Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Bogowie spod ciemnej gwiazdy. Recenzja książki Neila Gaimana pt. Mitologia nordycka


W końcu. Udało się. Po wielu próbach i namowach. Prośbach i groźbach. Sięgnąłem po Mitologię nordycką autorstwa Neila Gaimana.

Na plus książki mogę wymienić przystępny sposób, w jaki przestawiono nordyckie mity, począwszy od kosmogonii, aż po okres czasów. Neil Gaiman przedstawił mitologię nordycką tak, jak ją zapamiętał z dzieciństwa. I stąd płynie tytuł poniższej recenzji. Nordyccy bogowie w wydaniu Gaiman to czasami typy, których lepiej nie spotkać w ciemnej uliczce. Niewiele lepsi od olbrzymów czy ludzi. Równie często co rozumem kierującymi się swoim humorami, czasami działający impulsywnie. Ot, istoty z boskimi mocami i ludzkimi przywarami. Po bogach można by spodziewać się czegoś więcej. Tymczasem Asowie potrafią okantować Kowala, który wzniósł mury Asgardu niczym chciwy karczmarz pijanego pańszczyźnianego chłopa, byle tylko mu nie zapłacić uzgodnionej ceny, czy też Odyn, który niczym wzorowy Casanova uwodzi córkę olbrzyma, byle tylko odzyskać coś, co tamten zdobył zgodnie z ówczesnym prawem (prawem silniejszego), a co poniekąd należało do Asów (miód poezji na bazie krwi Kwasira).

Książka zawiera pełen zbiór mitów w przystępnej formie kilkustronicowych esejów/opowiadań. Począwszy od kosmogonii, przez narodziny życia i bogów, ich przygody i uczynki, aż po kres wszystkiego czyli Ragnarök. Ale nie ma strachu, bowiem koniec będzie początkiem, nowego świata i nowych bogów, zrodzonych ze starych.

Dwa, według mnie najlepsze mity, to upadek Lokiego i Ragnarök. Bóg przechera, zawsze wyprzedzający w pomyślunku innych, stał się poniekąd architektem własnego upadku, z czego płynie nauka, że czasami niezdrowo jest za wiele myśleć naprzód, bo i tak bóg mądrości – Kwasir, odczyta wszystko z popiołów naszych czyunów niczym rasowy śledczy z CSI.

Ragnarök to najlepszy z zawartych esejów Gaimana. Ostateczna bitwa, kres starego świata i bogów Asgardu. Który poprzedzi matka wszystkich zim, czas miecza i topora, gdy brat będzie bratu wilkiem. Motyw ten jest często wykorzystywany w fantastyce, np. czas Białego Zimna w świecie Wiedźmina czy Długiej Nocy u George'a R.R. Martina.

Poza mitami książka zawiera też wstęp, gdzie autor omawia co mogło paść u podstaw tego, że tak właśnie ukształtowała się nordycka mitologia oraz słowniczek, który pomaga odnaleźć się gąszczu postaci o często podobnie brzmiących imionach.

Podsumowując,  Mitologia nordycka to nie jest zła książka. Nie żałuję poświęconego na lekturę czasu. Ale spodziewałem się czegoś więcej po autorze, który dostał własny serial. Jest to pozycja idealna na lekturę w czasie podróży, krótka, zwięzła, nie odstraszająca czytelnika objętością.

Recenzja książki "Wzgórze Psów" Jakuba Żulczyka

Powieść Jakuba Żulczyka niepokoi od pierwszej strony i konsekwentnie wciąga w swój mroczny świat aż do 862 strony. Pisarz buduje napięcie, wplatając w zdarzenia teraźniejsze, wspomnienia z przeszłości. Swoje licealne lata i pierwszą miłość przypomina jeden z głównych bohaterów Mikołaj Głowacki. Były narkoman, który wyszedł z nałogu dzięki dziennikarce Justynie, poślubionej później, wraca wraz z żoną do rodzinnego domu w Zyborku na Mazurach, by tam przeczekać trudny finansowo czas. Wierzą, że opuszczają Warszawę tylko na kilka miesięcy.

W dużym domu Głowackich rządzi ojciec. To były alkoholik, który po śmierci żony przestał pić i ożenił się powtórnie. Oprócz dwóch synów z pierwszego małżeństwa ma bliźnięta, Joasię i Jasia, ze związku z Agatą. Tomasz Głowacki prowadzi piekarnię, rozdaje chleb ubogim, pomaga potrzebującym. Walczy z małomiasteczkowymi układami, organizuje referendum, by odwołać panią burmistrz uwikłaną w mafijne interesy. Ma poważanie w prowincjonalnym Zyborku.

Piękna postać, chciałoby się rzec. Otóż, nie do końca, u Żulczyka tak nie ma. Pisarz zwodzi czytelnika, każąc mu nie przywiązywać się za bardzo do nakreślonych przez niego wizerunków bohaterów, bo za chwilę może się tu coś zmienić.

Atmosfera gęstnieje coraz bardziej, z miasteczka znikają kolejne osoby. Wszystko wskazuje na udział struktur mafijnych na czele z tajemniczym Kaltem, w tle pojawiają się też Cyganie. Ktoś podpala dom i samochód Tomasza Głowackiego. Policja, też na usługach mafii, prowadzi śledztwo.

Wraca jednocześnie sprawa sprzed lat, gdy zgwałcona i zamordowana została pierwsza dziewczyna Mikołaja, Daria Burczyk. Winnego osądzono i zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Młody Głowacki pamięta doskonale te zdarzenia mające miejsce w czasie pożegnalnej imprezy w okolicach zamykanego właśnie pubu Brama. Wciąż ma w uszach słowa piosenki śpiewanej przez lidera zespołu 17 Sekund: „Samochód wszedł w zakręt mimo wyłączonych świateł…”

Nie będę dalej analizować kolejnych zdarzeń i wątków, bo jest ich w tej obszernej powieści bardzo wiele i oczywiście nie chciałabym w żaden sposób odkryć jakichś tajemnic. Uważam, a i inni klubowicze również, że jest to książka naprawdę godna uwagi. Młody pisarz (rocznik 1983) świetnie oddał klimat małego prowincjonalnego Zyborka, gdzie wciąż słychać szczekanie psów, upadł PGR, nie ma w sumie perspektyw życiowych, a dużo osób wyjechało do Warszawy czy za granicę.

Tym, co może budzić u niektórych czytelników pewnie opory, jest język powieści najeżony wulgaryzmami, ostry i dosadny. Jednak jest tutaj absolutnie na swoim miejscu. Przekleństwa, piwo, dyskoteki, bójki to przecież w wielu miejscach powszechny sposób na nudę. Wulgaryzmy słyszy się zewsząd, nie tylko na ulicy.

Ciekawa jest też konstrukcja powieści, cztery części zatytułowane słowami modlitwy „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie” i sposób prowadzenia narracji; pierwszoosobowa przechodzi niekiedy w drugoosobową, by sporadycznie oddać głos narratorowi wszechwiedzącemu.

W mrocznym thrillerze „Wzgórze Psów” można również znaleźć wiele ciekawych przemyśleń na temat zła, sprawiedliwości, zbrodni, kary i winy. Nie należy zrażać się objętością książki, naprawdę czyta się ją bardzo dobrze, ale lekko oczywiście nie jest. To mądra i wartościowa, choć gorzka powieść, która mówi sporo o nas samych, o naszych Zyborkach, o Polsce.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Inna książka. Recenzja powieści Łukasza Orbitowskiego pt. Inna dusza

Łukasz Orbitowski to pisarz, publicysta, scenarzysta oraz chłopak z blokowiska (a przynajmniej takie można odnieść wrażenie po spojrzeniu na fotografię autora, zamieszczoną na przednim skrzydełku okładki). Jego nazwisko dotąd egzystowało gdzieś na orbicie moich zainteresowań literackich, pobieżnie wiedziałem, kto zacz, a nie potrafiłem przypasować żadnego tytułu, kto wie, może nawet już coś z dorobku pana Łukasza Orbitowskiego czytałem, ale wyrzuciłem ten fakt z pamięci.

Inna dusza to moje pierwsze zetknięcie z piórem (a przynajmniej tak będę je traktował) tego autora, które pozostawiło po sobie niezatarte wrażenie, bynajmniej nie z powodu szokującego tematu powieści.

Inna dusza to naprawdę inna powieść wymykająca się – przynajmniej według mnie – jednoznacznemu zaklasyfikowaniu. To zarazem powieść obyczajowa, fabularyzowany reportaż i kryminał. Ale też fascynująca podróż w świat dzieciństwa, sentymentalna wizyta w czasach, gdy dzieciaki biegały po podwórkach z walkmanami (o ile je miały), a szczytem marzeń nie był smartfon, a rower z Rometu (prawdziwy, a nie jakiś podrabianiec). Dzieciaki, które kończyły wtedy jeszcze ośmioletnią podstawówkę i wybierały, dobrowolnie lub nie, dalszy kierunek edukacji. Czas dorastania i mierzenia się z demonami (własnymi i cudzymi), tak jak dwaj bohaterowie tej powieści, którzy, choć postępują odwrotnie to w zasadzie kończą tak samo – jako przegrani, choć każdy na swój sposób: jeden w kiciu, a drugi, choć na pozór to człowiek sukcesu ale uwiązany jak kotwiczną liną do nieporadnego ojca, zreformowanego alkoholika.

Wspomniana dbałość o szczegóły sprawiła, że zastanawiałem się czy autor naprawdę dysponuje tak świetną pamięcią do szczegółów z dzieciństwa, czy też poświęcił wiele czasu na badania, by jak najlepiej oddać realia Bydgoszczy lat 90.

Na uwagę zasługuje tez styl autora, barwny, żywy, skrzący się od metafor i dosadny czasami, ale też bardzo zwięzły. Innym godnym odnotowania elementem jest nie tylko dwutorowa fabuła, ale też dwa różne style w jakich poprowadzona została narracja: pierwszo- i trzecioosobowy, odpowiednio dla każdego z bohaterów.

Podsumowując, Inna dusza to powieść warta polecenia, wymykająca się zaklasyfikowaniu, opisana barwnym językiem i z interesującymi bohaterami. Czasami absurdalna jak przygody Adasia Miauczyńskiego, a czasami poważna jak... poważna jak żaden polski film.

Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej Relacja ze spotkania

11 stycznia 2018 r. miało miejsce spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Miejsko- Gminnej Bibliotece Publicznej w Uniejowie. Klubowicze w składzie 5 osobowym dyskutowali na temat książki Anny Broda  „ Teoria zakalca Dagny Przybyszewskiej”

Książka z poczuciem humoru opowiada o naszych, ludzkich przywarach, cechach charakteru, które z całą pewnością nie są godne naśladowania. Opowiada o tym co w życiu najważniejsze: o dążeniu do osiągania zamierzonych celów i o miłości, która jest bezcenna.

Recenzja książki "Portret młodej wenecjanki" Jerzego Pilcha

Recenzja książki Jerzego Pilcha „Portret młodej wenecjanki”

Na okładce reprodukcja obrazu Albrechta Durera przedstawiająca młodą wenecjankę, w środku sporo refleksji i przemyśleń na różne tematy. Ma to niby być historia związku głównego bohatera z młodszą o 33 lata Praliną Pralinowicz mająca, jak to częste u Pilcha, wyraźne odniesienia do biografii pisarza. Napisałam niby, bo tak naprawdę służy ona jako pretekst do wielu rozważań o miłości, seksie, samotności, chorobie, przemijaniu, śmierci.

Można by jeszcze wymieniać liczne tematy podejmowane przez autora przy okazji opisywania burzliwej znajomości z pochodzącą z Czarnogóry kochanką. Dopatruje się  w niej podobieństwa do młodej wenecjanki. Chyba idealizuje ją trochę, zamieszczając nawet opowiadanie napisane jakoby przez nią, podaje jako autorkę Atinę Milić, czyli pierwowzór Praliny. Opowiada o miłości do niej, strachu przed nią, o rozstaniu, a wszystko z perspektywy człowieka już niemłodego, naznaczonego w dodatku chorobą Parkinsona. 

W gronie klubowiczów zgodnie stwierdziliśmy, że najciekawsze w książce Pilcha są właśnie dygresje autora. Można cytować wiele trafnych i mądrych zdań, wśród których szczególnie urzekło nas: „Jakby się dało czytać, to nawet śmierć można by przetrzymać – byle kniga gruba była”.

Na pewno dobrze czyta się o Lutrze, Rafaelu, Durerze i ich ewentualnym spotkaniu. Interesująco pisze Pilch o sprawach ostatecznych; o przemijaniu i śmierci. Przejmująco, choć zarazem ironicznie brzmi rozdział „Hak na haku”, w którym analizuje różne sposoby popełniania samobójstwa. Jednak podejmuje decyzję: „wchodzę w starość, wchodzę w chorobę”.

Niektóre rozdziały tej niezbyt obszernej książki (liczy 181 stron) mogą przykuwać uwagę tytułami, wspomniany już „Hak na haku”, „Słownik depresji naszej powszedniej”, „Ochroniarki pułkownika Kadafiego”, „Traktat o różnicy wieku” czy „Kocham cię”. Ten ostatni spodobał się wszystkim klubowiczom, autor podaje w nim „dwadzieścia jeden najstraszliwszych odpowiedzi na (…) czułe: Kocham cię”. Najwyższe notowania zdobyły: „Rozumiem, ale nie pomogę” i „No to coś z tym zrób… Ja wszystkiemu nie dam rady”. Te „najstraszliwsze odpowiedzi” okazały się bardzo dowcipne, choć oczywiście dla wyznającego miłość (jeśli szczerze) mogą być „przygniatające”.

Mimo iż wśród klubowiczów nie znaleźli się miłośnicy prozy Jerzego Pilcha, to książkę oceniliśmy dość wysoko. Całość może nie porywa specjalnie, ale na pewno warto ją przeczytać dla wielu zawartych w niej myśli, tych, o których już wcześniej wspominałam, a także tych o Tołstoju, Janie Pawle II, Krakowie. Warto przyjrzeć się wenecjance z obrazu Durera i zapoznać się z jego wnikliwą analizą w rozdziale ósmym, a może przy okazji pobytu w Wiedniu obejrzeć oryginał w Kunsthistorisches Museum.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy PBP w Sieradzu

Jan Guillou Niebieska Gwiazda

Jan Guillou

Niebieska Gwiazda

Zawsze twierdzę, że nie jestem typem fana ani wielbiciela – nie potrafię bezkrytycznie podchodzić do żadnych utworów tylko dlatego, że wcześniej spodobały mi się inne dzieła tego samego autora ani tym bardziej dlatego, że inni uznali go za geniusza. Mam jednak swoich ulubionych pisarzy, którzy dotąd mnie nie zawiedli, a jednym z nich jest Jan Guillou. Wielce się więc ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, iż w Polsce wydano kolejną, piąta już powieść z cyklu Złoty Wiek, monumentalnej sagi o XX-to wiecznej norweskiej rodzinie, która z biedoty wybiła się na wyżyny. Tych, którzy nie czytali poprzednich tomów tej fascynującej serii wydawniczej, zdecydowanie odsyłam do recenzji Braci z Vestland, którzy cykl otwierają i oczywiście do lektury samej książki. Tym, którzy już połknęli cztery odsłony tej pięknej i mądrej opowieści nie będę zdradzał fabuły Niebieskiej i nadmienię tylko, iż tym razem głównymi personami staną się kobiety, a my będziemy śledzić, co porabiały w czasie wojny, od 1941 do 45 roku.

 

Jak zwykle Guillou wciąga czytelnika w fascynującą, ale tym razem i sensacyjną, historię. Ruch oporu w Norwegii, dylematy neutralnych Szwedów, działania niemieckich i brytyjskich, no i oczywiście szwedzkich, służ wywiadowczych na terenie Skandynawii, jednym słowem tematy raczej nam nieznane i w dodatku ukazane z perspektywy całkowicie nam obcej, bo szwedzko-norweskiej. Bardzo interesujące jest też śmiałe sięgnięcie do tematu chyba całkowicie nieobecnego nie tylko w polskiej literaturze, ale i naszej społecznej świadomości historycznej – do problemu stosunków damsko-męskich w partyzantce i wywiadzie. Jako bardzo wartościowe oceniam przybliżenie dziejów oddziału Syren Teddy’ego czyli Klubu Sekretarek i związanych z tym dylematów, jak choćby problemu relatywizacji moralnej (i prawnej) aborcji.

W książce znajdziemy wiele ciekawostek, jak na przykład porównanie dwóch koncepcji spojrzenia na represje wobec ludności cywilnej – brytyjsko-polską i drugą, którą nazwałbym czechosłowacką, choć takie sformułowanie w powieści nie występuje. Jedna mówi, że represje wśród ludności po udanym zamachu na okupanta są tym lepsze, im rozleglejsze i okrutniejsze, gdyż konsolidują naród przeciw najeźdźcy, a druga, że świadome prowokowanie dodatkowych strat wśród ludności, jeśli można ich uniknąć, jest niedopuszczalne.

Jak zwykle Guillou perfekcyjnie wyłapuje specyfikę narodową różnych nacji, co widać choćby w celnym oddaniu siły języka niemieckiego w kontaktach z Niemcami, co jest wręcz przeciwieństwem choćby naszego stosunku do rodzimego języka.

W Niebieskiej Gwieździe znajdziemy też wiele innych perełek, jak choćby dygresje na tematy literackie ze sformułowaniem, które momentalnie podbiło me serce - ego modernistycznego literackiego onanisty.

Do powieści dołączone jest posłowie autora rzucające światło na jego podejście do materiałów źródłowych i przyznam, że popieram tę metodę w całej rozciągłości.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwie sprawy. Pierwsza - mój ulubiony pisarz tym razem nie ustrzegł się powielania fałszywych stereotypów o SS. Druga - praca wydawnicza.

Książki Guillou miały już w Polsce kilku wydawców i tłumaczy. Pierwsza była seria o Hammiltonie, szwedzkim bardzo realitycznym Jamesie Bondzie, wydana przez Czytelnika i almapress w tłumaczeniu Haliny Thylwe. To był perfekcyjny przykład ukazujący, że można wydać książki nie tylko bez błędów, ale ze stylem, który pozwoli rozsmakować się w autorze. Podobnie było z powieścią Zło w tłumaczeniu Anny Marciniakówny wydanym przez W.A.B. Niestety, prześwietny cykl Krzyżowcy nie miał już tyle szczęścia. O ile tłumacze Marian Leon Kalinowski i Janusz Korek pod względem stylistycznym stanęli na wysokości zadania, można nawet powiedzieć, że sięgnęli doskonałości, to spora liczba drobnych błędów nie pozwala ocenić pracy wydawnictwa Videograf II pozytywnie. A co ze Złotym wiekiem? Najpierw tłumaczyli wspólnie Anna Krochmal i Robert Kędzierski, potem dwa razy Kędzierski, a potem znów Krochmal i Kędzierski. Styl, zwłaszcza w pierwszej części, miejscami nie był tak klarowny, jak w innych powieściach Guillou, a i wydawnictwo Sonia Draga nie zadbało o to, by wyeliminować wszystkie błędy oraz błędziki. Mimo tego cykl był tak wciągający, tak oryginalny, że poleciłem go w moim Dyskusyjnym Klubie Książki, gdzie wzbudził zachwyt i uznanie. A teraz nagle, przy Niebieskiej Gwieździe, mamy nowego tłumacza - Macieja Muszalskiego. I sam nie wiem, czy to autor, którego rysem charakterystycznym była dbałość o szczegóły i czytelność przekazu, nagle się pogorszył, czy tłumacz nie sprostał. Chwilami, zwłaszcza na początku, jakaś taka nieokreślona mętność całkiem zakłócała mi lekturę. Zdarzyły się też ewidentne potknięcia. Wydawnictwo nawet się postarało i wpadki są naprawdę sporadyczne, ale dziwią mnie te manewry z tłumaczami. Marzę, by znów poczytać Guillou takiego, jak za pośrednictwem Haliny Thylwe. Nie zmienia to jednak faktu, że pomimo pewnych mankamentów, Niebieska Gwiazda jest książką z wielu względów jak najbardziej godną polecenia; trafia na moją osobistą półkę, na której naprawdę nie ma zbyt wielu książek, gdyż zatrzymuję tylko te, które mogą mnie skusić na ponowną lekturę


Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

Beksińscy. Portret podwójny Magdalena Grzebałkowska

Tysiące twarzy, czyli Beksińscy Grzebałkowskiej


Beksińscy. Portret podwójny

Magdalena Grzebałkowska

Lekturą października 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki była biografia Beksińscy. Portret podwójny, o Zdzisławie i Tomaszu Beksińskich (ojciec i syn), pióra Magdaleny Grzebałkowskiej. Szczerze mówiąc, nie byłem tym wyborem zachwycony. Za biografiami nie przepadam, a Beksiński było dla mnie nazwiskiem obcym. Niby dużo słuchałem muzyki w radio w czasach, gdy Tomasz był prezenterem i autorem audycji muzycznych, ale widocznie nie było nam po drodze, bo akurat jego w ogóle w pamięci nie zakonotowałem. Kiedy otworzyłem i przekartkowałem książkę, kiedy obejrzałem zdjęcia zamieszczonych wybranych dzieł Zdzisława, stwierdziłem, że niektóre robią na mnie wielkie wrażenie i że już wcześniej je widziałem, ale inne kompletnie do mnie nie przemawiają, i też je wcześniej widziałem. Takich artystów nie zapisuję sobie w pamięci, raczej przechowuję w sercu emocje, jakie wywołały te ich prace, które mnie zainteresowały. Reasumując – do książki mnie nie ciągnęło i odłożyłem ją na ostatnią chwilę, która jeszcze rokowała na przeczytanie w terminie, uwzględniając objętość książki, a dokładniej faktyczną ilość tekstu w niej zawartą.

 

Niestety, gdy nadszedł ten dzień, w którym rozpocząłem lekturę, szybko przekonałem się, że moje rachuby były mylne. Nie to, że źle uwzględniłem wielkość czcionki czy odstęp między wierszami, czyli ilość tekstu do przeczytania i zabrakło mi czasu. Źle oceniłem tempo, gdyż absolutnie nie trafiłem z przewidywaniem czym ta książka w istocie jest.

 

Beksińscy to nie biografia w narracji powieściowej, którą połyka się niczym powieść sensacyjną, ani historyczno-naukowa, czy jak kto woli propagandowa, w której suchy tekst też można prędko zmęczyć. To coś innego.

 

Na początku urzekł mnie obraz tła młodości Zdzisława Beksińskiego. Wspomnienia ojca i dziadka, a potem samego Zdzisława i jego współczesnych sięgające nawet przed Wielką Wojnę, malujące po drodze ku współczesności takie perełki jak realia frontu włoskiego, i dalej, aż po II Wojnę Światową w Polsce. Nie dotarłem nawet do jednej trzeciej przed umówionym terminem i na spotkanie poświęcone książce poszedłem prawie z niczym, ale już wiedziałem, że nie odpuszczę i doczytam. Jak się wiodło Beksińskim w PRL-u, jak w okresie przemian ustrojowych?... Co z tego wyszło?

 

Beksińscy to nie jest książka, o której by można napisać, iż jest wciągająca. Nie można jej czytać zbyt długo jednym ciągiem, ale nie oznacza to niczego pejoratywnego. Jest interesująca, w pewien specyficzny sposób urzekająca, ale jeśli nie chce się jej potraktować po łebkach, trzeba co pewien czas dać sobie czas na refleksję, na przemyślenia. Żywoty Beksińskich na pewno nie były zwyczajne i są niezwykle intrygujące nie tylko dla zainteresowanych sztuką czy muzyką. Chyba, a raczej na pewno, jeszcze bardziej fascynujące są jako wieloletnia obserwacja psychologiczna, a jeszcze bardziej socjologiczna. Polskie realia, polska moralność... Piękny dowód, że wyjąwszy osobniki ekstremalnie skrzywione, nie ma ludzi dobrych ani złych, że każdy, nawet przez chwilę nie udając kogoś, kim nie jest, i tak ma tysiące twarzy – inną dla każdego z ludzi. Jedne twarze są do siebie podobne, a inne wręcz przeciwnie...

 

Prawdziwy kwiatek to na przykład obraz Beksińkich jako królów piractwa muzycznego. Podwaliny pod powszechność piractwa dali ci, którzy teraz najwięcej krzyczą w obronie praw autorskich – artyści i celebryci, którzy niejednokrotnie na takich i pokrewnych „interesach” zbudowali swe majątki i kariery.

 

Podobnych perełek z obserwacji naszej rzeczywistości jest więcej, ale dla mnie Beksińcy to kopalnia materiału do przemyśleń socjo- i psychologicznych. Relacje żywiciel-pasożyt, patologie wychowawcze, całe mnóstwo fascynujących obserwacji. Do tego rozważania moralne, filozoficzne i Bóg wie jakie jeszcze, których nie sposób przy tej lekturze uniknąć – fascynujące.

 

Czy to lektura dla każdego? Chyba nie do końca. Na pewno nie jest to literatura piękna. Nie piękna, bo to literatura faktu, i nie piękna, gdyż stylowi Grzebałkowskiej daleko jednak do pióra Sienkiewicza (literatura piękna) czy Szejnert (literatura faktu). Nie chodzi tylko o niezręczności stylistyczne, które oczywiście nie powinny się zdarzyć, ale o ogólne brzmienie języka, które choć w zasadzie poprawne, nie ma tego polotu, który oddziela artyzm od rzemiosła.

 

Denerwują też trochę przypisy umieszczona na końcu, w dodatku nie w ciągłej numeracji, a podzielone rozdziałami. Nie lubię tej maniery, dużo mniej komfortowej dla czytelnika niż przypisy pod tekstem.

 

Wodotrysków literackich brak, życiorysy bohaterów mogą być dla niektórych czytelników ciężkostrawne, a nawet depresyjne... Jest tych argumentów na nie trochę, i to dość ważkich. Z drugiej jednak strony wspomniane wcześniej plusy, nie plusiki, a wielkie plusy, sprawiły, że nie żałuję ani chwili poświęconej na lekturę, a wręcz przeciwnie, jestem wdzięczny DKK, iż „zmusił” mnie do sięgnięcia po lekturę, którą sam by się nigdy nie zainteresował. Recenzje w sieci i nasze klubowe opinie pokazują, że można tę biografię odbierać i oceniać bardzo różnie, zależnie od tego, jak do niej podejdziemy. Ja preferuję zasadę – brać to, co jest, a nie szukać tego, czego oczekujemy na podstawie przynależności do gatunku, treści notki na okładce czy innych z góry powziętych oczekiwań. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak uwzględniając wszystkie za i przeciw, polecić ją wszystkim z pełnym przekonaniem.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

Sejf Tomasz Sekielski

Dołujący realizm tła, czyli Sejf Sekielskiego

Sejf

Tomasz Sekielski

Tomasz Sekielski był do niedawna kojarzony głównie jako dziennikarz radiowy i telewizyjny oraz publicysta tygodnika Wprost. Obecnie daje się poznać jako pisarz. Powieść Sejf, jego debiut w tej branży, była lekturą września rawskiego Dyskusyjnego Klubu Książki.

 

Ze stawu w wiosce na Podlasiu policja wyławia zwłoki bez twarzy. Wygląda to na porachunki mafijne, szybko się jednak okazuje, że sprawa jest poważniejsza. To dopiero początek serii morderstw i dziwnych wydarzeń sięgających szczytów władzy. Toczy się gra, w której każdy ma coś do ukrycia i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Gra o bezpieczeństwo państwa. Czy dziennikarz z problemami i policjant przed emeryturą, którzy wszczynają własne śledztwo, mają w niej jakieś szanse?

 

Tyle notka na okładce pierwszego wydania i myślę, że to wystarczy, jeśli chodzi o zapowiedź fabuły. Nie jest ona skomplikowana a pomysł szczerze mówiąc też nie jest zbyt oryginalny i kojarzy się choćby z pewnym znanym hitem filmowym. Przy okazji tego filmu mam zresztą pewne skojarzenia – w języku angielskim słowo przebój od słowa gówno odróżnia tylko jedna litera i wiele filmów pokazuje, że może być i jednym i drugim jednocześnie. No, ale to tylko taka dygresja, wracajmy do książki.

Warsztatowo powieść napisana jest bardzo sprawnie. Zdarzyły się naprawdę pojedyncze wpadki, których nie warto wytykać. Całość czyta się łatwo i szybko. Choć bardzo poprawnie napisana, nie jest to książka, która porusza odbiorcę, ani która niesie w sobie jakieś nadzwyczajne wartości. Świetna rzecz dla kogoś poszukującego dość płytkiej, ale zajmującej lektury dla zabicia czasu. Jedyne, co jest zagadką dla czytelnika, to czy wygra dobra, czy zła strona mocy. Dokładnie jak w hollywoodzkich produkcjach. Być może powyższa prostota, przypominająca pierwszy odcinek serialu z pogranicza sensacji, szpiegostwa i kryminału oraz thrillera sprawiła, że dyskusji w klubie prawie nad tą pozycją nie było. Rzecz absolutnie do poczytania, ale jednocześnie bez szans na trwały ślad w historii literatury. A jednak, jak to często bywa, moje odczucia gdzieś tam w głębi były nieco inne.


Sejf
jest kolejnym dowodem potwierdzającym moją tezę, że prawdy o danym kraju prędzej dowiesz się z kryminałów i innej beletrystyki niż z wydawnictw naukowych, dokumentów czy Wielkiej Literatury. W drugiej grupie autorzy mają świadomość celu – ukazania danego kraju z określonej perspektywy i, co oczywiste, determinuje ona obraz, który zostanie objawiony czytelnikom. W pierwszej grupie odwrotnie - ważna jest fabuła i akcja przekładające się na wyniki sprzedażowe, przez co autorzy nie przykładają wagi do szczegółów tła. Przedstawiają je oczywiście subiektywnie, ale tak je sami widzą, a nie jak według nich chcieliby je widzieć sponsorzy. Z tego też powodu najprędzej dowiesz się o tym, co sądzą za granicą o nas, sądzą naprawdę, z powieści, a nie z oficjalnych wypowiedzi, sond ulicznych czy innych podobnych produkcji.

Na tej płaszczyźnie Sejf jest powieścią doskonałą. Bezkompromisowo pokazuje polskie elity, które w rzeczywistości za nic mają dobro ojczyzny. Służby, które są gotowe popełnić każdą zbrodnię dla swojego dobra, bo przecież ojczyzna to one. Coraz większa liczba ludzi stojących ponad prawem w stopniu za komuny wręcz niewyobrażalnym. Demokracja, która stała się karykaturą samej siebie – totalna inwigilacja, kpina z praw jednostki, a wszystko to z powodu zagrożenia terroryzmem.


Swoją drogą terrorysta to ciekawy wynalazek. Niby mamy wojnę z terroryzmem, ale nie stosujemy się do prawa międzynarodowego z tej dziedziny. Nawet zbrodniarzom hitlerowskim nie odmawiano prawa do sądu, a teraz wystarczy, że ktoś komuś przylepi łatkę terrorysty, i już można go torturować, zabić bez sądu, i tak dalej. Można nawet pozabijać cywilów, którzy będą w pobliżu, byle tylko dopiąć swego. Kuriozum zaś to Polska wołająca o odszkodowania od Niemców, ale jednocześnie uważająca za powód do chwały, że pomagała Stanom w najechaniu suwerennego Iraku z powodów równie prawdziwych, jak przedwojenne hitlerowskie prowokacje wobec nas. Dygresja? Nie tak do końca; takie właśnie refleksje wzbudziła we mnie lektura Sejfu i dlatego nie była to dla mnie rozrywka łatwa i przyjemna. Tym bardziej, że realizm posunięty do granic dotyka prawie wszystkich aspektów powieści. Poza osią fabuły niestety, która wprost wywodzi się z pięknych kart historii naszej propagandy – kiedyś mieliśmy najlepszą kawalerię, a teraz mamy najlepsze służby.


Wątek o największym rażeniu to dla mnie pokazanie tego, czego nikt zdaje się nie zauważać – w kraju, w którym wciąż wałkuje się temat komunistycznych polskich agentów, nie mówi się niczego o agentach radzieckich i rosyjskich. Nawet agentami Stasi*, których chciano nam podać na talerzu, nie byliśmy zainteresowani. Niestety, cały ten realizm niejako przepada, gdyż brak do niego jakiegokolwiek komentarza, wskazania, co dobre, a co złe. Ta książka nikomu oczu nie otworzy – ci którzy pewnych rzeczy nie zauważają, ci którzy już się przyzwyczaili zła nie widzieć, na pewno go nie dostrzegą. A tych, którzy je widzą, książka tylko zdołuje, gdyż zobaczą bez osłonek prawdę o tym, co się dzieje w kraju nad Wisłą.


Dlatego, choć dla większości będzie to bardzo fajne czytadło (te dwa słowa, których unikam, tym razem uważam za najbardziej adekwatne, w dodatku w jak najbardziej pozytywnym ich znaczeniu), dla mnie jest to lektura dołująca i przypuszczam, że ci, którzy mają podobnie jak ja, wiedzą o co mi chodzi.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie



* Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej (niem. Ministerium für Staatssicherheit (MfS)

Wojciech Mann Rock*Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą

 

Wojciech Mann

Rock*Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą

Lekturą czerwca 2017 w rawskim Dyskusyjnym Klubie Książki była autobiografia znanego dziennikarza muzycznego Wojciecha Manna pod tytułem Rock*Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą. Z wyborem książek w DKK jest ostatnio ten problem, że nie zawsze mamy w czym wybierać, gdyż gusta większości oddziałów, a więc i większość zamówień, oscylują wokół poziomu harlequina. Na bezrybiu i rak ryba, więc czasami trzeba brać to, na co się w ogóle nie ma ochoty. Pomijając niechcianą tematykę czy gatunki literackie ma to i inną oczywistą wadę – jest duże ryzyko natrafienia na dzieła o poziomie absolutnie nieakceptowanym. Ma jednak i zaletę – z musu trzeba się chwytać za gatunki i autorów, po które w przypadku wolnego wyboru i nieograniczonej podaży nigdy byśmy nie sięgnęli. To na pewno poszerza horyzonty, nie tylko literackie, a czasami można też odkryć perełki naprawdę bezcenne, których inaczej nigdy byśmy nie odnaleźli. Wojciecha Manna znałem głównie z anteny Trójki z lat mojej młodości i z telewizji, z lat późniejszych; postrzegałem go jako inteligentnego i sympatycznego, więc miałem nadzieję, iż znów przez DKK trafię na coś ciekawego, choć obcego mojej obecnej linii czytelniczej.

 

Rock*Mann nie jest jedyną książką Wojciecha Manna. Zgodnie z obecnymi trendami, według których każdy nad Wisłą pisać może, nieważne czy lepiej, czy gorzej, stworzył już i inne podobne dzieła, tak jakby odcinał na fali obecnej mody kolejne kupony od swego życiorysu. W dodatku u nas wszyscy, w przeciwieństwie choćby do Amerykanów, którzy często ujawniają nazwiska zawodowych pisarzy, którzy im w tworzeniu autobiografii pomagają, twierdzą, że autobiografie napisali sami. Albo jesteśmy niezwykle utalentowanym, albo zakłamanym narodem.

 

Nieświadom tego, że Mann spłodził już kilka cząstkowych autobiografii, bo jego dorobek pisarski sprawdziłem dopiero po przeczytaniu Rock*Manna, do lektury tej książki przystąpiłem nastawiony bardzo pozytywnie, z racji wspomnianych już wyżej sympatii.

Niestety, od początku książka wzbudziła narastającą we mnie z każdym rozdziałem niechęć, która stopniowo przeniosła się i na autora. Nie mamy bowiem do czynienia z prawdziwą autobiografią, która by nam cokolwiek miała przekazać o autorze i jego życiu, a raczej ze zbiorem luźnych wspominków związanych z drogą Manna do stania się radiowym znawcą rocka. Trzeba od razu zaznaczyć, że jest ten wątek dość tandetny i powierzchowny, pełen narzekań na komunę, wycinków z imprez spisanych z perspektywy podobnej umysłowości nastolatka. Nie daje czytelnikowi żadnej nowej wiedzy o funkcjonowaniu światka radiowego i telewizyjnego. W tej kategorii daleko Rock*Mannowi choćby do naprawdę interesującej książki Wiśniewskiej i Szumowskiej „Kino to szkoła przetrwania. Choć Mann konsekwentnie spłyca wszelkie wątki, które mówiłyby coś o nim samym lub jego rodzinie, to jednak uważny czytelnik zauważy ciekawe rzeczy. W czasach Gomółki, gdy panowała prawdziwa bieda i ostrzejsza niż później dyktatura komuny, na którą autor nie zapomina ciągle narzekać, jego rodzinie powodziło się dziwnie nieźle. Zastanawia też, jak to się mogło zdarzyć, że ktoś, kto nie umiał ni grać, ni śpiewać, przez dłuższy czas był członkiem kapeli. Harcerskiej, bo harcerskiej (Gawęda), ale jednak na poziomie wówczas krajowym. O jego moralności daje do myślenia sposób, w jaki wspomina oszustwa, którymi się parał w młodości, by zdobyć środki na zakup zachodnich płyt, które z kolei, jak sam pisze, nie tylko zaspokajały jego pożądanie zachodniej muzyki, ale przede wszystkim dawały pozycję towarzyską. Dla mnie to początki typowego układowicza, który startując z ustawionej rodziny bezbłędnie wyczuwa wiejące wiatry i sam buduje swoje własne układy. Nonszalancja, z jaką opisuje doprowadzenie do ruiny finansowej pierwszej prywatnej rozgłośni radiowej, w której działał, też daje do myślenia.

Po skończonej lekturze absolutnie nie postrzegam już Wojciecha Manna jako człowieka sympatycznego. Polecam też prosty eksperyment z badań nad postrzeganiem – obróćcie sobie portret Wociecha Manna z okładki książki na lewą stronę i wpatrzcie się weń przez dłuższą chwilę. Czy naprawdę to twarz sympatyczna? Te zmrużone oczki...

Oczywiście, braku profesjonalizmu jako krytykowi muzycznemu, nikt autorowi nie zarzuci, i książka tego nie zmienia, aczkolwiek nie do końca. Czy właśnie tacy ludzie jak Mann, ze swym zafiksowaniem na jednym gatunku muzyki, nie są winni temu, że Polacy różnią się choćby od Niemców, pod względem otwartości na różnorodne rodzaje muzyki, a zwłaszcza na muzykę poważną? Ilu z nas kojarzy choćby André Rieu, który za Odrą jest powszechnie znany i czemu u nas nie ma jego odpowiednika o porównywalnej popularności?

Te krytyczne uwagi pod kierunkiem wydźwięku książki i obrazu autora, jaki się z niej ukazuje, nie mogą oczywiście wpływać na jej ocenę. Nieprzyjemna wiedza, to też przecież wiedza.

Styl, jak na tego typu publikację, jest do przyjęcia i do poczytania, trudno jednak stwierdzić, iż lektura jest wciągająca. Jest interesująca w ten podstępny sposób, iż najciekawsze jest nie to, co autor chciał powiedzieć i o czym opowiedział, a to, co napisał przy okazji i to, co niezbyt dokładnie pominął.

Dla mnie dodatkowym bonusem było przypomnienie w książce grupy Dezerter, za której muzyką nie przepadam, ale której hasła dają tak wiele do myślenia.

Średnia arytmetyczna z końcowych ocen Rock*Manna wyniosła w naszym klubie 3,5 w skali od 2 do 5, przy czym nie było ani jednej piątki i ani jednej dwójki. Ja osobiście dałem trójkę i dlatego raczej tej pozycji polecać nie będę. Jest tyle wspaniałych dzieł literatury do przeczytania, że na trójkowe, a nawet czwórkowe, szkoda czasu.



Radosław Magiera

DKK Rawa Mazowiecka

woj. łódzkie

 

Więzień nieba Recenzja DKK Uniejów

Więzień nieba C. R. Zafona zaprasza nas do barcelońskiej księgarni, której szefem jest starzec Sempre i jego dorosły syn Daniel. Tam poznajemy też FerminRomero de Torres, którzy to razem prowadzą księgarnię. Sytuacja finansowa księgarni przynosi niskie dochody, pomimo tego  ich życie w miarę spokojnie mija. Jednak pewnego dnia ich księgarnię odwiedza niespodziewany gość- znajomy Fermina z lat młodości. Czy tajemnicza przeszłość wywróci życie oddanych sobie przyjaciół? Daniel rozpoczyna śledztwo na własną rękę.

Dużym zaskoczeniem jest zakończenie. Przynosi ono ze sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Książka ma też wiele niedokończonych wątków.

 

 

 

Jacek Komuda, ostatni honorowy

Jacka Komudy nie trzeba nikomu przedstawiać: ostatni sarmata Rzeczypospolitej i pierwsza szabla współczesnej fantastyki. Autor scenariusza do gry komputerowej Wiedźmin (zgada się, tej gry, na podstawie której Andrzej Sapkowski napisał cykl wiedźmiński. Cykl ten przeczytałem z wypiekami na twarzy i mrugającym okiem). „Ostatni honorowy” to zarazem tylko i aż „stary dobry Komuda”. Z jednej strony mamy charakterystyczny styl autora: barwny, plastyczny i oszczędny w słowach, który można porównać chyba tylko z piórem Dawida Gemmella. Z drugiej strony Komuda odszedł od swojego tradycyjnego okresu historycznego, przenosząc akcję powieści z Rzeczpospolitej szlacheckiej do Polski XX wieku (od II RP, przez PRL po pierwsze lata III RP). I przez taki zabieg coś nie gra w tej powieści do końca. To nieuchwytne coś, co uwiera podczas lektury, jak ziarnko grochu pod materacem. Głównym zgrzytem jest sama koncepcja Tjosta, czyli pojedynków na białą broń, za pomocą których, przez wynajętych szermierzy oczywiście, możni Europejczycy rozwiązują swoje spory, niczym ich utytułowani przodkowie dwa wieki wcześniej. I w tym tkwi cały ambaras, że kompletnie nie kupuję tego pomysłu, że zamiast wynajętych adwokatów na sali sądowej ścierają się wynajęci fechmistrze na zamkniętym przyjęciu, bo pan bankier z panem przemysłowcem nie mogą dojść do porozumienia w kwestiach biznesowych.

Na szczęście szpiegowska intryga o wiele lepiej pasuje do realiów powieści i zaciera ww. nieprzyjemne wrażenie. Powieść ma naprawdę zaskakujący zwrot akcji, który jednak byłby o wiele bardziej szokujący dla czytelnika, gdyby jeden z końcowych rozdziałów autor przeniósł na koniec książki. Reszta zaś jest historią, i to historią stereotypową. Podług klasycznej opozycji dobra i zła: dobry milicjant – źli ubecy, dobry Rosjanin – zła Rosja, doskonała II RP – siermiężny PRL i nowobogacka III RP. Równie stereotypowy jest główny bohater, podobnie jak jego przygody, jakby pisane podług szablonu tragicznych losów bohatera: niepotrafiący się odnaleźć po żadnej ze stron Żelaznej Kurtyny, obowiązkowo uwikłany w romans z dwiema kobietami, i absolutnie przypadkiem wciągnięty w grę wywiadów, gdzie znów przypadkiem musi odegrać główną rolę.

Ostatni honorowy to powieść warta polecenia.

Recenzja ksiażki "Świat dla ciebie zrobiłem" Zośki Papużanki

Zośka Papużanka debiutowała brawurowo w 2012 roku powieścią „Szopka”. Zyskała ona uznanie w oczach czytelników, a także krytyków; została nominowana do Paszportów Polityki 2012 oraz do Literackiej Nagrody Nike 2013. Ta książka o dysfunkcyjnej rodzinie mnie też bardzo się podobała, czekałam zatem na kolejną. W 2016 roku ukazał się „On” i mój zachwyt trochę zmalał, choć w sumie było nieźle.

I mamy 2017 rok, ukazuje się zbiór opowiadań Papużanki; piękna okładka i poetycki tytuł – „Świat dla ciebie zrobiłem”. W środku 12 opowieści „o tym, że nie ma nas bez innych”. Taka informacja jest na okładce. Po przeczytaniu całości wydaje mi się ona nieco przesadnie sformułowana. Są bowiem te historie czasem zwyczajnie banalne i takie jakieś powszednie, dotyczą nieraz spraw błahych i niewartych zatrzymywania się przy nich. Ot, ktoś komuś zarysował samochód i młody człowiek raczy w windzie tą opowieścią znudzoną sąsiadkę.

W „Kaprysie” zaś mężczyzna, który „nigdzie i nigdy nie był sam” decyduje się na samotne spędzenie weekendu i okazuje się to być ciężarem ponad jego siły, gnębią go i spać nie dają korniki, świerszcze i komary.

Niektóre opowiadania zdają się znów trochę dziwne i trudno doszukać się w nich jakiejś głębi, choć próbowaliśmy to zrobić w gronie klubowiczów; nie trafiły do nas „Ursa maior”, „Trudno” czy „212”. Pani Eugenii spodobała się „Cykada”, bo była w muzeum w Berlinie, Janka wskazała „Ślady”; wigilijną opowieść skrywającą jednak wstydliwą rodzinną tajemnicę, której matka stawia czoła. Pan Ryszard wyróżnił „Daleko” ze względu na wiejską tematykę i refleksje pokoleniowe. Wszyscy staraliśmy się zgłębić historię o kocie, przy okazji omawiając zwyczaje naszych „Mruczków”.

Mnie spodobała się „Straciatella”, tu, uważam, udało się autorce uchwycić klimat włoskiego pejzażu, spokojnego i sennego nastroju małego hotelu i restauracji „Amelia”. W „Spotkałem opowiadanie” ładnie oddana jest scena w księgarni i przy okazji są ciekawe refleksje na temat wyrażony w tytule.

Można by jeszcze wspomnieć „Domerarę”, tajemniczy tytuł skrywa rodzaj cukru trzcinowego, w której przyjaciółki spotkały się na wspólnym gotowaniu i ploteczkach, ale nie jest to ani zbyt ciekawe, ani zabawne.

Tym, co na pewno zwraca uwagę w opowiadaniach Zośki Papużanki, jest język, piękny, czasem poetycki, z ciekawymi nawiązaniami literackimi. Tu autorka nie zawodzi od czasów „Szopki”. Dlatego czyta się te historie, nawet jeśli nie wszystkie wydają się interesujące i niekiedy wkrada się refleksja, że może mogły jeszcze poleżeć w „szufladzie” i „dojrzewać”.

Jednak, jak pisze w recenzji w Gazecie Wyborczej Dariusz Nowacki, ukazały się, bo „chodzi o podtrzymanie nazwiska autorki w świadomości czytelniczej”. Zgadzając się z tą opinią, czekam na kolejną powieść na miarę „Szopki”. Wierzę, że Zośka Papużanka taką napisze.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Recenzja ksiązki- Trzecia M Stachula DKK Uniejów

Akcja książki rozgrywa się w Krakowie, Warszawie i Petersburgu. Jednym z  bohaterów książki jest Anton- wiecznie zmieniający tożsamość muzyk, gitarzysta. Jest też  Lilianna- czterdziestoletnia  przedsiębiorcza kobieta, oraz Eliza- młoda psychopatka. Losy tych trzech bohaterów splatają się ze sobą. Anton syn Polki i Rosjanina po śmierci matki, wyjeżdża z ojcem do Petersburga, tam wpada w złe towarzystwo poznaje córkę mafioza, w skutek przedawkowania narkotyków, dziewczyna umiera. Anton jest ścigany przez jej ojca. Wyjeżdża na Kubę ( dzięki przyjacielowi) zmienia tożsamość. Poznaje kobiety i zamieszkuje z nimi. Liliana- poznaje Antona vel Maxa na Kubie, zakochuje się w nim i planuje przyszłość. Max ma tajemnicę, których nie zdradza jej. Liliana odkrywa ułamek kłamstw Maxa i wyrzuca go z domu. Po dwóch latach niespodziewanie spotyka go. Śledzi i planuje zemstę na jego nowej kobiecie. W finałowej rozgrywce jednak pomaga Maxsowi i ratuje Elizę. Eliza poznaje Antona jako Borysa jest obserwowana i śledzona, staje się to jej obsesją. Poznaje tajne misje Borysa ( jest nosicielem wirusa HIV). Ma też swoje koszmary które ją prześladują- okazuje się, że doprowadziła do śmierci dwóch osób. Książka pisana w formie narracji głównych bohaterów, podzielona na rozdziały. Warta akcja, trzymająca w napięciu, wiele zaskakujących elementów. Mimo, że książka nie zawiera dużo dialogów to czytelnik nie zwraca na to uwagi.

Na dobry początek(cyklu). Recenzja książki Jacka Piekary pt. Sługa Boży.

Będzie to nietypowa recenzja, bowiem napisana z punktu widzenia osoby, która ma za sobą cały cykl inkwizytorski, a zatem nie będzie wolna od przemyśleń, powstałych w efekcie patrzenia na tom pierwszy cyklu przez pryzmat całości. Sługa Boży składa się aż z sześciu opowiadań (co przy niektórych z późniejszych tomów jest swoistym rekordem). Wszystkie opowiadania mają w zasadzie tą samą konstrukcję: jest zlecenie, realizacja, nieprzewidziane przeszkody, zwrot akcji i wyjście z kłopotów z twarzą, pełną sakiewką i głową nadal na karku.

Zdecydowanie najciekawszym aspektem cyklu jest postać samego bohatera, Mordimera Madderdina, którego oczami obserwujemy świat alternatywnego późnego średniowiecza i  alternatywną wersją chrześcijaństwa. Notabene mało w tym tomie, tak jak i w całym cyklu bliższego spojrzenia na całość tego alternatywnego uniwersum. Są tylko smaczki, jak nazwy kościołów czy modlitwy. W zasadzie tylko nazwa miasta ,gdzie mieści się siedziba inkwyzytorium, Hez-Hezron; jest najbardziej „alternatywna”, reszta to stara dobra Europa, a dokładnie Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, co widać w nazwiskach pojawiających się postaci, nazwach miast jak i toponimach. Niestety, takim jaki jawi się bohater w tym tomie, takim pozostaje, bowiem historia i rozwój wewnętrzny bohatera zostały zatrzymane przez kolejne prequele. Przez co Mordi (że się tak o nim wyrażę pieszczotliwie) staje się takim wymądrzającym się na każdym kroku nerdem, któremu trafiło się trochę władzy. Mógłbym napisać co nie co o tym, że inkwizytor Mordimer jest bohaterem skomplikowanym, głównie przez swój pokrętny system wartości i to, że nie zna własnej przeszłości, ale nie chcę spoilerować.

Sługa Boży to świetne rozpoczęcie cyklu, godne polecenia każdemu.

Baśń o grudniu '81. Recenzja powieści Jacka Dukaja pt. Wroniec

O wprowadzeniu stanu wojennego można by napisać wiele. Jednakże temat ten nie był jak dotąd przedstawiany w beletrystyce. I dlatego Wroniec na tym polu jest powieścią wyjątkową. Dzięki opowiadaniu historii z perspektywy dziecka, przedstawiane wydarzenia urastają do rangi baśni, zostają owiane aurą magii i odrealnione. Nie jest to wcale baśń dla dzieci. Świat Wrońca jest szary, odarty z kolorów, pełen Szpicli, Puchaczy-Słuchaczy, Milipantów, Bubeków i Członków. Tutaj za każdym rogiem czaić się może Suka i Złomot.

Recenzja książki "I odpuść nam nasze..." J. L. Wiśniewskiego

"I odpuść nam nasze ..." to opowieść o znanym i cenionym wokaliście i aktorze Andrzeju Zaucha. Autor książki spotykał się ze skazanym dlatego bardzo dobrze opisana jest cała historia tej tragedii. Wincent bo tak ma na imię morderca wyznaje swoje grzechy i żałuje swojego czynu, który prześladuje go już przez całe życie.

Sprawa zabójstwa Zauchy była bardzo głośna w październiku 1991 Polskę obiegła tragiczna wiadomość. Andrzej Zaucha zginął zastrzelony pod krakowskim Teatrem STU. Jego towarzyszka Zuzanna Leśniak umiera w chwilę potem w karetce pogotowia. Strzelał mąż Zuzanny.

Książka znakomicie ukazuje życie w Polsce z czasów PRL, dowiadujemy się dlaczego wprowadzono stan wojenny, jakie były w związku z tym represje.

 

Książka daje dużo do myślenia, tym bardziej gdy bliżej poznaje się sprawcę zbrodni. Można zastanowić się nad tym do czego może się posunąć zraniony człowiek.

 

 

 

 

I odpuść nam nasze...Recenzja ze spotkania DKK Uniejów

11 października 2017 r. miało miejsce spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Miejsko- Gminnej Bibliotece Publicznej w Uniejowie. Klubowicze w składzie 4 osobowym dyskutowali na temat książki Janusza Leona Wiśniewskiego  „I odpuść nam nasze…”

Bardzo ciekawa książka z serii opartej na faktach. Jest  autentyczną opowieścią o miłości, zazdrości, rozpaczy zranionego człowieka. Historia bliska wszystkim klubowiczom, ponieważ wszyscy dobrze pamiętali tragedię Andrzeja Zauchy i jego kochanki. Dzięki książce można poznać ją bliżej i dokładniej.

 

 

 

Alibi na szczęście

Alibi na szczęście

To chyba najgrubsze babskie czytadło. Tom grubością dorównuje Milenium, zmierzchom czy Haremu Potterowi. Zatem zastanawiałam się czy książka jest tak ciekawa, że może autorka nie pozwala nam zapomnieć o bohaterach z którymi się zżyliśmy, czy może odwrotnie chce nas zmiękczyć tak długą historią. Już na wstępie czytelnik wpada w morski, wakacyjny klimat. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Bohaterka Hania Lerska jest polonistką i wraca do Warszawy na egzaminy poprawkowe, ponieważ ”oblała” jednego Ucznia Mateusza Starskiego. A potem szybko rozpoczyna się rok szkolny i szara codzienność. Od samego początku wiemy, że Hania przeżyła jakąś tragedię z, której nie potrafi się otrząsnąć. Pomaga jej w tym przyjaciółka Dominika i dobrotliwa Pani Irenka, właścicielka domku nad morzem. Kiedy po paru miesiącach Hania poznaje Mikołaja czuje się mocno zagubiona. Chciałaby spróbować, ale nie potrafi. Przez dużą część powieści czytelnik nie zna prawdy, próbuje się domyślać. Chęć poznania prawdy o tragedii jest tak duża, że czytelnikowi ciężko oderwać się od książki. Prawda nie tylko zaskakuje co usprawiedliwia często irytujące zachowane głównej bohaterki. Alibi na szczęście, to coś cięższego niż babskie czytadło z happy endem. Zainteresowani  losami Hani mogą dowiedzieć się więcej w następnych tomach: „Krok do szczęścia” i „Zgoda na szczęście”.

Recenzja książki "Don Juan raz jeszcze" Andrzeja Barta

W połowie grudnia 1506 roku z klasztoru Miraflores w hiszpańskiej Kastylii wyruszył kondukt z ciałem króla Filipa I Pięknego. Mimo iż zmarł on 25 września, jego żona Joanna rozkazała wydobyć zwłoki z prowizorycznego grobowca i ruszyła do Grenady, zatrzymując się w kościołach i klasztorach. Zazdrosna wdowa zakazała kobietom udziału w orszaku, nawet zakonnice nie mogły zbliżać się do trumny. Rozmawiała z trupem i tuliła go do siebie. Zyskała przydomek Joanna Szalona.

Taki jest kontekst historyczny powieści Andrzeja Barta, cała reszta to już zmyślenie autora. Zanim więc czytelnik „dołączy” do konduktu, będzie miał okazję „uczestniczyć” w swoistym castingu zorganizowanym przez Tajną Radę Sześciu w Watykanie. Ma on wyłonić spośród mnichów kandydata, który odwiódłby Joannę Kastylijską od pomysłu dalszej wędrówki z trupem męża. Zwycięzcą okaże się Juan de Valesco pokutujący w klasztorze za swe grzeszne życie. Czy powiedzie się jego ostatnia misja? Tego nie mogę zdradzić. Jest wszak w powieści ktoś, kto nieustannie kieruje czytelnikiem. To narrator, „panoszący się” niesamowicie, znający nawet fakty, których nie ma w książce. Wie, jakie są losy bohaterów, teraz i potem, podaje źródła, gdzie o nich pisano. Jednocześnie sam zdaje dokładnie sprawę ze swojego udziału w tworzeniu fabuły. Sporadycznie przyznaje się do niewiedzy, „nie chcąc rozbudzać niepotrzebnej nadziei na wszechwiedzę”. Można odnieść wrażenie, że bawi się z czytelnikiem, tryska humorem, ironicznie i dowcipnie relacjonuje zdarzenia z początku XVI wieku.

A w orszaku Joanny Kastylijskiej sporo się dzieje. Dołącza do niego specjalny wysłannik papieża Diego Herrera z don Juanem, urodziwa Maria, córka margrabiego Gonsalvo, w przebraniu męskim. Jest tam już Woodward, poseł Henryka, króla Anglii zainteresowanego małżeństwem z  królową Kastylii. Są inkwizytorzy: Quint, Barrionuevo i sam Generalny Inkwizytor Diego de Deza. Ten ostatni będzie bohaterem niesamowitej sceny w Białych Lochach, gdzie sądu nad nim podejmie się gospodarz zamku Gaspar Le Ferron, barwna i wyrazista postać.

Naprawdę trudno oderwać się od czytania, powieść fascynuje, oczarowuje i uwodzi. Liczne rozmowy przy stole intrygują, pozwalając śledzić zabiegi dyplomatyczne bohaterów mających różne interesy w swej misji towarzyszenia królowej. Oprócz rozmów przy stole toczą się dyskusje na uboczu, spory w sprawach dotyczących roli Kościoła, papieża, poczynań inkwizytorów. Wiele z nich brzmi aktualnie, mimo że akcja powieści osadzona jest przecież w XVI wieku.

Przeplatają się wątki: polityczny, sensacyjny, miłosny, a nawet kryminalny. Mamy więc morderstwo, pojedynek, wielką miłość, pracownię alchemika Prelatusa i zaawansowane prace nad eliksirem życia.

 Narrator ostrzega przed pechowym trzynastym rozdziałem, a w czternastym, kończąc powieść, chyba sobie trochę żartuje z czytelnika, a może i kpi z niego. Jest to oczywiście sympatyczne „mrugnięcie okiem” w stronę tych, którzy „wyruszyli” z orszakiem Joanny Kastylijskiej. Zapewniam, że naprawdę warto przeczytać powieść „Don Juan raz jeszcze”, a potem sięgnąć po „Rewers”, „Fabrykę muchołapek” czy „Rien ne va plus”.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Jacek Piekara - Władca prequeli. Recenzja powieści "Ja inkwizytor. Kościany galeon".

Kościany galeon to dziesiąta część cyklu inkwizytorskiego. I znów Piekara zaserwował nam prequel.

Tym razem główny bohater  wyrusza w ślad za zaginionym kupcem aż na dalekie wody na północ od Szkocji, gdzie jak zwykle przeżyje niezwykłe przygody i wystrychnie siły nieczyste na dudka. A z tarapatów jak zwykle wyjdzie bez szwanku i z pokaźną gratyfikacją. Dlaczego nadużywam zwrotu „jak zwykłe” zapytacie? Bo to kolejna pozycja w cyklu stworzona na schemacie: ot mała prywatna robótka, która przeradza się w większą aferę z udziałem sił nieczystych (nie spoileruję, tego można się domyślić już z samego tytułu powieści).

W tym miejscu niestety kończą się plusy powieści, a zaczynają minusy. Począwszy od objętości samej książki. Ta historia byłaby naprawdę dobrym opowiadaniem, gdyby wycięto z niej jakieś 60 procent objętości. Zbędne dłużyzny to przede wszystkim rozbudowane ponad wszelką miarę monologi wewnętrzne głównego bohatera. Dla mnie te dłużyzny były zamulaczami. Równie poważny zarzut mam odnośnie zakończenia, które zostało rozciągnięte tak jak cała fabuła, a jedynym celem tego zabiegu było chyba tylko to, by w finale powieści wyraźnie zaznaczyć wątek romansu.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi