Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Zbigniew Mentzel Wszystkie języki świata

Zbigniew Mentzel wyzwala już w samym tytule książki Wszystkie języki  świata pytanie „jakież to cechy języka sprawiają, że można nimi objąć wspólną klamrą w s z y s t k i e  języki”. Odpowiedź na dręczące go pytanie, dlaczego nie mówi językami obcymi, znajduje główny bohater powieści Hintz we śnie. Warunkiem opanowania języka – mówi postać ze snu – jest uświadomienie sobie istoty własnego „ja”, następnie dla jego wyrażenia szukać odpowiednich środków wyrazu. Zbigniew Hintz dochodzi zatem do wniosku, że (tu odzywa się temperament filozofa języka i  pisarza) warunkiem zaistnienia języka jest zdolność i odwaga mówienia o sobie. Na pytanie, co ma mówić, widziana we śnie kobieta, mężczyzna, nie wiadomo, odpowiada: Mów, co chcesz. Ale mów prawdę. Nie bój się. Nie wstydź.

Taki jest podtekst i sens warstwy fabularnej powieści. Wydaje się, że autor ma już pewną świadomość kierunku, w jakim powinna postępować powieść. Fabuła jest nader nieskomplikowana. Autor opowiada jeden dzień z życia głównego bohatera, dziesięć lat po zakończeniu komunizmu, w którym to wydobywa wiele wspomnień z przeszłości w porządku chronologicznym, ale jednocześnie porządek ten bywa niekiedy łamany. Podmiot narracji maluje krytyczny obraz własnych relacji z rodzicami, kreśli panoramę zdarzeń lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ujawnia wewnętrzny rezonans na fundamentalne pytania metafizyczne (poszukiwanie sensu życia, przypomnienie sobie opowieści o Wieży Babel), opuszcza erudycyjną sondę w obszar zagadnień o charakterze filozoficzno-językowym.  Na tej płaszczyźnie powraca heideggerowskie pytanie, czy my ludzie, zarówno w wymiarze indywidualnym jak i zbiorowym, potrafimy jeszcze mówić: A ja się zastanawiam, co my, naród, zrobiliśmy z darem mowy. Już nie obcymi językami, ale swoim własnym. Skończyła się, nasza mowa (…) Jesteśmy jak (…) Gadatliwe niemowy (…).Dla Zbigniewa Hintza, umysłu analitycznego,  życiowe dictum brzmiało: być wolnym jak albatros biały z wiersza Baudelaire’a, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko. Dziś pochwycony przez załogę okrętu, czuje się osaczony, niezdarny, zhańbiony głęboko. O dziwo, nikt inny, jak jego własna matka recytuje ten wiersz. Radykalizując swą logikę pragnie stworzyć synowi niebiańską przyszłość, p r a w d z i w ą  karierę, z początku na całą Polskę, a potem na cały świat. Jej syna nie fascynuje proponowany przez matkę paradygmat egzystencjalny. Albowiem przyjęcie go byłoby dla Hintza kalectwem, spędzony na ziemię i szczuty co kroku, jak albatros Baudelaire’a, czułby się zhańbiony.

Z obawy przed oportunizmem, czy z lęku przed utratą swojego „Ja” Zbigniew Hintz  próbuje dokonać rewizji swojej tożsamości, przyjrzeć się sobie z możliwie największą obiektywnością. W tym celu robi inwentarz swoich myśli. Wymieniając je, wślizguje się do przedsionka własnego języka, który w zamęcie codzienności jest niezauważalny. Wyznanie Hintza, że swoje myśli usłyszeć można dopiero w ogłuszającej ciszy, z dala od zgiełku codziennej komunikacji, wyzwala u czytelnika poczucie wysokich wymagań. Niezbędnym warunkiem poznania samego siebie (i samodoskonalenia się) jest dar przezwyciężania odległych doświadczeń, odległych myśli i związanego z nimi obcego języka. Obcego dlatego, że nie wyraża indywidualnych przeżyć mówiącego podmiotu. Albowiem: naszą wrażliwość poznawczą i duchową kształtują nasze własne doznania życiowe. Przekonanie to osiąga swój wyraz w poincie motta powieści:

 

Życie i śmierć są w mocy języka.

Kto go umiłuje, spożyje owoc jego.

                       Księga Przypowieści 18, 21

 

To upomnienie się owyrażanie własnych doświadczeń i myślidyskwalifikuje tradycyjną,  „martwą” metodę uczenia się języków obcych z podręcznika. Zbyszko uczył się angielskiego z Alexandra, lecz w rozmowie z Amerykanką w Londynie odczuł marność swoich umiejętności. Dopiero zachęcony przez nią do mówienia wszystkiego o sobie, co robi, coś o pracy, o życiu, o swoim kraju etc., udaje mu się pochwycić, przywołać i ożywić to, co w podręcznikowym języku było martwe i zaginione.  Przeszkodą komunikacji nie była, jak się okazuje, nikła znajomość języka angielskiego, lecz brak umiejętności mówienia o sobie w ogóle, mówienia nawet w języku ojczystym. By przełamać tę przeszkodę Zbyszko czuje się wezwany do „mówienia wprost”, po polsku, o swoim ojcu, jego pracy w szpitalu w warunkach komunistycznych, o swojej matce, jej pochodzeniu i wygórowanych ambicjach wobec syna, o swoich lękach, zdziwiony, że rzeka słów znalazła sobie we mnie ujście. Nie dziwią zatem słowa Hintza wobec filozoficzno-językowej deklaracji: Mówiłem językiem ojczystym, a jednak jakbym mówił wszystkimi językami świata. Mówienie staje się dla Hintza wspaniałe. Lecz jest wspaniałe wówczas dopiero, i zrozumiałe dla wszystkich, gdy zrywa się z ograniczeń martwego języka, gdy pozwala wyrazić siebie, swą niepowtarzalną inność, która się odkrywa w samym sobie poddawanym ciągłej tresurze świata zewnętrznego.

Myślę, że powieść Mentzla jest pozycją ważną wśród  wszystkich, których fascynuje ucieczka od truizmu i komunału, głód walki o zachowanie tożsamości. To prawdziwa lekcja czytania literatury słusznie zakładającego, że dzieło artystyczne ma stawiać pytania: Dlaczego? Dlaczego Zbigniew Hintz dokonał wyboru, porzucając marzenia matki (przestając być źródłem jej zwyczajnej pociechy) na rzecz literatury? Dlaczego wykazał się odwagą i nie dał się bezwolnie nieść fali, nie był bierny, bezradny i tchórzliwy? Być może dlatego, że Wszystkie języki świata jest powieścią o potrzebie czujności lub – inaczej – gotowości, w jaką uzbroić się musi człowiek, jeżeli pragnie być w zgodzie z samym sobą.

Recenzja książki "Grace Kelly" DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka pt.” Grace Kelly” autorstwa Wendy Leigh jest niezwykłym cyklem opisu życia pięknej amerykańskiej księżniczki. Autorka starała się przekazać  nam jak najwięcej tajemniczych szczegółów z życia tej gwiazdy. Grace nie żyła długo ale życie jej było bardzo burzliwe. Bardzo kochała swoje ciało i nie wstydziła się go pokazywać, co było przyczyną późniejszych jej zdrad z innymi mężczyznami. Uwielbiała ona bowiem być adorowana przez cały świat, w jej charakterze było ziarnko pychy co też bardzo uwidaczniała. W dzieciństwie była ona niekochana przez swego  ojca Jacka, nie ukrywał on bowiem swej niechęci do najmłodszej ze swych dzieci. To było również przyczyną charakteru jaki kształtował się w młodocianej wówczas wtedy Grace. Subtelna i delikatna dziewczyna nie mogła znieść faworyzowania ojca do starszej siostry Jej charakter przez to uwidaczniał się w późniejszych latach i nabierał szalonego rozpędu z czym mogły się potem wiązać różne problemy jej osobliwości. Rzadko kiedy podkreśla się jak wielką cenę zapłaciła aktorka za osiąganie swoich życiowych celów: wielka sława, piękne stroje oraz bajkowy ślub z księciem Rainierem Grimaldim. Życie Grace nie było usłane różami, choć po części było też spowodowane przez samą aktorkę.Grace bardzo lubiła swoją nagość i pokazywała ją świeżo poznanym mężczyzną, swoją cnotę straciła z mężem najlepszej przyjaciółki bardzo lubiła kontakty seksualne z żonatymi mężczyznami. Te cechy po części odziedziczyła po swym ojcu, który bardzo lubił towarzystwo innych kobiet.Pierwszy raz publicznie wystąpiła ona podczas kampanii swojego ojca na burmistrza Filadelfii. Została ona dostrzeżona przez odpowiednich ludzi na właściwych stanowiskach i jej kariera nabrała nieodwracalnie przyspieszonego tempa.Miała kilku przyjaciół min. Avę Gardner i Gretę Garbo, romansowała z Frankiem Sinatrą, kochała nieodwzajemnioną miłością Clarka Gable a. Była niezwykle przesądną kobietą  i często czytała horoskopy, często obdarowywała swoich znajomych przeterminowanymi czekoladkami i mydłem, które sama dostała kilka miesięcy wcześniej. Najsmutniejszy okres życia Gres można przypisać do małżeństwa z następcą tronu Monako, dużo czasu spędzała wtedy w  samotności. Ślub był wyreżyserowany na potrzeby publiki. Było to małżeństwo dla prestiżu, rodzina Kelly opłaciła to kwotą 2 milionów dolarów, a książęca dynastia zyskała zastrzyk dużej kasy i reklamę samego kraju.Tak naprawdę książę nie był największą miłością życia Grace, tak samo jest w przypadku młodego Grimaldiego. Książe kochał się w Marylin Monroe, zaś sama Kelly utrzymywała intymne kontakty z innymi mężczyznami. Grace bardzo często spędzała czas w samotności tęskniąc za amerykańskim stylem życia i wracając do wspomnień blichtru. Jej pozycja została okupiona ogromną ceną. Do końca życia pozostała nieszczęśliwa.

 

Recenzja książki "Najdroższa" Wandy Żółcińskiej

Recenzja powieści „Najdroższa” Wandy Żółcińskiej

Bardzo nam się podobało, prawda, najdroższa? Tak mogłaby powiedzieć główna bohaterka debiutanckiej powieści Wandy Żółcińskiej, która zwraca się do… właśnie, do kogo? Kim jest najdroższa? Dlaczego Sonia (imię to pojawia się dopiero na przedostatniej stronie książki) szuka u niej akceptacji swych decyzji i wyborów?

Czy jest tak bardzo samotna i rozmawia ze sobą? A może to echa przeżyć z dzieciństwa? Dlaczego o matce bohaterka mówi „Ona”? O co chodzi w liście napisanym przez matkę?

Po lekturze powieści mam wiele pytań, pomimo że przeczytałam ją dwukrotnie. Nie ma w niej chyba oczywistych odpowiedzi. Przyznam, że mnie właśnie to bardzo się w „Najdroższej” podoba. Ta nieprzewidywalność akcji, nieoczywistość postępowania głównej bohaterki, to jej rozedrganie wewnętrzne, niemożność podjęcia pewnych decyzji.

Autorka w jednym z wywiadów określiła Sonię jako osobę neurotyczną, skoncentrowaną na sobie, skłonną do wyolbrzymiania wszystkiego. Rzeczywiście, nie jest jej łatwo. Pracuje w korporacji, co nakłada na nią wiele obowiązków, opiekuje się matką chorą na Alzheimera, jest uwikłana w dwa związki, jeden z żonatym mężczyzną.

Boi się, że nie poradzi sobie, zapomni o czymś, nie dopilnuje. Myśli, czy zdać się na pomoc Augusta. A co w takim razie z Celestyńskim. Jak długo matka będzie mogła mieszkać sama, jak znaleźć dobrą opiekunkę, dobry dom opieki, co z kotem Myszonem? Ciągła gonitwa myśli, wspomnień z dzieciństwa, niełatwego i tajemniczego.

„Najdroższa” to świetna współczesna powieść, której bohaterka to przedstawicielka młodego pokolenia żyjącego często w ciągłym pośpiechu, w natłoku obowiązków, w napięciu i poczuciu winy, że wciąż z czymś się nie zdąża. Jest doskonale napisana, pięknym językiem świetnie oddającym nastroje młodej kobiety; krótkie, urywane zdania, dużo pytających, narracja pierwszoosobowa, oszczędne dialogi, niepokojąca okładka.

Warto zapamiętać nazwisko autorki, prawda, najdroższa?

 

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki "Zapisane w kościach" DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka pt. „ Zapisane w kościach” Simona Becketta jest kryminałem, w którym czyha na czytelnika mroczny świat pełen lęku i zgrozy. Autor w najbrutalniejszy sposób przekazuje czytelnikowi sentencję książki. Akcja  ma miejsce na najbardziej oddalonej na północ Brytanii  wysepce. Wysepka jest tak oddalona, że nie widać nic poza statkiem i promem w oddali. Rzecz dzieje się w czasie huraganu i odciętego od świata życia, mroczna powieść, zwłoki ludzi, ciała zostają palone, zostają tylko kości. Ginie wiele ludzi w niewyjaśnionych okolicznościach.  Bohaterami jest małżeństwo, które okazuje się, że są dla siebie bratem i siostrą. Sami się wychowują i dorastają wśród ludzi. Są oni właścicielami wysepki na której dzieje się tak wiele zła. Brat poznaje inną kobietę właścicielkę hotelu z którą potem ma syna, siostra dowiadując się, iż mąż ją zdradza chce zaprzestać tym zdradą i znów mieć brata na zawsze, planuje więc morderstwo jego kochanicy, jednakże plany te nie wiodą się gdyż brat zabrania jej morderstwa,  plan siostry nie udaje się. Brat rozpala pożar w którym tak jak on zatajał zbrodnie swojej siostry i zacierał ślady ginie on i wraz z nim giną jego ślady. Koniec fabuły zwiastuje ze mordercą głównym okazuje się siostra, a brat jej pomocnikiem zacierającym makabryczne zwłoki i wraz z nimi wszelakie ślady.

Anna German o sobie

Mariola Pryzwan, z wykształcenia polonistka, z zawodu bibliotekarka, z zamiłowania biografistka, od lat zafascynowana jest Anną German. W 2012 roku minęła trzydziesta rocznica śmierci piosenkarki i z tej okazji autorka wydała w postaci książki wypowiedzi Anny German rozproszone w audycjach radiowych, prasie polskiej, radzieckiej, włoskiej, w prywatnych listach. Jest to tym cenniejsze, że nie lubiła mówić o sobie. Znaczna część materiałów pochodzi z archiwum męża piosenkarki, Zbigniewa Tucholskiego. Jerzy Waldorff powiedział kiedyś: „ cenię Annę German za liryzm tkwiący w samej materii jej głosu jasnego, chłodnego i słodkiego zarazem, a prowadzonego z dźwięku na dźwięk uchem tak czujnym, jak bywa u doskonałych skrzypków”. Niewątpliwie Anna German to fenomen, który rzadko się zdarza. Głos ustawiony z natury, o niepowtarzalnej barwie, który zachwycał słuchaczy na całym świecie. Z wywiadów prasowych, radiowych i z prywatnych listów dowiadujemy się co Anna German sama myślała na temat swojego śpiewania, występów przed publicznością, pracy i życia rodzinnego. Dzięki temu, że Pryzwan oddała narrację artystce w stu procentach, otwierając książkę „słyszy” się Annę German. Dodatkowym atutem jest duża ilość dokumentów i zdjęć, z których patrzy piękna, zgrabna kobieta. Sama miała kompleks, martwiła się, że jest za wysoka. A i z jej wypowiedzi wyłania się piękny człowiek. Zadziwia jej skromność i pokora. Przecież była gwiazdą, jeździła po świecie, mogła być zatem wyniosła i zarozumiała. Tymczasem z wielkim szacunkiem podchodziła do śpiewania i do publiczności. Nie czuła się uprawniona, by nazywać siebie kompozytorką, by profesjonalnie wypowiadać się na temat muzyki, bo studia skończyła w innym kierunku, a śpiewanie po prostu czuła. Dobrze czuła się w polskiej piosence lirycznej i w rosyjskim romansie, w ludowej melodii neapolitańskiej i w arii Scarlattiego. Pięknie mówi na temat swoich piosenek: „...uważam, że dobry utwór nie wymaga szminki i oprawy piór, schodów czy koturnów. Najważniejsza jest piosenka, a nie to, w co ją „opakowano”. Śpiewając mam słuchaczy o czymś przekonać, zawiadomić. Jeśli treść jest błaha – z reguły odrzucam piosenkę.”

Zadziwia jej zdanie na temat festiwali. Uważa je za zło konieczne, ale rozumie ich znaczenie, bo można się wybić i zostać zauważonym przez krytyków. Z zebranych przez Mariolę Pryzwan materiałów dowiadujemy się co Anna German myślała na temat śpiewania, aktorstwa, życia artystycznego, współpracy z muzykami, życia rodzinnego, macierzyństwa, o jej zainteresowaniach, pasjach, marzeniach. Co wzruszające cały czas podkreślała swoją miłość do Polski, uważała ją za swoją pierwszą ojczyznę. Gdy była we Włoszech, to mimo że jest tam znacznie ładniej i cieplej, tęskniła do swojego kraju. Poruszająca jest jej filozofia życiowa, zwłaszcza w kontekście dzisiejszych czasów: „ważne jest nie tylko zarabianie pieniędzy i życie z dnia na dzień. To, co robimy, powinno nam sprawiać radość”. „Człowiek nie powinien robić w życiu nic wbrew sobie, wbrew swoim przekonaniom, wbrew własnemu charakterowi. Nic, co by później miał wspominać z niechęcią”. Aż żal, że dziś nie mamy już takich piosenkarek, tak zdolnych, wartościowych, a jednocześnie tak skromnych.

Recenzja trzech opowiadań A. Czechowa

Recenzja trzech opowiadań Antoniego Czechowa

Listopadowa propozycja naszego DKK nieco zaskoczyła klubowiczów. Klasyka literatury rosyjskiej, opowiadania Czechowa będące lekturą szkolną! Właściwie, czemu nie? Przeczytamy po raz kolejny, zwłaszcza że listopad to dość smutny pogodowo i zaduszkowy miesiąc.

Sięgnęliśmy zatem po trzy krótkie opowiadania: „Śmierć urzędnika”, „Kameleon” i „Końskie nazwisko”. To pierwsze dobrze się wpisuje w listopadowy klimat, choć i gorzkiego humoru w nim sporo. Czy rzeczywiście strach przed wyższym rangą urzędnikiem może doprowadzić do dramatu? Stawialiśmy to pytanie, jednocześnie przyznając, że lęk przed zwierzchnikiem, służalczość, podlizywanie się władzy to zjawiska odnoszące się nie tylko do czasów Czechowa. Także i dziś mamy takich kameleonów – Oczumiełowów skłonnych do szybkiej zmiany zdania, bojących się zająć otwarte i jasne stanowisko, wyrazić swój niezależny sąd.

Podziwialiśmy kunszt tłumacza w opowiadaniu „Końskie nazwisko”, zastanawiając się przy okazji nad szczególną metodą leczenia zębów czyli ich zamawianiem i to na odległość!

I tak rozmawialiśmy, zachwycając się pisarstwem Antoniego Czechowa. Pozostaje przecież wciąż mistrzem i geniuszem pióra. Jego opowiadania i dramaty cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, jest czytany i wystawiany.

Klubowicze przeczytali  nie tylko trzy omawiane teksty, sięgnęli  po inne. Była też okazja, by wspomnieć świetne przedstawienia jego dramatów w Teatrze Telewizji.

Czechow to zawsze dobry wybór.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Recenzja książki „ Podróż długa i dziwna . Drugie odkrywanie Nowego Świata„ DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka  pt. „ Podróż  długa i dziwna . Drugie odkrywanie Nowego Świata„  Tony Horwitza jest zapiskiem codziennego dziennika odkrywanego przez dziennikarza. Historia odkrycia  pierwszych 100 lat z dziejów Anglii Północnej oraz czas między Kolumbem. Podróż rozpoczyna się w Nowej Fundlandii, tam też mieszczą się pozostałości Wikingów. Następnie akcja przenosi się na Dominikanę, kojarzącą się z pięknym krajem turystycznym. Prowadzi szlakami Hiszpanów, opisuje francuskie fronty, na sam koniec opisuje postać Roanoke Jamestownai początki kolonizacji angielskiej.

W książce jest bardzo dużo mitów Celtyckich, książka pełni role podręcznikową. Przedstawione zostają losy księżniczki Pocahontas, która umiera osieracając swoje dziecko, po którym też nie ma śladów. Wspomniane są również relacje historyczne przeplatające się z reportażami z ważnych miejsc. Takich jak kopce Indian, muzeum Kolumba na Dominikanie i wiele innych. Wszystkie te miejsca łączy wspólna więź, wszystkie są bardzo  zaniedbane. Z drugiej strony autor odnajduje ludzi, którzy strzegą swojej pamięci historycznej i tożsamości, choć niekiedy przybiera to groteskowe formy jak np. uroczystości pokutne, podczas których potomkowie Francuzów przebaczają potomkom Hiszpanów, rzeź sprzed 400 lat albo różnego rodzaju kluby, zakony, których celem jest gromadzenie osób pochodzących bezpośrednio od Pocahontas. Niestety też obok tego radosnego absurdu pokazuje jak niedawno rdzenni mieszkańcy Ameryki traktowani byli jako obywatele drugiej kategorii, jak niewiele zostało z ich cywilizacji kultury zniszczonej przez białych, którzy teraz domagają się zwiedzania skansenów i zakopują kryształy w święconej ziemi wymarłych plemion aby” uczcić ich pamięć”.

Na koniec dowiadujemy się, że Pocahontas zmarła na gruźlice.

 

"Zamek z piasku" M. Witkiewicz - recenzja

 

    „Zamek z piasku” M.Witkiewicz  przeczytałam jako którąś z kolei wakacyjną lekturę. Jest to książka, którą zapamięta się dłużej. Dlaczego? Bo mówi o ważnych relacjach między dwojgiem bliskich sobie ludzi. Bo „tworzenie wzajemnych relacji to jak budowanie zamku z piasku. Nieustannie trzeba dbać, by nie runął… I by nikt nie wszedł w niego butami… Nie można na chwilę spuścić go z oczu. Związek pomiędzy dwojgiem ludzi bywa kruchy. Dokładnie tak jak zamek z piasku. Gdy odwrócisz głowę, zaleje go morska fala. Pozostanie tylko słona morska woda albo słone łzy.” Ten cytat daje do myślenia, dlatego zaczęłam zastanawiać się, co ważnego mogłabym wykorzystać z tej książki do swojego życia. Skupiłam się na krótkich wypowiedziach, podsumowaniach i wskazówkach – radach życiowych. Nie patrzę na ten utwór przez pryzmat moich doświadczeń, bo są całkowicie odmienne. Poza tym wydaje mi się, że autorka nie do końca przedstawiła analizę problemów. Trochę było to powierzchowne, a to co najważniejsze, czyli jak odbudować zerwane więzi, jak pogodzić się z brakiem dziecka, jak przebaczyć i wybaczyć sobie, zostało wrzucone w króciutki epilog. Tak łatwo jest coś zniszczyć, a tak trudno naprawić relacje i zmienić siebie.

    Dla mnie ważne z tej książki są słowa – zdania klucze, które pozwalają mi poznać siebie. Większość z nich znamy, ale nie za bardzo nad nimi się zastanawiamy. Może kiedy sobie je przypomnimy, to lepiej zrozumiemy drugą osobę. A oto kilka z nich:

„Moja babcia powiedziała mi kiedyś, że mężczyznom trzeba wszystko dokładnie wytłumaczyć, a najlepiej pokazać, bo inaczej mogą nas nie zrozumieć.”

„W życiu chyba też tak jest, że aby coś osiągnąć, trzeba trochę pomóc losowi.”

„(…) aby związek funkcjonował prawidłowo, trzeba mieć coś swojego. Choćby jedną rzecz.”

„Oprócz miłości do życia potrzebne są też inne rzeczy. (…) Nie można  rezygnować z przyjaźni, z innych znajomości, nie można wiecznie być ze sobą i patrzeć tylko na siebie. Świat jest piękny, inni ludzie też są interesujący. Można się tym wszystkim cieszyć we dwoje.”

„Nie można zamknąć kogoś w klatce z kulą u nogi. (…) Jeżeli dasz komuś wybór – wybierze ciebie. A jeżeli nie będzie miał wyboru – jak tylko nadarzy się okazja, zniknie.”

„Czasem myślisz, że będąc z kimś prawie połowę swojego życia doskonale zdołałeś go poznać… a tak naprawdę w ogóle go nie znasz. Zaskakuje cię po tylu latach. Nie zawsze pozytywnie…”

„Zdrada nie jest rozwiązaniem, ale jest czasowym substytutem tego, czego nie ma w związku.”

„Żeby tak wiele wiedzieć o ludziach, trzeba umieć na nich patrzeć i wyciągać wnioski. Jak wiele trzeba mieć tolerancji dla ludzi, by akceptować ich niezwykłą odmienność. Ich inny sposób wartościowania.”

„Mężczyźni są wygodni i leniwi. To uogólnienie zamyka temat. Może nawet i kochają i są przywiązani, ale nie rozumieją potrzeb kobiet, które po prostu wciąż muszą być o ich miłości przekonywane. Prezentami, ciepłym słowem, pomocą, zainteresowaniem, wspólnymi celami, zabiegami o ich komfort psychiczny, komplementami, seksem. Całą masą rzeczy, które kobieta odbiera jako drobne dowody prawdziwej miłości.”

„Kobiety mają niezwykły dar do komplikowania sobie życia. Do zawoalowania swoich próśb, myśli, pytań, oczekiwań. Mężczyźni lubią klarowne sytuacje. Gdyby wszyscy mówili wprost, na pewno byłoby lepiej na tym świecie…”

„Rodzicielstwo to bardzo trudne zajęcie. Prawdopodobnie najtrudniejsze na świecie. Łatwiej zbudować potęgę korporacji niż wychować dziecko na dobrego, uczciwego człowieka.”

„To dziwne, że nawet gdy jesteśmy dorośli, to wciąż tak bardzo dobrze czujemy się w ramionach rodziców. Nie robimy tego, bo przecież to oznaka słabości, ale marzymy o tym, by ktoś nas przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Wiara czyni cuda. Szczególnie wiara w to, że wszystko będzie dobrze.”

„Tak sobie myślę, że Bóg jest dobry. I gdyby nie chciał, by ludzie korzystali z zapłodnienia in vitro, to by nie pozwolił im tego wymyślić.”

„Czasem trzeba po prostu zamknąć za sobą przeszłość i nie patrzeć do tyłu.”

   Myślę, że nie tylko ja pochyliłam się nad tymi słowami, bo wiele w nich mądrości i nauki.

 

Jolanta Łuczak- członek DKK przy Bibliotece Publicznej Gminy Witonia

 

7 dni- IV Ogólnopolska Dyskusja Literacka

7 dni” autorstwa Eve Ainsworth to lektura dość świeża, swoją premierę miała we wrześniu tego roku. Opowiada o szkolnej agresji wobec Jess, która przez swoją nadwagę jest prześladowana przez szczupłą i popularną Kez. Sytuacja wydaje się dość typowa, jednak ukazanie każdego z siedmiu tytułowych dni ze strony obu postaci już takie typowe nie jest. Czytelnik ma szansę poznać cały dzień ze strony Jess: jej problemy domowe, przemyślenia, emocje, gdy spotyka Kez. Zaraz po przeżyciu każdego dnia razem z bohaterką, cofamy się do rana, aby ten sam dzień zobaczyć od strony Kez. Jest to próba usprawiedliwienia czynów Kez - czy udana, to już zależy od opinii czytelnika.

Książka świetnie nadaje się na dyskusje i dzielenie się swoimi przemyśleniami. Samemu można ją przeczytać i stwierdzić, że nam się podoba albo nie, ale w grupie osób można już wszcząć dyskusję i przejść w niej od książki aż do samego pojęcia agresji w szkole.

W obecnych czasach agresja w szkole to częsty problem i być może przeczytanie tej książki pomoże atakowanym, uświadomi atakujących, ale także pozwoli zauważyć ją osobom trzecim. Uświadamia także, iż w każdej sytuacji mamy różne punkty widzenia, dwie strony medalu.

Bartek Nowak – członek DKK, uczestnik IV Ogólnopolskiej Dyskusji Literackiej.

 

Przerażajace 7 dni - Ogólnopolska dyskusja w DKK w Stróży

Przerażające 7 dni

 

Z niezwykłą łatwością przychodzi ludziom krytyka młodszego pokolenia. Stwierdzają, że nie mają prawdziwych problemów, tylko jakieś wymyślone, bzdurne historie. „Ciągle tylko ten internet!”- można usłyszeć z ust każdego „specjalisty” zapraszanego do porannych programów telewizyjnych. Jednak ciągła pogoń za dobrem materialnym, powodująca brak czasu rodziców oraz ich ignorancja wobec środków masowego przekazu i mediów jakimi posługują się dzieci to coraz częstsza przyczyna domowych tragedii.

Książka Eve Ainsworth zatytułowana „7 Dni” jest przerażającym obrazem dorastania wśród obojętności dorosłych i podłości szkolnych kolegów. Napisana z perspektywy ofiary przemocy domowej, będącej jednocześnie szkolną dręczycielką Kez, oraz walczącej o przetrwanie wśród szkolnych sadystów Jess. Nie jest ważne gdzie znajdują się postaci - zarówno szkoła jak i dom nie dają żadnej z nich wsparcia, a przyjaciele nie zawsze okazują się prawdziwi. Dziewczyny pochodzą z zupełnie odmiennych środowisk – jedna ma piękny dom na „bogatym” osiedlu, druga mieszka w bloku, w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu. Obie jednak maja podobny problem, problem z rodzicami. Jess wychowuje się w rozbitej rodzinie, ojciec zostawił ich dla innej kobiety, nie płaci alimentów i od kilku lat nie spotyka się z dziećmi. Za to Kez jest ucieleśnieniem znienawidzonego przez siebie agresywnego rodziciela. Nie potrafiąc poradzić sobie z rodzinnym dramatem ucieka w przemoc i pozerstwo, zostawiając pobitą, przerażoną matkę na pastwę zgorzkniałego, sadystycznego ojca, który po utracie pracy nie potrafi poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością.

Przemoc w szkole i rodzinie jest punktem wyjścia tej niepokojącej powieści. Autorka ukazuje w niej niezwykle traumatyczny obraz dorastania współczesnych nastolatków pozostawionych przez rodziców samych sobie. Tylko nieliczne postaci ukazujące się na kartach książki mają pełne ciepła i rodzicielskiej miłości rodziny. Co jednak nie chroni ich przed szkolna przemocą. Krytyka podstawowej jednostki społecznej nie jest jednak jedynym poruszonym w tekście tematem. Szkoła jako instytucja również nie zdaje egzaminu. Brak jakiegokolwiek zainteresowania problemami wychowanków niemalże doprowadza do tragedii. Nauczyciele i wychowawcy pozwalają się zbyć byle jakimi wymówkami i kilkoma naiwnymi zapewnieniami, że „nic się nie stało i nie ma o czym gadać”.

7 Dni” nie jest jednak zwyczajną książką o szkolnych „znętach”. Porusza bardzo ważny w XXI wieku problem odpowiedzialności rodziców za sposób, w jaki ich dzieci korzystają z mediów społecznościowych. Pełne słownej agresji, podłych komentarzy, czy gróźb wpisy nazywane popularnie internetowym hejtem, dotyczą praktycznie wszystkich dzisiejszych nastolatków. Takie sytuacje są bardzo często po prostu lekceważone przez dorosłych, niezdających sobie sprawy, że social media są drugą rzeczywistością dla ich podopiecznych. Kreują tam swój wizerunek, zaczerpnięty z kolorowych magazynów, blogowych poradników, płytkich youtuberskich filmików czy ogłupiających reklam i teledysków. To właśnie wizerunek jest główną przyczyną kompleksów i szkolnych problemów Jess. W porównaniu do swoich rówieśniczek nie jest ani modnie chuda, ani odpowiednio wytapetowana. Ciuchów również nie ma odpowiednich. Książka Pani Ainsworth jest lekturą obowiązkową dla osób zainteresowanych wpływem, jaki ma na nastoletnie dziewczyny wykreowany przez media wizerunek kobiety. Można śmiało stwierdzić, że sam sposób wykreowania kobiecych bohaterek, może się pisarce nieźle oberwać od feministek.

Autorka stworzyła interesujący obraz młodocianej psychiki pokolenia mediów społecznościowych. Dzięki prostocie przekazu i lekkości pióra – a raczej klawiatury, Eve Ainsworth dała czytelnikowi powieść, którą mimo powagi tematu czyta się jednym tchem. Mimo niezwykle (jak dla mnie) optymistycznego zakończenia, z chęcią wezmę do ręki kolejną książkę pisarki.

Joanna Cieśla - uczestnik IV Ogólnopolskiej Dyskusji

 

Recenzja ksiązki-Taniec szczęśliwych cieni -DKK Uniejów

Książka Alice Munro pt. „ Taniec szczęśliwych cieni” jest zbiorem opowiadań o codziennych  relacjach  ludzkich. Opowiadania te mają miejsce w Kanadzie, są one jakże odmienne od siebie, zmieniają się bohaterowie i ich inne problemy. Jedno z opowiadań opisuje mężczyznę, który sprzedaje róże tabletki na wszelkie dolegliwości, maści na włosy, można sobie wyobrażać, że jest on jakby znachorem i ulecza swoich potencjalnych klientów. Podróżuje on wraz ze swoimi dziećmi, czasami  również i żoną po różnych zakamarkach sprzedając swoje produkty. Podczas podróży  (bez rodziny) skręca z zaplanowanej trasy i odwiedza swoją dawną miłość. Wówczas wracają ciepłe wspomnienia. Natomiast kolejne opowiadanie to całkiem inna historia więzy miłości matczynej, historia odzwierciedla kochającą matkę, która swój trud pracy wkłada w piękną suknię dla swej córki na bal, relacje między dwiema kobietami są poprawne, ciepłe. Kobiety się dobrze porozumiewają. W książce dominuje bardzo dużo przemyśleń nad życiem nie dopowiedzianym, dając czytelnikowi niepokój jak i zarazem chęć poznania dalszych losów bohaterów. Powieść jest krótką historią na różne nie kończące się tematy.

Recenzja książki "Małe lisy"

Justyna Bargielska w „Małych lisach” „wychwytuje” codzienność. Notuje skrzętnie jej drobne przejawy, biorąc pod obserwację dwie bohaterki; singielkę Agnieszkę i mężatkę z dwojgiem dzieci, Magdę. Tak naprawdę to właśnie one obserwują uważnie to, co dzieje się wokół nich, a także w nich samych. Są tu bowiem nie tylko sprawy życia codziennego, ale i sny, fantazje, pragnienia, „małe grzechy”.

Czytamy kolejnych dziesięć rozdziałów zawierających we wstępie krótkie informacje o tym, co w nich będzie. Bohaterki pojawiają się  przemiennie, by w końcówce spotkać się wreszcie. Bargielska tak opisuje życie Magdy i Agnieszki, że w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy to przypadkiem nie jest jedna osoba. A może to każda z nich marzy o innym życiu, życiu innej kobiety; Agnieszka o byciu żoną i matką, Magda o byciu singielką?

Wątki przeplatają się, trudno za nimi nadążyć; niedomówienia, skojarzenia, metafory… Czuje się, że autorka jest poetką. Jak sama przyznaje „odbiera świat słuchem” i znajduje „perełki; absurdalne, niechlujne, niedbałe…” Potrafi pięknie je połączyć i nic to, że czasem trzeba wrócić o stronę, dwie, by upewnić się, że nasze myślenie idzie w dobrą stronę.

A ileż dobrej zabawy czeka nas przy czytaniu. „Małe lisy” są dowcipne, wiele tu zdań, które chciałoby się zapamiętać i cytować przy sposobności. Wspomnę choćby: „czy gotuj na wolnym ogniu znaczy tyle, co gotuj bez opamiętania” czy ”teraz poza kobietami starzeją się tylko produkty spożywcze”.

Dowcipne tony autorki przechodzą często w groteskę i surrealizm. Dotykają jednak spraw ważnych, głównie tzw. kobiecych. Sąsiadki z bloku i z osiedla spotykają się w windzie, na spacerach, w siłowni, u fryzjera. No i gada się tam o sprawach prokreacji, dzieciach, ciążach, poronieniach. Po „Obsoletkach” także tutaj porusza Bargielska ten temat głównie za sprawą pomniczkowej opowiadającej ze szczegółami o stracie córki w czwartym miesiącu ciąży, pogrzebie i nagrobku.

Co wrażliwsi mogą się obruszać, ale dla mnie autorka pisze po prostu o tym, co jest ważne, głównie dla kobiet, opiera się też na swoich doświadczeniach. Pisze o tym, że choć dzieci są miłością życia, to często ma się ochotę przed nimi uciec, „choćby odpływem wanny”. Gdy zaś trzeba z okazji świąt prywatnych, państwowych czy kościelnych przygotować jedzenie dla większej grupy osób, dobrze jest udawać chorą; jak robi to matka Magdy.

Czy więc książka Bargielskiej to takie „babskie gadanie”? Trzeba przyznać, że bohaterkami są głównie kobiety, mąż Magdy jest raczej na drugim planie, chłopak Agnieszki zginął w wypadku. Jest jeszcze Pajda, nożownik, z którym pewnie „każda z was dziewczynki chciałaby mieć romans”? Co do romansu z Pajdą, to nie wiem, ale Bargielską polecam. Świetny język, dowcip, ironia - wystarczy się tym delektować i niekoniecznie mocno zastanawiać się, o czym jest ta książka. A tytuł? Trzeba sięgnąć do biblijnej „Pieśni nad pieśniami” i spróbować samemu pokusić się o interpretację lub skorzystać z podpowiedzi autorki (wywiad w Wysokich Obcasach z 2011 roku ).

Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

Zachwycająca książka – Bukareszt  kurz i krew. Jej autorka udaje się do Bukaresztu, by napisać o nim reportaż. Książka jest popisem ciekawej świata spostrzegawczości, wspomaganej erudycją ani trochę na popis. Autorka przedstawia to, z czym zetknęła się namacalnie. Starsi czytelnicy znają to wszystko, minioną rzeczywistość komunistyczną, bez czytania, ale lektura ukonkretnia wszystko i udobitnia. Bukareszt jest  miastem-poligonem służącym do opisania i rozważania węzłowych problemów  w komunistycznej Rumunii aż do jej upadku. Dla uchwycenia goryczy egzystencjalnej, jaką przepojona jest cała książka, a w niej cały katalog ponurości i katastrof  autorka posługuje się tzw.  „Obserwacją uczestniczącą” -  metodą badawczą wypracowaną przez wybitnego polskiego antropologa  Bronisława Malinowskiego. W tym celu jeździ wielokrotnie do Bukaresztu, by  w bezpośredniej relacji z ludźmi tropić różne koślawości życia zbiorowego i wynaturzeń jednostek, by  doświadczyć codzienną nijakość, frustrację, nierówność, dzikość,  pesymizm i trwogę przed śmiercią obywateli w komunistycznej Rumunii.

Książka Bukareszt kurz i krew nosi wyraźne znamiona reportażu literackiego, przez co autorka znacznie poszerzyła w imię sztuki żywej i oryginalnej zakres tradycyjnego  reportażu sprawozdawczego, który pełnił funkcję wyłącznie faktograficzną. Obserwacje, zdarzenia, fakty. Intencje autorki wybiegają jednak daleko poza samą faktografię. Czujemy, że to one tworzą właściwą materię książki, jednakże Rejmer wyłamuje się z ram fotograficznej dokładności  i wprowadza nas w istotę rzeczy głębiej niż to mogłaby zdziałać pospolitość rejestracji  zewnętrznych zjawisk.  Tę pożądaną głębię rzeczywistości ukazuje w sposób dramaturgiczny,  stosując typowe dla prozy artystycznej środki wyrazu, indywidualizację języka bohaterów, z odpowiednim tłem  ich odrębnej osobowości,  barwność opisów, selekcję faktów – zawsze ze zdrową pokorą wobec realności. Dokładne prześledzenie poetyckiej drogi niniejszego reportażu  wymagałoby odrębnego studium.  Wystarczy wskazać na rumuńską epopeję pasterską „Jagniątko”, do której Rejmer się odwołuje, by na kanwie literackiego  obrazu wniknąć  w specyfikę rumuńskiej duszy. Pasterz stada nie posłuchał jagniątka w sprawie zbliżającego się zagrożenia i poddał się losowi.  Rejmer prowokuje czytelnika stwierdzeniem rumuńskiego myśliciela Mircea Eliade, który dostrzega w zachowaniu pasterza prawdziwe piękno i wielkość. Nie można uciec ani przed losem, ani przed wrogiem, oto tragizm ludzkiej egzystencji. (…) Liczy się tylko tragizm losu i pogodzenie się z nim. Otóż kwestia tchórzliwej  „uległości Rumunów”, wynikającej z braku tradycji buntowania się przeciwko władzy, wyrażana jest w przeplatających się i różnorodnie modulowanych refleksjach. A więc kontrapunkt umożliwiający autorce ukazywanie czytelnikowi ducha narodu rumuńskiego  r ó w n o c z e ś n i e  z kliku punktów widzenia. Odmienne zdanie  wyraża Octavian, absolwent teologii w Bukareszcie, dla którego Rumuni nie są „fatalistami”. Wcale nie jesteśmy bierni. To najprostsze….,  patrzeć na Rumunów w kontekście Jagniątka i wyobrażać sobie, że cały naród taki jest. Wielorakość sądów otwiera zatem rozległą panoramę spojrzenia na rumuńską rzeczywistość, nie zacieśniając pola widzenia do wąskich ram jednostronnej perspektywy.

Dla Rejmer ważne jest też i to, że dojście na najkrótszej drodze do prawdy, do sedna rzeczywistości jest niemożliwe; można przybliżyć się do niej tylko via szerszy kontekst polityczny i kulturowy oraz via natura ludzka w jej najbardziej zasadniczych aspektach. I Rejmer to robi.W pewnym momencie zauważa, iż w Rumunii mieszają się wpływy rumuńskie, żydowskie, ormiańskie i tureckie, zaś  jej obywatele są potomkami cesarza Trajana i rzymskich legionistów.  W dążeniu  do społeczno-politycznej Wielkości Rumuni angażują się w nazizm i mordują u boku Hitlera. Rozczarowani negatywnymi skutkami tegoż zaangażowania, zginają po wojnie kark przed Nicolae Ceausescu, jedni w nadziei, że z jego charyzmą odbudują Wielką Rumunię, inni zaś, z uwagi na odmienność myślenia, w obawie o utratę wolności, a nawet życia. Zastraszony i złamany duchowo lud staje się przedmiotem manipulacji politycznego mechanizmu Ceausescu, zacz władzy totalitarnej par excelence. Ceausescu tworzy mit obrony Rumunii przed najeźdźcami (Turkami, Rosjanami, Węgrami); odwołując się  do natury ludu rumuńskiego dąży do utrzymania za wszelką cenę jedności, wynikającej  z presji strachu przed agresją  z zewnątrz.

                Autorka zachęca również do refleksji nad językiem, w którym jak w zwierciadle odbija się koszmarny kryzys psychiki Rumunów, eskalujący napięcia i kłopoty codzienności. Wpędzeni w labirynt niepewności, niepowodzeń i przeciwności Rumunii kanalizują swoje frustracje i agresje w języku, który jest dla nich wentylem bezpieczeństwa. Nie jest zatem przypadkiem, że Rumunii chełpią się nadmierną wulgarnością swojego języka: Mamy wspaniałe przekleństwa, na różne okazje, bardzo obrazowe. Owe wulgaryzmy są, według jednego z ekspertów językowych, odpryskiem świata wewnętrznego, sposobem na spuszczenie z balonu własnej osoby. W odniesieniu do wulgaryzmów języka rumuńskiego Rejmer odwołuje się do wypowiedzi laureatki nagrody nobla Herty Müller. Żywiołowość przekleństw w języku rumuńskim, zdaniem Müller i Rejmer, idzie w parze z intencją przechwycenia całej wściekłości.

 

Książka Bukareszt kurz i krew jest tekstem znakomicie skomponowanym.  Wielość ujęć narracyjnych odpowiada mnogości problemów, retrospekcje gęsto przenikają bieżący nurt wydarzeń, ale wszystko razem składa się na bardzo zwartą, logiczną strukturę tekstu. Celem ustalenia scalającej wiedzy o komunistycznej Rumunii Rejmer porusza się na planie bliższym i dalszym. Naprzód autorka czytelnika wzrusza, szokuje, wstrząsa, budzi strach przed irracjonalizmem i śmiercią, potem, dla poszerzenia horyzontów myślowych, sięga do głębszych znaczeń.Najbardziej wzruszający w tej książce jest moment, kiedy jedna z bohaterek zdradza najgłębszą  tajemnicę kondycji ludzkiej – trudności połączenia niedoskonałości naszej ludzkiej natury z  zasadą miłości i rozumienia swojego wroga. Zapytana o matkę Ileana Budimir,jak to możliwe, że jej matka przetrwała, odpowiedziała: - mama nigdy o nikim nie mówiła nic złego. Ani o bracie, ani o ludziach, którzy ją męczyli w więzieniu. Nie było w niej żadnego pragnienia zemsty. Skala komunistycznych okrucieństw przysłoniła element ludzki, który objawiał się w postawie matki Budimir, dziś przebrzmiałej i pozbawionej świeżości, postawy miłości wobec bliźniego. Mimo to optymistyczny wniosek końcowy. Rejmer odnajduje intelektualny kontekst dla rozmyślania o jakości życia. Można w nim odczytać dwa porządki: ludzki i nieludzki. Świat jest absurdem i potwornością dla zakorzenionej w nas potrzeby sensu, sprawiedliwości, miłości. Matka Budimir, porte-paroleRejmer, stoi, aż do śmierci, po stronie porządku ludzkiego. Prosta myśl. Niewątpliwa. Trudna. Zawiera jednak wyznanie wiary w człowieka.

Książka napisana jest ciekawie i przystępnie – naprawdę godna polecenia. 

Recenzja DKK przy MGBP w Uniejowie-Dobre geny

Powieść pt.” Dobre geny” autorstwa Hanny Cygler, to książka zabawna, która przenosi  czytelnika w inny świat. Niesie ze sobą przesłanie, że jak najbardziej w dzisiejszych czasach  uczciwość popłaca.

Bohaterka powieści Marta Wenta, młoda ambitna osoba, zraniona przez życie otwiera się na otaczający ją świat i ludzi. Pierwsze kroki stawia w życiu zawodowym i zaczyna robić karierę. Mianowicie obejmuje stanowisko wiceprezes w państwowej agencji, życie jej zaczyna zmieniać się i nabiera rozpędu. Marta pracuje z wielkim oddaniem i poświęceniem, jest pełna wiary na lepsze jutro. Jest uczciwym człowiekiem,  przez szybki tryb życia nie spostrzega że zostaje uwikłana w konflikt na tle politycznym. Podczas swojej nieobecności doświadcza porażki zawodowej zostaje usunięta ze stanowiska w Warszawie , nie słyszy też żadnego uzasadnienia. Młodej bohaterce komplikuje się życie  i dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.  W mieście dzieciństwa, malowniczym Gdańsku, kojarzącym się Marcie ze spokojem doświadcza wielu przykrości życiowych. W mieście tym nie ma przyjaciół co się potem okazuje że w grze w której się znalazła tak trudno o prawdziwych przyjaciół.

Mordercza i nieustanna praca są dla niej już ponad siły kobieta wie, że teraz jedynie może zaufać tylko i wyłącznie sobie. Dla ambitnej Marty świat staje się koszmarem, pełnym fałszu i wrogości. Świat dąży do pomnożenia kapitału i ludzie są traktowani jak pionki w grze nie  liczą się ludzie tylko pomnożenie kapitału, w którym zarządza się zasobami ludzkimi, zapominając o najważniejszym „ Człowieku”. Autorka chce uzmysłowić, iż uczciwość nie zawsze kończy się jak w powieści, że warto być jednak w gruncie sprawy uczciwym człowiekiem.

Dobre geny. DKK Uniejów

Powieść pt.” Dobre geny” autorstwa Hanny Cygler, to książka zabawna, która przenosi  czytelnika w inny świat. Niesie ze sobą przesłanie, że jak najbardziej w dzisiejszych czasach  uczciwość popłaca.

Bohaterka powieści Marta Wenta, młoda ambitna osoba, zraniona przez życie otwiera się na otaczający ją świat i ludzi. Pierwsze kroki stawia w życiu zawodowym i zaczyna robić karierę. Mianowicie obejmuje stanowisko wiceprezes w państwowej agencji, życie jej zaczyna zmieniać się i nabiera rozpędu. Marta pracuje z wielkim oddaniem i poświęceniem, jest pełna wiary na lepsze jutro. Jest uczciwym człowiekiem,  przez szybki tryb życia nie spostrzega że zostaje uwikłana w konflikt na tle politycznym. Podczas swojej nieobecności doświadcza porażki zawodowej zostaje usunięta ze stanowiska w Warszawie , nie słyszy też żadnego uzasadnienia. Młodej bohaterce komplikuje się życie  i dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.  W mieście dzieciństwa, malowniczym Gdańsku, kojarzącym się Marcie ze spokojem doświadcza wielu przykrości życiowych. W mieście tym nie ma przyjaciół co się potem okazuje że w grze w której się znalazła tak trudno o prawdziwych przyjaciół.

Mordercza i nieustanna praca są dla niej już ponad siły kobieta wie, że teraz jedynie może zaufać tylko i wyłącznie sobie. Dla ambitnej Marty świat staje się koszmarem, pełnym fałszu i wrogości. Świat dąży do pomnożenia kapitału i ludzie są traktowani jak pionki w grze nie  liczą się ludzie tylko pomnożenie kapitału, w którym zarządza się zasobami ludzkimi, zapominając o najważniejszym „ Człowieku”. Autorka chce uzmysłowić, iż uczciwość nie zawsze kończy się jak w powieści, że warto być jednak w gruncie sprawy uczciwym człowiekiem.

Ślepy Maks

Remigiusz Piotrowski, autor bloga Tropy Historii, przez kilka lat zajmował się dziennikarstwem internetowym związanym m.in. z historią dwudziestego wieku. W wyniku fascynacji Łodzią i jej historią napisał znakomitą książkę „Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone”. Ślepy Maks, czyli Menachem Bornsztajn, to legenda przedwojennego półświatka działającego w Łodzi. Wiele jest na jego temat mitów i trudno dziś ocenić co jest prawdą, ale bez wątpienia jest to postać niezwykle intrygująca. Autor zastanawia się czy Ślepy Maks był jednym z największych gangsterów Drugiej Rzeczpospolitej, mafiosem, ojcem chrzestnym łódzkich Bałut, czy wielką mistyfikacją, błaznem i prostakiem, którego łódzki unterwelt, prasa i ulica wykreowały na władcę północnej części miasta. Jak zaznacza swoją książkę oparł na dokumentach, doniesieniach ówczesnej prasy, relacjach świadków oraz ustaleniach badaczy, by spróbować odcedzić prawdę od miejskiej legendy. Tak ją skonstruował, że czyta się ją jak powieść kryminalną, której fabuła toczy się wokół łódzkiego świata szemranych interesów, wymuszeń i zastraszeń, przy cichej zgodzie policji. W ciągu siedmiu lat za pomocą siły, szantażu, kłamstw i protekcji Ślepy Maks podporządkował sobie dużą część jednego z największych polskich miast. Możliwe to było dzięki temu, że szef policji przymykał oko na wyczyny króla podziemia, oczywiście czerpiąc z tego korzyści. Menachem Bornsztajn przyszedł na świat w zimowy poranek 1890 r. w Łęczycy. Wkrótce jego rodzina przeniosła się do Łodzi. W 1821 r. car Aleksander wydał dekret, na mocy którego Żydzi mieli prawo osiedlać się wyłącznie na Bałutach. I tu zaczęła się edukacja małego Bornsztajna, który straciwszy przedwcześnie ojca posmakował przestępczego życia pod okiem księdza Natana, znanego pasera. To on namaścił chłopaka na przywódcę szajki młodocianych złodziejaszków i nauczył go tajników fachu. Dzięki temu Menachem wyrósł na sprytnego i bezwzględnego przestępcę. Choć był analfabetą, potrafił prowadzić swój interes wykorzystując znajomości z szefem policji i z dziennikarzami. Doceniał rolę prasy i zdawał sobie sprawę, że zdobycie zaufania w tych kręgach przyniesie mu korzyści. W tym czasie prasa była jedynym źródłem informacji. Największym zainteresowaniem cieszyły się bieżące sprawy polityczne, kroniki kryminalne i powieści w odcinkach. Ślepy Maks dbał o swój PR i pilnował, by pisano o nim to, co sam chciał. Remigiusz Piotrowski stworzył nie tylko wciągającą opowieść o przedwojennym łódzkim światku przestępczym wprowadzając dialogi i kreśląc sylwetki bohaterów, których niemal widzimy i słyszymy. Interesująco opisał również Łódź lat 30 XX wieku. Z prowincjonalnego miasteczka jakim była na początku XIX w. stała się w ciągu kolejnych lat prężnie rozwijającym się miastem podzielonym między biedotą a bogatymi kupcami i bankierami. Opis tego miasta jest tak sugestywny, że bez trudu możemy sobie wyobrazić przedwojenną Łódź. Czytanie książki R. Piotrowskiego „Ślepy Maks” to sama przyjemność. Trochę kryminału, trochę historii, znakomicie poprowadzone przez autora nikogo nie znudzi i nie rozczaruje.

Recenzja książki "Zabić drozda"

Recenzja książki Harper Lee „Zabić drozda”

Joan Louise, zwana Skaut i jej brat Jem to dzieci Atticusa Fincha, prawnika w małym miasteczku Maycomb na południu Ameryki. Po śmierci żony wychowuje je sam, pomaga mu Murzynka Calpurnia, traktowana jak członek rodziny. Ta uwaga jest konieczna, akcja powieści toczy się bowiem w latach trzydziestych XX wieku. Murzyni mają  w Maycomb swoją dzielnicę i swój Środkowowschodni Kościół Afrykański Pierwszego Zakupu, zdejmują kapelusze na widok białych dzieci, a do dwunastoletniego chłopca mówią „pan”.

Senną atmosferę Maycomb zburzy proces Toma Robinsona, Murzyna oskarżonego o zgwałcenie białej dziewczyny, Mayelli Ewell. Jego obrońcą zostanie Atticus Finch.

O zdarzeniach poprzedzających proces, o jego przebiegu i dalszych wypadkach opowiada Skaut. To tę ośmioletnią dziewczynkę uczyniła Harper Lee narratorem. Z jej perspektywy poznajemy kolejne fakty z życia rodziny Finchów i innych mieszkańców prowincjonalnego miasteczka. Skaut wprowadza czytelnika w mroczne tajemnice posesji Radleyów i pobliskiego starego dębu kryjącego niespodzianki w swej dziupli.

Mała Skaut i jej starszy o cztery lata brat Jem to niezwykle sympatyczna, rezolutna i inteligentna para dzieciaków. Aż chciałoby się takie mieć, jak zauważyła jedna z naszych klubowiczek. Niby broją, zwłaszcza gdy na okres wakacji dołącza do nich Dill, krewny panny Racheli Haverfort, ale jakoś tak niewinnie i nieszkodliwie. Są w swobodnych relacjach z ojcem, któremu często, ku oburzeniu m.in. pani Dubose, mówią po imieniu.

Jednak Atticus doskonale się z nimi dogaduje, wiele prawd życiowych i moralnych przekazuje im właśnie dzięki swobodnym rozmowom, wyjaśniania różne trudne kwestie. Traktuje je po partnersku i przede wszystkim sam jest przykładem, jak w życiu należy postępować. Trzeba przyznać, że jest to postać zasadniczo bez skazy, człowiek poważany przez znaczną część mieszkańców Maycomb. Panna Maudie określa jako tego, „który urodził się po to, żeby wykonać za ludzi najtrudniejszą robotę”.

Harper Lee, budując sylwetki swoich bohaterów, często posługuje się jasnymi i ciemnymi  barwami, i wcale nie chodzi tu o kolor skóry. Oprócz Atticusa Fincha taką świetlaną postacią jest Calpurnia czy Tom Robinson. Zły do szpiku kości jest Bob Ewell i jego córka Mayella, choć ją cechuje chyba głównie głupota.

Trudno darzyć sympatią panią Dubose czy ciotkę Alexandrę, burzącą spokój rodziny Finchów, choć do świata Maycomb, jak zauważa Skaut, pasuje ona „jak dłoń do rękawiczki”, nie pasuje jednak do świata Skaut i Jema.

Rodzeństwo Finchów ma pewne problemy w zrozumieniu otaczającego ich świata i ludzi. Skaut mówi: „istnieje tylko jedna odmiana ludzi. Ludzie”. Jem zaś wyznaje, że rozumie powody, dla których Boo Radley od tylu lat nie wychodzi z domu. Po prostu „chce tam zostać”.

Harper Lee swą jedyną powieść z 1960 roku poświęciła głównie  tematyce rasizmu, tolerancji, miłości i współczucia. Może jej wizja małomiasteczkowego świata jest dość schematyczna, a obraz rodziny Finchów nieco „cukierkowy”, całość  zaś „trąci trochę myszką”, jednak jest to piękna i warta poznania powieść. Jej obraz można sobie uzupełnić filmem z 1962 roku z Gregory Peckiem w roli głównej.

Napisałam, że to jedyna powieść Harper Lee, a tymczasem wiadomo już, że „nieoczekiwanie” odnalazła się jej pierwsza niewydana powieść opowiadająca dalsze dzieje bohaterów „Zabić drozda”. Już 4 listopada będziemy mogli ją poznać. Czy „Idź, postaw wartownika” sprosta poprzedniczce? Zobaczymy. Zatem trzeba koniecznie przeczytać „Zabić drozda”, by móc porównać, no i dowiedzieć się, co zdarzyło się później w Maycomb w stanie Alabama.

 

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator DKK Rawa Maz.

Joanna Bator
„Ciemno, prawie noc”
Chyba każdy książkolub, czyli lubiący czytać, nie mylić z lubiącymi posiadać książki, po pewnym czasie dorabia się własnego algorytmu, według którego dobiera sobie lektury. Jedni polują na literaturę ambitną, drudzy na nowości, trzeci mają swój ulubiony gatunek, a jeszcze inni kierują się odmiennymi, sobie tylko wiadomymi, a często i nieuświadomionymi upodobaniami. To niestety ogranicza, a trudno się wyrwać z okowów własnych preferencji. Tym bardziej, jeśli kolejne próby sięgnięcia po coś nowego kończą się zawodem. Dyskusyjny Klub Książki jest świetnym lekiem na to swoiste czytelnicze skostnienie. Raz w miesiącu klubowicze są zmuszeni przeczytać wybraną przez ich oddział lekturę, często taką, po którą nie tylko sami by nie sięgnęli, ale nawet by jej nie tknęli, gdyby dostali w prezencie. To jedna z wielu zalet klubów dyskusyjnych, w których spotykają się żywi ludzie.
Lekturą stycznia 2015 roku w Rawskim DKK była powieść Joanny Bator Ciemno, prawie noc. Nie powiem, żebym się do tej książki palił. Wiedziałem, że autorka znana i nagradzana, ale już tak to u nas bywa, że nie zawsze co polskie i wychwalane, to od razu dobre. No, ale w końcu wziąłem do ręki to dość opasłe tomisko, ponad pół tysiąca stron bez ilustracji, i się zaczęło.

Początek nie był zachwycający. Narrator pierwszoosobowy, tożsamy z reporterką Alicją Tabor, która jest główną bohaterką powieści, sugeruje iż jej przemyślenia, a zwłaszcza wrażenia i sposób widzenia świata, są skojarzone z prezentowanymi przez autorkę. W tym świetle budził mój sprzeciw sposób, w jaki odmalowano realia robotniczego Wałbrzycha, w którym akcję opowieści umiejscowiono, klimat w jakim odmalowano choćby podmiejskie pociągi pracownicze i ludzi nimi podróżujących, które ja pamiętam zupełnie inaczej. Nie spodobało mi się również, iż autorka zbytnio generalizuje i powiela pewne schematy nadając im status prawd ostatecznych. Jednocześnie jednak już od pierwszych stron było w tej lekturze coś, co wskazywało, że nawet gdyby nie była obowiązkową pozycją w menu DKK, i tak czytałbym dalej.

Konstrukcja intrygi wydaje się w swych zarysach prosta i nieco szablonowa; na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie, iż nie rokuje na nic interesującego. W Wałbrzychu zaczynają ginąć dzieci i to jest głównym powodem przyjazdu do miasta Alicji, zamierzającej napisać reportaż na ten temat, a w nieśmiałych marzeniach, przy okazji, rozwiązać tę zagadkę. Okazuje się jednak, że to tylko szkic, który pisarka wypełnia wielowątkową, mistrzowsko wręcz skomponowaną fabułą, w której każdy element ma swe miejsce i cel.

Mocną stroną całości jest mroczny klimat, przypominający wstępne części najlepszych horrorów, na szczęście bez infantylnych potworów i nadprzyrodzonych emanacji. Staje się on perspektywą podkreślającą napięcie społeczne związane z zaginięciami dzieci na które nakładają się bezrobocie i jego następstwa, napięcia religijne i obyczajowe oraz tendencje rasistowskie.

Umiejętnie wpleciony w dzisiejszą historię wątek tajemniczej przeszłości zamku Książ i legendy o zaginionych perłach jego ostatniej właścicielki, księżnej Daisy* oraz poszukiwań legendarnego skarbu sprawiają, iż teraźniejszość staje się tylko momentem oddzielającym przeszłość od przyszłości i nadaje przeszłości kluczową rolę w kształtowaniu tego, co ma nadejść.

Liczne są elementy powieści gotyckiej, momentami bliższej powieści historycznej, momentami z rysami terror nowel. Splecione są w mistrzowsko dopasowanych proporcjach ze współczesnym wątkiem kryminalnym. Ważną rolę odgrywa także historyczne oraz teraźniejsze celnie ukazane tło społeczne, całość zaś daje oryginalną i niepowtarzalną atmosferę, jakiej próżno szukać u innych autorów.

Powieść podejmuje ważkie problemy moralne. Walka dobra ze złem, pytanie o przyczyny zła, o następstwa zła doznanego lub wyrządzonego w przeszłości. Bardzo ciekawym i udanym zabiegiem jest wprowadzenie kotojadów jako konkretyzacji zła wnikającego w ludzkie serca i zatruwającego ludzkie dusze. Jednak po pierwsze nie wszystkie złe i przerażające rzeczy, jakich czytelnik jest świadkiem, są spowodowane przez kotojady, jak choćby otoczka religijnego szaleństwa, które dotyka miasto, co burzy zależność między kotojadami a złem. Po drugie, co znacznie ważniejsze, wprowadzenie kotojadów, choć stoi w opozycji do tradycyjnego zachodnio-chrześcijańskiego pojmowania przyczyn zła, bazującego na infantylnym pojmowaniu wolnej woli oraz wolności wyboru, którym nauka już dawno zaprzeczyła, to jednocześnie powiela ten sam błędny sposób pojmowania świata i utrwala wrażenie, że zło to coś zewnętrznego. Zło to coś, co przynoszą źli ludzie, złe czasy i złe miejsca. A to bardzo szkodliwe przekonanie pozwalające dobrym ludziom czynić zło w przekonaniu, że dalej pozostaną dobrymi. Przekonanie, które pozwala się plenić złu pod płaszczykiem przekonania o naszej prawości.

Książka w odbiorze jest o tyle łatwa, iż czyta się ją dość szybko, jest niewątpliwie wciągająca i naprawdę warsztatowo wyjątkowo dobrze napisana. Pomysł ze zlepkami słownymi na oddanie mamrotania dewotek i innych nawiedzonych jest zabiegiem niezwykle interesującym. Jednocześnie jednak jej przesłanie nie jest jasne i niewyrobionego czytelnika może sprowadzić na manowce, utwierdzając szkodliwe stereotypy i przekonania z takich dziedzin jak psychologia społeczna czy socjologia lub etyka. Nie polecałbym więc tej powieści młodemu czytelnikowi ani komuś szukającemu tylko i wyłącznie rozrywki. To zdecydowanie pozycja dla kogoś, kto pragnie impulsu do licznych poważnych refleksji i przemyśleń, nie tylko wprost, ale i przez negację tego, co przeczyta. Powieść bardzo interesująca i warta polecenia, ale niestety nie dla każdego


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie


* Księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, ur. jako Mary Theresa Olivia Cornwallis-West, nazywana Daisy lub Sisi (ur. 28 czerwca 1873 w Ruthin, zm. 29 czerwca 1943 w Wałbrzychu)



„Śpiewaj ogrody" Paweł Huelle DKK Rawa Maz.

Paweł Huelle
„Śpiewaj ogrody"

Książka śpiewaj ogrody pawła huelle była lekturą przewidzianą na luty 2015 roku w moim, czyli rawskim, oddziale DKK*. I dobrze, gdyż sam bym po nią nie sięgnął. Odrzucało mnie pisanie małą literą tytułu i nazwiska oraz imienia pisarza. To dla mnie sztuczny i niesmaczny chwyt marketingowy, w dodatku chybiony, ale skoro taka maniera się autorowi podoba, pozwolę sobie zawsze tak jego godność odtąd zapisywać. Szata graficzna też nie w moich klimatach, podobnie jak kanon prezentowanej na okładce urody. Skoro jednak lektura obowiązkowa, to trzeba przeczytać.
Po nie najlepszym wrażeniu, jakie wywarła na mnie okładka, zaraz na pierwszych stronach ubodło mnie złe tłumaczenie z kaszubskiego i nie rozszyfrowane skróty. Nie odebrałem tego jako braku kompetencji autora, raczej jako niechlujność i lekceważenie czytelnika. Potem było już nieco lepiej.
Śpiewaj ogrody to dość luźna opowieść w kanonie narracji pierwszoosobowej napisana w formie wspomnień młodego chłopca, Polaka. Narrator jest tylko rejestratorem oraz przekaźnikiem tego co widzi i słyszy. Żadną miarą nie jest on głównym bohaterem powieści. Wiodących postaci jest kilka – Greta, Niemka, która pozostała w Polsce po przyłączeniu Gdańska do macierzy, jej mąż zafiskowany na punkcie zaginionej opery Wagnera, woźnica Bieszke wprowadzający wątek historii narodowości kaszubskiej w trudnych czasach po- i wojennych. Głównych elementów fabuły też jest kilka, od muzyki, szczególnie Wagnerowskiej, przez narodowe perypetie przedstawicieli różnych nacji w czasach przed, po i w trakcie II Wojny Światowej, aż po seryjne zabójstwa na tle seksualnym. No właśnie.
Zwykle wielowątkowość uznaję za zaletę, ale tylko wtedy, gdy wynika ona logicznie z innych aspektów dzieła literackiego i tworzy spójną całość z innymi elementami. Tym razem jednak tak nie jest. Choć postacie są zarysowane przekonująco i z prawdziwym kunsztem, to niektóre z nich sprawiają wrażenie wzbogacania powieści na siłę, niczym po lekturze poradnika typu „jak stworzyć bestseller w pięć minut”. Szczególnie postać i perypetie francuskiego seryjnego mordercy, które byłyby dobrym materiałem na samodzielną powieść, są wyraźnym dysonansem w porównaniu do reszty książki o zdecydowanie innym charakterze.
Dla niektórych głównym wątkiem, który zabiera niezwykle wiele miejsca i przesłania świetną warstwę historyczno-obyczajową oraz urokliwy, miejscami dramatyczny, miejscami nostalgiczny klimat gdańskich wspomnień, jest muzyka Wagnera i proces tworzenia. Niestety, w mojej ocenie tutaj właśnie autor poległ na całej linii. Epatuje czytelnika technikaliami mającymi sugerować wielką wiedzą muzyczną, na co wielu daje się złapać, choć dociekliwi mogą to wszystko wyczytać w Internecie. Wystarczy jednak porównać wersję w wykonaniu huelle, drętwą i suchą, prawdopodobnie kompletnie niestrawną dla czytelnika niesiedzącego w temacie, z wizją malarskiego procesu twórczego, który ukazał Stephen King w swej powieści Ręka mistrza, wręcz porywającą nawet odbiorcę, który dotąd miał co najwyżej blade pojęcie o malarstwie, by zobaczyć przepaść między tym, co huelle stworzył, a tym, czego byśmy oczekiwali.
Śpiewaj ogrody ma aspirację do Wielkiej Literatury. Szkoda, że nie bardzo uzasadnione. Taki styl:

Kula trafiła w łydkę mego ojca.
za moich czasów był powodem do śmiechu nawet przy ocenianiu prac uczniów późnych klas szkoły podstawowej i nigdy się nie dam przekonać, że można wybaczyć podobne wpadki profesjonaliście, który ma w dodatku do pomocy cały zespół ludzi współtworzących finalny produkt – wydaną książkę.
Gdyby – to słowo często się przejawia, gdy analizuję me wrażenia po skończonej lekturze śpiewaj ogrody. Gdyby autor się ograniczył do klasycznej powieści historyczno-obyczajowej, może nie miałby ułatwionej akcji marketingowej, ale w dłuższym okresie czasu powieść pewnie lepiej by się obroniła w rankingu wartościowych pozycji. Gdyby odważył się na bardziej wnikliwe obserwacje społeczne i socjologiczne z okresów wielkich przemian, zamiast podłączać się pod etos górników i stoczniowców, pod stereotypy i antykomunistyczną propagandę, może zdołałby stworzyć coś wartościowego dla przyszłych pokoleń. Gdyby...
A wielka szkoda, gdyż rzecz jest do przeczytania, nawet do miłego przeczytania. Uważny czytelnik znajdzie obok myśli trywialnych i płytkich haseł również dociekliwe uwagi i głębokie refleksje, ale ta konieczność oddzielania ziarna od plew...
Jak ktoś gdzieś kiedyś powiedział lub napisał, nie pamiętam kto i gdzie, ale bardzo mi się to spodobało, zabrakło też klucza, którym jest umiejętne przetworzenie elementów własnej rzeczywistości na obraz jednostkowy i uniwersalny zarazem. Wszystko się rozmyło, pogubiło. Obraz utracił ostrość, a refleksje jednoznaczność i prawość. W dążeniu do stworzenia hitu wydawniczego przepadła szansa na eksportowalność, na książkę, która pokaże innym narodom polskie widzenie świata w skomplikowanych momentach historii. Bardzo tego żałuję


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie



„Zero, zero, zero” Robera Saviano DKK Rawa Maz.

Roberto Saviano
Zero zero zero. Jak kokaina rządzi światem

Lekturą marca 2015 w rawskim DKK* była książka Zero zero zero Roberta Saviano. Jakiś czas temu na klubowym warsztacie gościł prześwietny dokument utrzymany w oryginalnej formie świadectwa, czyli osławiona Gomorra tego autora, więc obiecywałem sobie i tym razem prawdziwą ucztę czytelniczą.

Już od pierwszych stron miałem wrażenie, że to nie ten sam autor. O ile Gomorra wciągała, wręcz zniewalała czytelnika, i pomimo dużej ilości faktów czytało się ją szybko, to przy Zero zero czytelnik co chwilę się zacina. Pod względem stylistycznym Gomorra nie aspirowała do literatury wysokich lotów, ale też nie prowokowała do krytycznych uwag w tym względzie. Wszystko było podporządkowane głównemu celowi, czyli przesłaniu, które niosła, i wypadło to bardzo profesjonalnie. Tym razem mamy do czynienia z jakimiś ciągotkami ku barokowym wręcz językowym zdobieniom, niestety nie tylko że niezbyt z reguły udanym, to miejscami wręcz tak żałosnym, iż trudno dociec co artysta miał na myśli. Momentami mamy nawet do czynienia z fragmentami godnymi humoru zeszytów, a w innych to zwykły bełkot. Czy to Saviano tak się odmienił, czy też zasługa innego tłumacza? Nie potrafię rozstrzygnąć. Na szczęście tragicznie jest tylko momentami.

Gomorra, porównania nasuwają się same z siebie, miała wyraźną główną tezę – nowoczesna mafia rodem z Neapolu, której idea ogarnia powoli cały świat, to nie hierarchiczna i skodyfikowana organizacja à la don Corleone, ale luźna sieć doraźnych, przenikających się biznesów różnego kalibru, w której jedynym kryterium jest zysk. Zysk, który jest ostatecznym miernikiem, gdy trzeba uzasadnieniem, gdy trzeba rozgrzeszeniem. Zysk, który sprawia, że z nielegalnymi biznesami łączą się legalne, a mafia niczym nieoperacyjny rak przerasta rynek, gospodarkę, politykę i struktury państwa. I tu dochodzimy do głównego zarzutu wobec Zero zero, przy którym wpadki stylistyczne są mało ważne. Główne przesłanie, które w Gomorze było czytelne i jasne, tym razem ucieka, rozmydla się, trzeba go naprawdę usilnie się doszukiwać, co wcale nie jest łatwe.
W omawianej książce Saviano ukazuje nam potęgę narkobiznesu, która ucieka świadomości większości ludzi, rządów i społeczeństw oraz zagrożenia, które wynikają z ciągłego wzrostu tej branży. Jedynej, która nie obawia się kryzysów, dewaluacji, wojen i zmian prawnych. Opisuje nam historię, która do tego doprowadziła, a więc dzieje karteli z Ameryki Południowej, jak również rolę Stanów, które nie zawsze były ikoną antynarkotykowej krucjaty. Z natury rzeczy książka pełna jest więc przykładów bestialstwa i okrucieństwa szokującego większość czytelników. To przykuwa uwagę jednych odbiorcóww, a blokuje percepcję innych. I rzeczy ważne uciekają.
Wydawać by się mogło, że Zero jest zaprzeczeniem tez Gomorry – narkobiznes, zwłaszcza na wysokich szczeblach, to klasyczna mafia o wyraźnych strukturach i podziale władzy. Niełatwo zauważyć, że to dotyczy tylko pionu od producenta to dystrybutora. Cała reszta, reszta tylko z nazwy, bo w rzeczywistości równie niezbędna jak sam towar, to już schemat luźnych biznesów, najczęściej zalegalizowanych, mających na celu pranie pieniędzy a także wykonywanie innych zadań, bez których całość funkcjonować by nie mogła. Tutaj widzimy już rzeczywistość znaną z Gomorry – uczciwych przedsiębiorców, sędziów, urzędników i bankierów, którym w razie wpadki nawet nie można zarzucić udziału w zorganizowanej przestępczości, gdyż jedynie doraźnie ulegli złu. A jednak bez ich pomocy to zło istnieć by nie mogło. To jednak jakoś ucieka pod natłokiem opowieści o narcos.

Brak struktury, która prowadziłaby czytelnika i porządkowała książkę oraz nadawała jej wymowę jest wielkim niedostatkiem, który sprawia, iż prawie niczym nie różni się ona od zbioru mniej lub bardziej luźno połączonych ze sobą notatek prasowych wrzuconych do pudełka z nadzieją, że czytelnik sam wyciągnie z nich wnioski. Książka przypomina kogoś, kto z chęci podania rozmówcy wszelkich możliwych dowodów jednocześnie zaprzepaszcza szansę na to, by wyartykułować to, co chce nimi udowodnić, gdyż przytłoczony masą faktów odbiorca nie jest już w stanie ogarnąć ich wymowy.
A jaka jest wymowa Zero zero zero? Zasadniczo taka, że po epokach złota i korzeni, ropy i innych, nastała epoka kokainy i syntetycznych narkotyków. To rynek, który odgrywa z każdym rokiem większą rolę w światowej, a zwłaszcza zachodniej gospodarce, który może decydować o wyjściu, lub nie, obronną ręką z kryzysu, który powoduje erozję podstaw demokracji i państwowości, przez co w konsekwencji może być większym zagrożeniem dla naszego świata takiego, jakim go znamy, niż islam czy hegemonistyczne dążenia Rosji albo Chin.
Pomimo więc wszystkich swych wad, jest nowa książka Roberta Saviano niezwykle wartościowa. Porusza tematykę raczej pomijaną w dzisiejszych mediach, a mogącą w niedalekiej przyszłości stać się jednym z najważniejszych problemów Zachodu. Szkoda, że Saviano ledwo to zasygnalizował na samym końcu, tak lekko, że większość zmęczonych czytelników w ogóle tej puenty nie zauważa.
Narkotyki są w biznesowym sensie jak alkohol. Do czego prowadzi prohibicja Stany Zjednoczone już przerabiały. Szkoda tylko, że nikt nie wyciąga z tej nauczki wniosków. Prawie wszystkie państwa, za nielicznymi wyjątkami, prowadzą z góry przegraną wojnę próbując walczyć z nielegalnym rynkiem narkotyków. Stany odstąpiły od prohibicji zanim mafia stała się silniejsza niż samo państwo. Pytanie, które mi się nasuwa, to czy ten moment już nie minął, jeśli chodzi o narkotyki? Czy aby same lobby przemysłu narkotykowego nie jest zainteresowane w utrzymaniu jego nielegalności? To powoduje straty i zagrożenie, ale zarazem zapewnia stopę zysku, której nie oferuje żaden inny produkt ani żaden inny biznes na świecie.
Dlaczego taki tytuł książki? Niektórzy wiedzą, ale tym, którzy nie, nie zdradzę. Niech doczytają sami.
Zero zero zero jako gotowe opracowanie, jako kompletny i skończony dokument, wypada bardzo słabo. Ta książka nie jest też dla smakoszy z aspiracjami do delektowania się Wielką Literaturą Piękną ani nie poprawi nikomu samopoczucia. Jednak jako kopalnia faktów oraz interesujących ciekawostek i materiału do przemyśleń, jako zbiór pytań domagających się odpowiedzi i dylematów moralnych do rozstrzygnięcia, jest pozycją niezwykle wartościową i absolutnie wartą poznania dla wszystkich, którzy lubią wiedzieć i rozumieć, więc polecam ją każdemu gorąco


Radosław Magiera

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi