Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Afganistan

Czytaj więcej: Afganistan

Afganistan

Khaled Hoseini-pisarz afgańskiego pochodzenia, autor znakomitych powieści „Chłopiec z latawcem”, czy Tysiąc wspaniałych słońc” jest także twórcą książki „ I góry odpowiedziały echem” Zaczyna się pięknie wzruszającą opowieścią snutą przez ojca o poświęceniu, ofierze, tęsknocie. Opowieść ta stanowi klucz interpretacyjny do historii opowiedzianej w tym utworze. Rodzeństwo starszy Abdullach i młodsza siostra Parii żyją w biednej afgańskiej wiosce. Ojciec wiecznie szuka pracy, a macocha nie potrafi zastąpić dzieciom matki dlatego ojciec decyduje się pewnego dnia na dramatyczny krok, oddaje małą córeczkę do adopcji zamożnym ludziom. Kochające się rodzeństwo zostaje rozdzielone. Ojciec nie potrafi się z tym pogodzić, a decyzja którą podjął odciśnie piętno na życiu obojga bohaterów. Hosseini po kolei wprowadza nowych bohaterów i snuje opowieści często rozdzierające serc, ale nie pozbawione nadziei. Tak jest i tym razem. Choć uważam, że gdyby Hosseini skoncentrował się na historii rodzeństwa to powstała by opwieść o większym ładunku emocjonalnym bardziej przejmująca i poruszająca. Nie zmienia to jednak faktu ,że powieść „ I góry odpowiedziały echem” to piękna historia o miłości, poświęceniu i tęsknocie o ludzkich wyborach i konsekwencjach. Historia opowiedziana pięknym językiem,momentami tkana ze smutku i bólu, momentami z miłości i nadziei. I choć nie robi takiego wrażenia jak „Chłopiec z latawcem” to jest powieść,której bohaterów i ich losy warto poznać.

Recenzja książki "Lato przed zmierzchem"

Kate Brown ma czterdzieści pięć lat, męża, czworo prawie dorosłych dzieci i „od pewnego czasu przymierza myśli tak jak sukienki zdejmowane z wieszaka”. Ta powieść to właśnie głównie myśli bohaterki, to świetny portret wewnętrzny Kate, dla której zaczyna się kolejne lato. Czy jak zwykle będzie „przytulną bazą” dla dzieci i ich gości?

Tym razem ma być inaczej. Mąż – neurochirurg wyjeżdża na cztery miesiące do pracy w Bostonie, ma towarzyszyć mu córka. Trzej synowie też mają swoje plany wakacyjne. Przed Kate zaś otwierają się możliwości pracy tłumaczki na konferencji organizacji Żywność dla Świata. Pierwsza od 25 lat małżeństwa praca będzie dla doktorowej Brown punktem wyjścia do przyjrzenia się swemu dotychczasowemu życiu. Kolejne zdarzenia  będą pretekstem do swoistego obrachunku z przeszłością i do postanowień na przyszłość.

Wyjazd do Hiszpanii i krótki, raczej nieudany, romans z młodszym mężczyzną, tajemnicza choroba, powrót do Anglii, pobyt w hotelu, potem w mieszkaniu młodej Maureen – to wszystko nie jest właściwie ważne. Są to kolejne etapy, które dla bohaterki stanowią okazję, by móc analizować pamiętny rok pobytu u dziadków w Portugalii, lata małżeństwa z Michaelem, wychowywanie dzieci.

Kate dochodzi do wniosku, że przez te wszystkie lata jej główną cechą była umiejętność przystosowania się do innych, zdaje sobie sprawę, że rodzina ma swoją koncepcję jej osobowości, w którą ona się wpasowała.

Lessing daje swojej bohaterce całe lato, a nawet czas aż do października, by mogła zastanowić się , co dalej. Czytelnik ma okazję śledzić bieg myśli Kate, odtwarzać z nią ważne zdarzenia, analizować jej pozycję w rodzinie, relacje z mężem. Pisarka uświadamia, że kobiecie wciąż przypisuje się określoną rolę, postrzega ją jako tę, która kieruje, organizuje, dopilnowuje, martwi się , nakazuje, czyli krząta się nieustająco.

Ta nieznośna „krzątanina”, jak się często okazuje, bywa lekceważona przez najbliższych, często jest wręcz denerwująca, bo zamienia się w gderaninę. Kate dostaje szansę, by próbować coś zmienić. Jej myśli często biegną w stronę przyjaciółki Mary Finchley, która jest zaprzeczeniem rozsądnej i zorganizowanej pani Brown.

Czy siwe włosy staną się dla bohaterki deklaracją jej postawy: „nie, nie, nie, NIE”? Czy to właśnie lato będzie tym przed zmierzchem? Co oznacza ten zmierzch? Czy ma nim być może menopauza, początek procesu starzenia się, a może radykalna zmiana postępowania? Tylko dlaczego miałby to być zmierzch, Kate ma tylko, czy może aż, 45 lat?

Jakie znaczenie mają sny o foce? Sennik mówi, że są znakiem, iż należałoby uporządkować swoje myśli lub natłok uczuć. Skoro Kate zakończy pomyślnie wielonocny sen z foką, to czy i w życiu realnym osiągnie spokój, czy da sobie wolność i co ona właściwie miałaby dla niej znaczyć?

Wiele pytań pojawia się w trakcie czytania i po jego zakończeniu. Lessing każe zastanowić się nad nimi, próbować dać sobie odpowiedzi, odnaleźć w Kate siebie. Przeczytałam tę powieść dwukrotnie i doświadczyłam takiego właśnie wrażenia. Myślę, że może być ono udziałem bardzo wielu kobiet odnajdujących swoje rysy w bohaterce, choćby tę „krzątaninę”, sprawiającą, że umykają nam rzeczy znacznie ważniejsze.

„Lato przed zmierzchem” to mądra i wspaniała powieść z mistrzowsko nakreślonym portretem kobiety. Polecam ją gorąco, podobnie jak „Piąte dziecko” i „Podróż Bena”. To książki godne Noblistki.

 

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Szybki Koniec warty. Recenzja powieści Stephena Kinga

Trzeci i ostatni tom cyklu o Billu Hodgesie czyta się jednym tchem. Wydawało mi się, że Koniec warty będzie powieścią, która skupi się na emocjonującym pojedynku detektywa z psychopatycznym mordercą. Stephen King postanowił jednak trochę zagmatwać całą sprawę. Autor dość schematycznie prowadzi bohaterów pierwszo- i drugoplanowych oraz głównego przeciwnika. Na szczęście styl Kinga jest na tyle przyjemny w odbiorze, że w czasie lektury nie odczuwa się tego mocno. Jednym słowem jest to książka, z którą można przyjemnie spędzić słoneczne majowe popołudnie.

Bez mojej zgody Jodi Picoult DKK Uniejów

Bardzo pouczająca książka, dająca wiele do myślenia. Książka mówiąca o tym  jak daleko mogą posunąć się rodzice  w walce o życie i zdrowie jednego dziecka kosztem drugiego dziecka. Anna została poczęta w sztuczny sposób. Tak aby jej tkanki wykorzystały pełna zdolność z tkankami siostry chorej na białaczkę. W wieku trzynastu lat przeszła już niejedna operację, wielokrotnie oddawała krew. Praktycznie gdy siostra trafiała do szpitala, to ona również tam musiała być. Całe jej życie było podporządkowane potrzebom siostry. W pewnym momencie buntuje się, postanawia wziąć sprawę do swoje ręce. Wynajmuje prawnika, występuje do sądu przeciw rodzicom. Chce samodzielnie decydować o swoim zachowaniu i życiu. Jednocześnie przeżywa straszny dylemat powiedzieć nie, że odmawia oddania nerki siostrze oznacza dla tej drugiej śmierć. Paradoksalnie w dniu gdy sąd orzeka o jej prawie do samodzielnego decydowania o sobie w kwestiach medycznych ginie w wypadku samochodowym. Narządy trafiają do przeszczepów. Siostra otrzymuje nerkę, odzyskuje zdrowie. Cel został osiągnięty, czy aby na pewno?

Recenzja ksiażki "Rury" Etgara Kereta

Debiutancki tom izraelskiego pisarza Etgara Kereta zawiera 54 opowiadania. Mieszczą się one na 194 stronach, widać więc jak są krótkie. Pierwsze z nich „Astma” ma zaledwie pół strony i to ono może być punktem wyjścia do zrozumienia oszczędności słów: „Mijasz sterty słów, które przychodzą ci do głowy. Wybierasz najważniejsze”. Tak z konieczności robi człowiek mający atak astmy, ale może to jest wskazówka i dla innych.

Etgar Keret na pewno stosuje się do niej i proponuje czytelnikowi szeroką gamę najróżniejszych tematów w swoich miniaturowych opowiadaniach:  jest wojsko, konflikt izraelsko – palestyński, szkoła, rodzina, miłość, śmierć, piekło. Pisząc o ważnych, bolesnych, niekiedy porażających sprawach pisarz często posługuje się groteską, stwarza absurdalne i humorystyczne sytuacje, nie stroni od dosadnego słownictwa.

Wiele opowiadań otwiera różne możliwości interpretacyjne. Tytułowe „Rury” każą się zastanowić nad śmiercią i tym, co po niej; czy da się dołączyć do aniołów grających w kulki? Bóg – Karzeł też żongluje kulkami, jak wytłumaczyć sobie taką metaforę? A co z integracją w raju – czy powinno się ją znieść?

Zasygnalizowałam zaledwie kilka pytań, które mogą się pojawić w trakcie czytania, jest ich oczywiście o wiele więcej. Można próbować znaleźć odpowiedzi, rozszyfrowywać metafory zawarte w niektórych tytułach, np. „Kołysanka czasu” czy „Nektar z mitów”. Można też po prostu śmiać się, czytając o porzuconym przez dziewczynę Meirze, który pije z krasnoludkami i gra z nimi w karty. Mnie to opowiadanie rozbawiło do łez.

Keret  potrafi też zaskakiwać i śmieszyć nieoczekiwanymi zakończeniami, np. w nawiązującej do Biblii „Pladze pierworodnych” czy „Katzensteinie”. Jest liryczny w pięknym opowiadaniu „Dziś są urodziny”, przejmująco smutny w „Julii”, zagadkowy w „Płycie”.

Wymieniłam kilka tytułów, które na mnie zrobiły największe wrażenie, wywołały emocje. Uważam, że warto zapoznać się z tym zbiorem 54 opowiadań izraelskiego pisarza o polskich korzeniach, który w 2016 roku otrzymał obywatelstwo polskie. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie u „mistrza krótkiej formy”.

Ogniem i laserem. Recenzja powieści Andrzeja W. Sawickiego pt. Smocze koncerze

Smocze koncerze to moje pierwsze spotkanie z twórczością Andrzeja W. Sawickiego.  Spotkanie, które pozostawiło po sobie niejednoznaczne odczucia, stąd tak dobrany tytuł recenzji odwołujący się do dzieł Bartosza Walaszka, bowiem ta powieść ma równie wiele plusów, co minusów, jakby nad jej powstaniem pracował Bogusław Łęcina razem z panem Wiesiem.

Smocze koncerze opowiadają o inwazji obcych na Turcję w połowie XVII w. , przeciw czemu muszą zjednoczyć się wszystkie potęgi Europy – co doprowadza do Odsieczy Wiedeńskiej na opak – gdy razem z bisurmani husaria i wojska Świętego Cesarstwa Rzymskiego ruszają na Stambuł, który obcy uczynili swym przyczółkiem na Ziemi. Na tle tak dramatycznych wydarzeń przewijają się losy kilkunastu bohaterów z tego i nie z tego świata.

Za duży plus powieści należy uznać sam pomysł inwazji jak i pochodzenie obcych – istot, które funkcjonują w niematerialnym równoległym wymiarze – wymiarze informacji, a co przypomina nieco koncepcję Inmaterium z Warhammera 40 000.

Kolejną zaletą powieści są wiernie oddane realia siedemnastowiecznego Stambułu, dobrze zarysowana została także para głównych bohaterów – Talaz Tayvar i Dorota Falak. Pozostałe postacie, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe niestety przedstawione zostały o wiele gorzej. I w tym miejscu niestety kończą się plusy powieści, a zaczynają minusy, których jest całkiem sporo. Zacznijmy od postaci przewijających się na kartach książki, które, poza parą głównych bohaterów, zostały zredukowane nierzadko do roli statystów, szybko i mało przekonująco nakreślonych, tańczących jak im autor zagra, bez scen refleksji podejmujących decyzje, które mają popchnąć fabułę w pożądanym kierunku. Właśnie w tym tkwi główny problem fabuły, punkty zwrotne mają miejsce poza narracją, a czytelnik jedynie jest informowany o skutkach, jak wtedy gdy Talaz zostaje zabrany na tortury z rozkazu Kary Mustafy i pojawia się znów, po tym gdy przekonał dowódcę janczarów do zmiany decyzji, ale nie wiemy jak i kiedy to się stało. Czytelnik otrzymuje jedynie informacje, że coś się stało i akcja przeskakuje, jak w kalejdoskopie do kolejnych scen, które gwałtownymi przeskokami w połowie książki prowadzą do punktu kulminacyjnego, czyli sprowadzenia sprzymierzonych armii pod zajęty przez obcych Stambuł. I to jest właśnie główny problem tej książki, brak głębi, akcja jedynie prześlizguje się po wierzchołku wydarzeń jak surfer po powierzchni fali. Być może z uwagi na napięty plan wydawniczy autor stworzył jedynie główną linię fabuły i nie zdążył wypełnić tła pozostałymi scenami.

Również wiele postaci drugoplanowych jest całkowicie zbędnych, pojawiających się jedynie jako tło pary głównych bohaterów. Notabene odniosłem wrażenie, że w trakcie pisania autor postanowił podzielić jednego bohatera na dwóch: Semena Błońskiego i Jakuba Kęsickiego, a którzy tworzą przez całą powieść jedną linię fabularną związaną z postacią Jitki: najpierw Jakub, a następnie Semen.

Choć autor zadbał o poprawność historyczną powieści, to jednak wkradły się drobne, ale rażące błędy, jak określenie, że husarze wyglądali zabójczo, czy nazwanie Jitki przez jednego z bohaterów mianem „głupiej siksy”.

Odnośnie stosowania przez autora nagminnie współczesnego żargonu technicznego nie mam mu tego za zarzut, naprawdę trudno wymyślić zrozumiały dla czytelnika siedemnastowieczny odpowiednik gravitonu, mecha czy exoszkieletu. Inna sprawa, że jakoś nie jestem przekonany, że nawet obca inteligencja, zdolna kształtować informacją materię, byłaby w stanie stworzyć od ręki w oparciu o kuźnie i ludwisarnie broń plazmową i maszyny latające.

Podsumowując, nie jest to wybitna książka, ale przyjemne czytadło. Miał być S.M, Stirling, David Drake czy Harry Turtledove ale wyszło jak zawsze – po polsku. Dlatego daję 4.

„ Potem" którego nie będzie


W londyńskiej szkole rozgrywają się zawody, gdy wybucha pożar. Grace matka Jenny i Adama wbiega do środka budynku by ratować córkę, gdy nagle coś uderza ją w głowę, traci świadomość,zapada w stan śpiączki. Uwalnia się ze swojego ciała i spotyka „ducha" swojej córki,
która znajduje się w tym samym szpitalu. Obie nie wiedzą kim lub czym są żyją, ale mogą poruszać się tylko poza ciałem. Razem przechodzą przez koszmar i z góry obserwują toczące się życie. Dowiadują się że szkoła spłonęła nie przypadkowo. Kto podłożył ogień? Czy dyrektorka chcąca wyłudzić odszkodowanie,czy dręczyciel Jenny? Tymczasem w szpitalu okazuje się że przed Jenny kilka tygodni życia jeśli nie znajdzie się dawca serca ... Aby znaleźć odpowiedź na te pytania należy sięgnąć po powieść „Potem" autorstwa Rosamund Lupton.
Książka została napisana znakomicie. Kolejne zdania , fragmenty historii snutej przez autorkę są niezwykle prawdziwe i bardzo przejmujące. I choć czasami domyślamy się jaki być może finał tej historii to do ostatniej strony kibicujemy jej bohaterkom, utożsamiamy się z nimi w napięciu śledzimy ich losy. Rosamundt Lupton niczego w swej książce nie pozostawia przypadkowi. Każde
posunięcie, każda opowiadana historia tworzą elementy układanki, które dopiero na końcu
układają się w całość. Początkowo nic nie jest tym, czym wydaje się być i nikt nie jest tym za kogo się podaje. Ludzie oszukują, starają się zataić rzeczy bardzo istotne dla sprawy. Sytuacja zmienia się wielokrotnie jak w kalejdoskopie zaskakując czytelnika.
„Potem" to intrygująca powieść, która wciąga czytelnika od pierwszych zdań i nie daje wytchnienia do ostatniej strony. POLECAM








Wtedy o powojennym Krakowie. Recenzja książki DKK Uniejów

Joanna Olczak-Ronikier wnuczka Jakuba Mortkowicza założyciela wydawnictwa i księgarni w Warszawie opisuje cztery powojenne lata. Po wojennej zawierusze jako dziesięcioletnia dziewczynka odnajduje matkę i babkę w Krakowie. Dzięki pomocy Jana Gebethnera właściciela  firmy wydawniczej Geberthner i Wolff zamieszkują w kamienicy przy ul. Krupnicza 22 w Domu Literatów. Mieszkania są bardzo małe i przeludnione, w jednym lokalu przeważnie przechodnim miała po kilka osób, nie zawsze ze sobą spokrewnionych. Jedni mieszkają krócej , a inni pozostają na dłużej. Autorka tej książki ma za sąsiadów Annę Żeromską wdowę po pisarzu i ich córkę Monikę. Mieszkał tam Tadeusz Kwiatkowski, Michał Rusinek, Czesław Miłosz, Jerzy Andrzejewski, Janina Brzostowska, Stefan Kisielewski z rodziną, Stanisław Dygat, Leopold Staff. W takim środowisku żyła Joanna Olczak. K. I. Gałczyński napisał do niej w 1950 list- wiersz kiedy zdawała maturę.

Książka bardzo ciekawa oparta na wspomnieniach, jak również na gromadzonych przez babkę i matkę dokumentach, listach, wycinkach prasowych. 

Recenzja ksiażki "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa

Kolejna, trzecia, lektura tej książki i zachwyt absolutny. Podążyłam więc za narratorem, który nawołuje: „Za mną czytelniku!” Tłumaczy, że  jest „rzetelnym sprawozdawcą, ale przecież człowiekiem postronnym”. Bardzo podoba mi się taka konstrukcja narratora; wiele razy ujawnia swoją obecność, komentuje i zapowiada przyszłe zdarzenia.

A dzieje się wiele. Woland i jego świta urządza sobie w Moskwie diabelski karnawał, choć to przecież maj, zwieńczony wspaniałym „wiosennym balem pełni księżyca” z korowodem grzeszników.

W teatrze Varietes spada z sufitu deszcz pieniędzy, czy „czerwońce” zachowają jednak swą wartość?

Czarny kot Behemot pije wódkę i zagryza  ją marynowanym grzybkiem, oczywiście mówi, chodzi na tylnych łapach i ma jeszcze wiele umiejętności nieznanych naszym swojskim Mruczkom. Mój czarny kot też nie wpisuje się w klimaty Bułhakowa, szkoda.

Absurdy życia w Moskwie w latach trzydziestych XX wieku splatają się z magią, z niesamowitymi zdarzeniami. Nic nie jest oczywiste. Szatan czyni dobro, choć przecież ma być zły. Klinika psychiatryczna wydaje się miejscem, w którym są ludzie zdrowi psychicznie.

Jest tam i tytułowy mistrz, autor powieści o Piłacie włączonej w tok narracji. To dla mnie wspaniała opowieść o postaci zarysowanej zaledwie w każdej z czterech ewangelii. Tu ukazany jest jako człowiek targany różnymi wątpliwościami, zdający sobie sprawę ze swego tchórzostwa, a ono, jak sam mówi, „jest ułomnością najstraszliwszą”.

O „Mistrzu i Małgorzacie” można by długo pisać, mówić, najlepiej jednak siąść samemu do lektury, by móc potem, jak Korowiow „śpiewać monotonnie – Jestem zachwycony… Jesteśmy zachwyceni…”

Trwając zaś w zachwycie, odkrywać powieść na nowo w kolejnych lekturach, szukać ukrytych symboli, motywów literackich i biblijnych, wynotować mądre myśli i charakterystyczne cytaty ze słynnym „rękopisy nie płoną”, „nie ma dokumentu, więc nie ma i człowieka” czy „każdemu będzie dane to, w co wierzy”. Zastanawiać się nad potęgą miłości, która połączyła mistrza i Małgorzatę i może żałować, że nie usłyszymy już rozmowy Piłata, uwolnionego przez mistrza, z Jezusem. Procurator Judei wkracza wreszcie na księżycową ścieżkę, by móc dopowiedzieć coś, czego nie zdążył „dawno temu, czternastego dnia wiosennego miesiąca nissan”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki:Guguły W.Grzegorzewska- DKK Uniejów

„ Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej, to obraz życia na wsi widziany oczami głównej bohaterki w okresie od dzieciństwa do nastoletności. Wioletka boryka się z różnymi sytuacjami i trudnościami życiowymi, w których sama musi dokonywać wyborów. Powoli dorasta i dojrzewa jak owoc, aby na końcu podjąć ważna decyzję. Grzegorzewska w zbiorze krótkich opowiadań opisuje życie mieszkańców wsi na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego stulecia.

Świetnie pokazane czasy PRL, realistyczne opisy działające na wyobraźnię czytelnika np. zapach zgnilizny sieni, zaspy śnieżne, dorodne słodkie wiśnie oraz zwyczaje panujące na wsi  np. darcie pierza, przyjmowanie obrazu Matki Boskiej. 

Recenzja książki: Chodziło o miłość R. Rient- DKK Uniejów

 „ Chodziło o Miłość” Roberta Rienta to opowiadanie o trudnej miłości między dwojgiem ludzi z bagażem obciążeń psychicznych z przeszłości.

Arek wychowany bez ojca, matkę trwającą w apatii po odejściu męża, surową i zrzędliwą babkę.

Justyna z zaburzeniami osobowości, chronicznym uczuciem pustki, napadami złości, wychowana bez matki przez despotycznego ojca.

Oboje pozbawieni wsparcia, ciepła rodzinnego. Nie potrafią sobie radzić z uczuciami i emocjami w dorosłym życiu. Miłość, troszczenie się o drugiego człowieka powoli zmienia ich psychikę. Chcą żyć normalnie, zaczynają panować nad negatywnymi emocjami.

„Zakochani mają łatwiej. Mają łatwiej przez energię, która zmienia słowo chciałbym na chce” – pisze autor.

Warszawa na zawsze utracona Recenzja powieści Łukasza Orbitowskiego pt. Widma

Od lat historycy zastanawiają się jak potoczyłaby się historia, gdyby Powstanie Warszawskie nie wybuchło. Historia alternatywna, jaką serwuje nam Łukasz Orbitowski w Widmach nie daje na to prostej odpowiedzi. Głównym bohaterem tej powieści jest niewątpliwie miasto. Plastyczne opisy Warszawy ukazują ją jako miasto skazane na zagładę. Podobnie jest z bohaterami tej powieści. O Krzysztofie Kamilu Baczyńskim czytamy: "sprawia wrażenie człowieka, który ładnie umrze, ale z zabijaniem może mieć kłopot”. Wszyscy bohaterowie starają się odnaleźć w nowej komunistycznej rzeczywistości. Tracą aurę szlachetności. Dokonują wyborów. Nie zawsze tych moralnie właściwych. Mierzą się z życiem w mieście skazanym na to by zawsze pozostało "krwawym teatrem". Po lekturze tej książki zadawałem sobie pytanie czy śmierć w Powstaniu nie była paradoksalnie lepszym rozwiązaniem dla jej bohaterów niż swoista śmierć za życia, na którą skazał ich Łukasz Orbitowski na kartach swojej powieści.

Recenzja książki Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych DKK Uniejów

 

               Książka Marty Fox pt. „ Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych” jest pisana w dniu 53 urodzin autorki. Biografia „ czy aby prawdziwa”. Rodzaj terapii, podsumowanie dotyczące życia. Autorka mieszka w Krakowie dwukrotnie wychodzi za Janusza tego samego, pierwszy  rozwód jest wynikiem jej romansu z poetą z Gdańska- Zbyszkiem. Z Januszem jest jej dobrze, czuje się z nim bezpiecznie. Ma dwie córki ich wychowanie jest dla niej bardzo ważne, zawsze liczy się ze zdaniem swoich dzieci. Z myślą o nich w pewnym sensie powstały książki które mają na celu wprowadzić je w świat dorosłości. Pisała o gejach, przemocy w rodzinie, molestowaniu. Była przez to bardzo krytykowana przez ludzi zwłaszcza matki mówią o braku moralności. Dla niej natomiast matki te były dwulicowe, zwłaszcza ślub kościelny szybko, aby nie było widać ciąży. Córki z własnych chęci przyjęły Komunię dopiero w wieku 18 lat. Kiedyś była potulna, łagodna. Teraz się już zmieniły te cechy jej charakteru, teraz umie stawiać warunki, jest tez pracoholiczką, perfekcjonistką. Pisanie to dla niej wolność, minęły czasy gdy kobiety służyły zaspokajaniu męskich pragnień poświęcała się Fox to dziwi. Dla niej mężczyźni i kobiety maja takie same prawa. Poruszona w powieści data śmierci Papieża 02.04.2005 r. jest jednocześnie datą ślubu jej córki.

 

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym, Znak, Kraków 2013.

Jak silna może być miłość? Jakie są granice wytrzymałości kochającej kobiety? Jak różne mogą być światy dwojga kochających się ludzi? Jakiego poświęcenia można oczekiwać od drugiego człowieka? – Te i wiele innych pytań rodzi się podczas lektury książki Grażyny Jagielskiej Miłość z kamienia. Spotkanie konstantynowskiego Dyskusyjnego Klubu Książki z dnia 17 marca b.r. było bardzo emocjonalne. Nic w tym dziwnego, zważywszy, że zebrani mieli bliski kontakt z wiwisekcją psychiki kobiety doświadczonej stresem bojowym. Niezwykle intymna opowieść, w której Jagielska próbuje analizować, już z perspektywy czasu, własne doznania skonfrontowane z pasją dziennikarską męża, znanego korespondenta wojennego, Wojciecha Jagielskiego. Bezkompromisowo, autoterapeutycznie, autorka obnaża przed czytelnikiem najintymniejsze zakamarki swej psychiki sięgając retrospektywnie po historie wyjazdów, nerwowego wyczekiwania i powrotów męża. Czy ciągłe napięcie może doprowadzić do pragnienia śmierci ukochanej osoby? Niech się stanie już to, co stać się musi, byle teraz, byle nie tkwić w zawieszeniu? Historia Grażyny Jagielskiej pokazuje, jak słaby i jednocześnie silny jest człowiek. Z kolei więź z bliskim człowiekiem może stać się katorgą. Jagielska odsłania przed czytelnikiem mroczną stronę kariery męża, który bezwiednie obarczył żonę jarzmem ponad jej siły, sam wychodząc z potyczek z losem zwycięsko. Interesująca jest konstrukcja książki, oparta w dużej mierze na dialogu z owładniętym obsesją śmierci Julianem, pacjentem kliniki, w której leczy się autorka. Oderwani od czasu i przestrzeni tworzą własną rzeczywistość z okruchów przeszłości i własnych wizji. Wyraźna jest granica między pacjentami zamkniętymi w zaklętym kręgu obsesji, a światem realnym. Powrót, przebicie się przez pancerną szybę mikroświata Jagielskiej są niezwykle trudne, zarówno dla niej, jak jej bliskich. Oknem być może jest pisanie.

Książkę klubowicze polecają, choć z zastrzeżeniem, że jest to lektura trudna, wymagająca natężonej uwagi i odpowiedniego nastawienia psychicznego.   

Recenzja książki Agaty Passent „Kto to pani zrobił”

Felietony publikowane przez Agatę Passent w miesięczniku „Twój Styl” zostały ułożone w sześciu rozdziałach: „Baba w futrze, czyli z życia Polaka”, „Pasożytka, czyli z życia warszawki”, „Szeherezada z mokrą szmatą, czyli z życia kosmopolitki”, „Doświadczona dziewica, czyli z życia matki, żony i kochanki”, „Mężczyzna w lufciku, czyli z życia myśliciela” i „Tanio zepsuję, czyli z życia mego”.

Tytuł zbioru pochodzi od jednego z felietonów, w którym autorka zastanawia się, jak odróżnić partacza od poprawiacza i dochodzi do wniosku, że „nie da się, bo to często jeden i ten sam mężczyzna”. Jest tu przy okazji prześmiewcze pokazanie, jak to u nas każdy jest ekspertem od wszystkiego i uwielbia krytykować wszystkich wokół.

Felietony, jak to charakterystyczne dla tego gatunku, dotykają różnych tematów i cechują się złośliwością w komentowaniu. Owszem, tak też jest w przypadku autorki, choć złośliwość nie jest tu przesadna. Służy głównie podkreśleniu naszych rodzimych wad, przywar, kultywowania jakimś narosłym przez lata przyzwyczajeniom i często niedobrym nawykom czy ulegania sile tradycji.

Agata Passent próbuje np. rozprawić się z tradycyjnym postrzeganiem mężczyzny jako ojca, będącego jedynie „pomocnym przy dzieciach”, zwraca uwagę na równość płci, np. przy zawieraniu bliższych znajomości. Ma niewątpliwie poglądy feministyczne, a wiele trafnych obserwacji wynika u niej z licznych doświadczeń życiowych. Jest córką sławnych rodziców, miała w dzieciństwie dwa domy, grała w tenisa, studiowała zagranicą, mieszka w Warszawie.

A w stolicy, jak pisze, nie jest lekko, „trwa licytacja cierpienia”. To zresztą dotyczy chyba nie tylko Warszawy, często prześcigamy się w opowiadaniu innym, jak to nam źle, przy okazji obmawiając bliźniego. No bo „pielęgnować w sobie życzliwość – to grozi robieniem z siebie barana”.

Wiele trafnych spostrzeżeń można by jeszcze wynotować, na wiele spraw istotnych, poruszanych przez Passent, zwrócić uwagę. Najlepiej jednak samemu zmierzyć się z lekturą i raczej dawkować sobie po kilka felietonów na raz. Nie wszystkie pewnie wzbudzą jednakowe zainteresowanie, ja przy niektórych trochę się nudziłam. Są wszakże takie, gdzie humor się „iskrzy” i głośny śmiech towarzyszy czytaniu.

Docenić należy erudycję i oczytanie autorki, jej dystans do siebie i świata, „przymrużenie oka” widoczne nie tylko na okładce. Mimo że autorka unika pisania o życiu prywatnym, to jednak nie udało się jej uniknąć wątków osobistych i mnie felietony z ostatniego rozdziału, „czyli z życia mego” podobały się najbardziej, zwłaszcza bardzo ciepły w tonie poświęcony ojcu na 75.urodziny.

Kończąc, chciałabym bardzo polecić książkę „Kto to pani zrobił”. Nie chciałabym poczuć się jak „polecacz i doradzacz”, a do krytyka mi raczej daleko. Zaznaczam jednak, że bardzo uważnie przeczytałam wszystkie felietony i jestem szczera w swej ocenie, bez obawy o „utratę pracy i życia”. Nawiązuję tu do felietonu „Gorąco polecam”, życząc miłej lektury tego i pozostałych tekstów Agaty Passent.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

W zaułkach Barcelony

 

Oliwkowy labirynt Eduardo Mendozy to środkowa część tryptyku o pechowym detektywie. Wyciągnięty z zakładu dla psychicznie chorych śledzi bliżej nie określonych przestępców  i rozwiązuje bliżej nieokreślone zagadki. Główny bohater działa w imieniu komisarza policji, pośredniczy we wpłacaniu łapówki  - od kogo i dla kogo to pozostaje tajemnica. W grę wchodzi korumpowanie polityków przez świat biznesu. Niezbyt bystry detektyw uzależniony od pepesi i coli nie działa sam, pomagają mu piękna kobieta i staruszek historyk. Miejscem akcji jest Barcelona, ale nie ta piękna turystyczna, kulturalna, tylko brudnych zaułków cuchnących odpadów, domów bez toalet i ludzi, bez szans na lepsze jutro.  Charakterystyczna drwina, absurdalny humor, dynamiczna akcja, żonglerka literackimi konwencjami – wszystko to sprawia, że Oliwkowy labirynt jest wysmakowaną pozycją dla smakoszy kryminałów i komedii. 

 

Fizyka z lamusa. Recenzja powieści Inne pieśni Jacka Dukaja

Książka Jacka Dukaja Inne pieśni przedstawia nie tyle historię alternatywną, co alternatywną kosmologię świata, który rządzi się prawami fizyki Arystotelesa. W tej rzeczywistości Einstein wraz z Newtonem mieliby poważny problem. Wszystko tu działa inaczej. Jednocześnie czytelnikowi łatwo się w tym świecie odnaleźć, bo pomimo całej odrębności tego uniwersum, może on utożsamiać się z bohaterami tej opowieści Dukaj bardzo dokładnie zaplanował sobie fabułę i starannie prowadził postaci rozmaitymi ścieżkami aż do samego końca. Dotyczy to także wspomnianej już fizyki i innych praw rządzących przedstawionym wszechświatem, To wszystko sprawia, że powieść przenosi czytelnika w świat pełen dziwów, których Dukajowi mogłaby pozazdrościć sama Alicja w Krainie Czarów.

"Sto dni bez słońca" Wita Szostaka

Lesław Srebroń, doktor polonistyki, chciał w ramach programu „Teachers Mobility” wyjechać na stypendium do Oxfordu lub Cambridge. Niestety, na skutek niedopatrzenia trafił na Finnegany (archipelag siedmiu  wysp na północny zachód od Irlandii). Bohater powieści Szostaka spędzi jeden semestr jako wykładowca St. Brendon College w miasteczku Newport. Co prawda ani w atlasie, ani w Wikipedii nie ma najmniejszej wzmianki o tych miejscach, a  jednak doktor Srebroń zapewnia, że to na tym uniwersytecie skupiły się znakomitości humanistyki europejskiej, włączając oczywiście do tego grona i siebie.

I tak przez ponad 450 stron poznajemy historię pobytu naszego rodaka w tym dość egzotycznym miejscu. W krótkich rozdziałach (dobrze się czyta) Srebroń zdaje relację ze swoich dokonań, nieustannie podkreślając swą „wartość i kiełkującą wielkość”.

Wit Szostak stworzył postać megalomana budzącego w czytelniku rozbawienie, irytację i litość. U mnie dominowało to pierwsze, choć muszę przyznać, że czytając kolejne zapiski doktora polonistyki zaczynałam odczuwać współczucie dla tego samotnego naukowca wyśmiewanego przez społeczność nie tylko uniwersytecką, ale i miasteczkową. Irytujące stawało się to, że każde zachowanie innych osób bohater tłumaczy  na swoją korzyść, np. niechęć dziekana do jego wspaniałego projektu ratowania cywilizacji Zachodu pod dumną nazwą Nowa Iona zazdrością i chęcią przypisania sobie zasług należnych przecież naszemu humaniście.

Nikt nie potrafi wytłumaczyć bohaterowi, kim jest naprawdę. Marcin Swoboda, nasz kolejny rodak na Finneganach, mówi mu wprost, jak inni na niego patrzą, jak bawią się jego kosztem, ale Srebroń wie, że to tylko zawiść, kłamstwo i podłość, jest przekonany, że „prawda jest po jego stronie”. Demony, które nawiedzają go na kacu, też nie sprawią, że obudzi się w rzeczywistości. Winą obarczy alkohol i dalej będzie trwał w iluzji. W sumie to przecież wygodna postawa, daje poczucie bezpieczeństwa, utwierdza Lesława w samozadowoleniu.

Cieszy się, że może być członkiem (lepiej fellows) zacnego, w jego wyłącznym odczuciu, grona akademików zajmujących się tak dziwnymi zagadnieniami jak „Pochód penisa w świetle Heglowskiej fenomenologii ducha” czy badanie motywu winorośli we współczesnej prozie Bałkanów. A i sam Srebroń promuje w Newport nieznanego nikomu pisarza Filipa Włócznika, grafomana, którego wielkość widzi tylko nasz doktor polonista, określając go mianem „eremity polskiej fantastyki” i „anachorety słowa”.

Wyszukane, egzaltowane, pełne patosu, napuszone słownictwo i styl „dzienniczka pokładowego” Lesława Srebronia dostarczają dobrej zabawy. Warto przytoczyć też takie sformułowania jak „marmurowe piękno prozy” czy najbardziej znaną polszczyźnie (?) frazę „brązowieją nam palce od łupin”, do tego powtarzające się często słowa „chyżo”, „rączy”, „wybornie”, „pyszna fraza”. Trzeba przyznać, że w tę charakterystyczną frazę wpisują się i końcowe świetne podziękowania autora napisane przez Srebronia. W końcu to on stworzył wspaniałą powieść, w której można (sugeruje to bohater i autor) znaleźć analogie do „Zbrodni i kary” czy „Ulissesa”. Grunt to dobre samopoczucie!

Nie zdradzę oczywiście jak kończy się pobyt „młodego i utalentowanego humanisty” w St. Brendon College. Wspomnę wszakże na koniec o dwóch charakterystycznych dla Finneganów potrawach, to przegrzebki i maskonury po finnegańsku. Nie udało nam się ich zdobyć na nasze klubowe spotkanie, nawet pani Ela, która niedawno wróciła z Dublina, nie natrafiła na ich ślad. Cóż, najlepiej byłoby dotrzeć do Newport, może w charakterze stypendysty. Ponoć „stypendiów jest obfitość”, jak pisze Jan Hartman w felietonie „Granciarze i stypenderki” w nr 2 „Polityki” (11.01. – 17.01.2017), granty też można brać. Wystarczy wyspecjalizować się w pisaniu wniosków i świat stoi otworem! Polecam ten felieton, bo jego treści współgrają  z powieścią Szostaka.

„Sto dni bez słońca” znakomicie poprawiają nastrój w dni bez słońca, a w te pogodne są świetnym jego dopełnieniem.

Wiesława Kruszek

DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Wojna w relacji kobiet

Powieść składa się z dwóch przeplatających się płaszczyzn czasowych.Początkowo akcja osadzona jest we współczesnych Stanach Zjednoczonych, a bohaterką jest 50-letnia Magdalena, która po śmierci matki odkrywa wiele rodzinnych sekretów,pilnie strzeżonych przez lata. Pod wpływem tych informacji kobieta postanawia napisać książkę o tragicznych doświadczeniach polskich przodków. Spisanie rodzinnej  historii jest możliwe dzięki notatkom, które przez całe życie pisała matka Magdaleny Kaszmira. U progu wojny siostry Kaszmira i Maruszka nie mają pojęcia ile trudnych i bolesnych chwil przed nimi. Wiedzą, że zmieniająca się rzeczywistość zwiastuje problemy i koniec dotychczasowego spokoju, ale nie przeczuwają jakie tragiczne doświadczenia szykuje im los."Żniwo Gniewu nie należy do lektur łatwych i relaksujących w których bohaterowie zwalczają wszelkie problemy, a ich trudy zostają wynagrodzone szczęśliwym zakończeniem. Siostry przetrwały wojnę i dożyły późnej starości. Przeżycia których doświadczyły odcisnęły piętno na całym ich życiu. Nie można wymazać z pamięci morderstw niewinnych dzieci, gwałtów kobiet, oraz bezmyślnych aktów wandalizmu, których dopuszczali się żołnierze każdej z walczących  stron. Jestem przekonana , że takie doświadczenia zmieniają człowieka na całe życie i nie pozwalają wrócić do normalności.Po przeczytaniu ostatniej strony nie można uciec od emocji , refleksji i wdzięczności za życie w czasach pokoju.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi