, Leah, Nathan i Felix – czwórka szkolnych przyjaciół.

 

Mocny prolog wbija nas w chaos, jakiego nie sposób uporządkować. Ludzie, zdarzenia, słowa, gesty, zapachy, smaki i ukazana kalejdoskopowo mnogość wszystkiego. Wkraczamy do tej części Londynu, która oswoiła różnorodność i dała jej możliwości rozwoju. Jest tam dynamicznie, nowocześnie... i groźnie przede wszystkim, bo ten tygiel nie służy spokojowi, nie daje wytchnienia. Smith opowie o różnorodności na kilku ważnych płaszczyznach. Ta najbardziej czytelna i oczywista odnosi się do czterech życiorysów ludzi, których coś istotnego połączyło w przeszłości i coś równie ważnego ominęło wspólnie, bo każdy żyje już obok innych, w piekle własnych frustracji, żalu, skrywanych przed światem emocji i z poczuciem, że zawsze można żyć inaczej, lepiej.

 

Leah jest w samym środku egzystencjalnego kryzysu – kłopoty z mężczyzną, matką i pracą nie ułatwiają jej życia. Jej przyjaciółka Nathalie nie wiadomo kiedy zamieniła się w sfrustrowaną matkę, choć niegdyś była przebojową prawniczką. Nathan, obiekt ich dziewczęcych westchnień, dziś jest kloszardem i narkomanem. A Felix, niezrealizowany filmowiec i życiowy nieudacznik ginie w przypadkowej bójce.

 

"Londyn NW" to przepełniona sporą dozą goryczy opowieść o trudnym losie ludzi, którzy przekraczają trzydziestkę, granice własnych marzeń i planów i dla których życie pisze nieprzewidywalne scenariusze. Bliskość opisywana jest symbolicznie. Oddalenie Smith ukazuje za pomocą dość sporego wachlarza środków wyrazu. Jest to opowieść o miejscu, które naznaczyło biografie i o biografiach, jakie nie wychodzą poza miejsce. Peryferie Zadie Smith to mikroświat,  w którym jak w pigułce ukazane jest życie ze wszystkim, co w nim niewygodne i z trudnościami, bo praktycznie nigdy nie jest tak jakbyśmy chcieli, żeby było. Czy nie otrzymujemy jednak tego, na co zasłużyliśmy i co sobie wypracowaliśmy?

 

Życie staje się dla bohaterów problemem i wyzwaniem - każdy mierzy się z nim na swój sposób. Od uroku młodzieńczych wspomnień po dramat depresji i niespełnienia, w końcu po tragizm wegetacji mimo woli i przypadkowej śmierci. Londyn NW" na początku kusi swą wieloznacznością ulic, miejsc, ludzi i gwaru. Potem zaś widzimy, że Smith pisze o polifonii uczuć, pragnień i oczekiwań, dla których miejscem realizacji musi być północno-zachodni Londyn, bo nigdzie indziej spełnienia nie będzie.

 

„Londyn NW” to przenikliwa powieść o współczesnych londyńczykach skazanych na samotność. Ludzkie więzi, uczucia, relacje, powiązania i kontakty – to prawdziwa mapa tego miasta. Londyn w powieści Zadie Smith to nie tylko miejsce, w którym sama dorastała, to centrum świata, pełne mieszających się kultur, jezyków, tradycji i wartości. Centrum świata, w którym najtrudniej jest odnaleźć drugiego człowieka.

 

„London NW” to naprawdę dobrze skrojona proza obyczajowa, mroczna i drapieżna, balansująca między granicami stylów, wciąż te granice zacierająca i porywająca rytmem opisywanych dzielnic. Bardzo dobra narracja, iskrzy na każdej niemal stronie, zwodzi i zaciera czytelne sugestie. Jest jednak "Londyn NW" opowieścią o ludziach i sprawach, o jakich już wielokrotnie napisano. Zadie Smith zrobiła to po swojemu. Zadała każdemu z nas pytania o to, do czego zdolny jest człowiek dążący do stabilizacji i ten, któremu nie jest dana. Kazała zastanowić się, czy na pewno zwykle każdy człowiek otrzymuje od życia to, na co zasłużył. Pokazała jak życie zmienia ludzi, ale nie zmienia śladów ich pochodzenia. Jak rozpaczliwie próbują oni wyzwolić się z czasu minionego, wyjść poza ramy i ograniczenia oraz kiedy zmuszeni są odpuścić i pogodzić się z losem. "Londyn NW" to nie tyle wielowątkowa powieść o tym, z czym należy się pogodzić, a czemu przeciwstawić, co przede wszystkim barwna historia wchodzenia w wiek średni, któremu barwy odbiera codzienność, lecz nadają ich jednocześnie wspomnienia. I czas miniony wciąż mimo wszystko żywy.

 

W słusznej sprawie

 

„W słusznej sprawie” to kolejna książka Diane Chamberlain wydana w cyklu „Kobiety to czytają”. Autorka po raz kolejny udowadnia, że literatura popularna może zajmować się tematami niełatwymi, które przypominają czytelnikom o nie tak odległej przeszłości. Tym razem powieść Chamberlain skupia się na Programie Sterylizacji Eugenicznej w Karolinie Północnej, który realizowano w latach 1929-1975. W celu oczyszczenia rasy oraz w imię dobra publicznego Liga Ulepszania Ludzkości wysterylizowała ponad siedem tysięcy obywateli, kobiet i mężczyzn, przebywających pod opieką opieki społecznej, chorych na epilepsję, upośledzonych umysłowo lub niepełnosprawnych ruchowo. Odwołanie się do niechlubnych faktów z historii Stanów Zjednoczonych staje się pretekstem do opowiedzenia o rasizmie, klasowości, przekonaniu niektórych ludzi, że mogą decydować o człowieczeństwie innych osób, wreszcie o emancypacji.

Dwie główne bohaterki. Dwa środowiska. Jedna historia. Obie dotknięte skutkami działań władz stanowych, choć każda na swój sposób. Jane jest młodą 22-letnią, pełną zapału opiekunką społeczną. Jej podopieczna, wychowująca się na plantacji tytoniu 15-letnia Ivy, razem z babką i starszą siostrą żyją w skrajnej biedzie. Fatalna sytuacja materialna tej rodziny sprawia, że Ivy, zgodnie z obowiązującymi w Karolinie Północnej przepisami, zostaje zakwalifikowana do zabiegu sterylizacji. Jane, jako pracownik socjalny, wbrew swojej woli ma zajmować się wdrażaniem programu i ma doprowadzić do sterylizacji Ivy. Co istotne, rzecz dzieje się na początku lat 60-tych, kiedy ideałem życia kobiety jest charytatywna praca w Lidze Pań, bycie piękną i pachnącą u boku poważanego przez społeczność męża i czekanie na niego z obiadem w idealnym białym domku, stojącym w szeregu tysiąca identycznych budynków. W tych warunkach niezwykle ciężkie jest życie kobiety, która chce coś zmienić, która nie zgadza się na zastany układ.

Autorka była niewątpliwie bardzo dobrze przygotowana źródłowo do napisania „W słusznej sprawie”. Prześledziła historie ofiar Programu Sterylizacji Eugenicznej w Karolinie Północnej, zapoznała się z warunkami plantacji tytoniu na obszarze tego stanu, przeczytała wiele książek i artykułów na temat eugeniki, rozmawiała z psychologami i pracownikami opieki społecznej. Jej wysiłek widać na niemal każdej stronie książki, co jest niewątpliwą zaletą powieści. Jest nią także kreacja portretów psychologicznych bohaterów, szczególnie - uzależnienie od konwenansów (i bogatego, przystojnego męża, który, rzecz jasna, z racji majątku i urody, musi mieć we wszystkim rację). Diane Chamberlain genialnie uchwyciła aurę wczesnych lat 60. na Południu. Jej postacie tchną autentycznością i poruszają serca, sama historia jest szokująca i opisana pięknym, pełnym współczucia stylem. Autorka po mistrzowsku pisze o miłości, lojalności i sile, którą trzeba mieć, by wybrać to co słuszne, nie licząc się z konsekwencjami. „W słusznej sprawie” to chyba najlepsza jak dotąd powieść Chamberlain.

Wyrwa

Książkę „Wyrwa” można polecić z uwagi na ciekawą fabułę oraz ze względu na fakt, że autorem tego thrillera psychologicznego jest Wojciech Chmielarz, który jest jednym z najpopularniejszych polskich autorów tego gatunku.  Należy jednak zaznaczyć, że książka ta nie jest klasycznym kryminałem, ale trzyma w napięciu i ma coś, co lubi większość czytelników, czyli mocno rozbudowany wątek kryminalny z wątkiem społecznym. 

            Powieść ta zachwyca czytelnika już od pierwszych stron czytania, ponieważ od samego początku opowiada smutną i ciekawą historię o życiu.  Przedstawia nam świat bohatera Maćka, który w jednej chwili traci sens życia po stracie bliskiej osoby. Jego żona ginie w wypadku samochodowym, a on zostaje bezradny z dwiema córkami. Wkrótce dowiaduje się, że jego żona była w ciąży i miała romans. Spotkanie z jej kochankiem uświadamia bohaterowi, że jego ukochana miała wiele tajemnic. Z tego powodu mężczyźni zawierają rozejm, aby dowiedzieć się jak najwięcej o swojej kobiecie i poznać jej sekrety. Pytania zaczynają się mnożyć, a tragedia zmienia się w skomplikowaną zagadkę.

            Podsumowując, należy stwierdzić, że „Wyrwa” porusza bardzo dużo trudnych tematów, czyta się ją z zapartym tchem i ogromną ciekawością, co będzie dalej. To historia splątanych uczuć, trudnej przyjaźni i konsekwencji życiowych błędów. Jest to opowieść, która zapada mocno w pamięć, zmusza do głębokiej refleksji nad życiem, nad własnymi relacjami z rodziną oraz nad kwestiami zawodowymi. Jest to powieść, którą można polecić przede wszystkim dorosłym czytelnikom, a szczególnie osobom posiadającym dzieci i zmagającym się ze stratą bliskiej osoby.

Afery i sakndale Drugiej Rzeczypospolitej

   Międzywojnie w Polsce przedstawia skomplikowany obraz wielkości i małości, chwały i nędzy II RP.

   W swojej książce Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej Sławomir Koper ogranicza się do samych tylko ciemnych spraw dwudziestolecia. Autor przedstawia międzywojenną Polskę wyłącznie od strony morderstw politycznych, afer gospodarczych i skandali obyczajowych, ograniczania wolności i nasilania się tendencji autorytarnych. Koper opisuje m.in. zamach na prezydenta Narutowicza, samobójstwo Walerego Sławka i zaginięcie generała Zagórskiego. Pisze także o sensacjach takich jak drugie małżeństwo prezydenta Mościckiego, kampanie literackie i społeczne Boya-Żeleńskiego czy słynna sprawa Gorgonowej.

   Paradoks polega jednak na tym, że Afery i skandale ukazały się jako kolejny tom w poczytnej serii Bellony poświęconej właśnie polskiemu dwudziestoleciu i ewidentnie odwołującej się do żywej wciąż legendy II RP. Autor i wydawca zdają sobie sprawę z tego, że jeśli czytelnik sięgnie po książkę ukazującą międzywojnie w niekorzystnym świetle, to i tak nie po to, aby nabrać doń krytycznego dystansu, lecz raczej by nadal karmić własne sentymenty wobec dawnych pięknych czasów. Koper odwołując się do nieprzezwyciężonej słabości rodaków do Polski dwudziestolecia mierzy zatem w listę bestsellerów.

   Kreślony piórem Kopra wizerunek Drugiej Rzeczypospolitej, oglądanej przez pryzmat Brześcia i Berezy, robi wrażenie chwilami groźne, a chwilami operetkowe. Dawni pepeesowscy towarzysze i legionowi podkomendni Piłsudskiego bezpardonowo bronią własnego stanu posiadania, łamiąc kręgosłupy sądom i sejmom, tak jakby to ich dewizą było: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Z kolei opozycja z prawa i lewa pozostaje bezsilna, sparaliżowana przez urastającą do półboskich rozmiarów postać Marszałka. Obezwładnia ją też nieziszczalne marzenie o rządach wcale nie bardziej demokratycznych niż sanacyjne, ale wykorzystywanych do zaprowadzenia własnych porządków. Wszystkie stronnictwa polityczne łączy zaś brutalny język propagandy i skłonność do akceptowania przemocy, jeśli tylko stosują ją ich zwolennicy, a nie rywale.

   Niektóre tematy, jak choćby problem antysemityzmu na polskich uczelniach, czy umieszczenie Zofii Stryjeńskiej w zakładzie psychiatrycznym, zostały w książce pominięte. Raz po raz wracają za to sceny z udziałem, jak ich nazywa autor, „bandytów w mundurach”, czyli oficerów występujących w roli bezkarnych „nieznanych sprawców” pobić i uprowadzeń.

   Pozbawiony głębszego przygotowania czytelnik masowy, do którego adresowane są Afery i skandale, po lekturze może zapytać, czy jest tu właściwie czego żałować. I za odpowiedź na to dramatyczne pytanie raczej nie starczy mu fakt, że tytułowe skandale i afery miały wtedy swój smak właśnie dzięki temu, że działy się w epoce, kiedy nie umiano obywać się bez wzniosłych dekoracji, mimo że skrywała się za nimi ponadczasowa arcyludzka marność.

   Sławomir Koper zatem nie pomaga nam zmierzyć się z zagadką popularności II RP, ale też jego książka nie ma ambicji być czymś więcej niż tylko czytadłem historycznym. I to zadanie spełnia przyzwoicie. Całość została napisana lekkim, codziennym językiem, w sposób na tyle przejrzysty, by trafić do szerokiej, pod względem wieku, grupy odbiorców. Oprawa dla treści jest dosyć solidnie wykonana. W książce znajduje się sporo ilustracji, a podział na rozdziały sprzyja przejrzystości przedstawionych w niej historii. Jednak w dziele Sławomira Kopra nie ma nic, czego nie wiedziałby człowiek żywo interesujący się historią i polityką. Niniejsze dzieło jest tylko krótkim przeglądem kart, także tych ciemnych, z dziejów Drugiej Rzeczpospolitej.

Recenzja książki "Testamenty" Margaret Atwood

Kanadyjska pisarka Margaret Atwood napisała “Opowieść Podręcznej” w 1985 roku, po ponad 30 latach wróciła do świata tam pokazanego powieścią “Testamenty”. Przyznała, że długo wzbraniała się przed kontynuacją, ale w końcu uległa namowom, bo, jak powiedziała: “zaczęliśmy zbliżać się do Gileadu, zamiast się od niego oddalać”.

By wniknąć w świat stworzony w wyobraźni Atwood, przeczytałam najpierw “Opowieść Poręcznej”, gdzie bohaterka, Podręczna w domu Komendanta Freda, opowiada o świecie stworzonym przez Synów Jakuba, w którym kobieta sprowadzona została do roli służącej i reproduktorki.

W “Testamentach” pisarka przybliża Republikę Gileadu, opowiada o jej początkach, metodach działania Komendantów i Ciotek, którym to łaskawie pozwolono, po uprzednim “procesie zmiękczania oporu”, na współpracę. Jedną z nich jest Ciotka Lidia działająca na dwa fronty – cieszy się zaufaniem Komendanta Judda i tajnie działa na rzecz Mayday, organizacji pomagającej kobietom.

To jej relacje zapisane jako “holografy z Ardua Hall” pozwalają poznać ten przerażający świat, jego filozofię i strukturę opartą na wybranych, wygodnych dla Komendantów, fragmentach Starego Testamentu. Ciotka Lidia w tajemnicy prowadzi swoje zapiski i chowa je w książce kardynała Newmana. Wierzy, że może kiedyś ktoś je znajdzie i zapozna się z nimi, stąd jej zwroty do czytelnika” “Kim jesteś mój czytelniku? I kiedy jesteś?”

Obok relacji Ciotki Lidii są w powieści zapisy świadków: 369 A i 369 B. Pierwszym z nich jest Agnes Jemima, dziewczynka, która dorasta w Giliadzie, drugim Daisy mieszkająca w Kanadzie. Trzeba uważnie śledzić te relacje, bo ich tożsamość zmienia się, przybierają nowe imiona, okazują się kimś innym niż myślały.

Taki sposób prowadzenia narracji wymaga, jak już wspomniałam, uważności, ale szybko można przyzwyczaić się do niego i w kolejnych rozdziałach zagłębiać się w świat, który mógłby być sennym koszmarem, gdyby nie to, że niestety zwraca uwagę na to, jak wdrażając odpowiednie mechanizmy kontrolne, można ograniczyć wolność jednostki i całkowicie podporządkować ją systemowi władzy. O powodach politycznej długowieczności bardzo ciekawie pisze Ciotka Lidia, ona wie, że reżim jej potrzebuje, że ma na Komendantów “haki” i oni o tym wiedzą, wreszcie, są pewni jej dyskrecji.

Cytując sobie myśli tej bohaterki, popijając miętową herbatę, podawaną obok ciepłego mleka w Schlafly Cafe w Ardua Hall, dyskutowaliśmy w naszym klubowym gronie, jak Margaret Atwood wiarygodnie i realistyczne odtworzyła wizję republiki usytuowanej gdzieś na terenach Stanów Zjednoczonych. Podziwialiśmy kunszt tłumacza, stworzenie słów typu: Modliwil, porodomobil, Ekonoludzie. Naszą grozę budziły opisy Ceremonii, Wybawiania czy Zbiornika Wdzięczności.

Interesujące, zarówno w “Opowieści Podręcznej” jak i w “Testamentach”, są dodane na końcu powieści zapiski historyczne, odpowiednio z 2195 i z 2197 roku. To 12., a w “Testamentach” 13. Sympozjum Badań nad Gileadem. Można się z nich dowiedzieć o ostatecznym upadku tego koszmarnego państwa, gdzie nie trzeba było się zastanawiać, kogo widzimy na ulicy – czerwony strój i białe “skrzydła” na głowie - wiadomo Podręczna, brązowy - Ciotka, szary – Marta, niebieski - Żona Komendanta i tak dalej. Tylko mężczyźni, ci wyżej postawieni, w dobrze skrojonych garniturach, Strażnicy i Oczy w stosownych mundurach i z bronią, by pilnować porządku i miejsca, które każdy miał przypisane.

Polecam obie powieści Atwood i świetny serial nakręcony na ich motywach, są to już cztery sezony, a w przygotowaniu kolejny. Tam świat Gileadu zobaczymy w całym jego koszmarze i “barwach”.

 

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki "Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej”" Piotra Milewskiego

Recenzja książki Piotra Milewskiego „Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej”

Z dużymi oczekiwaniami siadłam do lektury książki Piotra Milewskiego o podróży koleją transsyberyjską. Liczyłam na czytelnicze współuczestnictwo w tej wyprawie, zachęcona takimi doznaniami podczas niedawnego „podróżowania” z norweskim pisarzem Torbjornem Faerovikiem i jego książką „Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu”.

Okazało się, że moje, a i innych klubowiczów także, nastawienie na przeżycie wraz z autorem emocjonujących wrażeń rozminęło się z rzeczywistością. Już „zerowy kilometr”, gdzie opisuje swoje fascynacje koleją i drogę do większego zainteresowania tą tematyką za sprawą m.in. kolegi Grzegorza wydał nam się mało wiarygodny i stworzony wyłącznie na potrzeby książki.

Uznaliśmy zgodnie, no prawie, o tym za chwilę, że autor dość powierzchownie potraktował temat. Odnieśliśmy nawet wrażenie, że zamiast podróży koleją mamy tu spacery po kolejnych miastach, w których zatrzymuje się transsib. Milewski chodzi po miastach, coś tam ogląda, przytacza dokładnie napisy na pomnikach, domach, wylicza jedno pod drugim rzeczy, które można kupić na bazarze w Moskwie. Wydaje się to chyba zabiegiem mającym zwiększyć liczbę stron. Oglądane miejsca są niekiedy tylko wspomniane, urywa się wątek tam, gdzie oczekiwałoby się kontynuacji, np. przy zwiedzaniu Carskiego Sioła autor pokonuje trudności z dostaniem się tam i… zostawia nas przed wejściem.

Podróże to obok miejsc ludzie spotykani na szlaku, autor zamieszcza rozmowy z niektórymi z nich, i tu też niestety rozczarowanie. To często mało ciekawe i dość oczywiste rozważania na temat trudności życiowych i perspektyw rozwoju.


Napisałam, że prawie wszyscy klubowicze byli rozczarowani książką. Jedyną, która miała inne zdanie, była pani Ania. To ona uczestniczyła kiedyś w spotkaniu z Piotrem Milewskim i zrobił on na niej bardzo korzystne wrażenie. Jego spokojne usposobienie odnalazła w tej i innych przeczytanych przez nią jego książkach. Chwaliła takie właśnie niespieszne tempo narracji, rozglądanie się wokół, bez nadmiernej ekscytacji, koncentracja na wybranych obiektach. Trudno nam było się z tym zgodzić, choć w jednym przyznaliśmy pani Ani rację – podobały nam się niektóre wstawki historyczne, głównie te dotyczące urzędnika odpowiedzialnego za budowę kolei Siergieja Juliewicza Witte. Te fragmenty uznaliśmy za najciekawsze, bo i postać faktycznie jest warta bliższego poznania.

Pochyliliśmy się jeszcze trochę nad dwiema wkładkami z kolorowymi zdjęciami z podróży i tu niestety znów narzekaliśmy, bo nie znajdowaliśmy w nich często piękna odwiedzanych i mijanych z okien pociągu miejsc. Niektóre wydawały się dość przypadkowo zamieszczone i niezbyt trafnie dobrane, np. zdjęcie małpki czy fragmentu ściany wagonu, gdzie znajduje się palarnia.

Nie przypadł nam do gustu styl i język; autor próbuje wplatać w tok swojej narracji porównania i metafory nie bardzo współbrzmiące z całością przekazu, rażą czasem sformułowania typu „mieszanka mokrego kurzu i słodkiego kwiecia” czy „obłoki sunęły po niebie jak wielkie tłuste gęsi”.

Było nam nieco żal, że nie znaleźliśmy w tej książce klimatu podróży przez Rosję, bezkresu obszarów, różnych stref czasowych, zabrakło nam emocji autora, nie poczuliśmy tej jego fascynacji i spełnienia dziecięcych marzeń. Może jednak powinniśmy, idąc za radą pani Ani, dać jeszcze szansę Milewskiemu i sięgnąć po jego inne książki.

 

Wiesława Kruszek z Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

"Nie oddam dzieci"

Książka Katarzyny Michalak pt. „Nie oddam dzieci” przedstawia losy rodziny Sokołowskich, przybliża nam człowieka, a inaczej znanego pracoholika, który pochłania się w zupełności swej pracy i nie odnajduje czasu dla rodziny. Można byłoby pomyśleć, że to zwyczajna rodzina w dzisiejszych czasach, jednakże Michał Sokołowski zawsze zapracowany, zbyt mało poświęca czasu i serca swej zonie i dzieciom. Mężczyzna niejednokrotnie łamie przysięgi złożone swoim najbliższym, gdyż kariera i sława jest dla chirurga priorytetem najważniejszym. Człowiek ten ciężko pracuje dla dobra rodziny, sądząc iż całą opiekę powinna ponieść jego małżonka matka dzieci. Nagły ,straszny wypadek diametralnie zmienia postać rzeczy. Młody chirurg po nagłej i przerażającej wiadomości telefonicznej, popada w depresję, brzydzi się swoim postępowaniem, ma wyrzuty sumienia i nieustające poczucie winy. Ten niewyobrażalny ból przeszywa jego serce w ciągu kilku sekund jego życie radykalnie się zmienia. Śmierć jego najbliższych: żony i trzyletniego synka Antosia wywołuje w nim jęk i łzy i nieodgadnione poczucie krzywdy, winy i strachu. Czy mężczyzna mógł przewidzieć sytuację?, kłębią się w jego głowie nieustające myśli?..., zbyt późno, aby cofnąć czas… Sokołowski popada w stan upojenia alkoholowego, aby zapomnieć o wszystkim. Ten młody mężczyzna zapomina, że w jego życiu, są jeszcze jego pozostałe dzieci, które właśnie teraz potrzebują jego wsparcia najbardziej. W tym momencie w życiu rodziny pojawia się ktoś życzliwy, ktoś kto za wszelką cenę chce odebrać pozostałe dzieci. Czy ,mu się to uda?. Po pewnym czasie Michał budzi się ze zbyt długiego snu w jakim dominował gniew, żal, smutek i na nowo pragnie zadbać o swoich najbliższych. Za wszelką cenę dąży do utrzymania swoich dzieci, przy sobie zmienia się, aby udowodnić przed sobą samym że jest w stanie udźwignąć wychowywanie swych dzieci i bierze na swoje barki ten obowiązek. W tym momencie  słynny chirurg odnajduje drugą szansę swego życia i za wszelką cenę dąży do złączenia swej rodziny i odbudowania relacji.

Recenzja książki "Wyhoduj sobie wolność"

Recenzja książki Marii Hawranek i Szymona Opryszka „Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju”

Autorzy „Wyhoduj sobie wolność” pojechali do Urugwaju, by, jak piszą, „ zajarać dżointa”, a potem narodził się pomysł na książkę. W pisaniu wspomagała ich yerba mate, którą Urugwajczycy piją litrami, termos i tykwa z bombillą to ich nieodłączny atrybut. My na spotkaniu raczyliśmy się zwykłą herbatą i kawą, które nie mają tak wspaniałych właściwości jak napój z dalekiego kraju. Zgodnie przyznaliśmy, że nasza wiedza o Urugwaju nie wykraczała dotąd poza znajomość położenia tego miejsca. Zatem dzięki lekturze dwudziestu dwóch tekstów mogliśmy poznać trochę ten kraj.

Pan Ryszard od razu wskazał na reportaże związane z piłką nożną, fascynacja futbolem jest tam powszechna; „garra charrua” (wojowniczy duch) jest w narodzie, nawet gdy trzeba pogodzić się z porażką. Inni klubowicze, mniej może zainteresowani „świątynią kulistego boga”, mówili o ciekawych tekstach dotyczących laickości państwa, zalegalizowaniu uprawy marihuany, związków partnerskich, adopcji dzieci przez pary jednopłciowe czy przyjmowaniu uchodźców. Urugwaj, liczący zaledwie trzy i pół miliona mieszkańców, wydaje się krajem, gdzie wolność i tolerancja są najważniejsze. Nie zawsze jednak wszystko wygląda tak wspaniale. Są nierówności społeczne, pani Janka zwróciła uwagę na reportaż o ludziach utrzymujących się ze zbierania śmieci. Autorzy rozmawiają z Rosą, która marzy, by jej dzieci nie musiały „pracować w śmieciach”.

Pani Ola z kolei mówiła o reportażu „Nie taki znowu raj”, gdzie poruszono kwestie przyjmowania uchodźców, którzy po pewnym czasie chcieli wyjeżdżać, podglądani wciąż przez Urugwajczyków oczekujących od nich wdzięczności. Przyznała też, że trochę rozczarował ją bardzo krótki tekst „Kraj tłustych krów”, oczekiwałaby tu rozwinięcia tematu. Dla mnie również zastanawiająca jest niewielkich rozmiarów „Błękitna krew”, tekst umieszczony może ze względu na polski akcent.

Niektóre z reportażu wydały nam się znów nieco za długie, zbyt nużące, np. ten o ucieczkach z więzienia czy rozpisany na sceny tekst „Wolni od dymu” o procesie z koncernem Philip Morris. Zainteresowało nas „Dziesięć zasad Lucii”, żony prezydenta Jose Mujici. To reportaż o nim właśnie otwiera książkę i kończy się pytaniem, czy uda się, po kilku nieudanych próbach, przeprowadzić z nim wywiad. Udało się! Ostatni tekst to ciekawa rozmowa z Pepe, z której warto może przytoczyć takie zdanie: „Dla mnie wolność oznacza wolny wybór drogi, która może doprowadzić nas do większego poczucia szczęścia”.

Przyznaliśmy zgodnie, że Urugwaj to ciekawy kraj, zaś Maria Hawranek i Szymon Opryszek chcieli nam go pokazać z różnych stron, odbyli wiele rozmów, odwiedzili swych bohaterów w domach, miejscach pracy, kawiarniach; wysłuchali powierzonych im historii, wsłuchali się w relacje, zanotowali ważne myśli, zacytowali słowa poematów i piosenek. Jednak zabrakło nam w tym zbiorze reportaży pokazujących atrakcje turystyczne tego kraju, opisany przylądek Cabo Polonio raczej nie zachęca do odwiedzenia go, podobnie Montevideo, Melo czy miasteczko Durazno , czyli Brzoskwinia. Może taki był zamysł autorów. Chcieli, by czytelnik zobaczył ich oczyma kraj, gdzie można „wyhodować sobie wolność”. Jak rozumieć ten tytuł? Zachęcamy do lektury!

 

Wiesława Kruszek – Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradz

 

Recenzja książki "Laska nebeska"

Dla Mariusza Szczygła literatura czeska to jego „laska nebeska”. Znany czechofil kolejny raz proponuje czeskie klimaty w zbiorze felietonów inspirowanych literaturą naszych południowych sąsiadów. Wśród siedemnastu utworów nie mogło oczywiście zabraknąć „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, „Śmierci pięknych saren”, „Obsługiwałem angielskiego króla” czy „Pociągów pod specjalnym nadzorem”. Znalazły się jednak i te mniej znane: „Batalion czołgów”, „Krakatit”, „Palacz zwłok”, „Lemoniadowy Joe”.

Oprócz felietonów związanych z czeskimi książkami, które są „improwizacją na ich temat”, w zbiorze znalazły się też inne teksty; zadaniem ich wszystkich jest, jak pisze we wstępie autor, „wprowadzić nas w dobry nastrój”. Ten zaś dodatkowo jest spotęgowany zdjęciami Frantiska Dostala.

Zamysł Szczygła, przynajmniej w odniesieniu do nas, klubowiczów, powiódł się w pełni. Dobrze bawiliśmy się nie tylko przy czytaniu, ale i dyskutowaniu. Niektórzy z nas przywołali swoje doświadczenia związane z pobytami w Czechach, Słowacji czy wcześniejszej Czechosłowacji. Zgodziliśmy się z tezami autora o tym, że nasi sąsiedzi są pogodniejsi niż my, mają do siebie większy dystans, a ich literatura pokazuje „naród czeski z niezbyt chlubnej strony”.

Jej bohaterami są często zwykli, prości ludzie i, jak to bywa zwłaszcza u Hrabala, „towarzystwo pijących piwo”, ludzie zajęci swoim wewnętrznym monologiem. Z kolei dewizą Szwejka jest „przeżyć za każdą cenę”, w „Obsługiwałem angielskiego króla” wyrazi się to zaś złotą zasadą przetrwania: „Nic nie widziałeś, nic nie słyszałeś” i „Wszystko widziałeś i wszystko słyszałeś”.

Pisze nam też Szczygieł o „szwejkowaniu”, którym określa się groteskowe sytuacje czy idiotyczne zachowania; podaje swoją złotą siódemkę literatury wychodkowej (głośny śmiech gwarantowany), przytacza przykłady dwóch różnych tłumaczeń niektórych fragmentów „Kapryśnego lata”, co jest bardzo ciekawym i pouczającym doświadczeniem dla czytelnika. Przyznaje się do swej niechęci przebywania w zadymionych, hałaśliwych, piwnych barach, co skutkowało niemożnością przeprowadzenia wywiadu ze znanym opozycjonistą i literatem Ivanem Martinem Jirousem. Wyjaśnia, dlaczego nie udało mu się porozmawiać z siostrzenicą Kafki.

Pora teraz, by odnieść się jeszcze do ostatniego tekstu, a właściwie dwóch, poświęconych postaci czeskiego geniusza Jary Cimrmana - to m.in. wybitny wynalazca, dramatopisarz, kompozytor, a nawet pionier Internetu. Znają i podziwiają go wszyscy Czesi, ma swoje wystawy, w teatrze grane są jego sztuki,” przyczynił się” w pewien sposób do powstania „Trzech sióstr” Czechowa. Wszystko pięknie, tylko… Jara Cimrman nigdy nie istniał, został wymyślony. Istnieje jednak w głowach Czechów, dla których uwielbienie dla niego to wg autora „Laski nebeskiej” jakaś „forma patriotyzmu”.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na wspomniane już na początku czarno – białe zdjęcia Frantiska Dostala, jest na nich uchwycony „zwyczajny dzień w tym bajkowym mieście, który ma więcej czaru niż piękny sen”. Te słowa z piosenki Vlasty Pruchowej określają wg Szczygła ich klimat, zwyczajność sąsiaduje tu z nieoczekiwanymi zestawieniami dostarczającymi radości. Ich autor, cytowany w książce, uważa, że „bez śmiechu nie ma życia (…) jest naszym oparciem i daje nam przewagę nad głupotą”.

My, klubowicze, podpisujemy się pod tym. Pozostajemy też nieustająco pod wrażeniem czytelnictwa u Czechów, mają pierwsze miejsce w Europie, 80 % społeczeństwa czyta! A jak jest u nas?! Apelujemy zatem i zachęcamy: Czytajmy! Można zacząć od „Laski nebeskiej”.

Wiesława Kruszek z Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Bańki mydlane-E.Świętek

Książka ta opowiada historie nastoletniej dziewczyny, której życie w krótkim czasie staje się horrorem, ponieważ niepomyślna diagnoza lekarska całkowicie zmienia jej życiowe plany. Nagle jej życie zostaje oparte o ciągłe badania, biopsje, operacje i chemioterapię. Fakt ten sprawia, że ciężko jej odnaleźć się w nowej sytuacji. Większość znajomych powoli zaczyna się od niej odwracać. Pozostaje przy niej najbliższa rodzina, chłopak i przyjaciółka. Tylko dzięki najbliższym znajduje w sobie siłę i nie poddaje się. Podkreślić jednak należy, że choroba sprawia, że na wszystko zaczyna patrzeć całkowicie inaczej i musi podejmować ważne decyzję, które nie są łatwe. Bohaterka znalazła się w strasznej i okrutnej rzeczywistości. Mimo wszystko stara się realizować swoje plany i urzeczywistniać pomysły.

Podsumowując, należy stwierdzić, że jest to krótka, ale bardzo wartościowa książka. Jest to powieść, którą można polecić przede wszystkim młodszej grupie czytelników, a szczególnie osobom chorym, które również znalazły się w podobnej sytuacji. Ogólnie stwierdzić można, że jest to smutna książka, poruszająca temat chorób nowotworowych, odchodzenia oraz umierania.

Recenzja książki "Łódź. Miasto po przejściach"

Książka Wojciecha Góreckiego „Łódź przeżyła katharsis” została wydana w 1998 roku, zawierała teksty pisane i publikowane w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX w. We wznowieniu będącym, jak to określa autor we wstępie, „książką eksperymentem” dodano do nich reportaże Bartosza Józefiaka (młodszego od Góreckiego o 17 lat), uzupełniono niektóre o post scriptum, wreszcie znalazły się i teksty napisane wspólnie przez obu panów.

Powstała książka przyciągająca różową okładką ze zdjęciem bałuckiej kamienicy. W środku już tak różowo nie jest. W starszych reportażach przeważa tematyka związana z nędzą i bezrobociem, z fatalnymi statystykami dotyczącymi zdrowia łodzian, są sylwetki zapomnianych łódzkich polityków i biznesmenów. Zgodnie przyznaliśmy, że po latach te teksty nieco się zestarzały i śledzenie różnych politycznych układanek może być nużące. Dopiski też są często enigmatyczne i niewiele mówiące.

Zdecydowanie lepiej wypadają reportaże z drugiej dekady XXI wieku, choć tej teraźniejszości przydałoby się więcej. Tu dominuje temat rewitalizacji, walki z właścicielami kamienic, katastrof budowlanych, trudnych ludzkich losów. Pojedyncze historie ludzi są chyba podane w nadmiarze i obliczone, jak zauważyła pani Ola, na wzbudzenie współczucia, choć problem jest tu bardziej złożony, bo często sami zainteresowani nie chcą pracować, niszczą zajmowane mieszkania i przyjmują postawę roszczeniową. To także pokazują autorzy i wydaje się, że można by poprzestać na pojedynczych przykładach.

Książka jest podzielona na dziewięć części, każda ma tytuł i reportaże w jej obrębie zdają się być tematycznie powiązane, choć generalnie ma się wrażenie pewnego chaosu i „wrzucania” do zbioru trochę zbędnych tekstów, np. o Józefie Onoszko, „oryginalnym” kandydacie na prezydenta, dawno przebrzmiałej miłosnej historii córki Kerna czy Janusza Baranowskiego i Westy. Chyba można było dokonać „większych cięć”, takie jest nasze, klubowiczów, zgodne odczucie. Czytałoby się wtedy z większym zainteresowaniem, bo tak to trzeba robić dłuższe przerwy, „pić herbatę, pogryzać ciasto”(„Dom dzienny, dom nocny”), bo przez niektóre teksty naprawdę trudno się przedrzeć.

Najbardziej zainteresowała nas historia Michaela Christiana von W. znanego potem Michała Wiśniewskiego, to barwna opowieść pokazująca, jaką magię mógł roztaczać w latach dziewięćdziesiątych ktoś „wyglądający na artystę”, przyjeżdżający z zagranicy, mówiący w obcym języku. Bardzo ciekawa jest rozmowa z Arnoldem Mostowiczem „Przywróćmy pamięć o zamordowanym narodzie żydowskim”. Zwraca uwagę końcowa „Stajnia jednorożców” prezentująca jeden dzień z Hanną Zdanowską, panią prezydent Łodzi, choć może wypadło to nieco „laurkowo”.

Łódź to miasto bliskie nam z racji położenia, uczestniczenia czasem w życiu kulturalnym – wyjazdach do kin, teatrów, na wycieczki czy wystawy, a i zwyczajnie po zakupy. Niektórzy z klubowiczów tam studiowali, inni pracowali. To miasto znane z wielu inicjatyw kulturalnych. Szkoda, że autorzy nie skupili się bardziej na tym, w gruncie rzeczy pozostając trochę w nurcie stereotypów wyrażonych dosadnie w wypowiedzi Bogusława Lindy, że „Łódź to miasto meneli”. A przecież, jak napisał Bartosz Józefiak we wstępie: „W Łodzi dzieje się dokładnie to samo, co w każdym innym polskim mieście”.

Książka duetu reporterskiego zawiązanego chyba tylko na potrzeby tego zbioru (Wojciech Górecki nie mieszka już w Łodzi i zajmuje się Kaukazem i Azją Centralną) jest warta przeczytania, ale trzeba nastawić się na mniej zajmujące teksty i rozciągnąć sobie lekturę w czasie. Potem zaś najlepiej pojechać do tego miasta i pospacerować po ulicy Piotrkowskiej, zajrzeć na tyły niektórych kamienic kryjących czasem interesujące niespodzianki architektoniczne, przysiąść na ławeczce obok Tuwima czy na kuferku Reymonta.

 

Wiesława Kruszek – Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja eseju Olgi Tokarczuk „Palec w soli, czyli krótka historia mojego czytania” z tomu „Czuły narrator”

Czuły narrator” to pierwsza książka Olgi Tokarczuk wydana po otrzymaniu Literackiej Nagrody Nobla. Zawiera dwanaście tekstów, w tym słynną mowę noblowską, od której zbiór wziął tytuł.

Nas, klubowiczów, szczególnie zainteresował esej pochodzący z sympozjum Uniwersytetu Rzeszowskiego pt. „Światy Olgi Tokarczuk” z 2012 roku. Przedstawia on krótką historię czytania przyszłej noblistki. Autorka zaczyna od próby wyjaśnienia „cudu czytania”, choć zaznacza, że nawet psychologowie nie potrafią sobie z tym poradzić. Zastanowiło nas, że owocnie czytać mogą tylko osoby zdrowe psychicznie. Jednocześnie uświadomiliśmy sobie, że faktycznie trudno jest czytać ze zrozumieniem, gdy dopadają nas stres czy chandra.

Autorka podkreśla, że literatura daje nam możliwość uczestniczenia w zabawie, życia życiem innych ludzi, kreowania alternatywnych światów. Daje się zauważyć tendencja czytelników do poszukiwania prawdy, stąd wziął się pewnie ostatnimi laty wielki popyt na reportaże czy biografie, a przecież i tu autorzy mogą „naginać” fakty, przedstawiać swój punkt widzenia. Dla Olgi Tokarczuk najbliższa jest powieść i zachęca do wielokrotnego powrotu do czytania tej samej książki, co pozwala odkrywać ją na nowo. „Książki zmieniają nas” – pisze, ale i zastanawia się, czy i my, czytając, zmieniamy książkę. Opowiada o swoich w tym zakresie doświadczeniach związanych z „Czarodziejską górą”.

Wspomina swoje pierwsze doznania czytelnicze, gdy buszowała między półkami biblioteki, w której pracował jej ojciec. Przyznaje się do swojego uzależnienia od czytania, któremu towarzyszyło lizanie słonych figurek z Wieliczki lub maczanie palca w soli. Po latach odkryła, że tak robią uczniowie w jesziwie studiujący Torę. Zastanawialiśmy się nad tym zwyczajem, bo jednak większość osób w czasie czytania podjada raczej coś słodkiego, a i Olga Tokarczuk w „Domu dziennym, domu nocnym” napisała: „Jaka to rozkosz, jaka słodycz życia – siedzieć w chłodnym domu, pić herbatę, pogryzać ciasto i czytać”.

Noblistka, z wykształcenia psycholożka, przypomina też pierwszą lekturę tekstów Freuda, jego metodę pisarską, to że „szedł za myślą”. Podoba jej się, że wiąże ze sobą rzeczy odległe, pokazuje, że świat można oglądać z różnych punktów widzenia, można też go „interpretować w nieskończoność” i nadawać mu różne sensy. Zgodziliśmy się, że to właśnie jest w prozie Tokarczuk, ta, jak to określiła sama w eseju „Psychologia narratora”, „droniczna perspektywa” pozwalająca widzieć więcej, „z góry” i „spoglądać poprzez czas”. Tak autorka kształtuje swojego narratora, a my mamy tę cudowną możliwość podążania za nim.

Esej o czytelniczych początkach autorki „Ksiąg Jakubowych” dostarczył nam, klubowiczom, wiele radości. Mogliśmy, oprócz dzielenia się swoimi wrażeniami z jego lektury, porozmawiać o potrzebie czytania odczuwanej przez nas nieustająco, o książkach, do których lubimy wracać. Zgodnie podpisujemy się pod ostatnim zdaniem tekstu: „Tak, jesteśmy tu po to, żeby czytać”.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

"W blasku diamentów" Anna Davis - recenzja

„W blasku diamentów” Anny Davis, to opisująca gorzko-słodki smak życia towarzyskiego, pulsującego jazzem Londynu lat dwudziestych. Dziennikarka Grace Rutherford ukazuje bogactwo, przepych, romans przepełniony tajemnicą, subtelnością i grzechem. Pisze bez znieczulenia o wszystkim, co może spotkać wyzwoloną kobietę w nocnych klubach. Jedzenie, ubrania, mężczyźni, kobiety są tematem jej felietonów, cieszących się ogromną popularnością. Życie towarzyskie nie stanowi dla niej żadnej tajemnicy, bywa tam, gdzie powinno się bywać i doskonale bawi się wśród londyńskiej śmietanki towarzyskiej.  Pewnego dnia, zupełnie się nie spodziewając, na jej drodze pojawia się tajemniczy mężczyzna - pisarz, a jakby tego było mało, pojawia się drugi, równie przystojny jak poprzedni i równie tajemniczy dziennikarz. W dodatku obu mężczyzn łączy wspólna przeszłość. Grace próbuje bronić się przed budzącymi się uczuciami. Staje przed trudnym wyborem podsycanym przeżyciami z przeszłości. Trudno jest pogrzebać to, co było i wyruszyć ku nowej przygodzie. Chciałaby przeżyć wielką miłość, nie raniąc nikogo po drodze. Po szeregu nieporozumień, Grace w końcu wie czego chce. Uświadamia sobie, że kocha Johna. Pragnie z nim być. Ale czy nie jest za późno? John natomiast wraca do Nowego Jorku. Książka „W blasku diamentów” ma niesamowity klimat. Zadziwiająco mocno działa na wyobraźnię. Wydarzenia zaskakują i zdecydowanie podsycają ciekawość. Powiązania teraźniejszości z dość zawirowaną przeszłością dodają smaku i wprowadzają czytelnika w zupełnie inny świat. Miłość, wielkie emocje, rozterki, szaleństwo, walka rozumu z sercem stają się tematami przewodnimi, w których można zatopić się bez reszty, zapominając o wszystkim, co dookoła, a niebywała atmosfera, wielka moc Londynu udzielają się już od pierwszych stron.

"Gdy zakwitną poziomki" Agnieszka Walczak-Chojecka - recenzja

„Gdy zakwitną poziomki” Agnieszki Walczak-Chojeckiej, to piękna, obyczajowa powieść o pożądaniu, miłości i ogromnej potrzebie macierzyństwa. To powieść o kobiecie, skierowana w głównej mierze do kobiet, poruszająca tematy takie jak – instynkt macierzyński, potrzeba miłości i akceptacji, realizacja własnych pasji i przede wszystkim wielkie poświęcenie, na które gotowa jest każda kobieta. Główną bohaterką jest trzydziestoośmioletnia Karolina, która pracuje jako graficzka i od dłuższego czasu, wraz ze swoim chłopakiem młodym architektem Filipem – stara się o dziecko. Poznajemy ją w niezwykle trudnym dla niej momencie życia. Traci upragnione dziecko, a samoistne poronienie staje się rysą na jej związku z Filipem. Kiedy wszystkie, naturalne sposoby niestety zawodzą, zrozpaczona bohaterka postanawia spróbować innych metod pod postacią inseminacji oraz in vitro. W międzyczasie w życiu Karoliny pojawia się dawna sympatia – czarnooki Milan, który budzi w niej nieoczekiwane pragnienia. Pół Serb, pół Chorwat pojawia się i znika, siejąc spustoszenie w umyśle głównej bohaterki. Na jaw wychodzi także skrywany, rodzinny sekret, który burzy dotychczas znany jej świat. Karolina owładnięta pragnieniem macierzyństwa, musi zmierzyć się z nowymi uczuciami i przede wszystkim z samą sobą. Tak naprawdę można uznać książkę Agnieszki Walczak-Chojeckiej za pisaną przez samo życie, bowiem ono nigdy nie niesie nam samych radości ani samego cierpienia. Jest to powieść niejednoznaczna, której tytuł oraz okładka mogą stwarzać pozory lekkości i banalności, podczas gdy w istocie skrywa ona tematy trudne i bolesne. Na jej kartach odnaleźć swój portret mogą te kobiety, które marzą o dziecku, które mają kłopoty z zajściem w ciążę, a także wszystkie te czytelniczki, które podporządkowują swoje życie jednemu celowi, nieopatrznie tracąc przez to codzienność i drobne, codzienne i piękne chwile.

"Minione chwile" Gabriela Gargaś - recenzja

„Minione chwile” Gabreli Gargaś, to niesamowicie klimatyczna historia, pełna zawirowań i nie dających się przewidzieć wydarzeń, która trzyma w napięciu do samego końca. Główną bohaterką jest trzydziestopięcioletnia Anna. Kobieta ma zranione serce i postanawia wyjechać do Szkocji, by tam dojść do siebie po ogromnym, miłosnym rozczarowaniu. W zapomnieniu o mężczyźnie, który niepoważnie ją potraktował, pomaga jej praca w  posiadłości lady Abigail – bogatej starszej pani, której staje się opiekunką. Pracodawczyni opowiada Annie historię swojego życia. Ta staje się podstawą do książki, którą Ania pragnęła kiedyś napisać. Okazuje się bowiem, że nie tylko Polka stała się ofiarą źle ulokowanego uczucia. Staruszka przenosi się w czasie do roku 1947, kiedy to poznała polskiego oficera - Waldka i zakochała się. Mężczyzna miał problem z powrotem do Polski, gdyż komunistyczny kraj był wrogo nastawiony do oficerów walczących na obczyźnie. A to wszystko na tle szkockich wrzosowisk, wysokich klifów i chłodnego oceanu. Akcja powieści toczy się równolegle we współczesności i latach po II wojnie światowej. Powieść jest ogromnie specyficzną historią kobiet, które musiały uporać się z porzuceniem. Każda na swój sposób walczyła o miłość. Książka jest pełna miłości, nienawiści, bólu samotności i namiętności. Nie brakuje też kłamstwa, tajemnic, zdrady, intryg, samotności, humoru czy łez rozpaczy. Gabriela Gargaś roztacza przed czytelnikami aurę tajemniczości, a opisy różnych szkockich miejsc napawają ciekawością.

"Gargulec" Andrew Davidson - recenzja

„Gargulec” Andrew Davidsona, to debiut pisarski – historia o miłości i namiętności, zbawczej sile cierpienia. Powieść przedstawia historię mężczyzny narkomana i cynika, dla którego nocna jazda samochodem kończy się dla niego katastrofą. Cudem uniknął śmierci w wypadku samochodowym. Trafia do szpitala z rozległymi oparzeniami. Ocknąwszy się ze śpiączki, szczegółowo obmyśla samobójstwo. Życie w potwornie okaleczonym ciele jest dla niego torturą nie do zniesienia. Odmianę w szeregu jednostajnych dni przynoszą odwiedziny Marianne Engel - chorej na schizofrenię rzeźbiarki, która uwalnia z marmuru gargulce i daje im swoje serce. Kobieta twierdzi, że w XIV wieku ich oboje - zakonnicę i najemnika - łączyła namiętność. Z czasem, mężczyzna zaczyna się do niej przywiązywać i odzyskuje motywację do życia, a kobieta pokonuje jego sceptycyzm i postanawia się nim opiekować. „Gargulec” to przepiękna, poruszająca i niebanalna historia miłosna, której liczne odsłony obserwujemy na przestrzeni dziejów, w różnych zakątkach świata, śledząc skomplikowane i tragiczne losy bohaterów odnajdujących się raz po raz w kolejnych inkarnacjach. Dopełnieniem ich losów, a zarazem klamrą spinającą całą opowieść, są dzieje schizofrenicznej rzeźbiarki i poparzonego mężczyzny, rozgrywające się we współczesności i stanowiące zwieńczenie swoistej wędrówki dusz trwającej siedemset lat.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

Deklaracja dostępności

2011 WiMBP w Łodzi