Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Recenzja książki Hanny Kowalewskiej pt. Julita i huśtawki

Książka Hanny Kowalewskiej Julita i huśtawki  wpisuje się w ważne dziś dyskusje o tożsamości Polski, której odczytanie bez uwzględnienia epoki PRL-u jest nie do wyobrażenia. Julita i huśtawki to, po pierwsze, solidnie napisana powieść. Autorka odtwarza z chirurgiczną precyzją biograficzny rys postaci, które kształtowała totalitarna rzeczywistość peerelowska. Kowalewska przygląda się więc detalom z różnych stron, tworzy sieć interesujących powiązań bohaterów, w tle przedstawia również ogólnoświatowe wydarzenia historyczne. Julita i huśtawki ewokuje czas jako materię, z której utkany jest los występujących w powieści postaci. Aby ogarnąć i wypowiedzieć komunistyczną rzeczywistość PRL-u autorka portretuje charaktery swoich bohaterów ukazując ich przywary, myślowe aberracje, ambicje i ideały.

Akcja powieści nie jest zbyt skomplikowana: do Rodzinnego, małego miasteczka „naznaczonego”  konserwatywnym duchem myślenia,  przybywa bohater-narrator, Koli. Przyczyną przyjazdu nie są bynajmniej uczucia nostalgii, lecz spełnienie zacnej misji, jak się sam narrator wyraził, „wtopienia czasu przeszłego w teraźniejszość”. Nie chodzi o pamięć komputerową, która gromadzi dane i zdolna jest na zawołanie reprodukować je w niezmienionej postaci. Takie odtwarzanie faktów byłoby mianem degradacji wspomnień. Ich celem jest – w rozumieniu Kowalewskiej – nowe spojrzenie na przeszłość, z perspektywy współczesnych interesów społecznych. Czynnikiem wyzwalającym minione przeżycia w miejscu rodzinnym jest – jak powiada sam narrator - „ścisk za gardło”, kiedy wchodzi w wąskie uliczki miasteczka, w którym się urodził i dorastał. Ten psychofizyczny „ścisk” jest dla pisarza niezbędny, by  przetworzyć doznania i emocje w kształt dyskursywnego wywodu o rzeczywistości peerelowskiej.

Obrazki tworzące powieść Julita i huśtawki zostały uporządkowane według najbardziej oczywistego klucza: chronologii. Wspomnienia mają swój początek w latach pięćdziesiątych, gdy „produkt burżuazyjnej kultury” (Elvis Presley, Arthur Miller, Marilyn Monroe i in.) zawojował cały Zachód  i zamykają się w końcu lat osiemdziesiątych. Prezentowane mikroscenki powieści obejmują swoim zasięgiem szeroki wachlarz politycznych i moralnych postaw dorastającego pokolenia w okresie komunizmu. Śledzące zmagania człowieka scenki ukazują jednych jako prawdziwych bohaterów, którym grać przychodzi va banque o duchowy kształt życia (Julita) oraz innych, którzy niegodziwie poddają się bez szemrania regułom komunistycznej Przemocy (Basiuk , Bąk etc.)

Kowalewska rozpoznaje z krystaliczną i brutalną jasnością, bez uciekania się do złudzeń, tyranię okrutnego i niesprawiedliwego oblicza komunizmu. Lektura powieści dowodzi już od pierwszej strony, że autorka zdaje sobie sprawę ze zbiorowej paranoi, która zawładnęła umysłami ludzi. Rzeczywistość peerelu odsłania otchłań nonsensu, tępoty i przemocy we wszystkich jej wymiarach (skatowany przez policję Bazyliszek skonał w szpitalu). Nonsens wyraża się w ówczesnym języku partyjnej nowomowy, stosowanej pod postacią stereotypowych zdań: „Zbudujemy nowy dom”, „myjesteśmy potęgą gospodarczą” czy „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”. Epatowanie językowymi bezmyślnymi stereotypami – jak twierdzi Miłosz – prowadzi do uśmiercania znaczenia, manifestowania braku istotnych treści do przekazania, inaczej mówiąc, do pomnażania głupoty. Bezmiar peerelowskiego pure nonsensu uobecnia się także na innych poziomach przedstawianej rzeczywistości – w zastygłym czasie. Basiuk i Bąk, jedni z dorobkiewiczów i pretensjonalnych snobów komunizmu,   pogrążają się w beznadziejnym trwaniu w czasie plenum partyjnego. Ich niebyt odzwierciedla się w znieruchomiałej, spowolnionej akcji, fabrykującej ich wewnętrzny, pozbawiony esencjonalności bezruch. Plenarne posiedzenie emanuje nudę, Basiuk i Bąk marzą o szybkim zakończeniu bezsensownej debaty.

Ambicją autorki – premiującą artystyczną wartość powieści -  jest nie tylko przedstawienie świata znanego  z komunistycznego doświadczenia, lecz także świata lepiej uporządkowanego pod względem wartości. Na uwagę zasługuje liryczna aura wątku miłosnego między Julitą i Bazylim, który mimo charakterologicznych słabości i skomplikowanych powikłań natury Bazylego olśniewa czytelnika zdolnością do postrzegania życia jako aktu jego budowania, scalania i usensowniania, do odkrywania w istocie ludzkiej humanitas. Fascynującym znakiem firmowym tej miłości jest dogłębna i bezinteresowna wierność wobec partnera, czułość, serdeczna sympatia, momenty, w których dokonuje się proces radykalnego odnowienia życia. Dzięki doświadczeniu domeny jej piękna i dobra Bazyli odnajduje poczucie własnej godności i sens życia, wartości, które odebrała mu komunistyczna władza.

Autorka ma również świadomość czegoś, co stara się czytelnikowi przekazać. Chodzi o artystyczną deklarację, o przekonanie, że sztuka w szerokim tego słowa znaczeniu, obejmującym zarówno twórcę jak i odbiorcę, jest w stanie rozwinąć umiejętność przetworzenia emocji czy doznań w kształt właściwego spojrzenia na historię własnego społeczeństwa, a przede wszystkim na własny stosunek do przeszłości. Laski nie jest w stanie, w przeciwieństwie do polskich biskupów, przebaczyć Niemcom za wyrządzone krzywdy w czasie II. wojny światowej. Jego brat zamordowany został przez Niemców w r. 1944, nawet miejsce „pochowania” jest nieznane. Aby przezwyciężyć dojmująco bolesne zagubienie decyduje się na rzeźbę, wydobycie z głazu kamienia kształtu anioła. Dopiero w akcie twórczym, w pomniejszaniu chaosu i kreowaniu estetycznego porządku widzi Laski możliwość przebaczenia za wyrządzony mu ból: „Może zdołałby przebaczyć, gdyby udało mu się wyrzeźbić. Gdy się człowiek męczy z takim wielkim głazem, gdy godzinami uderza w kamień, to inaczej patrzy na  świat – na zło, na dobro, na przemijanie.”

Reasumując: Lektura powieści Julita i huśtawki sprawia, że uważny czytelnik znajduje lekarstwo na wyzwolenie się z wybitnie złośliwego demonu, jakim był duch peerelu. Wobec zła, przemocy, nienawiści, degradacji wartości, wobec słabnącej duchowej kondycji człowieka otwiera Kowalewska koncepcję oderwania jednostki od przeżyć zbiorowych i zbiorowej świadomości komunistycznej, podkreślając subtelną zdolność człowieka do doskonalenia własnej jednostkowości. Recepta na życie dobre, mądre i satysfakcjonujące tkwi według autorki w trzech rodzajach przestrzeni: językowej, twórczej i „ludzkiej” miłości. Spiritus movens wyzwolenia jest odzwyczajenie się od języka martwego, który nie jest głosem jednostki, lecz ideologicznej zbiorowości. Kowalewska widzi wartość swojej sztuki w rozbijaniu schematów mówienia i myślenia. Powieść odnosi się także do aktu twórczego, w którym powołuje się do życia nowe istnienia (Laski wykuwa z kamienia anioły). W ten sposób wyraża Kowalewska nadzieję, iż sztuka (zarówno na poziomie kreacji przez twórcę jaki i odtwarzania przez odbiorcę) posiada moc  porządkowania świata i umożliwia porozumienie między ludźmi. W powieści mamy także do czynienia z radością życia, która dokonuje się przede wszystkim poprzez miłość, uczucie człowieka do człowieka, poprzez poświęcenie, oddanie oraz wyrzeczenie dla dobra bliźniego.

Powieść Julita i huśtawki zasługuje na szczególne uznanie, albowiem nie ogranicza się do ukazywania świata „jaki był”  ale wyraża optymizm na stworzenie świata lepszego. Proponowane przez autorkę wartości i postawy są ponadczasowe.

 

 DKK przy Filii nr 18 MBP Łódź-Bałuty

 

 

Gaumardżos! Opowieść z Gruzji

Autorem książki „ Opowieści z Gruzji” są Anna Dziewit Meller i Marcin Meller. Jest to zbiór wrażeń i refleksji doznanych podczas pobytu w tym dalekim kraju azjatyckim. Jakże odmienne od nas w Polsce są zwyczaje i codzienne życie mieszkańców Gruzji. Widać u nich zadowolenie z odzyskanej wolności, a jednocześnie są pełni obaw o to co może nastąpić. Śledząc treść książki mamy wrażenie, że Gruzja zmienia się z dnia na dzień w lepsze jutro. Zainteresowały nas typowe potrawy z tego kraju, jakże odmienne od naszych. Ogólnie mówiąc wiele nas różni i łączy z dzisiejszą Gruzją. Chętnie jako turystki odwiedziłybyśmy ten kraj.

Recenzja książki "Opowieść o miłości i mroku" Amosa Oza

        Książka Amosa Oza to wspaniała opowieść o dzieciństwie izraelskiego pisarza, życiu w kibucu Chulda, historia rodziny Klausnerów i Mussmanów. Jednak tematem przewodnim w tej obszernej biograficznej powieści jest matka, która popełniła samobójstwo w wieku 38 lat, Amos miał wtedy 12 lat. Zdecydował się po raz pierwszy o tym napisać, nigdy i z nikim o tym nie rozmawiał.

            Próbuje dociec przyczyn jej desperackiego kroku, zaczynając swą książkę od opisu mrocznego mieszkania na przedmieściach Jerozolimy, ciasnego i ciemnego. Kończy zaś zapisem ostatnich dni i godzin życia matki.

            Nie dbając o chronologię Amos Oz tworzy w swej opowieści obraz chłopca zdecydowanie różniącego się od swych kolegów – wrażliwego, oczytanego, żyjącego w swoim świecie. Wystarczają mu książki i samotne zabawy, w których uruchamia wyobraźnię. Nie może być inaczej, jeśli dla jego rodziny książki są czymś najcenniejszym, ważniejszym nawet niż jedzenie. Powieść zawiera wiele pięknych refleksji na temat książek, czytelników, pisarstwa czy natchnienia.

            Oz czasem włącza fragmenty utworów innych pisarzy lub odwołuje się do własnych. Z „Prostej historii” S. J. Agnona warto zacytować zdanie: „Kiedy świat pogrąża się człowiekowi w mroku, wtedy ten czyta książkę i widzi inny świat”. Ten „inny świat” można znaleźć w barwnych historiach o dziadku Aleksandrze i babci Szlomit Klausnerach, o dziadkach Mussmanach – Icie i Naftalim Hercu pochodzących z Ukrainy i Litwy.

            Na szczęście obie rodziny zdążyły wyjechać z Europy i uniknęły tragedii Holocaustu. Tylko brat ojca pisarza został z rodziną w Wilnie i wszyscy zginęli w getcie. Tragedia narodu żydowskiego brzmi w tle opowieści Oza, wracają ci, którzy ocaleli, rodzi się państwo izraelskie, wciąż wybuchają konflikty z Arabami.

            Można z tej książki poznać choć trochę zawiłe losy Żydów, którzy pragnęli stworzyć swe państwo, żyć w nim w pokoju. Część chciała żyć w kibucach, by tam stworzyć wspólnotę, uwierzyć, że nikt już ich nie wypędzi, że są u siebie. Oz opowiada o tym wszystkim pięknym, poetyckim językiem, z metaforami i porównaniami, z niezwykłymi opisami, z mnóstwem szczegółów takich choćby jak ptaszek Eliza śpiewający Beethovenowski trel.

            To właściwie nie jest zwykła autobiografia, to powieść, którą czyta się jak księgę mądrości o życiu, tym co jest w nim ważne, o wartościach, o „miłości i mroku”.

 

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki  przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki Mikołaja Łozińskiego pt. Reisefieber

 

 

Powieść Mikołaja Łozińskiego Reisefieber opowiada w warstwie pierwszej o matce głównego bohatera, Astrid, i jej egzystencjalnych namiętnościach,  choć w głębi uważni czytelnicy  odkryją  opowieść Daniela jako obronę i usprawiedliwienie jego własnego „ja”.Czytelnik pobiera – w trakcie lektury – zwięzłą lekcję patrzenia na samego siebie, którą Daniel czyni tematem w swojej quasi-fikcyjnej „ nowoczesnej powieści”. Reisefieber jest poniekąd powieścią, w której autorefleksja  stanowi zasadę kompozycyjną, zaś polem obserwacji jest przeszłość. Jako przesłanie niniejszej powieści niechaj posłuży sformułowanie Eliota: „każdy kontakt z przeszłością wymaga wysiłku pracy, jest przy tym trudny i niewdzięczny, bo nasze małe „ja” skrzeczy i broni się przed nim”. Wysiłek i rozdrażnienie Daniela wynikają z faktu, że nie może pisać książki o ludziach, którzy – jak sam powiada – „w gruncie rzeczy go nie obchodzą”, których w dodatku nie rozumie. Przy okazji rodzi się pytanie natury teoretycznoliterackiej, czy pisarz może napisać powieść pod brzemieniem przymusu? Kiedy o swoich bohaterach myśli tylko dlatego, że - jak się sam wyraził -   chce napisać tę „cholerną książkę”?              Głównym tematem powieści jest wyjazd Daniela do Paryża, by wziąć udział w celebrowaniu pogrzebu swojej matki. Powaga śmierci sprawia, że w świadomości Daniela budzi się potrzeba zrozumienia, wyjaśnienia swojego oblicza na tle relacji z matką. W tym celu sięga do obrazków z przeszłości, które mają uwierzytelnić jego jednostkowe objawienie. Jej śmierć  porusza sumienie syna i potęguje wolę napisania powieści uchylającej tajemnicę poznania samego siebie, w całej rozciągłości swojego osobowego istnienia. 

Fabuła istnieje, przejrzystością jednakowoż nie grzeszy; zarówno wątek główny jak i luźno powiązane z nim wątki uboczne wzbogacone są licznymi refleksjami na poziomie psychologicznym. Daniela absorbuje przeszłość, poznanie momentów decydujących dla tworzenia się jego osobowości w dzieciństwie i we wczesnych latach młodości. W tym duchu utrzymuje, iż: „Czuję, jakby najważniejsze stało się dla mnie  to, co już było”. Wewnętrzna silna podnieta wspomnieniowa wynika z potrzeby - jak powiada sam bohater – ułożenia sobie minionych zdarzeń w głowie, żeby znów ułożyć sobie życie.  Dlatego też spotkania z matką grawitują w stronę uchwycenia często zakonspirowanej duchowej tajemnicy swojej matki. „Właśnie” –  przyznaje Daniel -   „Wydaje mi się, że wciąż za mało wiem o Astrid”. Retrospekcja zdarzeń, rządząca narracją wspomnieniową, nie jest jednak ułatwieniem dla czytelnika. Ujawnia się tu jakby podwójna świadomość Daniela: gorąco angażuje się w proces odtwarzania przeszłości i zarazem wątpi w sens podejmowanych przez siebie działań.Czy rzeczywiście to, co było, jest takie ważne? Przytoczona przez narratora retoryczna wątpliwość staje się dla czytelnika nader interesującym wyzwaniem. Dla Astrid odwoływanie się do przeszłości ma wartość psychoterapeutyczną. Nie może być inaczej, pisanie listów do syna jest korektą jej dotychczasowego przekonania, że milczenie ma moc uzdrawiającą. „Myślałam, że jeśli przemilczę, jeśli będę milczała, nie będzie mnie boleć”. Jedna z krytycznoliterackich sentencji nie pozostawia wątpliwości, że odwoływanie się do przeszłości powodowane jest nieusuwalnym pragnieniem poznawczym samego siebie, droga, na której można budować teraźniejsze relacje.

Łoziński nie proponuje tylko lektury przyjemnej, lecz zmusza do chłodnego myślenia i zaangażowania czytelnika. Retrospekcja zdarzeń, rządząca narracją wspomnieniową, nie jest  ułatwieniem dla czytelnika. Utrudnieniemstają się wplecione w tok narracji liczne wątki refleksyjne na poziomie psychologicznym i meta-literackim, które zakłócają jej komunikatywny porządek. Formułą artystyczną staje się autotematyzm, wypierający – mówiąc językiem Maxa Webera – „zaczarowującą” czytelnika fabułę. Powieść Reisefieber jest zatem jakby przeglądaniem się w lustrze, narcystyczną manifestacją przyglądania się samej sobie. Narrator zaprasza czytelnika do zadumy nad kwestią przeszłości w jej psychologicznym wymiarze. Czy przemilczanie własnych przeżyć z przeszłości jest psychologicznie uzasadnione? Jest również wątek na poziomie meta-literackim, kiedy psychoterapeutka matki Daniela, Aude, zaprzecza zasadności odwoływania się do przeszłości, albowiem rzeczywistość miniona straciła moc odniesienia do teraźniejszości. Czy przeszłość może być zatem przedmiotem literackiej kreacji, jako niezbędny materiał dla istnienia literatury?

Powieść Reisefieber należy czytać jako proces, a także zapis literackich reguł. Nie stanowi ona świata skończonego, nie jawi się czytelnikowi jako całość zamknięta, piękny „zaczarowany świat”, ale jako proces, czyli odtworzenie aktu twórczego, który ma doprowadzić do powstania utworu. Pisząc o powieści Łozińskiego wskazać należy na jej cechy powszechnie uznawane za wyznaczniki powieści nowoczesnej: fragmentaryczność i epizodyczność narracji, rozmytą i niejednorodną tożsamość oraz rozdygotanie wewnętrzne bohatera. Poetyka fragmentu, rozumiana jako forma otwarta, pozwala na wprowadzenie wielu wątków o różnym charakterze semantycznym, o często odmiennym zabarwieniu emocjonalnym. Ewokuje niejednoznaczność, dynamikę, uczy nas zrozumienia płynnej struktury naszego świata. Jest to więc udana, niekończąca się opowieść o tym, co nieskończone.  

DKK Filia nr 18 Miejskiej Biblioteki Publicznej Łódź-Bałuty 

 

 

 

Córka Rembrandta

Powieść Lynn Cullen pt.”  Córka Rembrandta” jest fikcyjną,  a zarazem pełną  wzruszeń  opowieścią o nieślubnej  córce jednego z najwybitniejszych i najbardziej słynnych holenderskich malarzy. Fabuła książki przybiera postać opowieści o Cornelii, nieślubnej córce malarza z jego związku ze służącą Hendrickje Stoffels.  W czasie trwania fabuły  matka dziewczynki już nie żyje i Cornelia  musi przejąć jej obowiązki i szybko dorosnąć, troszczyć się o dom a także dawać opiekę  swemu ojcu.  Starzejący się Rembrandt traci swoje umiejętności malarskie i zaczyna z wiekiem malować inaczej niż oczekują kupcy obrazów. Rodzinie zaczyna brakować środków do życia. Fundamentalnym wsparciem  dla dziewczyny jest jej przyrodni brat Titus. Niestety z biegiem czasu brat się żeni i zostawia swą ukochana siostrę,  która musi się borykać  z problemami dorosłego życia. Czytając zaobserwować można sceny z teraźniejszości i przeszłości.  Czytelnik ma możliwość wyobrażenia sobie siedemnastowiecznego Amsterdamu, po których wędruje młoda  Cornelia, spiesząc na spotkanie z najukochańszym Carlem. Amsterdam to miasto z dzielnicami i stojącymi tam pięknymi domami bogaczy i siedliskami biednych. Wciąż słychać dzwony Westerkerk najczęściej symbolizujących czyjąś śmierć z powodu panującej zarazy. Sądzę, że Lynn Cullen udało się jak najbardziej zainteresować czytelnika wielkim  malarzem Rembrandtem i jego rodziną. Autorka napisała zatem, że  Cornelia wraz ze swoją rodziną po narodzeniu drugiego dziecka  znika z kart historii w 1678 roku i jej życie trwa już tylko w tej książce. Sądzę, że warto wgłębić się w fabułę książki, gdyż wyjaśnia ona tejemnicę z przeszłości i pozwala czytelnikowi bliżej przyjrzeć się głównej bohaterce jaką była Cornelia Córka Rembrandta. Polecam książkę gdyż sądzę, że spodoba się i Wam…

Recenzja ksiażki "Perkalowy dybuk" Konrada T. Lewandowskiego

Demoniczna sprawa nadkomisarza Drwęckiego w przedwojennej Łodzi – tak brzmi podtytuł powieści kryminalnej retro. Akcja zaczyna się jednak w Warszawie, gdzie młody policjant mieszka i pracuje. Jest rok 1929. Podkomisarz Artur Księżyk, działając samowolnie, wywołuje strzelaninę na ulicy Krochmalnej. Trup ściele się gęsto, półświatek obiecuje zemstę, Belweder zaniepokojony, prasa zdezorientowana.

Niewyspany Drwęcki (syn ma kolkę ) musi działać. Księżyk zostaje zdegradowany do stopnia posterunkowego i przeniesiony do Łodzi. Wkrótce znajdzie się tam także nadkomisarz Drwęcki z przodownikiem Maciewiczem. Łódź zdecydowanie nie przypadnie im do gustu: „Czy ten pipidów wygląda choć trochę jak nasza Starówka?”

 

Miejscowa policja nie ułatwia tropienia zabójcy, nadkomisarz Weyer nie lubi gościa ze stolicy, a właścicielka kwatery Frau Pasztelan jest na usługach łódzkiego przedstawiciela prawa. Wkrótce wyjdą na jaw zależności między policją a przestępcami. W tym niesprzyjającym środowisku pomocą służy Drwęckiemu żydowski policjant Froim Breslauer, jego trzynastoletnia córka Bajle czytająca Torę i emerytowany rabi Herszel..

Atmosfera się zagęszcza, zabójca zdaje się mieć coś wspólnego z dybukiem i golemem. Oczywiście dzielny warszawski nadkomisarz poradzi sobie z rozwiązaniem i tej zagadki kryminalnej, podobnie jak w czterech pozostałych kryminałach retro napisanych przez Lewandowskiego na zamówienie Wydawnictwa Dolnośląskiego.

 

Pisarz i tym razem miał ciekawy pomysł. Pokazał Łódź jako miasto robotników i fabrykantów, zadymione, z Bałutami i żydowskimi handlarzami, z półświatkiem kryminalnym, skorumpowanymi policjantami i adwokatami. Odtworzył wiernie topografię miasta, podając nazwy ulic, którymi przejeżdża Drwęcki lub idzie milczący pochód robotników „widmowa krew tego miasta…” Jest i restauracja Esplanada przy Piotrkowskiej 100. Są elementy obyczajowości żydowskiej i przejawy antysemityzmu. Przodownik Maciewicz stwierdza: „Ja ich (…) nie lubię tak ogólnie. A poszczególnie to mogą sobie być”.

Sporo humoru wnosi krótki udział w dochodzeniu babci Ireny i Juliana Tuwima. Świetna jest reakcja teściowej Drwęckiego na portret Hitlera w mieszkaniu Frau Pasztelan i jej zdecydowana „rozprawa” z porcelanowym kogutkiem z huśtawką z filcu tkwiącym w dzióbku czajniczka na herbatę, który był utrapieniem nadkomisarza.

Znów, jak w całej serii, pojawiają się znane postaci, wspomniany już Julian Tuwim, Bolesław Wieniawa – Długoszowski, Xawery Dunikowski, Franc Fiszer, fabrykant Robert Geyer.

Sam Lewandowski podczas spotkania autorskiego stwierdził, że nie bardzo ceni sobie te pięć kryminałów retro, ale myślę, że czytelnicy są innego zdania. Ja w każdym razie polecam tropienie przestępców z nadkomisarzem Jerzym Drwęckim.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Kobieta i mężczyźni

Manuela Gretkowska jest znaną pisarką, znaną z prowokacji, nic więc dziwnego, że od jej książek wiele się wymaga. „Kobieta i mężczyźni” niestety nie spełniły oczekiwań, mimo iż recenzje w pewnych gazetach były bardzo pozytywne. Fabuła zaparcie dąży do oryginalności, przez co jednak staje się jeszcze bardziej banalna. Bohaterowie są papierowi i mało ciekawi. Gdyby książka została wydana 10 lat temu z pewnością opinie byłyby inne. Niestety wszystko co wtedy było nowe i ciekawe teraz jest po prostu normalne, a pisząc o tym „w kółko” staje się to wręcz męczące. Po przeczytaniu większość książek skłania czytelnika do refleksji, niestety ta nie skłania do niczego. Brak tu jakiegokolwiek przesłania, czego oczekuje się od ambitnej literatury.

39.9

Ksiazka "39.9" Moniki Rakusy mnie zaskoczyła. Po pierwsze dlatego, że przeczytałam ja w jedno popołudnie. Po drugie i co istotne, nie jest to głupiutkie, banalne i infantylne czytadło, jakiego się spodziewałam. Bohaterka, czterdziestoletnia kobieta, matka dwójki dzieci, z drugim mężem u boku, dokonuje autoanalizy, podróży w głab siebie. W formie dziennika zapisuje wydarzenia dnia codziennego, ale też jednocześnie analizuje swoje życie, wspomina dzieciństwo, młodość, pierwsze małżeństwo. Opisuje relacje z rodzicami, z dziadkiem, ocenia jaki wpływ miały na jej dalszy rozwój. Nie było jej łatwo. Matka inwalidka, ojciec porzucił ja jeszcze przed jej urodzeniem i nawet nie pamięta jej imienia. Sama z poważnie chorym kręgosłupem i epilepsja, nie czuje się w pełni wartościowa osoba. Ma poczucie inności i wyobcowania. W dzieciństwie nie zaznała miłości, bezpieczeństwa i stabilizacji. Matka wciaż podrzucała ja obcym ludziom i gdy już przyzwyczaiła się do nowej rodziny, musiała znów się przeprowadzać do innego miasta. 39.9 to tuż przed czterdziestka, ale także stan ducha i umysłu, goraczkowe szamotanie się życiem, które bohaterka ma świadomość, powinna sobie wreszcie poukładać, zapanować nad nim. Tymczasem ma kłopot z własna tożsamościa jako żony, matki, pracownika naukowego, Polki pochodzenia żydowskiego.

Ksiażka jest bardzo dobrze napisana, znakomite jest już pierwsze zdanie, które zajmuje dwie strony. Autoironiczna, zabawna, inteligentna. Niebanalny język, w który wplecione sa słowa do sprawdzania w słowniku. To jak rozmowa z przyjaciółka, jak patrzenie w lustro. Każda kobieta się w niej odnajdzie, bo która z nas nie ma zastrzeżeń do samej siebie?

Recenzja książki Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia"

    Powieść Grażyny Jagielskiej pt. „Miłość z kamienia” to wspaniała, poruszająca książka o sile miłości, okrucieństwach wojny i trudnych relacjach między kobietą a mężczyzną. Już od pierwszych stron autorka wciąga nas w swój pełen cierpienia świat, świat lęków i obsesji. Na kolejnych stronach opisuje swoje zmagania z samotnością i śmiertelnym strachem o życie męża, których doświadczała przez blisko 20 lat, będąc żoną znanego korespondenta wojennego.
Wojciech Jagielski brał udział w 53 wojnach, lecz skutki jego wojennych wypraw odbiły się na psychice autorki niezwykle mocno, powodując chorobę nerwową i konieczność leczenia objawów stresu bojowego w klinice psychiatrycznej. Dlaczego tak się stało ? Grażyna  Jagielska  w sposób niezwykle szczery i prawdziwy mówi o symbiozie, jaka panowała na początku ich małżeństwa, stopniowej utracie bliskości we wzajemnych relacjach  i podziale na dwa światy: męski i kobiecy.  Praca całkowicie pochłonęła jej męża, stała się rodzajem narkotyku, a ich relacje zmieniły się diametralnie. Jego świat otwierał się z chwilą zamknięcia drzwi domu. Będąc wewnątrz działań wojennych, balansując na granicy śmierci, żył on pełnią życia, mając poczucie wyjątkowości czasu, miejsca i chyba  własnej. W tym samym momencie świat jego żony zamykał się, kurczył do przestrzeni między piecykiem i zlewem, gdzie wciśnięta, umierała z lęku, czekając na telefon potwierdzający to, co najgorsze. 
I choć to ON widział i opisywał okrucieństwa, jakie niosły konflikty zbrojne, to ONA nie mogła uwolnić się od tych obrazów (odciętej głowy Maraba czy gwałconej Czeczenki), które dręczyły ją w dzień i w nocy. 
I tu nasuwa się pytanie:  dlaczego bohaterka tak długo pozwalała się niszczyć, dlaczego dawała przyzwolenie na to, aby dźwigać cały ciężar samotnego życia, wychowywania dzieci, przyjmowania balastu przeżyć wojennych, jakie oddawał jej mąż ? Jakie są granice miłości, nawet jeżeli osoba, którą kochamy, jest tą drugą polową jabłka ? Myślę, że są to pytania, nad którymi często zastanawiają się kobiety, nie tylko przy okazji tak niezwykłej książki i tak ekstremalnych sytuacji, bo dotykają nas także w zwyczajnym życiu.
Wojciech Jagielski zrezygnował z pracy korespondenta wojennego, aby żona mogła wrócić do zdrowia. Jej przeżycia zaowocowały dwoma powieściami, uznanymi za bestsellery. Czy więc można mówić o happy endzie ? Na pewno nie, bo nic nie wróci bohaterom tego, co zabrał czas.
I na koniec jeszcze jedno pytanie, które stawia sama autorka, pytanie o etykę zawodu dziennikarzy wojennych, tych, dla których potworne relacje z wojen, stają się zwykłą dziennikarską zdobyczą i o której szybko zapomną, bo następne, jeszcze straszniejsze, czekają już na swoją kolej, aby zaszokować odbiorcę.
     Serdecznie zachęcam do przeczytania tej niezwykłej książki Grażyny Jagielskiej, która tak wiele mówi o sile kobiecej miłości. Znajdziemy w niej nie tylko portret psychologiczny wrażliwej kobiety, ale także porażającą prawdę o świecie, w którym żyjemy i o nas samych.  

                                                                                                                       Ewa Piechota

Nie idź tam człowieku

Książka Andrzeja Kołaczkowskiego-Bochenka „Nie idź tam człowieku!” to historia pięćdziesięcioletniego ateisty, który postanawia przeżyć przygodę. Nie wybiera jednak skoku na bungee czy ze spadochronem ani żadnego innego z ekstremalnych sportów. Postanawia wyruszyć w podróż – pieszą podróż najstarszą pielgrzymkową drogą Europy do Santiago de Compostela. Książka to swoisty dziennik z pielgrzymki. Opisane są tu sprawy bardzo przyziemne, takie jak przydrożne bary, stan schronisk, pogoda, krajobrazy, ale dużą jej część stanowią opisy wewnętrznych przeżyć pielgrzyma. Jesteśmy świadkami przemiany, która zachodzi w Andrzeju Kołaczkowskim-Bochenku, odnalezienia Boga po tak długim czasie deklarowanego ateizmu. Z pozoru błahe sprawy nabierają tu głębszego znaczenia jeśli się nad nimi zastanowimy. Już sam tytuł budzi wiele sprzeczności. Ktoś rozumiejąc go dosłownie stwierdzi, iż Kołaczkowski-Bochenek zniechęca wszystkich do pielgrzymki. Po przeczytaniu książki dostrzegamy znaczenie, które autor miał na myśli. Zniechęca on tylko część ludzi. Tę, która nie jest gotowa na zmianę swojego życia oraz sposobu myślenia.
„Nie idź tam człowieku” jest napisana lekkim, gawędziarskim językiem. Nie brakuje tu poczucia humoru i ciekawych anegdot, chociażby o Hiszpanach. W książce zawarte są również zdjęcia z pielgrzymki, między innymi krajobrazy. Jeśli usiądzie się do czytania, fabuła sprawia, że nie można się od niej oderwać.

Góra śpiących węży

Góra śpiących węży” to druga część cyklu książek o Zawrociu. Opisuje ona głównie losy dziedziczki Zawrocia – Matyldy, która próbuje rozwikłać tajemnice kryjące się w przeszłości jej rodziny. Chodzi tu przede wszystkim o śmierć ojca, o której nikt, nawet matka nie chce z nią rozmawiać. Wszelkie próby rozmowy kończą się zmianą tematu bądź unikaniem jakiejkolwiek odpowiedzi. Książkę, mimo iż dotyczy problemów rodzinnych, czyta się jak najlepszej klasy kryminał. Samego dworku w Zawrociu jest tu mało, bowiem Matylda podróżuje po kraju w poszukiwaniu rozwiązania. Akcja jest wartka, nie wszystko jest oczywiste już na początku. Postacie są wykreowane bardzo realistycznie, nie mają nic wspólnego z papierowymi nic nie wnoszącymi do treści marionetkami. Niektóre od razu wzbudzają naszą sympatię, natomiast do innych od początku pojawienia się w powieści żywimy szczerą niechęć. Styl pisania bardzo ułatwia czytanie, jeśli już zasiądzie się do czytania, bardzo trudno jest się oderwać. Nawet za cenę nieprzespanej nocy. Budowa książki również temu sprzyja – duża ilość rozdziałów i podrozdziałów sprawiają, że czyta się ją sprawnie. To jedna z najlepszych książek jakie kiedykolwiek miałam okazję przeczytać. Poza ciekawą fabułą Kowalewska porusza też problemy natury etycznej – samotności w świecie pełnym ludzi, tożsamości narodowej, chęci poczucia przynależności czy bezpieczeństwa. Z pewnością sięgnę po nią po raz drugi w wolnej chwili.

Recenzja książki "Kronos" W. Gombrowicza

Październik. Sieradz. PBP – DKK. Prowadzi Zofia (Anna?) O. Książka W.Gom. Nie zachwyca.

Kawa rozp.- herbata – ciastka. Nie jem. Zgaga.

Następne listopad, ma być M.Sz.

Czy taki mógłby być zapis naszego klubowego spotkania w dzienniku Gombrowicza?

 

Usiedliśmy i zaczęliśmy dyskusję, mając świadomość, że „Gombrowicz wielkim pisarzem był”. „Kronos” zapowiadano hucznie jeszcze przed wydaniem jako ostatnie dzieło twórcy „Ferdydurke”. O właśnie, do znajomości tej powieści wszyscy się przyznali, wiadomo, lektura szkolna. Poza tym już gorzej, owszem „Dzienniki”, jakaś sztuka obejrzana w telewizji, próby czytania „Trans-Atlantyku”, „Pornografii”.

 

Członkostwo DKK jednak zobowiązuje i wszyscy „Kronos” przeczytali, choć łatwe to nie było. Mnóstwo przypisów na każdej stronie, z latami trochę ich ubywało, powodowało odrywanie się od treści zasadniczych. A te treści? Otóż jest to często po prostu ciąg wyrazów – nazwiska, miejsca, przedmioty, choroby, leki. Pisarz próbował odtwarzać z pamięci wcześniejsze zdarzenia, bo zaczął pisać „Kronos” ok. 1953 roku.

Zapiski obejmują lata 1922 – 1939 (Polska), 1939 – 1963 (Argentyna) i 1963 – 1969 (Europa, głównie Francja).

 

Jaki obraz pisarza wyłania się z tych zapisków? Wydaje się, że, tak jak robi to w podsumowaniu każdego roku, ważne są dla niego finanse, zdrowie, sława, erotyka – w różnej kolejności. Te sprawy dominują. Gombrowicz skrupulatnie odnotowuje swoje dolegliwości, kuracje, leki. Spisuje kontakty erotyczne. Miłośnicy sensacji nie znajdą tu jednak nic poza suchym podaniem imion lub nawet częściej profesji partnerów czy też tylko ich płci.

Zlicza dokładnie finanse, wszystkie te stypendia, datki, pensje z Banco Polaco, wpływy ze sprzedaży książek, wystawień sztuk; wydatki na mieszkania, fajki, meble itp.

Zabiega o promocję swych książek, prowadzi ożywione kontakty listowne i telefoniczne z tymi, którzy propagują jego twórczość. Często się obraża.

 

Właściwie, czytając, ma się uczucie zaglądania Gombrowiczowi „pod kołdrę”, to intymne zapiski, których jednak nie zniszczył, a więc może, jak sam przyznał, kiedyś by je opublikował. Czy w takiej właśnie formie, bez cięć, jak zdecydowała o tym jego żona? Trudno powiedzieć.

 

Zastanowić się trzeba może nad tym, jaką korzyść ma z lektury „Kronosu” czytelnik. Znawca pisarza, autor posłowia Jerzy Jarzębski twierdzi, że na czas lektury czytelnik ma szansę utożsamienia się z „szukającym sensu swej egzystencji Gombrowiczem”.

Wśród klubowiczów dominował pogląd, że była to raczej próba zmierzenia się z niełatwym tekstem, bliższego poznania słabości pisarza, którego życie było trudne, a oczekiwana sława przychodziła wolno.

Podkreślanym walorem „Kronosu” są zdjęcia, i począwszy od okładki po następne, można patrząc na nie przyznać rację Gombrowiczowi, który w „Testamencie” stwierdził, że nie zaznał wieku średniego, a smak starości poczuł od razu po rozstaniu się z młodością.

 

Na koniec podeprę się autorytetem prof. Michała Głowińskiego. Powiedział on w jednym z wywiadów, że „Kronos” jest bezcenny dla biografów pisarza, ale nie należy się w nim doszukiwać głębi. Stwierdził nawet, że nie nadaje się za bardzo do czytania.

I jeszcze jedna refleksja, może, biorąc przykład z autora „Kosmosu”, przyjrzeć się własnemu życiu „jako chronologicznej serii zdarzeń” i np. uporządkować własne zapiski, jeśli się je prowadzi albo zacząć to robić.

Październik 2014. Już jesień, choć pogoda letnia. Skończyłam „Kronos”, recenzja dla DKK. Czytam K.T. Lewandowskiego. Kryminał retro. W środę S. Koper w bibliotece. Zdrowie w normie. A  może jednak powrót do Gombrowicza, przeczytałam, że ci, których uwiódł i przekonał, zaczynają widzieć świat inaczej. Warto by się przekonać.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

 

Zapach cedru

"Zapach cedru" na pewno nie jest książką łatwą. Z każdą stroną jest coraz mroczniejsza. Autorka w sposób nienachalny, ale jednak jednoznaczny opisuje zło, zło legnące się w "normalnych" ludziach. Zwyczajna rodzina, zbudowana na miłości. Jakub poznaje swoją żonę Materię, gdy ta ma 13 lat. Wbrew woli rodziców uciekają, by się pobrać. Ojciec wyrzeka się córki i odtąd dziewczyna nie może liczyć na swoich bliskich. Między małżonkami zaczyna się psuć, co daje początek lawinie zdarzeń niszczących ich rodzinę. Pedofilia, gwałt kazirodczy, prostytucja nieletniej, dzieciobójstwo, plugawe miejsca, krwawe sceny, homoseksualizm i odebranie dziecka matce z imieniem Boga na ustach. Książka ma niesamowity klimat, pełno w niej głosów duchów, daru uzdrawiania i "świętości" najmłodszej siostry. I choć historie w niej zawarte są przerażające, to jednak chce się ją przeczytać do końca. Trudny jest początek, trochę zniechęcający, ale warto przez niego przebrnąć, bo autorka stworzyła galerię postaci niesamowitych, niezwykle wyraźnych i prawdziwych. Dotknęła wielu problemów. Opisała uprzedzenia na tle religijnym i rasowym. Stworzyła sagę rodzinną, która wciąga czytelnika aż do ostatniej strony i nie daje o sobie zapomnieć nawet już po skończeniu książki. Na pewno wywoła ogromne wrażenie, czy to pozytywne czy to negatywne, ale nie pozostawi nikogo obojętnym. Lubię książki, które wywołują takie emocje. Polecam.

Recenzja książki "Bambino" Ingi Iwasiów

Recenzja książki Ingi Iwasiów „Bambino

            Bambino – pierwsze skojarzenie – lody i znany slogan reklamowy: „Lody Bambino jedz latem i zimą”. Kolejne skojarzenie – adapter z czasów PRL-u. I już jesteśmy w klimacie powieści Ingi Iwasiów – miejsce akcji, Szczecin i bar mleczny Bambino, czas akcji, lata powojenne (w retrospekcji wojna) do 1981 roku.

            Czworo głównych bohaterów spotyka się w Szczecinie, który tylko dla Uli jest miastem rodzinnym. Ona, jako Ulrika, tu się urodziła i wychowała, ale po wojnie jest tu obca. Marysia przyjechała z Kresów, Anna z Gorlic, a Janek z Wielkopolski. Każdy szuka swego miejsca w mieście, które, w co głęboko wierzą, stwarza wiele możliwości. Ula i Anna pracują w Bambino, gdzie poznają się i pokochają Marysia i Janek.

            Toczy się zwykłe codzienne życie opowiedziane przez Ingę Iwasiów językiem, w którym dominują równoważniki zdań, jedno-, dwuwyrazowe wypowiedzenia. Styl ten na początku sprawia pewien kłopot, co przyznali wszyscy klubowicze, jednak dość szybko się go akceptuje. Co najwyżej sięga się kilka kartek wstecz, by odnaleźć „nitki” przeplatających się losów bohaterów. Towarzyszą temu bardzo ciekawe i mądre refleksje na temat życia w wielokulturowym Szczecinie i nie tylko. Sporo tu przemyśleń o ludziach, uczuciach, historii. Piękny jest rozdział: „Więzi, nie na czasie” Obserwujemy życie bohaterów, którzy bardzo pragną „oswoić” dla siebie miasto, w którym się znaleźli.

Jednak przeszłość wciąż jest silnie obecna w ich życiu. Janek próbuje zetrzeć piętno bękarta i z nadzieją na lepszą przyszłość dla siebie i rodziny daje się uwieść propozycji pracy w UB. Jego żona Marysia chce zapomnieć o traumie dzieciństwa. Praca, małżeństwo, macierzyństwo – „to dla niej i Janka miało być życie”, „mieli mieć przyszłość”. Niestety nie udało się.

Dla Anny, starszej od nich o 10 lat, najważniejsze są wskazówki mamusi i stara się konsekwentnie wcielać je w życie, Raczej zimna, wyrachowana, nie budzi mojej sympatii. Co innego Ula, to najsympatyczniejsza postać, lgną do niej wszyscy. Opiekuńcza, udziela rad, matkuje Marysi i Jankowi, potem ich córce. Tylko dla siebie o nic nie walczy. Pozwala odejść Stefanowi, nie umacnia więzi z rodziną w Niemczech. Pisarka każe Uli twardo stąpać po ziemi, wykonywać swoje obowiązki, po prostu żyć i gdy trzeba „ścieśniać własne terytorium”.

Śledzimy losy bohaterów w kolejnych krótkich rozdziałach o znaczących dla akcji tytułach i datach. Unosi się nad nimi klimat PRL-u z szarzyzną i smutkiem, polityką gdzieś w tle. Inga Iwasiów, jak mówi w wywiadach nie jest zwolenniczką „płytkiego pocieszycielstwa”, uważa, że „dziedziczymy smutek, tylko staramy się go ukryć, zasłonić”.

Bambino” pokazuje taki właśnie świat, bez happy endu, jednak warto go poznać. To wartościowa powieść. Ci, których chcą poznać dalsze losy bohaterów, niech sięgną do książki „Ku słońcu”.

Wiesława Kruszek, DKK przy PBP w Sieradzu

Złote nietoperze

Czym są złote nietoperze? Złudzeniem, czymś co nie istnieje. Tak, jak świat głównej bohaterki książki Grażyny Jeromin-Gałuszki. Matylda spędza swoje dzieciństwo w domu dziecka, ponieważ matka porzuca ją zaraz po urodzeniu. Kiedy dorasta zabiera ją do siebie wyplatacz koszy – Mateusz. Twierdzi, że akurat zdechł mu pies, a on potrzebuje kogoś do pilnowania domu. To bardzo małomówny mężczyzna, nie jest nawet skory do spędzania czasu wspólnie z Matyldą. Nie przeszkadza jej to jednak. Uprawia rolę, hoduje kury, krowę i gęś, na wsi, w nieco ascetycznych warunkach odnajduje prawdziwe szczęście. Niestety kiedy wszystko zaczyna się układać, los często potrafi płatać figle. Mateusz umiera, a do posiadłości sprowadza się jego była żona – Lora, która jest zupełnym przeciwieństwem Maryli. To wymalowana, elegancka, wyniosła kobieta. Nie budzi sympatii Maryli, która zwykła ubierać się w za duże męskie koszule, nie malować się i żyć skromnie. Kobiety otwarcie okazują sobie niechęć. Niejednokrotnie Lora otrzymuje groźby śmierci pod swoim adresem. Z czasem jednak obie panie przyjmują wspólny front, bowiem okazuje się, iż Mateusz miał swoją mroczną tajemnicę, o której żadna z nich nie wiedziała, pomimo lat, jakie z nim spędziły.
Grażyna-Jeromin Gałuszka napisała wspaniałą lekturę na długie, jesienne wieczory. Można w niej odkryć wątki zarówno kryminalne, społeczne, jak i miłosne. Wszystko pojawia się w wyważonych proporcjach, żaden z nich nie dominuje na tyle, aby zanudzać czytelnika. Jedynym minusem jest to, iż w książce zawarte są zdjęcia, co nie pozwala na subiektywną wizualizację bohaterek.

Dym się rozwiewa

Jacek Milewski, współzałożyciel i dyrektor jedynej w Polsce szkoły dla dzieci romskich, działającej od 1993r.  w Suwałkach. Autor publikacji i reportaży poświęconych przede wszystkim tematyce cygańskiej. Jako znawca kultury cygańskiej i traktowany przez tę społeczność jak swój, napisał książkę, którą chciał obalić stereotypy jakimi myślimy o Cyganach. Pokazał ich codzienne życie, zwyczaje, troski i filozofię. Nie ujawnił wszystkiego co wie, bo tak jak Papusza, byłby wyklęty za to, że "zdradził". To zamknięta społeczność, która chroni swoje tajemnice. Milewski występuje raz w roli bohatera opowieści, raz w roli narratora, a czasem zupełnie oddaje głos Cyganom. Ciekawym zabiegiem jest umieszczenie pamiętnika 10-letniego chłopca, który na naszych oczach coraz lepiej pisze po polsku i rozkwita wiedzą. Wszystkie te opowieści mimo swej fragmentaryczności, są niezwykle barwne, "żywe", nasycone emocjami. Sprawnie napisane nie nużą i choć żadnej nowej wiedzy o Cyganach nie wnoszą, to warto zanurzyć się w ten świat i poznać bohaterów Jacka Milewskiego.

"Do ciepłych krajów"

Paweł Wróblewski to człowiek mający ogromne samozaparcie, wytrzymałość fizyczną oraz cechę, którą chciałby posiadać chyba każdy z nas – nie boi się spełniania własnych marzeń. Postanowił przemierzyć samotnie Afrykę na rowerze i dokonał tego. Mimo wielu niepowodzeń, przykrych sytuacji i nieprzewidzianych kłód, które „spadały mu pod koła” nie poddał się i osiągnął swój cel. Właśnie o tej podróży opowiada książka „Do ciepłych krajów” jego autorstwa. Jest to lekka, lecz interesująca lektura podróżnicza dla wszystkich, którzy marzą o dalekich wyprawach, ale z jakichś względów (materialnych czy osobistych) nie mogą urzeczywistnić swoich planów. Spoglądając na okładkę nie spodziewałam się niczego szczególnego, jednak lektura pozytywnie mnie zaskoczyła. Jedynym minusem jest brak zdjęć, jednak opisy są tak realistyczne, że rekompensują to w zupełności. Czytając ją miałam wrażenie, że sama jadę rowerem przez „Czarny Ląd” – zmartwienia, problemy i troski bohatera mocno pobudzają wyobraźnię. A przecież właśnie o to w książkach chodzi, abyśmy mogli zbudować swój subiektywny obraz sytuacji. Książkę polecam gorąco, szczególnie na zimowe wieczory, kiedy pozostaje nam rozgrzać się wyobraźnią.

Recenzja książki "Europejka" Manueli Gretkowskiej

Minęło 10 lat od naszego wejścia do Unii Europejskiej. Dziennik Gretkowskiej zawiera zapiski z kilkunastu miesięcy poprzedzających to wydarzenie. Oczywiście jej komentarze do aktualnych spraw polityczno – społecznych to tylko część książki. Dużo miejsca poświęca swemu życiu rodzinnemu, pisze o macierzyństwie, kupowaniu domu, samochodu. Wiele jest refleksji na temat mediów, literatury, muzyki. Ot, takie zwykłe sprawy widziane oczyma pisarki, która często jest określana jako skandalistka. Tym słowem otwiera „Europejkę”, dodając zaraz, że przecież „tak dba o normalność siebie i rzeczy”.

 

Faktycznie, gdy czyta się jej książkę, nie widać, by unosiła się nad nią atmosfera skandalu. Już fotografia na okładce przedstawia stateczną rodzinę w strojach sprzed lat, zapiętą na ostatni guzik. Owszem, będzie też o sprawach intymnych, będą dosadne, a nawet wulgarne wyrazy, ale skandalistka? Ależ skąd, troskliwa matka dość absorbującego dziecka, dająca sobie co jakiś czas wolne na kino, ulubione sushi, pogaduszki z przyjaciółką czy wyciszenie w kościele.

 

Komentarze Gretkowskiej są barwne i dowcipne, włącza też ładne metafory. Mnie najbardziej podoba się ta o herbacie: „wywar z czasu: trzy, pięć minut nasiąkniętych wiecznością”.

Czyta się „Europejkę” bardzo dobrze, bawiąc się, a niekiedy irytując. Pisarka np. często przywołuje w swych zapiskach Muńka Staszczyka, uważając, że jest wciąż obecny w mediach. Wypomina mu „przerośniętą chłopaczkowatość”, która ją drażni w „muńkowatości”. Uwzięła się na niego?

 

Krytycznie ocenia Polskę i Polaków. Uważa swoich rodaków za trochę niedouczonych. W sumie, kiedy widzę, jakich autorów Gretkowska czyta, zaczynam mieć kompleksy: Catherine Millet, Loyola, Ken Wilber, Newton, Houellebecq. Mam się poczuć niedouczona?

 

Zastanawiam się, czy pisarka jest szczera w swym dzienniku, a może po prostu kreuje siebie. Wydaje mi się, że tej kreacji jest chyba więcej.

Zatem po 10.latach w Unii to już na pewno „Europejka” nie „Polka”.

Cesarz Ryszard Kapuściński DKK Rawa Maz.

Cesarz
Ryszard Kapuściński
Czytelnik Warszawa 1982

Wrześniową lekturą w moi  oddziale DKK  był Cesarz pióra Ryszarda Kapuścińskiego, zwanego nomen omen cesarzem reportażu. Dobrze się stało, gdyż gdyby nie DKK, sam raczej bym po tę książkę nie sięgnął. Nie z powodu nieznajomości autora, ale raczej z powodu zbyt dużej podaży książek wartych poznania w stosunku do ilości czasu, którym dysponuję.

Ryszard Kapuściński (1932-2007) polski reportażysta, publicysta, poeta i fotograf, całkowicie zasłużył swym dorobkiem na zaszczytny, wspomniany wyżej przydomek. O wielkości jego pióra świadczy chociażby to, że obok Stanisława Lema jest chyba najczęściej tłumaczonym na języki obce z naszych pisarzy. Niektórzy zarzucają mu, iż współpracował z tajnymi służbami PRL, ale nie miejsce tutaj na takie bzdury. Temat realiów świata demoludów jest skomplikowany, i można o nim długo, a nawet trzeba długo, jeśli nie ma być tylko propagandowym odmóżdżaniem, ale dotyczy co najwyżej oceny człowieka. Mieszanie tej problematyki z oceną twórczości jest, delikatnie mówiąc, infantylne. To tak, jakby oceniać doskonałość konstrukcji samochodu czy piękno rzeźby przez pryzmat poglądów politycznych ich twórcy. Jest to co najmniej nielogiczne. Albo konstrukcja jest udana, albo nie. Albo rzeźba zachwyca, albo nie. Podobnie z literaturą.

Do Cesarza podszedłem niczym tabula rasa. Nie pamiętając już nawet co i kiedy było moim ostatnim czytelniczym spotkaniem z Kapuścińskim, bez dowiadywania się, o kogo chodzi w tej książce; kim jest tytułowy Cesarz i jakie zebrała ona po pierwszej publikacji (1978) recenzje. Potem, po skończonej lekturze, doczytałem, iż właśnie ten reportaż, bo to jednak reportaż, choć unikalny w formie, pozwolił Ryszardowi Kapuścińskiemu zabłysnąć w literaturze faktu na skalę międzynarodową; był to jego pierwszy naprawdę wielki sukces doceniony już przez współczesnych. To jednak tylko taka dygresja. Wróćmy do początku.

Od pierwszych stron dowiadujemy się wszystkiego; Cesarz to Haile Selassie I, władca Etiopii w latach 1930 – 1974 (zm. w 1975). Historia, o jakiej książka opowiada, to specyfika jego panowania ze szczególnym naciskiem na okres ostatni i czas upadku (w wyniku prokomunistycznego puczu wojskowego kierowanego przez Mengystu Hajle Marjama). Temat teoretycznie ciężki, jednak od samego początku poznać pióro Mistrza. Rzecz, która w innym wydaniu byłaby przygnębiająca, czyta się lekko, niczym komedię, groteskę lub bajkę. Gdyby zmienić nazwiska, nazwy i daty, równie dobrze mogłaby to być powieść science fiction, baśń lub klasyczna tragedia, antyutopia czy cokolwiek innego. Kapuściński ubrał całość w formę zbioru luźnych opowieści; wspomnień osób z personelu nieistniejącego już Pałacu, połączonych ze sobą tylko osobami dwóch cesarzy. Cesarza bohatera tych przypowieści, czasami nieledwie anegdot, oraz cesarza reportażu, który ich wysłuchał i zapisał słowa o świecie, który przeminął. Zapisał pięknie, miejscami wierszowaną prozą, pięknym zaiste stylem. Niektórym ten język wydaje się sztuczny, ale w moim odczuciu ten zabieg, celowy i przemyślany, dodaje autentyzmu. Wspominają o tym zresztą ci, którzy wypełnili książkę treścią, czyli niedobitki minionego ustroju, którzy cudem uniknęli więzienia i śmierci podczas politycznej zmiany warty. W swych opowieściach niejednokrotnie wspominają, iż Pałac wywoływał natychmiastową zmianę w zachowaniu, wyglądzie, a pewnie i wysławianiu się osoby, która doń wstępowała. Uważny obserwator widzi to i w naszych czasach, i w naszych realiach. Księdza czy polityka z niektórych kręgów można bez pudła poznać po sposobie mówienia, po rytmie i intonacji, po melodii jego języka i specyficznych formach, których używa. To właśnie, oddanie klimatu i, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, piętna kultury korporacyjnej, , udało Kapuścińskiemu udało się po mistrzowsku.

Cesarstwo Haile Selassie upadło. Przeminęły i rządy tych, którzy mu władzę odebrali. Ustrój, w którym żył i tworzył Kapuściński też już nie istnieje. Wszystko przemija, a książka ta budzi w czytelniku nie mniej żywy odzew niż w roku 1978. Dlaczego?

Cesarz to opowieść o władzy. Wydawać się nam może groteskowy, jego świat okrutny, a rozstrzygnięcia decydentów idiotyczne. Do czasu jednak, aż spojrzymy dookoła i skonstatujemy, iż biorąc pod uwagę nasze realia, położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne i ekonomiczne, być może jesteśmy świadkami i uczestnikami jeszcze większej degrengolady niż ta, która poprzedziła upadek Cesarstwa Etiopii. Łatwo zobaczyć, że mechanizmy sprawowania władzy pokazane w Cesarzu, niczym w krzywym zwierciadle, są ponadczasowe, podobnie jak obojętność tych na górze wobec problemów tych na dole. To samo było w Cesarstwie Rzymskim, to samo w IVRP. Oczywiście entourage się zmienia, ale szkielet i maszyneria, która wprawia go w ruch, pozostają wciąż, od tysiącleci, te same. Nie zmienił tego ani Jezus, ani Stalin. Nie dała temu rady żadna rewolucja. Jedyna szansa być może w ewolucji, w czymś na wzór szwedzki, ale jak mawiał Lenin, warunkiem tej drogi jest bogactwo, więc dla większości jest zamknięta. I choć Kapuściński tak daleko nie sięga, a może właśnie dlatego, że powstrzymuje się od wszelkich ocen i komentarzy pozwalając opowiadać swym rozmówcom tak, jak oni wszystko widzą lub chcą widzieć, książka absolutnie się nie zestarzała. Wręcz przeciwnie. Każda mijająca epoka, która tak naprawdę niczego nie zmieniła z wyjątkiem zmiany lukru na wielkim torcie zwanym władzą, dodaje Cesarzowi nowej aktualności i większej autentyczności. Jest to też opowieść o istocie natury ludzkiej, którą dużo trudniej zmienić na lepsze niż ustrój, o tym co przemija, i o tym, co zmienić jest prawie niemożliwym. Książka, która każdemu daje do myślenia i która nikogo nie pozostawi bez reakcji. I choć refleksje na pewno są różne, a może właśnie dlatego absolutnie i zdecydowanie polecam

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

Zabić drozda Nelle Harper Lee DKK Rawa Maz.


Zabić drozda
Nelle Harper Lee
Gdybym wcześniej przeczytał jakąś recenzję powieści Zabić drozda, jedynej książki, jaką wydała Amerykanka Harper Lee, pewnie nieprędko bym po nią sięgnął. Gdybym przeczytał dwie, musiałbym przeczytać więcej, a wtedy sam nie wiem, gdyż każda mówi jakby o innej książce. Na szczęście kiedyś Skoda, chwała wieczna jej za to, zasponsorowała konkurs czytelniczy w serwisie LubimyCzytać.pl i wybór dzieł, które wytypowano do oceniania oraz recenzowania w ramach owego współzawodnictwa, stał na naprawdę wysokim poziomie. Był to po prostu niezwykle udany zestaw must read. Wspomniana amerykańska autorka ze swoim dziełem też się znalazła w owym zestawieniu i choć nie przeczytałem Zabić drozda w ramach wspomnianego wyzwania, gdyż nie lubię czytać na zamówienie i na czas, o ornitologicznym tytule nie zapomniałem.

Czy można opublikować tylko jedną powieść w życiu i stanąć od razu, a zarazem na zawsze, w gronie najlepszych piór świata? Można. Jak w dawnej maksymie życiowej, o której już teraz mało kto pamięta: rób raz, a dobrze. Buduj i pisz tak, jakbyś miał żyć wiecznie, żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Pani Nelle Harper Lee wydała tylko jedną powieść, i przyniosła jej ona nie tylko sławę, Nagrodę Pulitzera i Prezydencki Medal Wolności oraz wiele innych honorów, ale przede wszystkim wieczne miejsce w historii literatury i sercach czytelników, którego zazdrościć jej mogą nawet laureaci Literackiej Nagrody Nobla. Kim jest ta skromna pani, obecnie już starowinka, która w 1960 roku stworzyła dzieło, które dziś rzuciło mnie na kolana, podobnie jak wielu innych przed mną, i która przez swą skromność i postawę jawi nam się trochę jak ktoś z nie tego świata?

Nelle Harper Lee urodziła się w 1926 roku. Dorastała w zapadłej dziurze na Białym Południu jako najmłodsza córka wydawcy lokalnej gazety, który był jednocześnie miejscowym prawnikiem i praktykował w latach od 1926 do 1938. Oczywiście byli Białymi. Zanim jej ojciec został formalnie przyjęty do palestry, bronił dwóch Czarnych, ojca i syna, oskarżonych o zabójstwo białego sklepikarza, ale obaj zostali skazani i powieszeni. Lee od najmłodszych lat była pożeraczem książek, a jej najlepszym przyjacielem od lat dziecięcych był sąsiad, młody Truman Capote (Truman Streckfus Persons), który wyrósł na znanego amerykańskiego pisarza. W przeciwieństwie do swej koleżanki z podwórka tworzył wiele.

Znając już choćby ten pobieżny początek biografii naszej pisarki nietrudno się domyślić, iż choć fabuła powieści Zabić drozda jest fikcyjna, zawiera w sobie wiele wątków autobiograficznych i obrazów z dzieciństwa autorki. Główną postacią opowieści jest ośmioletnia Smyk* Jean Louise Finch, prawdziwa chłopczyca, młodsza siostra Jeremy’ego Atticusa Fincha zwanego Jem. Są półsierotami wychowywanymi przez ojca Atticusa Fincha, który jest białym prawnikiem, oraz czarną nianię. W małym, nieco zabitym dechami, miasteczku lat trzydziestych problemy rasowe wydają się uśpione. Nie ma tam Klanu, nie ma zbuntowanych Czarnuchów i każdy zna swoje miejsce. Do czasu, aż jeden z Czarnych zostaje oskarżony o zgwałcenie Białej. Miejscowy sędzia na obrońcę z urzędu wyznacza Atticusa. Łatwo przewidzieć, iż sprawy zaraz zaczną się komplikować i nic już nie będzie takie jak było. Co jednak się będzie działo, tradycyjnie Wam nie zdradzę.

Na podstawie powieści w 1962 roku w reżyserii Roberta Mulligana nakręcono film fabularny pod tym samym tytułem z Gregorym Peckiem w roli Atticusa. Film został uhonorowany trzema Oscarmi i trzema Złotymi Globami. Obraz ten, podobnie jak wiele recenzji samej powieści, koncentruje się głównie na temacie początków walki z rasizmem na amerykańskim Południu. Jest to tylko jednak jeden z aspektów, które nadały książce tak wielką rangę w historii literatury i tak wyjątkowe znaczenie według mojej własnej oceny.

Są powieści świetne, są powieści rewelacyjne, są też prawdziwe dzieła. Jedne się zestarzeją i z upływem czasu przestaną przemawiać do czytelników, inne zachowają swą świeżość, swą moc poruszania serc i umysłów na wieki. Te ostatnie to arcydzieła. Obawiam się używać tego słowa, podchodzę do niego niczym pies do jeża. W tym jednak przypadku nie mam innego wyjścia. To jest arcydzieło w pełnym i najpoważniejszym znaczeniu tego słowa.

Powieść Harper Lee jest o rasistowskim południu Stanów. I jest o rasizmie w USA. O walce z nim też jest. Choć temat ten jest wciąż aktualny, i pewnie będzie zawsze na czasie, gdyż wiele narodów w każdej epoce ma swych Czarnuchów, tylko ich nazwy się zmieniają. Jest to jednak również pięknie odmalowany obraz lat trzydziestych na prowincji południa USA. Plastyczny, żywy, jak wspomnienia autorki, którymi przecież jest w istocie ta książka. Mamy też płaszczyznę kryminalną i sądową, owo zgwałcenie, oskarżenie, i to wszystko co z nich wynikło, a czego zdradzać nie będę, gdyż rozwój owych konarów wyrastających z pnia głównego przestępstwa jest całkiem odmienny od tego, czego się możemy spodziewać, a samo zakończenie owych wątków w pełni zaskakujące, niczym w świetnym kryminale. Można widzieć tu powieść obyczajową, gdyż rzeczywiście, tło i zwyczaje społeczne ukazane zostały z niezwykłym mistrzostwem, a postacie, którymi zaludniony jest świat tej powieści to prawdziwy popis przekonujących, dynamicznych i wyrazistych charakterów. Mamy jeszcze kilka innych, znaczących wątków, splecionych ze sobą, jak choćby tajemnica Artura "Boo" Radleya ukrywającego się przed światem w sąsiednim domostwie. Każdy ma znaczenie, każdy ma swą rolę w całości i nierozerwalnie jest z nią połączony. O czym więc jest ta historia?

O ludziach, i o życiu. O rodzinie i miłości. O tym, czym się różni człowiek od motłochu i o tym również, że motłoch składa się z ludzi. Tak naprawdę nie jest to powieść o latach trzydziestych, rasizmie i Ameryce. Wystarczy zmienić nazwiska, kraj i czasy, byśmy zobaczyli to, co odgrywa się wszędzie i zawsze. To przede wszystkim opowieść o odwadze. Nie tej głupiej, której może doznać nawet największy debil pod wpływem strachu lub propagandy, zwłaszcza gdy ma karabin w ręku i nie myśli o tym, iż za chwilę może skończyć jako kukła bez rąk i nóg, ale tej prawdziwej, która w imię wyznawanych wartości i samego człowieczeństwa wymaga, by stanąć do walki z góry skazanej na przegraną. By dzień po dniu, z tą świadomością, że konsekwencje trzeba będzie ponosić do końca życia, robić NAPRAWDĘ to, co się uważa za słuszne i prawe, za warunek bycia dalej porządnym człowiekiem w swoich własnych oczach, nawet bycia człowiekiem w ogóle. Tak jak Atticus NAPRAWDĘ bronił oskarżonego o gwałt Murzyna, choć wiedział, że wygrać nie może, a stanąć będzie musiał przeciwko całej społeczności. Właśnie. Czy na pewno całej? A może robił to dla swoich dzieci i tych wszystkich, których głosy ginęły w powszechnym wołaniu, by powiesić Czarnucha, ale jednak gdzieś tam byli i robili co mogli, choć nic zrobić nie było w ich mocy? Warto podkreślić, iż w przeciwieństwie do wielu innych zawodowych obrońców uciśnionych; goniących za chwałą lub pieniędzmi; prawników, polityków i duchownych, Finch nie zgłosił się sam do sprawy, która jest osią fabuły. Został do niej wyznaczony przez miejscowego sędziego jako obrońca z urzędu i choć wie, że wygrać nie może, zamierza nie tylko wypełnić formalny obowiązek, ale wypełnić go NAPRAWDĘ; zrobić wszystko, by spróbować osiągnąć niemożliwe. Dla oskarżonego, dla swych dzieci, dla samego siebie i swego sumienia, dla wszystkich, nawet tych, którzy go za to znienawidzą.

„Zabić drozda to największy grzech" – zdanie klucz do całej powieści. Dlaczego? Przeczytajcie sami. Odpowiedź poznacie w trakcie lektury niezwykłej, również z tego powodu, iż narratorem jest ośmioletnia Smyk. Mówi ustami dorosłej kobiety, która wspomina siebie sprzed lat, ale zarazem pamięta dokładnie jak wtedy czuła, jak mówiła, co rozumiała i w jaki sposób, która pamięta siebie samą wtedy. Niesamowity zabieg, który się pisarce udał z niezwykłym wyczuciem, bez śladu fałszu czy sztuczności.

Nie wiem na jakim poziomie są inne tłumaczenia i wydania, ale to, które miałem przyjemność poznać, mogę polecić, mimo kilku wpadek. Drozd na okładce, to nie żaden drozd, tylko kwiczoł. Też z drozdowatych, ale to tak, jakby nie odróżnić rudzika od kopciuszka lub kosa. Skąd ten błąd nie mam pojęcia. Jest też w samym tekście kilka omyłek różnych rodzajów, ale nie wpływają one znacząco na odbiór tej wspaniałej książki. Mądrej, pięknej, prawdziwie wychowawczej. Zwykle nie używam takich określeń, gdyż wydają mi się zbyt górnolotne, a teraz mam wręcz wrażenie, iż nie oddają w pełni wagi tego dzieła. Moim zdaniem jest to lektura, jakiej potrzebuje nasze społeczeństwo i nasze czasy. Każde społeczeństwo i każde czasy, jeśli nie chcemy by motłoch nadawał ton ludziom.

Co nam z lektur, które propagują walkę zbrojną w czasach, gdy nie ma z kim walczyć? Do kogo strzelać? Jak umierać i za co? Wymordować tych, którzy myślą inaczej, jak nawołują hasła na koszulkach „patriotów”? Zabić drozda pokazuje jak żyć, a to wbrew pozorom jest chyba najtrudniejsze, jeśli chcemy pozostać porządnymi ludźmi, gdyż to walka, której końca nie ma, i w której konsekwencje podejmowanych decyzji będą nas dotykać do końca naszej drogi na tym świecie. To walka najtrudniejsza, gdyż tych porządnych zawsze jest zbyt mało, a ostatnio u nas chyba wyjątkowy ich deficyt. Nomen omen – w Polsce centralnej do drozdów strzela się jak do wściekłych psów. Przypadek to, czy złośliwy chichot Pana Boga?

Jeszcze raz zachęcam do lektury i podkreślam, iż jest to jedna z najwartościowszych, najbardziej godnych polecenia książek jakie dotąd miałem w ręku. Przy tym czyta się ją z przyjemnością tak wielką, że aż nieprzyzwoitą w zestawieniu z powagą i wagą przemyśleń, które wywołuje

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi