Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Recenzje "Domu nad Oniego" Mariusza Wilka

Kuszące tajemnicze miejsca jak z baśni, magiczne jezioro, piękny świat, w którym człowiek jest jak nowotwór złośliwy niszczący to co naturalne. Autor z szacunkiem i podziwem opisuje postaci, które żyją w tych trudnych warunkach w zgodzie z przyrodą i duchami. Na Europę spogląda jak na krzykliwego potwora, który zagubił się w pogoni za dobrobytem i sławą. Prorosyjskie nastawienie autora może wydać się czytelnikowi oburzające, biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich miesięcy zachodzące na Ukrainie. Kontrowersyjne będą spostrzeżenia dotyczące polskich polityków i prezydenta Rosji. Współczucie wzbudzą losy więźniów, którzy zesłani do zon, zmuszeni zostali do pracy w wiecznej zmarzlinie. Życie tam jest koszmarem, jeśli nie jest wyborem wolnego człowieka. Autor dokonał tego wyboru, może aby poznać samego siebie i z siebie odzywać się do nas. Pociąga go kontemplacja życia i świata z dala od zgiełku cywilizacji, wiecznej gadaniny i nachalności mediów.

            Społeczeństwo jest niemiłe, jak głosi tytuł płyty zespołu Mister D (Dorota Masłowska w swym kolejnym wcieleniu artystycznym – wokalistki), dlatego ja z przyjemnością uciekłam w niemal wyludniony świat bezkresnych lasów, wielkich jezior, szamanów, wiedźm i samojedów (nie chodzi tu o ludzi zjadających siebie, ale żyjących samotnie) ukazany przez Mariusza Wilka. "Dom nad Oniego" to I część Dziennika północnego, już po kilku stronach lektury wpisałabym kolejne części na listę książek, które pragnę przeczytać, ale takiej nie prowadzę. Zapewniam, jeśli tylko pojawią się w zasięgu mojej ręki, nie będę walczyć z chęcią czytania.

                                                                                                           Aleksandra Janicka

Po książkę sięgnęłam zachęcona przez członkinie Dyskusyjnego Klubu Książki. „Dom nad Oniego” to specyficzny , poetycki dziennik-esej Mariusza Wilka, zapis jego pobytu w starym domu o 37 oknach spoglądających na tytułowe jezioro Oniego w odległej Karelii. Opisuje w nim zmagania z naturą, z innym podejściem tamtejszych ludzi do życia, a czyni to nieśpiesznie i nadzwyczaj poetycko wyjaśniając że: „[…] w obraz za oknem wchodzić należy powoli, aby pojąć grę światła w wodzie w zależności od pory roku, zachmurzenia nieba, czasu dnia. I zapachów z dworu warto się uczyć nieśpiesznie, by nie bajać o marihuanie tam, gdzie rosną zwyczajne konopie.” O ludziach wypowiada się z szacunkiem i… pokorą mówiąc, że „Ludzi także pierwej wypada poznać, żeby zrozumieć nie tyle o czym mówią, gdy wypiją, lecz także to, o czym milczą, gdy są trzeźwi.” Nie brak przy tym realistycznych obrazków takich jak naprawa pieca czy próba doprowadzenia do Kondy Biereżnej prądu. Niesiony potrzebą odremontowania pieca wielokrotnie układał się z miejscowymi zdunami, by po kilku nieudanych „wstępnych transakcjach” z lżejszym portfelem, ale większym doświadczeniem samemu zabrać się do jego naprawy. Chcąc pociągnąć do domostwa elektryczność był z kolei odsyłany od Annasza do Kajfasza, mamiony obietnicami i zmuszony do wręczania niezliczonych łapówek, aż po wielu miesiącach dopiął swego, nauczony, że ma „nie słuchać ni rad, ni złorzeczeń sąsiadów, lecz patrzyć im na ręce, nie dawać mużykom zaliczek, dopóki nie zakończą roboty i nie czekać wiosny, aż leśnicy wyjdą z zimowego zapoju, tylko samemu walić sosnę na słupy elektryczne, póki soki nie zaczęły w drzewach krążyć.” Mimo to widać w książce fascynację Karelią, ludźmi, przyrodą. Pisze, że jest tam już tak długo, tak się zasymilował, że zaczyna się zastanawiać czy jest „polskim pisarzem piszącym po rusku” czy też „rosyjskim pisarzem piszącym po polsku”. To z kolei sprawia, że pełno w dzienniku „rusycyzmów” które osobom nie mającym z językiem rosyjskim kontaktu często utrudniają zrozumienie tekstu. Z drugiej strony jest w nim wiele nawiązań do znanych twórców literatury, filozofów, autor cytuje Eklezjastesa Thomasa Mertona, powołuje się na nauki Zai Yuna. Specyficzny to dziennik i niełatwy do zrozumienia. Nie każdemu przypadnie do gustu.

                                                                                                                               Joanna Górna - Staniszewska

 

Recenzja książki "Nie ma jednej Rosji" Barbary Włodarczyk

Książka Barbary Włodarczyk zawiera siedemnaście reportaży, które wcześniej były emitowane w TVP 1 w ramach cyklu „Szerokie tory”. Są to więc zapisy reportaży telewizyjnych, wszystkie według schematu-jeden dzień z życia bohatera, któremu towarzyszą dziennikarka, operator i dźwiękowiec.

Kim są bohaterowie? To bardzo różne postaci: Lida z potiomkinowskiej wioski Mansurowo, z której pochodzą przodkowie Miedwiediewa, kreatorka mody Julia Dalakian z Moskwy, Karina, dziewczynka ze szkoły kadetek, Wasia z Dworca Jarosławskiego, sobowtór Lenina pracujący na Placu Czerwonym, neofaszysta Tasak i inni.

Poznajemy nocną Moskwę, gdzie toczy się życie jak w dzień i bogaci korzystają z wielkich możliwości stolicy. Mamy też okazję „zajrzeć” do największego w Europie domu starców i inwalidów, w którym przebywa ponad 600 osób.

Wśród bohaterów reportaży znajdzie się opozycjonistka Żenia Czirikowa organizująca wiece przeciw Putinowi i matuszka Marija, która przewodzi sekcie Putina i czci go jako nowe wcielenie św. Pawła.

Barbara Włodarczyk towarzyszy swym bohaterom, stara się ich zrozumieć, zadaje pytania, docieka ich racji. Nie zawsze jest to łatwe, bo jak tu spokojnie przyjmować hasła głoszone przez członków rasistowskiej Partii Narodowo-Nacjonalistycznej. Autorka przekazuje czytelnikowi swoje emocje (często czuje ciarki na plecach).

Poprzez przedstawiane postaci pokazuje różnorodny obraz Rosji, kraju pełnego kontrastów i sprzeczności.

Nie znam telewizyjnych reportaży Włodarczyk, ale myślę, że mogą być bardzo ciekawe. Będę chciała na pewno je zobaczyć. Natomiast ich zapisana wersja nie zachwyciła mnie. Owszem, czyta się dobrze, ale potem nie zostaje za wiele w pamięci. Jeden dzień nie daje możliwości bliższego poznania bohaterów. Na dłużej zapamiętam może Jeana, czarnoskórego radnego z głubinki, który po prostu pomaga ludziom. No ale on przecież pochodzi z Afryki.

Dla mnie o Rosji najciekawiej pisze Jacek Hugo-Bader i Mariusz Wilk, ich książki podobają mi się najbardziej. Myślę jednak, że dla znających telewizyjne reportaże Barbary Włodarczyk interesująca może być konfrontacja z ich literacką wersją.
„Nie ma jednej Rosji”- w obliczu ostatnich wydarzeń słowa te nabierają nowego znaczenia.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Recenza książki Bohumila Hrabala "Piękna rupieciarnia"

Bohumil Hrabal (2006): Piękna rupieciarnia. (tł.: Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski) Wołowiec: Wydawnictwo Czarne

 

Pisanie, czyli komentarz mojego życia

 

             Bohumil Hrabal w swoich autobiograficznych opowieściach, które znalazły się w zbiorze Piękna rupieciarnia, w rzeczy samej nie o knajpach i piwiarniach pisał, jak powierzchowna lektura mogłaby sugerować i budzić zdumienie, lecz o literaturze, która w istocie swojej  uwikłana jest w retorykę autentycznego języka, w końcu dla knajp i piwiarni charakterystycznego. Autor spisuje i syntetyzuje fragmenty usłyszanych tam opowieści, i na nich rozwija swój dar poetycki, tak żeby pozwolić na swobodną rozmowę tego daru ze skomplikowaną domeną życia. Bywalcy knajp to zwykli ludzie i mają „cechy ludowej mądrości.” Co jednak dzieje się w przesłaniu Pięknej rupieciarni?  Mamy tu do czynienia z nutą troski pisarza o przenikliwość spojrzenia na świat -  spojrzenia „przez pryzmat bystrego oka”. Bohumil Hrabal trwa w przekonaniu, że „literatura to nie tylko czytanie do poduszki, dla zabawy”(dulce - jak pisał w Ars poetica Horacy), lecz ma być niewzruszonym świadectwem obnażania rzeczywistości z jej słabości, odsłaniać jej skrywane oblicze. Świat literacki Hrabala stać się ma zatem wyzwaniem wobec umysłu (pulchra - Horacy). Tak, rzeczywistość jest tuż obok, na wyciągnięcie dłoni i każdy ma do niej dostęp, jednakże pod warunkiem, że potrafimy na nią patrzeć. Na pierwszym zatem miejscu wymienia Hrabal zasadę zachwytu dla widzialnego świata - jako niezbędny warunek zgłębiania rzeczy celem odkrycia ich istoty (tych rzeczy, które jawią się przed nami). 

            Wprowadzając czytelników w krainę szczegółowej obserwacji rzeczywistości wyraża Hrabal potrzebę (od)budowania zagubionej we współczesnym świecie tożsamości czytelnika. Ów detal odgrywa w omawianym zbiorze rolę pierwszoplanową. („W moich opowiadaniach zawsze są obecne szczegóły”) Autor budzi mój szacunek za swą wysoce przemyślaną próbę opisania tajemnicy literatury: wyraża się ona w współtworzeniu rzeczywistości poprzez rozglądanie się dookoła, w pogoni za detalem i świadomym patrzeniem na rzeczy, z daleka od codziennego filisterskiego moralizatorstwa (Wszystko to odbija się echem w książce Susan Sontag Przeciw interpretacji i inne eseje, w której najwyższą wartością jest doświadczenie zmysłowe: widzieć, słyszeć i odczuwać, czy w powieści Olgi Tokarczuk, Bieguni, kiedy czytamy: „Jestem tym na co patrzę i jak patrzę”).

            Dodatkowym zabiegiem poetyckim Bohumila Hrabala jest wprowadzenie do swoich utworów tzw., jak powiada sam autor, bohatera „sfiksowanego”. Nie upiększa, nie stylizuje człowieka i swoich bohaterów na ludzi doskonałych, lecz ukazuje dysonansowość i deformację ich  charakteru, który nabiera polemicznej mocy w starciu z tradycyjnym skostniałym widzeniem świata.  Niniejszy zabieg dryfuje w stronę uzyskania nowej, dodatkowej perspektywy spostrzegania rzeczywistości.

             Ktokolwiek przeczyta tę książkę, przekona się, że Hrabal jest prawdziwym intelektualistą a nie przyziemnym pisarzem bez skłonności do zainteresowania istotnymi pytaniami i dylematami, nie, żarliwie i autentycznie przeżywał wielkie i błahe problemy, w których sytuowało się jego doświadczenie życiowe. To co widział, spotykał, co go raniło i dawało radość stało się namiętnością, żarliwością jego literackiej wyobraźni.

            Podsumowując: zbiór opowieści autobiograficznych  Bohumila Hrabala uważam za bardzo ważny dla literackiej krytyki współczesnej, znakomicie napisany, w wielu miejscach prowokujących do dyskusji, intelektualnie pobudzający do dalszej lektury.

           

 

Recenzja książki "Dym się rozwiewa" Jacka Milewskiego

„Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”- przypomniały mi się słowa tej piosenki śpiewanej przez Marylę Rodowicz, gdy czytałam książkę Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa”. Co to znaczy „prawdziwy Cygan”? Czy to ten festiwalowy z „ore ore…”, czy oszust i złodziej?

 

Autor w dwunastu opowiadaniach stara się przełamać stereotypowy obraz Cygana. Pokazuje zwyczajne życie tej społeczności, ludzi mieszkających obok Polaków, jednak starających się zachować swe odrębne obyczaje, przestrzegających „zakonu”, uznających zwierzchnictwo swego Sero Roma.

 

Milewski zna dobrze Cyganów, uczy ich dzieci, jest zapraszany na rodzinne uroczystości, pomaga im. Widać, że stara się ich rozumieć, choć nieraz buntuje się przeciw niektórym obyczajom, takim chociażby jak wydawanie za mąż trzynastoletnich dziewczynek.

 

Czytelnik ma możliwość poznania i innych obyczajów oraz wierzeń cygańskich.

 

Ciekawie opowiada o nich dziewięcioletni Czarli Godo , który prowadzi pamiętnik i stopniowo z jego zapisków znikają błędy językowe.

 

Narratorem większości opowiadań jest jednak autor. W pierwszej lub trzeciej osobie wprowadza nas w świat ludzi, których zmuszono do osiadłego trybu życia i zakazano wędrowania z taborami. Z rozmów Milewskiego ze starszymi Cyganami, bo tylko oni pamiętają jeszcze tamten czas, wynika, że nie było to wyłącznie barwne, kolorowe życie.

 

Cyganka Zofija w tytułowym opowiadaniu mówi: „Nie tak było, jak śpiewają teraz w piosenkach na tych festiwalach. Że nic, tylko tańczyli Cygany po lasach. Bolało nieraz życie, to taborowe, oj bolało”.

 

A jej rozmówca dodaje: „Tamten świat zniknął, jak ognisko, na które chluśnięto nagle wodę z wiadra. A teraz właśnie kończy się rozwiewać po nim dym”.

 

Tymi słowami autor podkreśla, że mimo odrębności kulturowej Cyganie powoli wtapiają się w społeczność, wśród której żyją. Zwłaszcza młodzi nie bardzo już chcą wyróżniać się, np. strojem. W swej książce chce jednak zachować to, co wyróżnia ich w sensie pozytywnym- bardzo silne więzi rodzinne, wierność tradycji, szacunek dla starszych.

 

Jest to wiarygodny przekaz, bo Milewski zna język cygański , co pozwoliło mu na większe zbliżenie się do tych ludzi, którzy uznali go za prawie swojego.

 

Czytelnik ma możliwość zapoznania się z niektórymi słowami i zwrotami cygańskimi. Tak więc my „gadziowie’ (obcy) dzięki książce „Dym się rozwiewa” poznajemy bliżej Cyganów, może żyjących gdzieś obok nas, po sąsiedzku.

 

Warto przeczytać o Chitruso, Bogini, Dżasminie, Bachciarce, Dżastinie i innych, by mogło spełnić się pragnienie Czarliego: „Chciałbym tak zrobić, żeby Polacy nie patrzyli na nas i myśleli: złodzieje, oszuści i kłamcy”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Dziewczyna o szklanych stopach

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

„Dziewczyna o szklanych stopach”  to prestiżowa powieść,  debiut młodego brytyjskiego autora. To jedna z książek, przy której można uronić niejedną łzę.

Midas Crook  to mieszkaniec wiecznie mroźnej wysp. Młody człowiek stroniący od ludzi. Od najmłodszych lat nosi w sobie zadrę, która nie pozawala mu otworzyć się przed innymi. Z pasją uwiecznia na fotografiach swój czarno-biały świat.  Pewnego zimowego dnia, podczas jednej z wycieczek Midas spotyka tajemniczą, wychudzoną nieznajomą w dodatku w dużo za dużych butach. Dzięki Idzie odkrywa inne kolory?  Trudne uczucie, które narodziło się między dwójką młodych ludzi trafia na szereg przeszkód. Za wszelką cenę muszą powstrzymać jej zagadkową przemianę. Ale czas ucieka nieubłaganie..

Kluczowym wątkiem powieści jest ukazanie przez autora kruchości, delikatności  ludzkiego życia i przemijalnością.

Nie mogę się doczekać

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}


Akcja książki „Nie mogę się doczekać..”  toczy się w miasteczku Elmwood Springs. Główną bohaterką jest Elner, niezależna starsza pani, której wieku nikt nie zna - łącznie z nią samą. Kiedy krzepka staruszka dotkliwie pożądlona przez szerszenie spada z drzewa figowego i traci przytomność, stawia na nogi  wszystkich mieszkańców Elmwood Springs. Kiedy nieszczęsna odchodzi z tego świata, niemal wszyscy mieszkańcy pogrążają się w żałobie. Bo ludzie Elner kochali, lubili i szanowali. Energiczna starsza pani prowadziła niezwykle aktywny tryb życia, wiedziała o wszystkich problemach bliskich sobie osób i zawsze próbowała pomagać przyjaciołom. Nikt nie spodziewał się jej śmierci – wszyscy są więc zaszokowani przykrą informacją

Trwają gorączkowe przygotowania do pogrzebu. Wiadomość o śmierci staruszki lotem błyskawicy obiega całe miasteczko. Koleżanki przygotowują potrawy, by odciążyć znerwicowaną Normę, nieutuloną w żalu siostrzenicę zmarłej. Zamówione są kwiaty, ćwiczone psalmy żałobne i gotowy nekrolog. Kiedy rodzina udaje się na ostatnie spotkanie z ukochaną ciocią, ta siada na łóżku i zaczyna rozmawiać. Po raz kolejny wywołuje poruszenie wśród małomiasteczkowej społeczności.

Przegryść dzdzownicę

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;} ”Przegryźć dżdżownice” jest debiutem Katarzyny Grocholi, w którym owa autorka, bardzo wnikliwie opisuje zdradę. To wnikliwe i poruszające, by nie rzec wstrząsające, studium uczuć i myśli - kobiety, która musi zmierzyć się z bodaj najgorszym, co mogło ją spotkać - zdradą. A dokładniej rzecz biorąc uczucia targające główną bohaterką Asią, która jest zdradzana i dowiaduje się o tym na końcu, przypadkiem, od obcej osoby. Choć Asia, widzi, słyszy, czuje, co wokół niej się dzieje za każdym razem próbuje to usprawiedliwić „swoją paranoją” – bo przecież mąż jej nie może zdradzać, bo nie. Grochola z dużym realizmem rekonstruuje stan psychiki swojej bohaterki, po mistrzowsku ukazuje niekończące się gonitwy myśli, desperackie próby uchwycenia sensu sytuacji, która jest przecież tragicznie absurdalna. Czy istnieje Wiem, jak boli zdrada, i wiem, czego w życiu nie należy robić komuś, kogo się kocha. Wiem, czego sama nie chcę doświadczyć, bo kocham, ufam i wierzę w powroty

Szmaragdowa tablica

"Szmaragdowa tablica" to znakomita powieść, która wciąga czytelnika w swój świat i nie pozwala go opuścić aż do ostatniej strony. Niezwykle nasycona fabuła, choć bogata w wiele wątków i postaci jest przejrzysta i w sposób przystępny podana czytelnikowi. Historia toczy się równolegle dwoma nurtami. Akcja dzieje się zarówno wsółcześnie, jak i w czasie II wojny światowej w okupowanym Paryżu, by w finałowej scenie połączyć się w całość. Historia obrazu, miłość, relacje międzyludzkie, tajemnicze organizacje, wartka akcja, wszystko to razem sprawia, że trudno oderwać się od tej książki. Bohaterowie z krwi i kości, ich pogmatwane losy i wreszcie szczęśliwy finał stanowią o atrakcyjności "Szmaragdowej tablicy". Oczywiście ma również pewne niedociągnięcia, z pewnymi faktami trudno się zgodzić, jak chociażby jak dziewczyna mogła spokojnie sobie mieszkać w ciągle tym samym mieszkaniu i chodzić do pracy, gdy poszukiwało ją gestapo. Ale nie bądźmy drobiazgowi, możemy autorce to wybaczyć. Choć książka jest dość obszerna, prawie 700 stron, nie należy się zniechęcać, bo czyta się ją szybko i z zaciekawieniem. Kto lubi pomieszanie kryminału, sensacji, historii i niebanalnych wątków miłosnych na pewno nie będzie rozczarowany.

Recenzja książki "Brzechwa nie dla dzieci" Mariusza Urbanka

„Brzechwa dzieciom” - kto tego nie zna! A „Brzechwa nie dla dzieci” – o, to coś nowego! Rzeczywiście, Urbanek pokazuje inne, myślę, że dla wielu mało znane, oblicza bajkopisarza. Bardzo starannie i dokładnie przybliża sylwetkę poety, który chciał zdobyć popularność wierszami dla dorosłych, wzorem swego kuzyna Bolesława Leśmiana.

Te jednak nie cieszyły się uznaniem krytyków, a i czytelników też nieszczególnie. Przyznam, że i mnie nie bardzo przypadły do gustu, sądząc po tych obszernych fragmentach zamieszczonych w książce. Dziwne wydaje się jednak, że i wiersze dla dzieci uważano za zbyt skomplikowane i niepedagogiczne. Te przedwojenne zarzuty powrócą w jeszcze większym natężeniu po wojnie, gdy okaże się, że nie przystają do wymogów nowego ustroju. Bywało więc, że poeta musiał wnosić poprawki, by nie raziła „arystokratyczna aspołeczność kaczki dziwaczki”.

Urbanek przytacza w swej książce opinie krytyków, przyjaciół, poetów i przeciwników Brzechwy. Nie osądza jego postawy po 1945 roku, pisze tylko: „Był oportunistą, ale czy także kolaborantem, jak chcą jego krytycy”? Nie wypowiada się jednoznacznie, choć wydaje się, że pisze o nim raczej z sympatią. Cytuje po prostu fragmenty wierszy sławiących nowy ustrój, Stalina czy partię.

Jednocześnie podkreśla mocno zasługi Brzechwy jako twórcy, prezesa i działacza ZAiKS-u, Pen Clubu czy ZLP. W opiniach tych, którzy go znali, powtarzają się słowa o dobrym człowieku, który pomagał potrzebującym. Pięknie wspomina poetę Tadeusz Konwicki: „w mojej pamięci jest słoneczny…To był wspaniały, strasznie sympatyczny człowiek”. I gdy się czyta książkę Urbanka, to rzeczywiście taki właśnie jawi się obraz Brzechwy.

Nie sądzę, aby po przeczytaniu tej biografii ktoś przestał darzyć go sympatią, choć oczywiście nie brak u nas jego przeciwników, co pokazuje autor w dwóch końcowych rozdziałach. Pisze w nich o burzy, jaka rozpętała się, gdy chciano nadać imię Brzechwy szkole w Dmosinie. Przytacza też historię swego ironicznego felietonu „Precz z Brzechwą” potraktowanego na serio, który wywołał falę nienawistnych komentarzy w Internecie.

Jest też w książce interesujący wywiad z córką poety o jej trudnych relacjach z ojcem. Całość bardzo interesująca, wzbogacona zdjęciami, anegdotami, fragmentami szopek noworocznych, których współtwórcą był przed i po wojnie Brzechwa, tekstów pisanych dla kabaretów. Na pewno daje to możliwość pełniejszego spojrzenia na poetę, który jednak pozostanie dla większości wspaniałym twórcą niezapomnianych postaci Pana Kleksa, kokoszki smakoszki, samochwały, lisa Witalisa i wielu, wielu innych.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Second Hand J.Fabickiej

"Second Hand" J. Fabickiej to dla mnie ogromne rozczarowanie. Po lekturze "Idę w tango" czy cyklu o Rudolfie Gąbczaku spodziewałam się rozrywki i odprężenia, tymczasem dałam się wpakować w bagno i to dosłownie, bo opisaną w książce wieś otacza bagno zasypane śmieciami. Zaczyna się od tego, że miejscowość, gdzie dzieje się akcja nazywa się Podlewo i jako że nazwa zobowiązuje, wszystko jest tu plugawe i podłe z mieszkańcami na czele. Mam wrażenie, że autorka nagromadziła w sobie pokłady goryczy i frustracji i postanowiła wyrzucić je z siebie w postaci powieści Second Hand. Wieś Podlewo, zapomniana przez Boga, gdzie nawet ksiądz zafascynowany jest sektą, zamieszkują ludzie przegrani, usiłujący związać koniec z końcem. Mamy tu nagromadzenie wszelkich możliwych obrzydliwości tego świata. Rzeczywistość jest tu bezwzględna: gwałty, nienawiść, nietolerancja, toksyczne związki, brak miłości i akceptacji, dziwacy, wariaci i pedofile. Kolejne pokolenia kobiet żyjące bez perspektyw na lepsze jutro, zmagające się z traumami, odrzuceniem, osamotnieniem, brakiem poczucia bezpieczeństwa. Od tego maratonu przegranych, w którym uczestniczą,nie ma ucieczki. Niemniej trzeba Fabickiej przyznać, że potrafiła świetnie zarysować postaci, są wyraziste psychologicznie, niejednoznaczne, prawdziwe. Język Fabickiej jest soczysty, dosadny, ale nie męczący. Przebija się tu ironia i gorzkie poczucie humoru. Gdyby nie tak przygnębiająca tematyka, to Second Hand nawet dobrze by się czytało. Dobrnęłam do końca, ale bardziej z poczucia obowiązku niż przyjemności czy ciekawości losów bohaterów. To książka ciężkiego kalibru i trzeba być w dobrym nastroju psychicznym żeby ją przeczytać.

Recenzja ksiązki "Sercątko" Herty Muller

„Jak trzeba by żyć (…), żeby pasować do tego, co się akurat myśli” – zastanawia się narratorka powieści „Sercątko”. W Rumunii czasów Ceausescu najlepiej jest za wiele nie myśleć, po prostu trzeba zaakceptować rzeczywistość, zapisać się do partii, chwalić dyktatora i system, może też donosić na sąsiadów i przyjaciół. Choć „przyjaciele nie wchodzą w rachubę, gdy świat jest pełen lęku”. Ludowa piosenka Gellu Nauma stanowi motto powieści, powraca też na jej kartach..

Czterej bohaterowie, studenci pochodzenia niemieckiego, starają się jednak ocalić w tym strasznym świecie więzi przyjaźni i braterstwa. Próbują nie dać się stłamsić, zastraszyć, czytają nielegalne książki, piszą wiersze, fotografują to, czego nie powinni absolutnie nawet dostrzegać.

Edgar, Kurt, Georg i narratorka spotykają się najpierw jako studenci. Potem, gdy podejmą pierwszą pracę, piszą do siebie listy, odwiedzają się. Zastanawiają się nad tym, czy ich koleżanka Lola popełniła samobójstwo, czy może ktoś jej w tym pomógł. Starają się zachować ostrożność, stosują w listach tajny kod, np. rewizja to buty; wkładają do koperty włos.

Jednak Securitate nie da się nabrać, kapitan Pjele jest doświadczony w tropieniu wrogów systemu. Dotrze wszędzie - do miejsc pracy, do mieszkań, do domów rodzinnych. Wezwie na przesłuchania, w których dzielnie będzie mu pomagał pies noszący to samo co pan imię.

Spowoduje, że narratorka będzie musiała powiedzieć o swoim życiu:” dni wisiały na sznurze przypadków, huśtały się i przewracały mnie”.

Pisarka buduje nastrój strachu, lęku przed kolejnym przesłuchaniem, rewizją, utratą pracy.

Posługuje się pięknym poetyckim językiem pełnym obrazowych metafor, nawiązującym do ludowych wierzeń. Mam wrażenie, że czytelnik nie wszystkie jest w stanie rozszyfrować. Motywy morwy, liści, które ma każdy człowiek, które opadają, gdy kończy się dzieciństwo, to wszystko ma niewątpliwie jakieś głębsze znaczenie tkwiące w ludowości, w obyczajach wsi i małych miast, z których pochodzą bohaterowie.

Herta Muller, pisząc o bieżących zdarzeniach, powraca także do lat dzieciństwa, do swoich bliskich, rodziców, dziadków, którzy próbowali ułożyć sobie życie na obcej ziemi w tych strasznych czasach, gdy „przy pomocy psów i kul robiło się cmentarze”, a „każda ucieczka była ofertą złożoną śmierci”. Kombinaty metalurgiczne i fabryki drewna produkowały „blaszane owce’ i „drewniane arbuzy’, bo pracowali w nich ludzie, których na siłę przesiedlono do miast, Ojciec Narodu miał bowiem wizję wielkiej miejskiej Rumunii.

„Sercątko” jest dla mnie bardzo poruszającą lekturą, pokazane w niej obrazy pozostają w pamięci. Na pewno warto przeczytać, potem sięgnąć i po inne powieści laureatki Nobla. Wiedzę o Rumunii wzbogaci też wydana w tym roku książka Małgorzaty Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew”.

Wiesława Kruszek - Dkk przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Recenzja książki "Grochów" Andrzeja Stasiuka

Książka „Grochów” Andrzeja Stasiuka wydaje mi się dobrą lekturą w listopadzie, miesiącu poświęconym zmarłym; gdy przyroda pokazuje swoje smutne oblicze, liście opadły, a dni są coraz krótsze.

Niewielki tomik z czarno-białymi ilustracjami Kamila Targosza dobrze współgra z takim melancholijnym nastrojem, z poczuciem straty, z tęsknotą za tym, co odeszło. Stasiuk pięknie pisze o przemijaniu, wspomina bliskich, którzy odeszli, wraca w przeszłość. Czyli znów podróż, jak w wielu jego książkach, choć tym razem to podróż w czasie.

I tak zaczyna od wspomnienia o babce z Podlasia. Zapamiętał jej opowieści o duchach, a raczej tylko ich „aurę pozbawioną zdziwienia i wykrzykników”.

Czytając o tym, uświadomiłam sobie, że i ja w dzieciństwie doświadczyłam czegoś podobnego. Pamiętam stare kobiety, które przy darciu pierza opowiadały o swoich spotkaniach z duchami. Rzeczywiście nigdy potem nie zdarzyło mi się słyszeć, aby ktoś tak po prostu zwyczajnie mówił o świecie niematerialnym.

Ma rację Stasiuk, pisząc, że powoli odchodzą ci, którzy na własne oczy widzieli świat duchów. A nas już od dawna straszą z ekranów telewizorów i z okładek książek różne zjawy i wampiry, czasem i duchy, ale z tymi dawnymi niewiele mają wspólnego.

Wspomnienie babki to dla pisarza również pierwsze zetknięcie się ze śmiercią, która długo w jego dziecięcej świadomości ma właśnie jej twarz.

Refleksje na temat umierania dawniej i dziś pojawią się w opowiadaniu „Suka”. Jest ono dla pisarza okazją, by wraz z opisywaniem powolnego odchodzenia swego szesnastoletniego psa, zastanawiać się nad hospicjami, domami opieki, nad współczesnym postrzeganiem śmierci, a raczej może ukrywaniem jej, udawaniem, że jej nie ma. Starość, powolne umieranie, śmierć są przecież tak nieestetyczne, kompletnie nie wpisują się w ten nasz świat, w którym wszystko jest „super”, „ekstra” i wciąż zdarzają się niesamowite okazje, głównie dla młodych i pięknych..

Wie jednak Stasiuk, próbując porównywać odchodzenie dawniej i dziś, że nie da się wskrzesić tamtego świata z jego majestatem śmierci, czuwaniem przez trzy dni przy zmarłym, konduktami pogrzebowymi wyruszającymi z domów.

Pisarz uświadamia nam, jak odsuwając od siebie „wizję człowieczeństwa w stanie umieralności”, nie potrafimy rozmawiać z osobami śmiertelnie chorymi. W opowiadaniu „Augustyn” przywołuje postać emerytowanego nauczyciela z powiatowego miasteczka, laureata jednego z konkursów literackich. Gdy doznał wylewu i leżał w szpitalu, a potem w domu opieki, Stasiuk odwiedzał go, ale rozmowy, jak sam przyznaje, najczęściej dotyczyły przeszłości, bo bezpieczniej się w niej poruszać.

Temat rozmów z tymi, którzy już wiedzą o swoim rychłym odejściu, powróci obszerniej w najdłuższym opowiadaniu pt. „Grochów”. Mnie podoba się ono najbardziej. Jest poświęcone zmarłemu przyjacielowi – Olkowi.

Wspominając go, wraca Stasiuk do miejsc swego dzieciństwa i młodości, pięknie oddaje klimat ulic Garwolińskiej czy Makowskiej. Przenosi czytelnika w Bieszczady i na Węgry. Realistycznie i bardzo sugestywnie pokazuje obraz hali fabrycznej, brudnych i ciężkich od oleju drelichów i towarzyszące temu przekonanie, że nie chce powielić losu ojca. Chce uciec.

Jednocześnie wspomina przyjaciela, pierwsze spotkanie z nim, wspólne wyjazdy.. Zastanawia się, dlaczego unikał rozmów o śmierci, dlaczego nie potrafił z nim na ten temat mówić. Czy dlatego, że „trudno jest z kimś dzielić powolną śmierć; zwłaszcza z kimś, z kim się tylko żyło”?

W „Grochowie” przeplatają się zdarzenia sprzed wielu lat i te teraźniejsze. Podążamy za pisarzem i jego przyjacielem, dając i sobie szansę na rozmyślanie o czasie, który minął, o zdarzeniach, które były naszym udziałem. Co się z nimi dzieje? Chyba rzeczywiście powracają, gdy stajemy się starsi… Gdy zaczynamy coraz częściej przypominać sobie to, co minęło. Chętnie powracamy myślami do czasów, gdy „nie byliśmy jeszcze śmiertelni”.

Zatem ruszajmy w podróż ze Stasiukiem, z nim zawsze warto.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Ziarno prawdy

Zygmunt Miłoszewski to młody pisarz entuzjastycznie przyjęty przez krytyków i czytelników, nagradzany za swoje powieści. Zachęcona tą popularnością z przyjemnością sięgnęłam po kryminał "Ziarno prawdy". Choć jest to kontynuacja "Uwikłania" można czytać ją niezależnie od pierwszej części. Elementem łączącym jest postać prokuratora Teodora Szackiego, który po wyprowadzce z Warszawy mieszka i pracuje w Sandomierzu. Tu zostaje popełnione morderstwo, które rezolutny pan prokurator ma wyjaśnić. Słabo mu to idzie, gdy tymczasem trupów przybywa. Niestety, mimo szczerych chęci książkę przeczytałam do połowy. Od początku nie wciągała, ale postanowiłam dać jej szansę, jednak nie wystarczyło mi samozaparcia, by dobrnąć do końca. Moje wyobrażenie kryminału jest zgoła inne niż autora. Oczekiwałam wartkiej akcji, napięcia, emocji nie pozwalających zasnąć póki nie wyjaśni się zagadka. Tu tego nie ma. Dużo za to opisów stanów psychicznych głównego bohatera, małomiasteczkowych stosunków międzyludzkich z historią antysemityzmu w tle. Intryga kryminalna banalna i nie wywołująca wypieków na twarzy. Cóż, miłośników kryminałów Miłoszewskiego jest wielu, ja się niestety do nich nie zaliczam.

Podróże z Herodotem / Ryszard Kapuściński

 

Recenzja „Podróży z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego

 

Twórczość Kapuścińskiego fascynowała mnie od dawna. Zaczytywałam się w „Imperium” i „Hebanie”. Reportaże z Afryki i Ameryki Południowej były dla mnie jednym z ważnych źródeł wiedzy o tych kontynentach. Ostatnio o Kapuścińskim było głośno z racji książki Domosławskiego, postanowiłam przeczytać „Kapuściński non-fiction”, by móc skonfrontować moje wyobrażenie o ulubionym autorze z innym punktem widzenia. Dowiedziałam się, że w książce Domosławskiego jest wiele odniesień do „Podróży z Herodotem” i to był jeden z powodów, dla którego sięgnęłam po ostatnią książkę Kapuścińskiego. I jak zwykle Kapuściński mnie zauroczył.

Książkę „Podróże z Herodotem”czyta się lekko. Zachwyca swoją wieloznacznością i wielowątkowością, ale nie rozprasza. Autor z łatwością przechodzi z tematu na temat, przenosi się w czasie i przestrzeni. Jest współczesnym Herodotem, wędrowcem, obserwatorem, komentatorem. W książce jest mnóstwo odniesień do „Dziejów” Herodota. Kapuściński po swojemu tłumaczy świat widziany oczyma starożytnego dziejopisarza, zwraca uwagę, że mimo upływu wielu wieków, świat oparty jest na tych samych wartościach, ma podobne problemy, rządzą nim te same prawa. Książka tchnie podziwem dla Herodota, widać jak ważna była dla autora lektura starożytnego dzieła, które zabierał z sobą w reporterskie podróże. Czytając „Podróże z Herodotem” uświadomiłam sobie, że autor żegna się z czytelnikami, odkrywa pewne elementy autobiografii, ukazuje jak ważna dla niego była praca reportera, pisze: „Droga jest źródłem, jest skarbnicą, jest bogactwem.”, „Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.” W „Podróżach z Herodotem” czytelnik odnajdzie wiele wskazówek, spostrzeżeń tzw. życiowych mądrości. Autor opisuje politykę, historię, kulturę, ale o wielu rzeczach nie mówi wprost. Uważam, że to dobra książka dla tych, którzy lubią po przeczytaniu przemyśleć pewne rzeczy nim odstawią książkę na półkę.

Na zakończenie cytat z „Podróży z Herodotem”, w którym według mnie zawiera się pasja autora: „Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zadziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia.” Wszystkim czytelnikom polecam „Podróże z Herodotem” i życzę, by uroda życia nigdy w nich nie umarła, a piękno i różnorodność świata niech przemawia do wyobraźni jak książki Kapuścińskiego.



Członek klubu Justyna Kubiak

Krzysztofa Pączka droga do sławy / Anna Onichimowska

 

 

Książka Anny Onichimowskiej „Krzysztofa Pączka droga do sławy” stanowi panoramę życia. Krzysztofa Pączka jego rodziny i przyjaciół. Pisarka na kartkach swojej powieści utrwaliła codzienne życie chłopca, ucznia czwartej klasy, który marzy o staniu się znanym człowiekiem. Za nim jednak wybierze odpowiedni zawód przeżywa różne, ciekawe przygody.

Cała książka jest napisana w formie pamiętnika głównego bohatera. Opisuje on w nim swoje relacje z rodzicami, młodszą siostrą i kolegami ze szkoły. Na początku pamiętnika postanawia zostać aktorem, jednak po wyjeździe na ferie w góry zmienia zdanie i chce być sławnym narciarzem. Nie mija wiele czasu a pod wpływem telewizji pragnie zostać żonglerem, a najlepiej magikiem. Ostatecznie dochodzi do wniosku, że skoro pisze już pamiętnik i lubi czytać książki to spróbuje napisać powieść i zostanie sławnym pisarzem.

Znakomity humor i wiele ciekawych przygód z codziennego życia dziesięciolatka, który pokazuje czytelnikom, że nie łatwo jest wybrać odpowiednią drogę kariery, zgodną ze swoimi oczekiwaniami i predyspozycjami.

Książka napisana jest bardzo ciekawie. Czytając, trudno się od niej oderwać, gdyż

ciągle powstaje pytanie: co będzie dalej? jak Krzyś sobie w tej sytuacji poradzi?

Chociaż sprawy, o których książka mówi są ważne, napisana jest jasno i z humorem.

 

Członek klubu Joanna Czarnecka

 

"Firmin" Sam Savage

"Firmin" Sam Savage

Ta książka powinna być lekturą obowiązkową każdego zawodowego czytelnika. Pozytywne szaleństwo, jakie w swojej historii przedstawia nam szczurek imieniem Firmin to kwintesencja życia.
I choć to życie spostrzegane poprzez pryzmat małych czarnych ślepi chuderlawego stworzenia, to jednak bardzo wiele mówi o ludziach.
W książce tej odnajdziemy samotność, brak zrozumienia, niesprawiedliwość i bezwzględność świata w jakim przyszło nam żyć.
Od pierwszych stron nie brakuje również miłości, nadziei i jakże dobrze nam znanego zamiłowania do książek.
Myślę, że autor w bardzo specyficzny sposób przedstawił nam ludzką naturę wraz z jej najgorszą wadą jaką jest uprzedzenie, bo choć Firmin wyróżnia się bogatym wnętrzem, nietuzinkową inteligencją i ogromnym poczuciem humoru to jednak dla wielu pozostanie nadal tylko szczurem. Szkodnikiem, który brzydzi, odstrasza i gryzie. Sami sobie wyrządzamy krzywdę kierując się z góry ustalonym schematem postrzegania innych, a przecież każdy jest ciekawy, wyjątkowy. I choć nie wygląda atrakcyjnie, czasem wyliniałym szarym futrze, z zbyt wyłupiastymi oczami i chuderlawą posturą to jednak warto mieć odwagę wyzbyć się stereotypów i zajrzeć nieco głębiej.
Być może odkryjemy fenomen, który pod niepozorną powłoką błyszczy niczym diamentowy pył, a na imię mu Firmin.

Marta Kucharska, DKK w Działoszynie

Cafe plotka

Cafe plotka to opowieść o współczesnym maglu, o sile plotki w dobie Internetu współczesnych mediów. To książką o poszukiwaniu przyjaźni i miłości w czasach.

Bohaterami powieści Marty Fox są najczęściej nastolatki. Tak też jest w powieści "Cafe plotka", główna bohaterka to młoda prawie 18 letnia dziewczyna, która nie przeżyła jeszcze swojego "pierwszego razu", stwierdzając w ostatniej chwili niegotowość do tego typu doświadczeń seksualnych. W ten właśnie sposób traci chłopaka i nie ma z kim iść na imprezę urodzinową. Dzieki pomysłowi podsuniętemu przez mamę organizuje casting na na chłopaka, który będzie tę rolę odgrywał A tymczasem plotka zrodzona po niefortunnej nocy z byłym chłopakiem roznosi se błyskawicznie zataczając coraz szersze kręgi...

Syn zlodziejki

Akcja książki dzieje się w Łodzi. Bohaterem jest piętnastoletni Hieronim - syn łódzkich złodziei. Chłopiec przenoszony z jednego sierocińca do drugiego, o d jednych opiekunów do drugich. czasami spotyka swoją matkę, którą kocha a jednocześnie nienawidzi za los jaki mu zgotowała. Chłopak odkrywa powiązania ze światem przestępczym.

Piękna wzruszająca powieść, ukazująca dziecko uwikłane w intrygi, kradzieże.

13 malych błekitnych kopert

13 małych błękitnych kopert to niezwykła książka o podroży, sztuce, miłości i dorastaniu. To wzruszająca powieść głownie kierowana nastolatkom.

Siedemnastoletnia Ginny otrzymuje w spadku po ukochanej ciotce 13 małych niebieskich ponumerowanych kopert. W pierwszej znajduje się 1000 dolarów i szczegółowe instrukcje jak kupić bilet lotniczy do Londynu oraz prośbę aby udała sie tam najszybciej jak to możliwe i otworzyła kolejny list dopiero na miejscu. Bohaterka wyrusza w podroż po całej Europie podążając śladami ciotki.

„Weronika postanawia umrzeć” recenzja książki

„Weronika postanawia umrzeć” to kolejna książka wybitnego twórcy Paulo Coelho. Autor pisał ją na podstawie własnych doświadczeń. Jako młody chłopak  też został umieszczony przez rodziców w zakładzie psychiatrycznym. Pojawia się tutaj pytanie czy bycie szalonym to coś złego? Każdego z nas  przeraża odmienność od ściśle wyznaczonych wzorców. Odstępstwo od narzuconych nam „ciasnych”  norm społecznych. A przecież nie wszystko co inne musi być złe. Czasami szaleństwo to jedyna droga wyjścia z przerastającej nas sytuacji. „ Bo czasem lepiej odejść od zmysłów by nie zwariować”. Paulo Coelho w swym utworze porusza właśnie problem szaleństwa. Według niego  każdy z nas w głębi duszy  nosi jego ziarno. Tylko od nas zależy  czy wykiełkuje ukazując los niedoszłej samobójczyni – Weroniki – chce zwrócić nasza uwagę na fundamentalne prawdy o człowieku i jego kruchej psychice. Jak na pozór błaha sprawa potrafi pchnąć człowieka w objęcia szaleństwa, nawet śmierci. Jednocześnie pytając czego tak naprawdę pragniemy. Co tak naprawdę jest dla nas w życiu najważniejsze.  Weronika odpowiedziała sobie na to pytanie. Umierając chciała żyć. Książka jest przykładem ambitnej literatury , w którym każdy z nas znajdzie coś dla siebie. Wybierze coś co akurat jest mu najbardziej potrzebne. Wyciągnie naukę na przyszłość. Osobiście gorąco zachęcam do lektury.

 

Katarzyna Czyżyk

DKK   Sulmierzyce

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi