Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Anna German o sobie

Mariola Pryzwan, z wykształcenia polonistka, z zawodu bibliotekarka, z zamiłowania biografistka, od lat zafascynowana jest Anną German. W 2012 roku minęła trzydziesta rocznica śmierci piosenkarki i z tej okazji autorka wydała w postaci książki wypowiedzi Anny German rozproszone w audycjach radiowych, prasie polskiej, radzieckiej, włoskiej, w prywatnych listach. Jest to tym cenniejsze, że nie lubiła mówić o sobie. Znaczna część materiałów pochodzi z archiwum męża piosenkarki, Zbigniewa Tucholskiego. Jerzy Waldorff powiedział kiedyś: „ cenię Annę German za liryzm tkwiący w samej materii jej głosu jasnego, chłodnego i słodkiego zarazem, a prowadzonego z dźwięku na dźwięk uchem tak czujnym, jak bywa u doskonałych skrzypków”. Niewątpliwie Anna German to fenomen, który rzadko się zdarza. Głos ustawiony z natury, o niepowtarzalnej barwie, który zachwycał słuchaczy na całym świecie. Z wywiadów prasowych, radiowych i z prywatnych listów dowiadujemy się co Anna German sama myślała na temat swojego śpiewania, występów przed publicznością, pracy i życia rodzinnego. Dzięki temu, że Pryzwan oddała narrację artystce w stu procentach, otwierając książkę „słyszy” się Annę German. Dodatkowym atutem jest duża ilość dokumentów i zdjęć, z których patrzy piękna, zgrabna kobieta. Sama miała kompleks, martwiła się, że jest za wysoka. A i z jej wypowiedzi wyłania się piękny człowiek. Zadziwia jej skromność i pokora. Przecież była gwiazdą, jeździła po świecie, mogła być zatem wyniosła i zarozumiała. Tymczasem z wielkim szacunkiem podchodziła do śpiewania i do publiczności. Nie czuła się uprawniona, by nazywać siebie kompozytorką, by profesjonalnie wypowiadać się na temat muzyki, bo studia skończyła w innym kierunku, a śpiewanie po prostu czuła. Dobrze czuła się w polskiej piosence lirycznej i w rosyjskim romansie, w ludowej melodii neapolitańskiej i w arii Scarlattiego. Pięknie mówi na temat swoich piosenek: „...uważam, że dobry utwór nie wymaga szminki i oprawy piór, schodów czy koturnów. Najważniejsza jest piosenka, a nie to, w co ją „opakowano”. Śpiewając mam słuchaczy o czymś przekonać, zawiadomić. Jeśli treść jest błaha – z reguły odrzucam piosenkę.”

Zadziwia jej zdanie na temat festiwali. Uważa je za zło konieczne, ale rozumie ich znaczenie, bo można się wybić i zostać zauważonym przez krytyków. Z zebranych przez Mariolę Pryzwan materiałów dowiadujemy się co Anna German myślała na temat śpiewania, aktorstwa, życia artystycznego, współpracy z muzykami, życia rodzinnego, macierzyństwa, o jej zainteresowaniach, pasjach, marzeniach. Co wzruszające cały czas podkreślała swoją miłość do Polski, uważała ją za swoją pierwszą ojczyznę. Gdy była we Włoszech, to mimo że jest tam znacznie ładniej i cieplej, tęskniła do swojego kraju. Poruszająca jest jej filozofia życiowa, zwłaszcza w kontekście dzisiejszych czasów: „ważne jest nie tylko zarabianie pieniędzy i życie z dnia na dzień. To, co robimy, powinno nam sprawiać radość”. „Człowiek nie powinien robić w życiu nic wbrew sobie, wbrew swoim przekonaniom, wbrew własnemu charakterowi. Nic, co by później miał wspominać z niechęcią”. Aż żal, że dziś nie mamy już takich piosenkarek, tak zdolnych, wartościowych, a jednocześnie tak skromnych.

Recenzja trzech opowiadań A. Czechowa

Recenzja trzech opowiadań Antoniego Czechowa

Listopadowa propozycja naszego DKK nieco zaskoczyła klubowiczów. Klasyka literatury rosyjskiej, opowiadania Czechowa będące lekturą szkolną! Właściwie, czemu nie? Przeczytamy po raz kolejny, zwłaszcza że listopad to dość smutny pogodowo i zaduszkowy miesiąc.

Sięgnęliśmy zatem po trzy krótkie opowiadania: „Śmierć urzędnika”, „Kameleon” i „Końskie nazwisko”. To pierwsze dobrze się wpisuje w listopadowy klimat, choć i gorzkiego humoru w nim sporo. Czy rzeczywiście strach przed wyższym rangą urzędnikiem może doprowadzić do dramatu? Stawialiśmy to pytanie, jednocześnie przyznając, że lęk przed zwierzchnikiem, służalczość, podlizywanie się władzy to zjawiska odnoszące się nie tylko do czasów Czechowa. Także i dziś mamy takich kameleonów – Oczumiełowów skłonnych do szybkiej zmiany zdania, bojących się zająć otwarte i jasne stanowisko, wyrazić swój niezależny sąd.

Podziwialiśmy kunszt tłumacza w opowiadaniu „Końskie nazwisko”, zastanawiając się przy okazji nad szczególną metodą leczenia zębów czyli ich zamawianiem i to na odległość!

I tak rozmawialiśmy, zachwycając się pisarstwem Antoniego Czechowa. Pozostaje przecież wciąż mistrzem i geniuszem pióra. Jego opowiadania i dramaty cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, jest czytany i wystawiany.

Klubowicze przeczytali  nie tylko trzy omawiane teksty, sięgnęli  po inne. Była też okazja, by wspomnieć świetne przedstawienia jego dramatów w Teatrze Telewizji.

Czechow to zawsze dobry wybór.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Recenzja książki „ Podróż długa i dziwna . Drugie odkrywanie Nowego Świata„ DKK przy MGBP w Uniejowie

Książka  pt. „ Podróż  długa i dziwna . Drugie odkrywanie Nowego Świata„  Tony Horwitza jest zapiskiem codziennego dziennika odkrywanego przez dziennikarza. Historia odkrycia  pierwszych 100 lat z dziejów Anglii Północnej oraz czas między Kolumbem. Podróż rozpoczyna się w Nowej Fundlandii, tam też mieszczą się pozostałości Wikingów. Następnie akcja przenosi się na Dominikanę, kojarzącą się z pięknym krajem turystycznym. Prowadzi szlakami Hiszpanów, opisuje francuskie fronty, na sam koniec opisuje postać Roanoke Jamestownai początki kolonizacji angielskiej.

W książce jest bardzo dużo mitów Celtyckich, książka pełni role podręcznikową. Przedstawione zostają losy księżniczki Pocahontas, która umiera osieracając swoje dziecko, po którym też nie ma śladów. Wspomniane są również relacje historyczne przeplatające się z reportażami z ważnych miejsc. Takich jak kopce Indian, muzeum Kolumba na Dominikanie i wiele innych. Wszystkie te miejsca łączy wspólna więź, wszystkie są bardzo  zaniedbane. Z drugiej strony autor odnajduje ludzi, którzy strzegą swojej pamięci historycznej i tożsamości, choć niekiedy przybiera to groteskowe formy jak np. uroczystości pokutne, podczas których potomkowie Francuzów przebaczają potomkom Hiszpanów, rzeź sprzed 400 lat albo różnego rodzaju kluby, zakony, których celem jest gromadzenie osób pochodzących bezpośrednio od Pocahontas. Niestety też obok tego radosnego absurdu pokazuje jak niedawno rdzenni mieszkańcy Ameryki traktowani byli jako obywatele drugiej kategorii, jak niewiele zostało z ich cywilizacji kultury zniszczonej przez białych, którzy teraz domagają się zwiedzania skansenów i zakopują kryształy w święconej ziemi wymarłych plemion aby” uczcić ich pamięć”.

Na koniec dowiadujemy się, że Pocahontas zmarła na gruźlice.

 

"Zamek z piasku" M. Witkiewicz - recenzja

 

    „Zamek z piasku” M.Witkiewicz  przeczytałam jako którąś z kolei wakacyjną lekturę. Jest to książka, którą zapamięta się dłużej. Dlaczego? Bo mówi o ważnych relacjach między dwojgiem bliskich sobie ludzi. Bo „tworzenie wzajemnych relacji to jak budowanie zamku z piasku. Nieustannie trzeba dbać, by nie runął… I by nikt nie wszedł w niego butami… Nie można na chwilę spuścić go z oczu. Związek pomiędzy dwojgiem ludzi bywa kruchy. Dokładnie tak jak zamek z piasku. Gdy odwrócisz głowę, zaleje go morska fala. Pozostanie tylko słona morska woda albo słone łzy.” Ten cytat daje do myślenia, dlatego zaczęłam zastanawiać się, co ważnego mogłabym wykorzystać z tej książki do swojego życia. Skupiłam się na krótkich wypowiedziach, podsumowaniach i wskazówkach – radach życiowych. Nie patrzę na ten utwór przez pryzmat moich doświadczeń, bo są całkowicie odmienne. Poza tym wydaje mi się, że autorka nie do końca przedstawiła analizę problemów. Trochę było to powierzchowne, a to co najważniejsze, czyli jak odbudować zerwane więzi, jak pogodzić się z brakiem dziecka, jak przebaczyć i wybaczyć sobie, zostało wrzucone w króciutki epilog. Tak łatwo jest coś zniszczyć, a tak trudno naprawić relacje i zmienić siebie.

    Dla mnie ważne z tej książki są słowa – zdania klucze, które pozwalają mi poznać siebie. Większość z nich znamy, ale nie za bardzo nad nimi się zastanawiamy. Może kiedy sobie je przypomnimy, to lepiej zrozumiemy drugą osobę. A oto kilka z nich:

„Moja babcia powiedziała mi kiedyś, że mężczyznom trzeba wszystko dokładnie wytłumaczyć, a najlepiej pokazać, bo inaczej mogą nas nie zrozumieć.”

„W życiu chyba też tak jest, że aby coś osiągnąć, trzeba trochę pomóc losowi.”

„(…) aby związek funkcjonował prawidłowo, trzeba mieć coś swojego. Choćby jedną rzecz.”

„Oprócz miłości do życia potrzebne są też inne rzeczy. (…) Nie można  rezygnować z przyjaźni, z innych znajomości, nie można wiecznie być ze sobą i patrzeć tylko na siebie. Świat jest piękny, inni ludzie też są interesujący. Można się tym wszystkim cieszyć we dwoje.”

„Nie można zamknąć kogoś w klatce z kulą u nogi. (…) Jeżeli dasz komuś wybór – wybierze ciebie. A jeżeli nie będzie miał wyboru – jak tylko nadarzy się okazja, zniknie.”

„Czasem myślisz, że będąc z kimś prawie połowę swojego życia doskonale zdołałeś go poznać… a tak naprawdę w ogóle go nie znasz. Zaskakuje cię po tylu latach. Nie zawsze pozytywnie…”

„Zdrada nie jest rozwiązaniem, ale jest czasowym substytutem tego, czego nie ma w związku.”

„Żeby tak wiele wiedzieć o ludziach, trzeba umieć na nich patrzeć i wyciągać wnioski. Jak wiele trzeba mieć tolerancji dla ludzi, by akceptować ich niezwykłą odmienność. Ich inny sposób wartościowania.”

„Mężczyźni są wygodni i leniwi. To uogólnienie zamyka temat. Może nawet i kochają i są przywiązani, ale nie rozumieją potrzeb kobiet, które po prostu wciąż muszą być o ich miłości przekonywane. Prezentami, ciepłym słowem, pomocą, zainteresowaniem, wspólnymi celami, zabiegami o ich komfort psychiczny, komplementami, seksem. Całą masą rzeczy, które kobieta odbiera jako drobne dowody prawdziwej miłości.”

„Kobiety mają niezwykły dar do komplikowania sobie życia. Do zawoalowania swoich próśb, myśli, pytań, oczekiwań. Mężczyźni lubią klarowne sytuacje. Gdyby wszyscy mówili wprost, na pewno byłoby lepiej na tym świecie…”

„Rodzicielstwo to bardzo trudne zajęcie. Prawdopodobnie najtrudniejsze na świecie. Łatwiej zbudować potęgę korporacji niż wychować dziecko na dobrego, uczciwego człowieka.”

„To dziwne, że nawet gdy jesteśmy dorośli, to wciąż tak bardzo dobrze czujemy się w ramionach rodziców. Nie robimy tego, bo przecież to oznaka słabości, ale marzymy o tym, by ktoś nas przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Wiara czyni cuda. Szczególnie wiara w to, że wszystko będzie dobrze.”

„Tak sobie myślę, że Bóg jest dobry. I gdyby nie chciał, by ludzie korzystali z zapłodnienia in vitro, to by nie pozwolił im tego wymyślić.”

„Czasem trzeba po prostu zamknąć za sobą przeszłość i nie patrzeć do tyłu.”

   Myślę, że nie tylko ja pochyliłam się nad tymi słowami, bo wiele w nich mądrości i nauki.

 

Jolanta Łuczak- członek DKK przy Bibliotece Publicznej Gminy Witonia

 

7 dni- IV Ogólnopolska Dyskusja Literacka

7 dni” autorstwa Eve Ainsworth to lektura dość świeża, swoją premierę miała we wrześniu tego roku. Opowiada o szkolnej agresji wobec Jess, która przez swoją nadwagę jest prześladowana przez szczupłą i popularną Kez. Sytuacja wydaje się dość typowa, jednak ukazanie każdego z siedmiu tytułowych dni ze strony obu postaci już takie typowe nie jest. Czytelnik ma szansę poznać cały dzień ze strony Jess: jej problemy domowe, przemyślenia, emocje, gdy spotyka Kez. Zaraz po przeżyciu każdego dnia razem z bohaterką, cofamy się do rana, aby ten sam dzień zobaczyć od strony Kez. Jest to próba usprawiedliwienia czynów Kez - czy udana, to już zależy od opinii czytelnika.

Książka świetnie nadaje się na dyskusje i dzielenie się swoimi przemyśleniami. Samemu można ją przeczytać i stwierdzić, że nam się podoba albo nie, ale w grupie osób można już wszcząć dyskusję i przejść w niej od książki aż do samego pojęcia agresji w szkole.

W obecnych czasach agresja w szkole to częsty problem i być może przeczytanie tej książki pomoże atakowanym, uświadomi atakujących, ale także pozwoli zauważyć ją osobom trzecim. Uświadamia także, iż w każdej sytuacji mamy różne punkty widzenia, dwie strony medalu.

Bartek Nowak – członek DKK, uczestnik IV Ogólnopolskiej Dyskusji Literackiej.

 

Przerażajace 7 dni - Ogólnopolska dyskusja w DKK w Stróży

Przerażające 7 dni

 

Z niezwykłą łatwością przychodzi ludziom krytyka młodszego pokolenia. Stwierdzają, że nie mają prawdziwych problemów, tylko jakieś wymyślone, bzdurne historie. „Ciągle tylko ten internet!”- można usłyszeć z ust każdego „specjalisty” zapraszanego do porannych programów telewizyjnych. Jednak ciągła pogoń za dobrem materialnym, powodująca brak czasu rodziców oraz ich ignorancja wobec środków masowego przekazu i mediów jakimi posługują się dzieci to coraz częstsza przyczyna domowych tragedii.

Książka Eve Ainsworth zatytułowana „7 Dni” jest przerażającym obrazem dorastania wśród obojętności dorosłych i podłości szkolnych kolegów. Napisana z perspektywy ofiary przemocy domowej, będącej jednocześnie szkolną dręczycielką Kez, oraz walczącej o przetrwanie wśród szkolnych sadystów Jess. Nie jest ważne gdzie znajdują się postaci - zarówno szkoła jak i dom nie dają żadnej z nich wsparcia, a przyjaciele nie zawsze okazują się prawdziwi. Dziewczyny pochodzą z zupełnie odmiennych środowisk – jedna ma piękny dom na „bogatym” osiedlu, druga mieszka w bloku, w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu. Obie jednak maja podobny problem, problem z rodzicami. Jess wychowuje się w rozbitej rodzinie, ojciec zostawił ich dla innej kobiety, nie płaci alimentów i od kilku lat nie spotyka się z dziećmi. Za to Kez jest ucieleśnieniem znienawidzonego przez siebie agresywnego rodziciela. Nie potrafiąc poradzić sobie z rodzinnym dramatem ucieka w przemoc i pozerstwo, zostawiając pobitą, przerażoną matkę na pastwę zgorzkniałego, sadystycznego ojca, który po utracie pracy nie potrafi poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością.

Przemoc w szkole i rodzinie jest punktem wyjścia tej niepokojącej powieści. Autorka ukazuje w niej niezwykle traumatyczny obraz dorastania współczesnych nastolatków pozostawionych przez rodziców samych sobie. Tylko nieliczne postaci ukazujące się na kartach książki mają pełne ciepła i rodzicielskiej miłości rodziny. Co jednak nie chroni ich przed szkolna przemocą. Krytyka podstawowej jednostki społecznej nie jest jednak jedynym poruszonym w tekście tematem. Szkoła jako instytucja również nie zdaje egzaminu. Brak jakiegokolwiek zainteresowania problemami wychowanków niemalże doprowadza do tragedii. Nauczyciele i wychowawcy pozwalają się zbyć byle jakimi wymówkami i kilkoma naiwnymi zapewnieniami, że „nic się nie stało i nie ma o czym gadać”.

7 Dni” nie jest jednak zwyczajną książką o szkolnych „znętach”. Porusza bardzo ważny w XXI wieku problem odpowiedzialności rodziców za sposób, w jaki ich dzieci korzystają z mediów społecznościowych. Pełne słownej agresji, podłych komentarzy, czy gróźb wpisy nazywane popularnie internetowym hejtem, dotyczą praktycznie wszystkich dzisiejszych nastolatków. Takie sytuacje są bardzo często po prostu lekceważone przez dorosłych, niezdających sobie sprawy, że social media są drugą rzeczywistością dla ich podopiecznych. Kreują tam swój wizerunek, zaczerpnięty z kolorowych magazynów, blogowych poradników, płytkich youtuberskich filmików czy ogłupiających reklam i teledysków. To właśnie wizerunek jest główną przyczyną kompleksów i szkolnych problemów Jess. W porównaniu do swoich rówieśniczek nie jest ani modnie chuda, ani odpowiednio wytapetowana. Ciuchów również nie ma odpowiednich. Książka Pani Ainsworth jest lekturą obowiązkową dla osób zainteresowanych wpływem, jaki ma na nastoletnie dziewczyny wykreowany przez media wizerunek kobiety. Można śmiało stwierdzić, że sam sposób wykreowania kobiecych bohaterek, może się pisarce nieźle oberwać od feministek.

Autorka stworzyła interesujący obraz młodocianej psychiki pokolenia mediów społecznościowych. Dzięki prostocie przekazu i lekkości pióra – a raczej klawiatury, Eve Ainsworth dała czytelnikowi powieść, którą mimo powagi tematu czyta się jednym tchem. Mimo niezwykle (jak dla mnie) optymistycznego zakończenia, z chęcią wezmę do ręki kolejną książkę pisarki.

Joanna Cieśla - uczestnik IV Ogólnopolskiej Dyskusji

 

Recenzja ksiązki-Taniec szczęśliwych cieni -DKK Uniejów

Książka Alice Munro pt. „ Taniec szczęśliwych cieni” jest zbiorem opowiadań o codziennych  relacjach  ludzkich. Opowiadania te mają miejsce w Kanadzie, są one jakże odmienne od siebie, zmieniają się bohaterowie i ich inne problemy. Jedno z opowiadań opisuje mężczyznę, który sprzedaje róże tabletki na wszelkie dolegliwości, maści na włosy, można sobie wyobrażać, że jest on jakby znachorem i ulecza swoich potencjalnych klientów. Podróżuje on wraz ze swoimi dziećmi, czasami  również i żoną po różnych zakamarkach sprzedając swoje produkty. Podczas podróży  (bez rodziny) skręca z zaplanowanej trasy i odwiedza swoją dawną miłość. Wówczas wracają ciepłe wspomnienia. Natomiast kolejne opowiadanie to całkiem inna historia więzy miłości matczynej, historia odzwierciedla kochającą matkę, która swój trud pracy wkłada w piękną suknię dla swej córki na bal, relacje między dwiema kobietami są poprawne, ciepłe. Kobiety się dobrze porozumiewają. W książce dominuje bardzo dużo przemyśleń nad życiem nie dopowiedzianym, dając czytelnikowi niepokój jak i zarazem chęć poznania dalszych losów bohaterów. Powieść jest krótką historią na różne nie kończące się tematy.

Recenzja książki "Małe lisy"

Justyna Bargielska w „Małych lisach” „wychwytuje” codzienność. Notuje skrzętnie jej drobne przejawy, biorąc pod obserwację dwie bohaterki; singielkę Agnieszkę i mężatkę z dwojgiem dzieci, Magdę. Tak naprawdę to właśnie one obserwują uważnie to, co dzieje się wokół nich, a także w nich samych. Są tu bowiem nie tylko sprawy życia codziennego, ale i sny, fantazje, pragnienia, „małe grzechy”.

Czytamy kolejnych dziesięć rozdziałów zawierających we wstępie krótkie informacje o tym, co w nich będzie. Bohaterki pojawiają się  przemiennie, by w końcówce spotkać się wreszcie. Bargielska tak opisuje życie Magdy i Agnieszki, że w pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy to przypadkiem nie jest jedna osoba. A może to każda z nich marzy o innym życiu, życiu innej kobiety; Agnieszka o byciu żoną i matką, Magda o byciu singielką?

Wątki przeplatają się, trudno za nimi nadążyć; niedomówienia, skojarzenia, metafory… Czuje się, że autorka jest poetką. Jak sama przyznaje „odbiera świat słuchem” i znajduje „perełki; absurdalne, niechlujne, niedbałe…” Potrafi pięknie je połączyć i nic to, że czasem trzeba wrócić o stronę, dwie, by upewnić się, że nasze myślenie idzie w dobrą stronę.

A ileż dobrej zabawy czeka nas przy czytaniu. „Małe lisy” są dowcipne, wiele tu zdań, które chciałoby się zapamiętać i cytować przy sposobności. Wspomnę choćby: „czy gotuj na wolnym ogniu znaczy tyle, co gotuj bez opamiętania” czy ”teraz poza kobietami starzeją się tylko produkty spożywcze”.

Dowcipne tony autorki przechodzą często w groteskę i surrealizm. Dotykają jednak spraw ważnych, głównie tzw. kobiecych. Sąsiadki z bloku i z osiedla spotykają się w windzie, na spacerach, w siłowni, u fryzjera. No i gada się tam o sprawach prokreacji, dzieciach, ciążach, poronieniach. Po „Obsoletkach” także tutaj porusza Bargielska ten temat głównie za sprawą pomniczkowej opowiadającej ze szczegółami o stracie córki w czwartym miesiącu ciąży, pogrzebie i nagrobku.

Co wrażliwsi mogą się obruszać, ale dla mnie autorka pisze po prostu o tym, co jest ważne, głównie dla kobiet, opiera się też na swoich doświadczeniach. Pisze o tym, że choć dzieci są miłością życia, to często ma się ochotę przed nimi uciec, „choćby odpływem wanny”. Gdy zaś trzeba z okazji świąt prywatnych, państwowych czy kościelnych przygotować jedzenie dla większej grupy osób, dobrze jest udawać chorą; jak robi to matka Magdy.

Czy więc książka Bargielskiej to takie „babskie gadanie”? Trzeba przyznać, że bohaterkami są głównie kobiety, mąż Magdy jest raczej na drugim planie, chłopak Agnieszki zginął w wypadku. Jest jeszcze Pajda, nożownik, z którym pewnie „każda z was dziewczynki chciałaby mieć romans”? Co do romansu z Pajdą, to nie wiem, ale Bargielską polecam. Świetny język, dowcip, ironia - wystarczy się tym delektować i niekoniecznie mocno zastanawiać się, o czym jest ta książka. A tytuł? Trzeba sięgnąć do biblijnej „Pieśni nad pieśniami” i spróbować samemu pokusić się o interpretację lub skorzystać z podpowiedzi autorki (wywiad w Wysokich Obcasach z 2011 roku ).

Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

Zachwycająca książka – Bukareszt  kurz i krew. Jej autorka udaje się do Bukaresztu, by napisać o nim reportaż. Książka jest popisem ciekawej świata spostrzegawczości, wspomaganej erudycją ani trochę na popis. Autorka przedstawia to, z czym zetknęła się namacalnie. Starsi czytelnicy znają to wszystko, minioną rzeczywistość komunistyczną, bez czytania, ale lektura ukonkretnia wszystko i udobitnia. Bukareszt jest  miastem-poligonem służącym do opisania i rozważania węzłowych problemów  w komunistycznej Rumunii aż do jej upadku. Dla uchwycenia goryczy egzystencjalnej, jaką przepojona jest cała książka, a w niej cały katalog ponurości i katastrof  autorka posługuje się tzw.  „Obserwacją uczestniczącą” -  metodą badawczą wypracowaną przez wybitnego polskiego antropologa  Bronisława Malinowskiego. W tym celu jeździ wielokrotnie do Bukaresztu, by  w bezpośredniej relacji z ludźmi tropić różne koślawości życia zbiorowego i wynaturzeń jednostek, by  doświadczyć codzienną nijakość, frustrację, nierówność, dzikość,  pesymizm i trwogę przed śmiercią obywateli w komunistycznej Rumunii.

Książka Bukareszt kurz i krew nosi wyraźne znamiona reportażu literackiego, przez co autorka znacznie poszerzyła w imię sztuki żywej i oryginalnej zakres tradycyjnego  reportażu sprawozdawczego, który pełnił funkcję wyłącznie faktograficzną. Obserwacje, zdarzenia, fakty. Intencje autorki wybiegają jednak daleko poza samą faktografię. Czujemy, że to one tworzą właściwą materię książki, jednakże Rejmer wyłamuje się z ram fotograficznej dokładności  i wprowadza nas w istotę rzeczy głębiej niż to mogłaby zdziałać pospolitość rejestracji  zewnętrznych zjawisk.  Tę pożądaną głębię rzeczywistości ukazuje w sposób dramaturgiczny,  stosując typowe dla prozy artystycznej środki wyrazu, indywidualizację języka bohaterów, z odpowiednim tłem  ich odrębnej osobowości,  barwność opisów, selekcję faktów – zawsze ze zdrową pokorą wobec realności. Dokładne prześledzenie poetyckiej drogi niniejszego reportażu  wymagałoby odrębnego studium.  Wystarczy wskazać na rumuńską epopeję pasterską „Jagniątko”, do której Rejmer się odwołuje, by na kanwie literackiego  obrazu wniknąć  w specyfikę rumuńskiej duszy. Pasterz stada nie posłuchał jagniątka w sprawie zbliżającego się zagrożenia i poddał się losowi.  Rejmer prowokuje czytelnika stwierdzeniem rumuńskiego myśliciela Mircea Eliade, który dostrzega w zachowaniu pasterza prawdziwe piękno i wielkość. Nie można uciec ani przed losem, ani przed wrogiem, oto tragizm ludzkiej egzystencji. (…) Liczy się tylko tragizm losu i pogodzenie się z nim. Otóż kwestia tchórzliwej  „uległości Rumunów”, wynikającej z braku tradycji buntowania się przeciwko władzy, wyrażana jest w przeplatających się i różnorodnie modulowanych refleksjach. A więc kontrapunkt umożliwiający autorce ukazywanie czytelnikowi ducha narodu rumuńskiego  r ó w n o c z e ś n i e  z kliku punktów widzenia. Odmienne zdanie  wyraża Octavian, absolwent teologii w Bukareszcie, dla którego Rumuni nie są „fatalistami”. Wcale nie jesteśmy bierni. To najprostsze….,  patrzeć na Rumunów w kontekście Jagniątka i wyobrażać sobie, że cały naród taki jest. Wielorakość sądów otwiera zatem rozległą panoramę spojrzenia na rumuńską rzeczywistość, nie zacieśniając pola widzenia do wąskich ram jednostronnej perspektywy.

Dla Rejmer ważne jest też i to, że dojście na najkrótszej drodze do prawdy, do sedna rzeczywistości jest niemożliwe; można przybliżyć się do niej tylko via szerszy kontekst polityczny i kulturowy oraz via natura ludzka w jej najbardziej zasadniczych aspektach. I Rejmer to robi.W pewnym momencie zauważa, iż w Rumunii mieszają się wpływy rumuńskie, żydowskie, ormiańskie i tureckie, zaś  jej obywatele są potomkami cesarza Trajana i rzymskich legionistów.  W dążeniu  do społeczno-politycznej Wielkości Rumuni angażują się w nazizm i mordują u boku Hitlera. Rozczarowani negatywnymi skutkami tegoż zaangażowania, zginają po wojnie kark przed Nicolae Ceausescu, jedni w nadziei, że z jego charyzmą odbudują Wielką Rumunię, inni zaś, z uwagi na odmienność myślenia, w obawie o utratę wolności, a nawet życia. Zastraszony i złamany duchowo lud staje się przedmiotem manipulacji politycznego mechanizmu Ceausescu, zacz władzy totalitarnej par excelence. Ceausescu tworzy mit obrony Rumunii przed najeźdźcami (Turkami, Rosjanami, Węgrami); odwołując się  do natury ludu rumuńskiego dąży do utrzymania za wszelką cenę jedności, wynikającej  z presji strachu przed agresją  z zewnątrz.

                Autorka zachęca również do refleksji nad językiem, w którym jak w zwierciadle odbija się koszmarny kryzys psychiki Rumunów, eskalujący napięcia i kłopoty codzienności. Wpędzeni w labirynt niepewności, niepowodzeń i przeciwności Rumunii kanalizują swoje frustracje i agresje w języku, który jest dla nich wentylem bezpieczeństwa. Nie jest zatem przypadkiem, że Rumunii chełpią się nadmierną wulgarnością swojego języka: Mamy wspaniałe przekleństwa, na różne okazje, bardzo obrazowe. Owe wulgaryzmy są, według jednego z ekspertów językowych, odpryskiem świata wewnętrznego, sposobem na spuszczenie z balonu własnej osoby. W odniesieniu do wulgaryzmów języka rumuńskiego Rejmer odwołuje się do wypowiedzi laureatki nagrody nobla Herty Müller. Żywiołowość przekleństw w języku rumuńskim, zdaniem Müller i Rejmer, idzie w parze z intencją przechwycenia całej wściekłości.

 

Książka Bukareszt kurz i krew jest tekstem znakomicie skomponowanym.  Wielość ujęć narracyjnych odpowiada mnogości problemów, retrospekcje gęsto przenikają bieżący nurt wydarzeń, ale wszystko razem składa się na bardzo zwartą, logiczną strukturę tekstu. Celem ustalenia scalającej wiedzy o komunistycznej Rumunii Rejmer porusza się na planie bliższym i dalszym. Naprzód autorka czytelnika wzrusza, szokuje, wstrząsa, budzi strach przed irracjonalizmem i śmiercią, potem, dla poszerzenia horyzontów myślowych, sięga do głębszych znaczeń.Najbardziej wzruszający w tej książce jest moment, kiedy jedna z bohaterek zdradza najgłębszą  tajemnicę kondycji ludzkiej – trudności połączenia niedoskonałości naszej ludzkiej natury z  zasadą miłości i rozumienia swojego wroga. Zapytana o matkę Ileana Budimir,jak to możliwe, że jej matka przetrwała, odpowiedziała: - mama nigdy o nikim nie mówiła nic złego. Ani o bracie, ani o ludziach, którzy ją męczyli w więzieniu. Nie było w niej żadnego pragnienia zemsty. Skala komunistycznych okrucieństw przysłoniła element ludzki, który objawiał się w postawie matki Budimir, dziś przebrzmiałej i pozbawionej świeżości, postawy miłości wobec bliźniego. Mimo to optymistyczny wniosek końcowy. Rejmer odnajduje intelektualny kontekst dla rozmyślania o jakości życia. Można w nim odczytać dwa porządki: ludzki i nieludzki. Świat jest absurdem i potwornością dla zakorzenionej w nas potrzeby sensu, sprawiedliwości, miłości. Matka Budimir, porte-paroleRejmer, stoi, aż do śmierci, po stronie porządku ludzkiego. Prosta myśl. Niewątpliwa. Trudna. Zawiera jednak wyznanie wiary w człowieka.

Książka napisana jest ciekawie i przystępnie – naprawdę godna polecenia. 

Recenzja DKK przy MGBP w Uniejowie-Dobre geny

Powieść pt.” Dobre geny” autorstwa Hanny Cygler, to książka zabawna, która przenosi  czytelnika w inny świat. Niesie ze sobą przesłanie, że jak najbardziej w dzisiejszych czasach  uczciwość popłaca.

Bohaterka powieści Marta Wenta, młoda ambitna osoba, zraniona przez życie otwiera się na otaczający ją świat i ludzi. Pierwsze kroki stawia w życiu zawodowym i zaczyna robić karierę. Mianowicie obejmuje stanowisko wiceprezes w państwowej agencji, życie jej zaczyna zmieniać się i nabiera rozpędu. Marta pracuje z wielkim oddaniem i poświęceniem, jest pełna wiary na lepsze jutro. Jest uczciwym człowiekiem,  przez szybki tryb życia nie spostrzega że zostaje uwikłana w konflikt na tle politycznym. Podczas swojej nieobecności doświadcza porażki zawodowej zostaje usunięta ze stanowiska w Warszawie , nie słyszy też żadnego uzasadnienia. Młodej bohaterce komplikuje się życie  i dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.  W mieście dzieciństwa, malowniczym Gdańsku, kojarzącym się Marcie ze spokojem doświadcza wielu przykrości życiowych. W mieście tym nie ma przyjaciół co się potem okazuje że w grze w której się znalazła tak trudno o prawdziwych przyjaciół.

Mordercza i nieustanna praca są dla niej już ponad siły kobieta wie, że teraz jedynie może zaufać tylko i wyłącznie sobie. Dla ambitnej Marty świat staje się koszmarem, pełnym fałszu i wrogości. Świat dąży do pomnożenia kapitału i ludzie są traktowani jak pionki w grze nie  liczą się ludzie tylko pomnożenie kapitału, w którym zarządza się zasobami ludzkimi, zapominając o najważniejszym „ Człowieku”. Autorka chce uzmysłowić, iż uczciwość nie zawsze kończy się jak w powieści, że warto być jednak w gruncie sprawy uczciwym człowiekiem.

Dobre geny. DKK Uniejów

Powieść pt.” Dobre geny” autorstwa Hanny Cygler, to książka zabawna, która przenosi  czytelnika w inny świat. Niesie ze sobą przesłanie, że jak najbardziej w dzisiejszych czasach  uczciwość popłaca.

Bohaterka powieści Marta Wenta, młoda ambitna osoba, zraniona przez życie otwiera się na otaczający ją świat i ludzi. Pierwsze kroki stawia w życiu zawodowym i zaczyna robić karierę. Mianowicie obejmuje stanowisko wiceprezes w państwowej agencji, życie jej zaczyna zmieniać się i nabiera rozpędu. Marta pracuje z wielkim oddaniem i poświęceniem, jest pełna wiary na lepsze jutro. Jest uczciwym człowiekiem,  przez szybki tryb życia nie spostrzega że zostaje uwikłana w konflikt na tle politycznym. Podczas swojej nieobecności doświadcza porażki zawodowej zostaje usunięta ze stanowiska w Warszawie , nie słyszy też żadnego uzasadnienia. Młodej bohaterce komplikuje się życie  i dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.  W mieście dzieciństwa, malowniczym Gdańsku, kojarzącym się Marcie ze spokojem doświadcza wielu przykrości życiowych. W mieście tym nie ma przyjaciół co się potem okazuje że w grze w której się znalazła tak trudno o prawdziwych przyjaciół.

Mordercza i nieustanna praca są dla niej już ponad siły kobieta wie, że teraz jedynie może zaufać tylko i wyłącznie sobie. Dla ambitnej Marty świat staje się koszmarem, pełnym fałszu i wrogości. Świat dąży do pomnożenia kapitału i ludzie są traktowani jak pionki w grze nie  liczą się ludzie tylko pomnożenie kapitału, w którym zarządza się zasobami ludzkimi, zapominając o najważniejszym „ Człowieku”. Autorka chce uzmysłowić, iż uczciwość nie zawsze kończy się jak w powieści, że warto być jednak w gruncie sprawy uczciwym człowiekiem.

Ślepy Maks

Remigiusz Piotrowski, autor bloga Tropy Historii, przez kilka lat zajmował się dziennikarstwem internetowym związanym m.in. z historią dwudziestego wieku. W wyniku fascynacji Łodzią i jej historią napisał znakomitą książkę „Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone”. Ślepy Maks, czyli Menachem Bornsztajn, to legenda przedwojennego półświatka działającego w Łodzi. Wiele jest na jego temat mitów i trudno dziś ocenić co jest prawdą, ale bez wątpienia jest to postać niezwykle intrygująca. Autor zastanawia się czy Ślepy Maks był jednym z największych gangsterów Drugiej Rzeczpospolitej, mafiosem, ojcem chrzestnym łódzkich Bałut, czy wielką mistyfikacją, błaznem i prostakiem, którego łódzki unterwelt, prasa i ulica wykreowały na władcę północnej części miasta. Jak zaznacza swoją książkę oparł na dokumentach, doniesieniach ówczesnej prasy, relacjach świadków oraz ustaleniach badaczy, by spróbować odcedzić prawdę od miejskiej legendy. Tak ją skonstruował, że czyta się ją jak powieść kryminalną, której fabuła toczy się wokół łódzkiego świata szemranych interesów, wymuszeń i zastraszeń, przy cichej zgodzie policji. W ciągu siedmiu lat za pomocą siły, szantażu, kłamstw i protekcji Ślepy Maks podporządkował sobie dużą część jednego z największych polskich miast. Możliwe to było dzięki temu, że szef policji przymykał oko na wyczyny króla podziemia, oczywiście czerpiąc z tego korzyści. Menachem Bornsztajn przyszedł na świat w zimowy poranek 1890 r. w Łęczycy. Wkrótce jego rodzina przeniosła się do Łodzi. W 1821 r. car Aleksander wydał dekret, na mocy którego Żydzi mieli prawo osiedlać się wyłącznie na Bałutach. I tu zaczęła się edukacja małego Bornsztajna, który straciwszy przedwcześnie ojca posmakował przestępczego życia pod okiem księdza Natana, znanego pasera. To on namaścił chłopaka na przywódcę szajki młodocianych złodziejaszków i nauczył go tajników fachu. Dzięki temu Menachem wyrósł na sprytnego i bezwzględnego przestępcę. Choć był analfabetą, potrafił prowadzić swój interes wykorzystując znajomości z szefem policji i z dziennikarzami. Doceniał rolę prasy i zdawał sobie sprawę, że zdobycie zaufania w tych kręgach przyniesie mu korzyści. W tym czasie prasa była jedynym źródłem informacji. Największym zainteresowaniem cieszyły się bieżące sprawy polityczne, kroniki kryminalne i powieści w odcinkach. Ślepy Maks dbał o swój PR i pilnował, by pisano o nim to, co sam chciał. Remigiusz Piotrowski stworzył nie tylko wciągającą opowieść o przedwojennym łódzkim światku przestępczym wprowadzając dialogi i kreśląc sylwetki bohaterów, których niemal widzimy i słyszymy. Interesująco opisał również Łódź lat 30 XX wieku. Z prowincjonalnego miasteczka jakim była na początku XIX w. stała się w ciągu kolejnych lat prężnie rozwijającym się miastem podzielonym między biedotą a bogatymi kupcami i bankierami. Opis tego miasta jest tak sugestywny, że bez trudu możemy sobie wyobrazić przedwojenną Łódź. Czytanie książki R. Piotrowskiego „Ślepy Maks” to sama przyjemność. Trochę kryminału, trochę historii, znakomicie poprowadzone przez autora nikogo nie znudzi i nie rozczaruje.

Recenzja książki "Zabić drozda"

Recenzja książki Harper Lee „Zabić drozda”

Joan Louise, zwana Skaut i jej brat Jem to dzieci Atticusa Fincha, prawnika w małym miasteczku Maycomb na południu Ameryki. Po śmierci żony wychowuje je sam, pomaga mu Murzynka Calpurnia, traktowana jak członek rodziny. Ta uwaga jest konieczna, akcja powieści toczy się bowiem w latach trzydziestych XX wieku. Murzyni mają  w Maycomb swoją dzielnicę i swój Środkowowschodni Kościół Afrykański Pierwszego Zakupu, zdejmują kapelusze na widok białych dzieci, a do dwunastoletniego chłopca mówią „pan”.

Senną atmosferę Maycomb zburzy proces Toma Robinsona, Murzyna oskarżonego o zgwałcenie białej dziewczyny, Mayelli Ewell. Jego obrońcą zostanie Atticus Finch.

O zdarzeniach poprzedzających proces, o jego przebiegu i dalszych wypadkach opowiada Skaut. To tę ośmioletnią dziewczynkę uczyniła Harper Lee narratorem. Z jej perspektywy poznajemy kolejne fakty z życia rodziny Finchów i innych mieszkańców prowincjonalnego miasteczka. Skaut wprowadza czytelnika w mroczne tajemnice posesji Radleyów i pobliskiego starego dębu kryjącego niespodzianki w swej dziupli.

Mała Skaut i jej starszy o cztery lata brat Jem to niezwykle sympatyczna, rezolutna i inteligentna para dzieciaków. Aż chciałoby się takie mieć, jak zauważyła jedna z naszych klubowiczek. Niby broją, zwłaszcza gdy na okres wakacji dołącza do nich Dill, krewny panny Racheli Haverfort, ale jakoś tak niewinnie i nieszkodliwie. Są w swobodnych relacjach z ojcem, któremu często, ku oburzeniu m.in. pani Dubose, mówią po imieniu.

Jednak Atticus doskonale się z nimi dogaduje, wiele prawd życiowych i moralnych przekazuje im właśnie dzięki swobodnym rozmowom, wyjaśniania różne trudne kwestie. Traktuje je po partnersku i przede wszystkim sam jest przykładem, jak w życiu należy postępować. Trzeba przyznać, że jest to postać zasadniczo bez skazy, człowiek poważany przez znaczną część mieszkańców Maycomb. Panna Maudie określa jako tego, „który urodził się po to, żeby wykonać za ludzi najtrudniejszą robotę”.

Harper Lee, budując sylwetki swoich bohaterów, często posługuje się jasnymi i ciemnymi  barwami, i wcale nie chodzi tu o kolor skóry. Oprócz Atticusa Fincha taką świetlaną postacią jest Calpurnia czy Tom Robinson. Zły do szpiku kości jest Bob Ewell i jego córka Mayella, choć ją cechuje chyba głównie głupota.

Trudno darzyć sympatią panią Dubose czy ciotkę Alexandrę, burzącą spokój rodziny Finchów, choć do świata Maycomb, jak zauważa Skaut, pasuje ona „jak dłoń do rękawiczki”, nie pasuje jednak do świata Skaut i Jema.

Rodzeństwo Finchów ma pewne problemy w zrozumieniu otaczającego ich świata i ludzi. Skaut mówi: „istnieje tylko jedna odmiana ludzi. Ludzie”. Jem zaś wyznaje, że rozumie powody, dla których Boo Radley od tylu lat nie wychodzi z domu. Po prostu „chce tam zostać”.

Harper Lee swą jedyną powieść z 1960 roku poświęciła głównie  tematyce rasizmu, tolerancji, miłości i współczucia. Może jej wizja małomiasteczkowego świata jest dość schematyczna, a obraz rodziny Finchów nieco „cukierkowy”, całość  zaś „trąci trochę myszką”, jednak jest to piękna i warta poznania powieść. Jej obraz można sobie uzupełnić filmem z 1962 roku z Gregory Peckiem w roli głównej.

Napisałam, że to jedyna powieść Harper Lee, a tymczasem wiadomo już, że „nieoczekiwanie” odnalazła się jej pierwsza niewydana powieść opowiadająca dalsze dzieje bohaterów „Zabić drozda”. Już 4 listopada będziemy mogli ją poznać. Czy „Idź, postaw wartownika” sprosta poprzedniczce? Zobaczymy. Zatem trzeba koniecznie przeczytać „Zabić drozda”, by móc porównać, no i dowiedzieć się, co zdarzyło się później w Maycomb w stanie Alabama.

 

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator DKK Rawa Maz.

Joanna Bator
„Ciemno, prawie noc”
Chyba każdy książkolub, czyli lubiący czytać, nie mylić z lubiącymi posiadać książki, po pewnym czasie dorabia się własnego algorytmu, według którego dobiera sobie lektury. Jedni polują na literaturę ambitną, drudzy na nowości, trzeci mają swój ulubiony gatunek, a jeszcze inni kierują się odmiennymi, sobie tylko wiadomymi, a często i nieuświadomionymi upodobaniami. To niestety ogranicza, a trudno się wyrwać z okowów własnych preferencji. Tym bardziej, jeśli kolejne próby sięgnięcia po coś nowego kończą się zawodem. Dyskusyjny Klub Książki jest świetnym lekiem na to swoiste czytelnicze skostnienie. Raz w miesiącu klubowicze są zmuszeni przeczytać wybraną przez ich oddział lekturę, często taką, po którą nie tylko sami by nie sięgnęli, ale nawet by jej nie tknęli, gdyby dostali w prezencie. To jedna z wielu zalet klubów dyskusyjnych, w których spotykają się żywi ludzie.
Lekturą stycznia 2015 roku w Rawskim DKK była powieść Joanny Bator Ciemno, prawie noc. Nie powiem, żebym się do tej książki palił. Wiedziałem, że autorka znana i nagradzana, ale już tak to u nas bywa, że nie zawsze co polskie i wychwalane, to od razu dobre. No, ale w końcu wziąłem do ręki to dość opasłe tomisko, ponad pół tysiąca stron bez ilustracji, i się zaczęło.

Początek nie był zachwycający. Narrator pierwszoosobowy, tożsamy z reporterką Alicją Tabor, która jest główną bohaterką powieści, sugeruje iż jej przemyślenia, a zwłaszcza wrażenia i sposób widzenia świata, są skojarzone z prezentowanymi przez autorkę. W tym świetle budził mój sprzeciw sposób, w jaki odmalowano realia robotniczego Wałbrzycha, w którym akcję opowieści umiejscowiono, klimat w jakim odmalowano choćby podmiejskie pociągi pracownicze i ludzi nimi podróżujących, które ja pamiętam zupełnie inaczej. Nie spodobało mi się również, iż autorka zbytnio generalizuje i powiela pewne schematy nadając im status prawd ostatecznych. Jednocześnie jednak już od pierwszych stron było w tej lekturze coś, co wskazywało, że nawet gdyby nie była obowiązkową pozycją w menu DKK, i tak czytałbym dalej.

Konstrukcja intrygi wydaje się w swych zarysach prosta i nieco szablonowa; na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie, iż nie rokuje na nic interesującego. W Wałbrzychu zaczynają ginąć dzieci i to jest głównym powodem przyjazdu do miasta Alicji, zamierzającej napisać reportaż na ten temat, a w nieśmiałych marzeniach, przy okazji, rozwiązać tę zagadkę. Okazuje się jednak, że to tylko szkic, który pisarka wypełnia wielowątkową, mistrzowsko wręcz skomponowaną fabułą, w której każdy element ma swe miejsce i cel.

Mocną stroną całości jest mroczny klimat, przypominający wstępne części najlepszych horrorów, na szczęście bez infantylnych potworów i nadprzyrodzonych emanacji. Staje się on perspektywą podkreślającą napięcie społeczne związane z zaginięciami dzieci na które nakładają się bezrobocie i jego następstwa, napięcia religijne i obyczajowe oraz tendencje rasistowskie.

Umiejętnie wpleciony w dzisiejszą historię wątek tajemniczej przeszłości zamku Książ i legendy o zaginionych perłach jego ostatniej właścicielki, księżnej Daisy* oraz poszukiwań legendarnego skarbu sprawiają, iż teraźniejszość staje się tylko momentem oddzielającym przeszłość od przyszłości i nadaje przeszłości kluczową rolę w kształtowaniu tego, co ma nadejść.

Liczne są elementy powieści gotyckiej, momentami bliższej powieści historycznej, momentami z rysami terror nowel. Splecione są w mistrzowsko dopasowanych proporcjach ze współczesnym wątkiem kryminalnym. Ważną rolę odgrywa także historyczne oraz teraźniejsze celnie ukazane tło społeczne, całość zaś daje oryginalną i niepowtarzalną atmosferę, jakiej próżno szukać u innych autorów.

Powieść podejmuje ważkie problemy moralne. Walka dobra ze złem, pytanie o przyczyny zła, o następstwa zła doznanego lub wyrządzonego w przeszłości. Bardzo ciekawym i udanym zabiegiem jest wprowadzenie kotojadów jako konkretyzacji zła wnikającego w ludzkie serca i zatruwającego ludzkie dusze. Jednak po pierwsze nie wszystkie złe i przerażające rzeczy, jakich czytelnik jest świadkiem, są spowodowane przez kotojady, jak choćby otoczka religijnego szaleństwa, które dotyka miasto, co burzy zależność między kotojadami a złem. Po drugie, co znacznie ważniejsze, wprowadzenie kotojadów, choć stoi w opozycji do tradycyjnego zachodnio-chrześcijańskiego pojmowania przyczyn zła, bazującego na infantylnym pojmowaniu wolnej woli oraz wolności wyboru, którym nauka już dawno zaprzeczyła, to jednocześnie powiela ten sam błędny sposób pojmowania świata i utrwala wrażenie, że zło to coś zewnętrznego. Zło to coś, co przynoszą źli ludzie, złe czasy i złe miejsca. A to bardzo szkodliwe przekonanie pozwalające dobrym ludziom czynić zło w przekonaniu, że dalej pozostaną dobrymi. Przekonanie, które pozwala się plenić złu pod płaszczykiem przekonania o naszej prawości.

Książka w odbiorze jest o tyle łatwa, iż czyta się ją dość szybko, jest niewątpliwie wciągająca i naprawdę warsztatowo wyjątkowo dobrze napisana. Pomysł ze zlepkami słownymi na oddanie mamrotania dewotek i innych nawiedzonych jest zabiegiem niezwykle interesującym. Jednocześnie jednak jej przesłanie nie jest jasne i niewyrobionego czytelnika może sprowadzić na manowce, utwierdzając szkodliwe stereotypy i przekonania z takich dziedzin jak psychologia społeczna czy socjologia lub etyka. Nie polecałbym więc tej powieści młodemu czytelnikowi ani komuś szukającemu tylko i wyłącznie rozrywki. To zdecydowanie pozycja dla kogoś, kto pragnie impulsu do licznych poważnych refleksji i przemyśleń, nie tylko wprost, ale i przez negację tego, co przeczyta. Powieść bardzo interesująca i warta polecenia, ale niestety nie dla każdego


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie


* Księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, ur. jako Mary Theresa Olivia Cornwallis-West, nazywana Daisy lub Sisi (ur. 28 czerwca 1873 w Ruthin, zm. 29 czerwca 1943 w Wałbrzychu)



„Śpiewaj ogrody" Paweł Huelle DKK Rawa Maz.

Paweł Huelle
„Śpiewaj ogrody"

Książka śpiewaj ogrody pawła huelle była lekturą przewidzianą na luty 2015 roku w moim, czyli rawskim, oddziale DKK*. I dobrze, gdyż sam bym po nią nie sięgnął. Odrzucało mnie pisanie małą literą tytułu i nazwiska oraz imienia pisarza. To dla mnie sztuczny i niesmaczny chwyt marketingowy, w dodatku chybiony, ale skoro taka maniera się autorowi podoba, pozwolę sobie zawsze tak jego godność odtąd zapisywać. Szata graficzna też nie w moich klimatach, podobnie jak kanon prezentowanej na okładce urody. Skoro jednak lektura obowiązkowa, to trzeba przeczytać.
Po nie najlepszym wrażeniu, jakie wywarła na mnie okładka, zaraz na pierwszych stronach ubodło mnie złe tłumaczenie z kaszubskiego i nie rozszyfrowane skróty. Nie odebrałem tego jako braku kompetencji autora, raczej jako niechlujność i lekceważenie czytelnika. Potem było już nieco lepiej.
Śpiewaj ogrody to dość luźna opowieść w kanonie narracji pierwszoosobowej napisana w formie wspomnień młodego chłopca, Polaka. Narrator jest tylko rejestratorem oraz przekaźnikiem tego co widzi i słyszy. Żadną miarą nie jest on głównym bohaterem powieści. Wiodących postaci jest kilka – Greta, Niemka, która pozostała w Polsce po przyłączeniu Gdańska do macierzy, jej mąż zafiskowany na punkcie zaginionej opery Wagnera, woźnica Bieszke wprowadzający wątek historii narodowości kaszubskiej w trudnych czasach po- i wojennych. Głównych elementów fabuły też jest kilka, od muzyki, szczególnie Wagnerowskiej, przez narodowe perypetie przedstawicieli różnych nacji w czasach przed, po i w trakcie II Wojny Światowej, aż po seryjne zabójstwa na tle seksualnym. No właśnie.
Zwykle wielowątkowość uznaję za zaletę, ale tylko wtedy, gdy wynika ona logicznie z innych aspektów dzieła literackiego i tworzy spójną całość z innymi elementami. Tym razem jednak tak nie jest. Choć postacie są zarysowane przekonująco i z prawdziwym kunsztem, to niektóre z nich sprawiają wrażenie wzbogacania powieści na siłę, niczym po lekturze poradnika typu „jak stworzyć bestseller w pięć minut”. Szczególnie postać i perypetie francuskiego seryjnego mordercy, które byłyby dobrym materiałem na samodzielną powieść, są wyraźnym dysonansem w porównaniu do reszty książki o zdecydowanie innym charakterze.
Dla niektórych głównym wątkiem, który zabiera niezwykle wiele miejsca i przesłania świetną warstwę historyczno-obyczajową oraz urokliwy, miejscami dramatyczny, miejscami nostalgiczny klimat gdańskich wspomnień, jest muzyka Wagnera i proces tworzenia. Niestety, w mojej ocenie tutaj właśnie autor poległ na całej linii. Epatuje czytelnika technikaliami mającymi sugerować wielką wiedzą muzyczną, na co wielu daje się złapać, choć dociekliwi mogą to wszystko wyczytać w Internecie. Wystarczy jednak porównać wersję w wykonaniu huelle, drętwą i suchą, prawdopodobnie kompletnie niestrawną dla czytelnika niesiedzącego w temacie, z wizją malarskiego procesu twórczego, który ukazał Stephen King w swej powieści Ręka mistrza, wręcz porywającą nawet odbiorcę, który dotąd miał co najwyżej blade pojęcie o malarstwie, by zobaczyć przepaść między tym, co huelle stworzył, a tym, czego byśmy oczekiwali.
Śpiewaj ogrody ma aspirację do Wielkiej Literatury. Szkoda, że nie bardzo uzasadnione. Taki styl:

Kula trafiła w łydkę mego ojca.
za moich czasów był powodem do śmiechu nawet przy ocenianiu prac uczniów późnych klas szkoły podstawowej i nigdy się nie dam przekonać, że można wybaczyć podobne wpadki profesjonaliście, który ma w dodatku do pomocy cały zespół ludzi współtworzących finalny produkt – wydaną książkę.
Gdyby – to słowo często się przejawia, gdy analizuję me wrażenia po skończonej lekturze śpiewaj ogrody. Gdyby autor się ograniczył do klasycznej powieści historyczno-obyczajowej, może nie miałby ułatwionej akcji marketingowej, ale w dłuższym okresie czasu powieść pewnie lepiej by się obroniła w rankingu wartościowych pozycji. Gdyby odważył się na bardziej wnikliwe obserwacje społeczne i socjologiczne z okresów wielkich przemian, zamiast podłączać się pod etos górników i stoczniowców, pod stereotypy i antykomunistyczną propagandę, może zdołałby stworzyć coś wartościowego dla przyszłych pokoleń. Gdyby...
A wielka szkoda, gdyż rzecz jest do przeczytania, nawet do miłego przeczytania. Uważny czytelnik znajdzie obok myśli trywialnych i płytkich haseł również dociekliwe uwagi i głębokie refleksje, ale ta konieczność oddzielania ziarna od plew...
Jak ktoś gdzieś kiedyś powiedział lub napisał, nie pamiętam kto i gdzie, ale bardzo mi się to spodobało, zabrakło też klucza, którym jest umiejętne przetworzenie elementów własnej rzeczywistości na obraz jednostkowy i uniwersalny zarazem. Wszystko się rozmyło, pogubiło. Obraz utracił ostrość, a refleksje jednoznaczność i prawość. W dążeniu do stworzenia hitu wydawniczego przepadła szansa na eksportowalność, na książkę, która pokaże innym narodom polskie widzenie świata w skomplikowanych momentach historii. Bardzo tego żałuję


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie



„Zero, zero, zero” Robera Saviano DKK Rawa Maz.

Roberto Saviano
Zero zero zero. Jak kokaina rządzi światem

Lekturą marca 2015 w rawskim DKK* była książka Zero zero zero Roberta Saviano. Jakiś czas temu na klubowym warsztacie gościł prześwietny dokument utrzymany w oryginalnej formie świadectwa, czyli osławiona Gomorra tego autora, więc obiecywałem sobie i tym razem prawdziwą ucztę czytelniczą.

Już od pierwszych stron miałem wrażenie, że to nie ten sam autor. O ile Gomorra wciągała, wręcz zniewalała czytelnika, i pomimo dużej ilości faktów czytało się ją szybko, to przy Zero zero czytelnik co chwilę się zacina. Pod względem stylistycznym Gomorra nie aspirowała do literatury wysokich lotów, ale też nie prowokowała do krytycznych uwag w tym względzie. Wszystko było podporządkowane głównemu celowi, czyli przesłaniu, które niosła, i wypadło to bardzo profesjonalnie. Tym razem mamy do czynienia z jakimiś ciągotkami ku barokowym wręcz językowym zdobieniom, niestety nie tylko że niezbyt z reguły udanym, to miejscami wręcz tak żałosnym, iż trudno dociec co artysta miał na myśli. Momentami mamy nawet do czynienia z fragmentami godnymi humoru zeszytów, a w innych to zwykły bełkot. Czy to Saviano tak się odmienił, czy też zasługa innego tłumacza? Nie potrafię rozstrzygnąć. Na szczęście tragicznie jest tylko momentami.

Gomorra, porównania nasuwają się same z siebie, miała wyraźną główną tezę – nowoczesna mafia rodem z Neapolu, której idea ogarnia powoli cały świat, to nie hierarchiczna i skodyfikowana organizacja à la don Corleone, ale luźna sieć doraźnych, przenikających się biznesów różnego kalibru, w której jedynym kryterium jest zysk. Zysk, który jest ostatecznym miernikiem, gdy trzeba uzasadnieniem, gdy trzeba rozgrzeszeniem. Zysk, który sprawia, że z nielegalnymi biznesami łączą się legalne, a mafia niczym nieoperacyjny rak przerasta rynek, gospodarkę, politykę i struktury państwa. I tu dochodzimy do głównego zarzutu wobec Zero zero, przy którym wpadki stylistyczne są mało ważne. Główne przesłanie, które w Gomorze było czytelne i jasne, tym razem ucieka, rozmydla się, trzeba go naprawdę usilnie się doszukiwać, co wcale nie jest łatwe.
W omawianej książce Saviano ukazuje nam potęgę narkobiznesu, która ucieka świadomości większości ludzi, rządów i społeczeństw oraz zagrożenia, które wynikają z ciągłego wzrostu tej branży. Jedynej, która nie obawia się kryzysów, dewaluacji, wojen i zmian prawnych. Opisuje nam historię, która do tego doprowadziła, a więc dzieje karteli z Ameryki Południowej, jak również rolę Stanów, które nie zawsze były ikoną antynarkotykowej krucjaty. Z natury rzeczy książka pełna jest więc przykładów bestialstwa i okrucieństwa szokującego większość czytelników. To przykuwa uwagę jednych odbiorcóww, a blokuje percepcję innych. I rzeczy ważne uciekają.
Wydawać by się mogło, że Zero jest zaprzeczeniem tez Gomorry – narkobiznes, zwłaszcza na wysokich szczeblach, to klasyczna mafia o wyraźnych strukturach i podziale władzy. Niełatwo zauważyć, że to dotyczy tylko pionu od producenta to dystrybutora. Cała reszta, reszta tylko z nazwy, bo w rzeczywistości równie niezbędna jak sam towar, to już schemat luźnych biznesów, najczęściej zalegalizowanych, mających na celu pranie pieniędzy a także wykonywanie innych zadań, bez których całość funkcjonować by nie mogła. Tutaj widzimy już rzeczywistość znaną z Gomorry – uczciwych przedsiębiorców, sędziów, urzędników i bankierów, którym w razie wpadki nawet nie można zarzucić udziału w zorganizowanej przestępczości, gdyż jedynie doraźnie ulegli złu. A jednak bez ich pomocy to zło istnieć by nie mogło. To jednak jakoś ucieka pod natłokiem opowieści o narcos.

Brak struktury, która prowadziłaby czytelnika i porządkowała książkę oraz nadawała jej wymowę jest wielkim niedostatkiem, który sprawia, iż prawie niczym nie różni się ona od zbioru mniej lub bardziej luźno połączonych ze sobą notatek prasowych wrzuconych do pudełka z nadzieją, że czytelnik sam wyciągnie z nich wnioski. Książka przypomina kogoś, kto z chęci podania rozmówcy wszelkich możliwych dowodów jednocześnie zaprzepaszcza szansę na to, by wyartykułować to, co chce nimi udowodnić, gdyż przytłoczony masą faktów odbiorca nie jest już w stanie ogarnąć ich wymowy.
A jaka jest wymowa Zero zero zero? Zasadniczo taka, że po epokach złota i korzeni, ropy i innych, nastała epoka kokainy i syntetycznych narkotyków. To rynek, który odgrywa z każdym rokiem większą rolę w światowej, a zwłaszcza zachodniej gospodarce, który może decydować o wyjściu, lub nie, obronną ręką z kryzysu, który powoduje erozję podstaw demokracji i państwowości, przez co w konsekwencji może być większym zagrożeniem dla naszego świata takiego, jakim go znamy, niż islam czy hegemonistyczne dążenia Rosji albo Chin.
Pomimo więc wszystkich swych wad, jest nowa książka Roberta Saviano niezwykle wartościowa. Porusza tematykę raczej pomijaną w dzisiejszych mediach, a mogącą w niedalekiej przyszłości stać się jednym z najważniejszych problemów Zachodu. Szkoda, że Saviano ledwo to zasygnalizował na samym końcu, tak lekko, że większość zmęczonych czytelników w ogóle tej puenty nie zauważa.
Narkotyki są w biznesowym sensie jak alkohol. Do czego prowadzi prohibicja Stany Zjednoczone już przerabiały. Szkoda tylko, że nikt nie wyciąga z tej nauczki wniosków. Prawie wszystkie państwa, za nielicznymi wyjątkami, prowadzą z góry przegraną wojnę próbując walczyć z nielegalnym rynkiem narkotyków. Stany odstąpiły od prohibicji zanim mafia stała się silniejsza niż samo państwo. Pytanie, które mi się nasuwa, to czy ten moment już nie minął, jeśli chodzi o narkotyki? Czy aby same lobby przemysłu narkotykowego nie jest zainteresowane w utrzymaniu jego nielegalności? To powoduje straty i zagrożenie, ale zarazem zapewnia stopę zysku, której nie oferuje żaden inny produkt ani żaden inny biznes na świecie.
Dlaczego taki tytuł książki? Niektórzy wiedzą, ale tym, którzy nie, nie zdradzę. Niech doczytają sami.
Zero zero zero jako gotowe opracowanie, jako kompletny i skończony dokument, wypada bardzo słabo. Ta książka nie jest też dla smakoszy z aspiracjami do delektowania się Wielką Literaturą Piękną ani nie poprawi nikomu samopoczucia. Jednak jako kopalnia faktów oraz interesujących ciekawostek i materiału do przemyśleń, jako zbiór pytań domagających się odpowiedzi i dylematów moralnych do rozstrzygnięcia, jest pozycją niezwykle wartościową i absolutnie wartą poznania dla wszystkich, którzy lubią wiedzieć i rozumieć, więc polecam ją każdemu gorąco


Radosław Magiera

„Cmentarz w Pradze” Umberto Eco DKK Rawa Maz.

Umberto Eco
Cmentarz w Pradze
Niektórzy powiedzą, iż wstyd się przyznać, że dotąd moje kontakty z twórczością Umberto Eco ograniczały się od kilkukrotnego obejrzenia głośnej ekranizacji Imienia Róży, ale ja do wstydliwych nie należę. Jakoś nie było mi z powieściami Eco po drodze, ale dzięki mojemu klubowi DKK zmieniło się to, gdyż lekturą kwietnia 2015 był w nim Cmentarz w Pradze.

Wydanie, które trafiło w me ręce, w solidnej twardej okładce i z klimatyczną grafiką na obwolucie, sugerowało interesującą zawartość na niebanalnym poziomie. Z drugiej strony, postać widniejąca na froncie kojarzyła mi się z kanonem płaszcza i szpady, za którym zbytnio nie przepadam, a tytuł kompletnie nie brzmiał dla mnie intrygująco. Nie wiedząc więc, czego się w gruncie rzeczy spodziewać, rozpocząłem lekturę.


Protagonistą powieści jest Simonini, syn Francuzki i zafascynowanego Garibaldim Włocha o demokratycznych zapatrywaniach. Wychowuje się jednak pod przemożnym wpływem dziadka, fanatycznego antysemity i konserwatysty. Zrządzenia losu sprawiają, że zostaje fałszerzem, w czym okazuje się prawdziwym geniuszem, a z czasem równie utalentowanym prowokatorem i zabójcą. Pracuje dla każdego, kto płaci, kto dobrze płaci. Opowieść o perypetiach jego żywota, przypadającego na burzliwy wiek XIX, ukazuje nam tak znane i dramatyczne wydarzenia jak walki o zjednoczenie Włoch czy rewolucyjne wrzenie we Francji. Pojawiają się głośne wątki tamtych czasów, choćby Afera Dreyfusa czy powstanie Protokołów Mędrców Syjonu. Osoba głównego bohatera jest jedyną fikcyjną z mnóstwa znaczących postaci, którymi Umberto Eco zaludnił karty powieści. Fabuła jest niezwykle mocno oparta w faktach historycznych, a luki między nimi wypełnione zostały fikcją literacką z takim kunsztem, że bez natężonej uwagi i konkretnej wiedzy niełatwo wytyczyć granicę między nimi. No właśnie. Wszystko to brzmi pięknie, ale jak się to czyta?

Warsztat pisarski na poziomie mistrzowskim i nie można mu niczego zarzucić. No – właściwie zawsze można każdemu coś zarzucić. W tym wypadku dość często podnosi się wulgaryzmy. Ja jednak uważam, że te akurat zarzuty są wyraźnie infantylne, podobnie jak powieści wojenne, opowieści o piratach, czy innych podobnych wydarzeniach i środowiskach, w których bohaterowie posługują się „językiem literackim” i używają słów, których naprawdę nawet by nie zrozumieli. Wulgarni ludzie i ludzie w określonych okolicznościach używają wulgarnego języka. Sam jednak miałem zastrzeżenia, choćby wobec męczących szczegółowością detali kulinarnych czy zajmującego ponad pół strony wymieniania oficjalnych tytułów wielkiego mistrza loży masońskiej. Na szczęście zaletą rozmów o książce z żywymi ludźmi jest luźniejsza i szybsza wymiana wrażeń, niż choćby za pośrednictwem Internetu, więc porównując swoje myśli z odczuciami innych, dla których te tasiemcowe niuanse kulinarne były zaletą, doszedłem do sedna.

Cmentarz w Pradze jest lekturą niezwykle wymagającą. Nie nadaje się na propozycję dla odbiorcy dopiero rozpoczynającego swoje spotkanie z czytelnictwem, ale nawet od wyrobionego książko luba żąda, by poświęcić się tylko jej. Nie czytać jej z doskoku, czy drugim okiem oglądając telewizję. Bogactwo szczegółów w każdym aspekcie wymaga, by przeskoczyć ponad ograniczeniami własnych zainteresowań i w pełni smakować wszystkie aspekty tej złożonej literackiej konstrukcji. Ja za pierwszym razem podszedłem do niej zbyt lekko, doceniłem więc to, co mnie pasjonuje samo z siebie, czyli wątki psychologiczne i socjologiczne, historyczne i polityczne, a nużyły mnie obce moim fascynacjom niuanse sztuki kulinarnej. Tymczasem wszystko w budowie tej powieści ma swoje miejsce, co łatwo zrozumieć próbując sobie ją wyobrazić bez któregoś elementu.

Nie jest na pewno dzieło Umberto Eco powieścią przygodową, choć żywot protagonisty zawiera tyle dramatycznych wydarzeń, że na taką by wystarczyło. Szczególna konwencja w jakiej książkę napisano, a której idei tutaj nie zdradzę, wyraźnie wskazuje, że nie o afery czy sensacje w niej chodzi. Nawet nie o to, by była to powieść historyczna, choć jest nią niewątpliwie.

O czym więc jest, lub też czym jest? W moim odczuciu jest przesłaniem i przestrogą. Przede wszystkim przestrogą przed siłą, uniwersalnością i użytecznością nienawiści. Głównego bohatera najczęściej definiuje się jako antysemitę. Ale on nie jest antysemitą; on nienawidzi wszystkich. Zwróćmy uwagę, jak definiuje znienawidzonego Żyda. Opisując go używa porównań z innymi narodami wyraźnie ukazujących, że nimi też pogardza. Nienawidzi też masonów i jezuitów, i Bóg wie kogo jeszcze. Inna sprawa, że w życiu też tak często bywa – antysemita, ksenofob lub inny -fob, jest zwykle nosicielem jeszcze wielu innych odmian nieuzasadnionej, uogólnionej wrogości. Taka bezmyślna, ideowa nienawiść nie do konkretnego człowieka, ale do zdehumanizowanej etykiety, jest świetnym narzędziem i jest bardziej zaraźliwa niż broń biologiczna. Tutaj pojawia się profesja Simoniniego, czyli fałszerstwo i prowokacja. Na hasło „teoria spiskowa” reagujemy niczym na ostrzeżenie, że ktoś jest niespełna rozumu. Tymczasem często mianem teorii spiskowych określa się wydarzenia lub elementy wydarzeń, które faktycznie miały miejsce, co odbiera siłę nauczce, jaką wiedza o nich powinna nieść. Z drugiej strony, elementem prawdziwych spisków było często tworzenie owych teorii spiskowych jako specyficznych narzędzi polityki, władzy i socjologii, jak choćby wspomniane już Protokoły Mędrców Syjonu. Mam wrażenie, że wielu czytelnikom, szczególnie w Polsce, ucieka puenta w postaci stwierdzenia zawartego w zakończeniu książki:

Powiedzmy sobie otwarcie: Simonini jeszcze obraca się wśród nas.

Wolimy myśleć, że prowokatorzy gotowi na żądanie wywołać każdą masakrę i fałszerze gotowi sfałszować każde świadectwo byli tylko w XIX wieku i przymykamy oczy na to, że od Powstania Warszawskiego rozpoczętego sfałszowanym meldunkiem* do inwazji USA na Irak rozpoczętej od sfałszowanych danych o posiadaniu przezeń broni masowego rażenia, wciąż mamy dowody na to, że Simonini jest wśród nas i, podobnie jak w powieści, nigdy nie odpowiada za swe zbrodnie.

Jest również Cmentarz w Pradze ostrzeżeniem przed patriotyzmem jako wdzięcznym narzędziem do szerzenia nienawiści, bez którego nie można sobie wyobrazić nowożytnych wojen; wojen narodów, a nie władców. Nie chodzi tutaj o patriotyzm objawiający się w gotowości do pozytywnej pracy na rzecz własnego kraju czy narodu, a o znacznie powszechniejsze użycie tego słowa, czyli gotowość do zabijania i dania się zabić w imię interesów tych, którzy patriotyzm uważają za takie właśnie narzędzie władzy:

...patriotyzm to ostatnie schronienie łajdaków; ludzie bez zasad moralnych owijają się zwykle sztandarem, a bękarty powołują się zawsze na czystość swojej rasy. Narodowa tożsamość to jedyne bogactwo biedaków, a poczucie tożsamości oparte jest na nienawiści - na nienawiści wobec tych, którzy są inni. Należy podsycać nienawiść, jest cnotą obywatelską. Wróg to przyjaciel ludów. Potrzeba zawsze kogoś, kogo się nienawidzi, aby dzięki temu uzasadnić własną nędzę.

Oczywiście jest w tej książce wiele jeszcze innych aspektów, które zmuszają do myślenia, zachęcają do poszerzenia własnej wiedzy (już poza tą lekturą), do krytycznego i racjonalnego myślenia o rzeczach, które aż nazbyt często przyjmujemy na wiarę.

Nie zachęcam do tej lektury nikogo, który nie przeczytał w życiu przynajmniej stu książek (nie licząc podręczników) i kto nie jest gotowy przez pewien czas poświęcić się tylko i wyłącznie jej; bez telewizora czy radia w tle, bez zbyt długich przerw czy innych lektur w międzyczasie. Pozostałym polecam absolutnie szczerze i gorąco.


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

* meldunek pułkownika Antoniego Chruściela o rozpoczęciu walk oddziałów sowieckich na Pradze

„Bracia z Vestland” Jana Guillou DKK Rawa Maz.

Jan Guillou
Bracia z Vestland
Chyba nie jestem typem fana. Chyba nie potrafię się w nikogo ani w nic zapatrzeć do końca i bezkrytycznie. Na pewno jednak Jan Guillou, najprawdopodobniej najpopularniejszy pisarz szwedzki, jest od dawna moim ulubionym autorem, choć w naszym kraju nie od razu zdobył poczytność. Cykl książek o szwedzkim super agencie Carlu Hamiltonie rozpoczynający się powieścią Coq Rouge od razu podbił me serce i tak już pozostało – wszystkie u nas wydane odsłony tej serii uważam za niezwykle udane. Gdy Guillou zmienił totalnie profil swej twórczości wydając czteropowieściowy cykl Krzyżowcy, byłem w szoku, gdyż pomimo diametralnej zmiany czasu, w którym osadził nowe powieści, i oryginalnych, odpowiednich do nich rysów psychologicznych postaci, jednym słowem totalnie nowego pola do popisu, podbił mnie ponownie. Krzyżowcy trafili na półkę z ulubionymi książkami obok wyczynów hrabiego Hamiltona i niezwykle oryginalnej powieści Zło.

Gdy dowiedziałem się, że Jan Guillou w najnowszej powieści Bracia z Vestland znów podjął wyzwanie, jakim niewątpliwie jest kolejna zmiana epoki, w której osadza się utwór literacki, byłem pełen niepewności, czy i tym razem podoła. Tak więc, gdy tylko egzemplarz Braci, pierwszej powieści składającej się na trylogię Złoty wiek, wpadł w moje ręce, zabrałem się do lektury, by jak najprędzej rozstrzygnąć co było uzasadnione - obawy czy nadzieja.
Książka w wersji z twardą okładka oraz szytym grzbietem prezentuje się bardzo solidnie i można liczyć na to, że będzie długo służyć. Wewnątrz brak jakichkolwiek ilustracji, co moim zdaniem jest zaletą przy lekturze odwołującej się do wyobraźni czytelnika. Szata graficzna okładki nawiązuje zarówno do polskiego tytułu, jak i oryginalnej wersji językowej (Brobyggarna czyli Remont mostów – za automatycznym tłumaczem Google). Symptomatyczne jest, iż nasi rodzimi marketingowcy uznali, że tytuł wiążący się z mostami i remontami w naszym kraju nie będzie chwytliwy, najprawdopodobniej całkiem słusznie zresztą, w Szwecji zaś nie przeszkodził w zajęciu pierwszych miejsc na listach popularności. Daje do myślenia.
Szkoda, że w pierwszym wydaniu znalazło się kilka literówek i innych błędów, najzupełniej niepotrzebnie trochę psujących lekturę, nawet takich, których na chochlika drukarskiego zrzucić nie można, jak choćby pomylenie menażki z manierką. Muszę też wspomnieć o jakiejś mętności stylu, która mnie zastanawiała w pierwszych rozdziałach książki, a za którą, jak przypuszczam, ponosi winę któryś z tłumaczy. Proza Guillou zawsze charakteryzowała się wyjątkową jasnością, klarownością i jednoznacznością, a tu takie coś. Na szczęście ten niewielki dyskomfort mija w trakcie dalszej lektury – styl wyraźnie się poprawia. Szkoda jeszcze, że w książce, o pokaźnej przecież objętości, nie znalazło się miejsce na tłumaczenie obcojęzycznych wstawek czy coś tak banalnego, ale jednak przydatnego, jak spis treści.
Uwielbiam klimaty skandynawskich sag takich jak niegdyś wielce popularny Rudy Orm. Nawet Krystyna córka Lavransa urzekła mnie, choć kilka razy przy niej usnąłem. Guillou wielce mnie zachwycił Krzyżowcami, w których cudownie ożenił klimat rodem z legend o Wikingach z opowieścią o powstaniu państwa szwedzkiego. Tym razem, w Braciach z Vestland, zafundował nam sagę o biednej rodzinie norweskich rybaków, którą okrutne morze nagle pozbawia głowy, czyli ojca i żywiciela. Saga ta jednak nie rozpoczyna się w zamierzchłych czasach, a… Na początku wieku XX! Co najdziwniejsze, jakoś w te całkiem nowożytne przecież czasy udało się wpleść to coś, co stanowi o specyfice opowiadań o skandynawskich herosach. Jak się potoczą losy trójki młodych chłopców półsierot i ich matki nie będę oczywiście zdradzał. Powiem tylko, że poznamy wymagające wielkiego hartu ciała i ducha warunki budowy pierwszych kolei w Afryce i mroźnej Norwegii. Zobaczymy jak wyglądały realia świata przed I wojną światową w oczach Skandynawów z północy, jak funkcjonowało społeczeństwo Norwegii, Niemiec i Niemieckiej Afryki z tamtych czasów. Przygody i wielkie miłości, jakie spotkają trójkę naszych bohaterów, już same w sobie wystarczyłyby na solidną powieść. Nie jest to jednak pozycja godna polecenia osobom szukającym lekkiej, bezmyślnej lektury pełnej tylko i wyłącznie przygód. Ci mogą się nawet poczuć znudzeni, gdyż wielką zaletą, którą z kolei docenią wszyscy inny, jest rys pokrewny szwedzkiej szkole kryminału społecznego, czyli ukazanie problemów i patologii ówczesnego społeczeństwa. Nie bez aluzji do czasów dzisiejszych.
Początek wieku XX był czasem wielkich nadziei, w głównej mierze związanych z gwałtownie przyspieszającym rozwojem nauki i techniki. Pewna pozorna naiwność tych wyobrażeń jutra widziana oczami ówczesnych ludzi jest oddana tak wspaniale, iż może nawet śmieszyć. Do czasu, gdy najdzie nas refleksja, iż niewiele się w tej materii nauczyliśmy i nic się tak naprawdę nie zmieniło. Widać wyraźnie, i w powieści, i dzisiaj, że nadzieje na ulepszenie świata zawiodły, gdyż tylko nieliczni dorośli do rewolucji w nauce, technice i technologii, a rozwój społeczny też nie nadążył za tymi zmianami. Rozdźwięk między najbiedniejszymi a najbogatszymi zamiast się zmniejszyć, wciąż rośnie.
Guillou świetnie oddaje realia epoki i ukazuje, że rzeczy, które wydają się nam oczywiste od zawsze, nie zawsze takimi były. Szokuje choćby opis szeregowych latryn stojących na podwórkach miejskich kamienic i przypominających dzisiejsze szeregowe garaże, z tym, że z garaży korzysta jeden samochód, a z każdego z tych kibelków korzystały wspólnie dwie rodziny. Z drugiej strony powieść ukazuje nam, iż pośród mnóstwa rzeczy, które się zmieniły, są i takie, które zmianom nie uległy, i zwłaszcza do tych ostatnich pasuje słówko niestety. Z tej kategorii szczególnie pięknie wytknięte są stare jak świat warunki wejścia do kręgów władzy i wielkiego biznesu, czyli znajomość mechanizmów robienia pieniędzy i kultywowanie wielowymiarowej obłudy.
Jedną z rzeczy, które uwielbiam u skandynawskich pisarzy jest to, iż w ich twórczości widać, jak w żadnej innej, że Europa wcale nie jest jednolita. Nawet w sferze stereotypów. Finlandia w której uważa się Niemców za naród drobnych hotelowych złodziei (Anioły Śniegu pióra Thompsona Jamesa) jest bardzo oryginalna, ale i Szwecja niewiele jej ustępuje. Już kilkakrotnie w powieściach szwedzkich autorów znalazłem wplecione dygresje o zdecydowanie negatywnej ocenie amerykańskiej wersji demokracji i Guillou również nie zostawia na nich suchej nitki uważając Amerykanów za naród prymitywny i gotowy do każdej podłości. W dodatku wszystkie zarzuty, jakie stawia ich dorobkowi i wkładowi w historię ludzkości niestety są prawdziwe. Dużo bardziej szokujące dla polskiego czytelnika mogą być jednak notki, jakie wystawia innym nacjom - Anglikom, a zwłaszcza najpodlejszym z podłych, czyli Belgom.
Przy okazji tego wątku zrodziło się we mnie przekorne pytanie – refleksja. Dlaczego komunizm i faszyzm są zakazane i potępiane, a monarchia nie? Wszak Leopold II władca Belgii, mając do dyspozycji nieporównywalnie mniejsze środki niż Stalin i Hitler zdołał wymordować porównywalną liczbę ludzi. I nikt nie wypomina Belgom tej historii tak jak Niemcom czy Rosjanom.
Jak przystało na prawdziwego skandynawskiego mistrza pióra społecznego, mamy tych wątków społecznych i socjologicznych całe mnóstwo. Piękne jest choćby podkreślenie, iż są różne rodzaje inteligencji i mądrości, a człowiek wybitny w jednych dziedzinach może być wręcz infantylny w innych, o naiwności młodości nie wspominając.
Dla mnie osobiście nie brak smutnych refleksji z tej lektury. Ogólnych, jak choćby przemiana uczciwych, dobrych ludzi w bezduszne maszynki do zabijania i zarabiania pieniędzy, dokonująca się pod wpływem Sytuacji i Systemu, jak by to określił Zimbardo, czy szczególnych, polskich, jak choćby to, że już od wieków społeczeństwa takie jak skandynawskie były skłonne do planowania i inwestowania na wiele lat naprzód w oczekiwaniu na odroczone gratyfikacje, co u nas niestety jest dalej domeną literatury science fiction.
Przemyśleń o czasie jest więcej. Szczególne trafne jest ukazanie, jak warunki wpływają na jego postrzeganie. Perełką jest porównanie, dosłownie, życia norweskich robotników kolejowych do życia w więzieniu, ze względu na ich mentalne uwięzienie w czasie teraźniejszym.
Ciekawe jest też spojrzenie na moralność różnych nacji z ich punktów widzenia. Jak choćby to, że w Niemczech normalne było, iż studenci korzystają z burdeli, u nas zaś było to, i jest, zdecydowanie naganne, odwrotnie niż uwiedzenie porządnej panny czy mężatki, co mężczyźnie przydaje nawet pewnego rodzaju powodu do dumy.
Sposób, w jaki autor przenosi nas w klimaty norweskiej północy i niemieckiej Afryki przywodzi na myśl najlepsze pozycje literatury podróżniczo-awanturniczej. Klasa sama w sobie. A dla mnie subiektywnie prawdziwą perełką i dowodem na wyjątkową wszechstronność pisarza jest opis cesarskich regat w Kilonii. Wątki marynistyczne są wyjątkowo zdradliwe dla wszystkich autorów spoza tego gatunku, a to, co zaserwował Guillou jest wręcz porywające, zwłaszcza dla każdego, kto posmakował, w realu lub choćby literaturze, co to atmosfera regat, wycie wiatru w sztormie i trzask dartych przez szkwał żagli.
Jak już pewnie się zorientowaliście, kolejna książka trafiła na moją półkę z ulubionymi, do których systematycznie powracam. Polecam gorąco każdemu, choć pewnie nie każdemu musi się spodobać. Jeszcze takiej nie napisano. Warto jednak, by każdy sam się przekonał i ocenił po swojemu

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

M. Krajewski, M. Czubaj Aleja samobójców

Powieść kryminalna aleja samobójców jest, jak mi się wydaje, znaczącym  wydarzeniem w wielorakim sensie:  dla literatury kryminalnej w szczególności, dla historii współczesnej, dla rozważań nad intelektualną i moralną kondycją polskiej rzeczywistości po roku 1989. W materię opowieści  wplecione są losy ludzi starszych, przebywających w Domu Seniora. Zauważyć należy, że opowiadane wydarzenia są fikcją literacką [Krajewski: „wszystkie moje fabuły zostały wymyślone od początku do końca” (por.: Czas Kultury 1, 2009, s. 97)], jednakże: fikcja zawsze jest parafrazą jakiejś rzeczywistości;  mamy do czynienia z faktem literackim uwikłanym w kryminalną warstwę świata przedstawianego, która wzbudza w czytelniku napięcia rodem z horroru. Krajewski i Czubaj stawiają czytelnika oko w oko przed dziwnym problemem, jakim jest niewyraźny status  Liblinga, dyrektora Domu Seniora „Eden”. Z jednej strony dowiadujemy się od niego samego, że pensjonariusze nie mają powodu do niepokoju, albowiem znajdują w nim całodobową opiekę, świadectwem zaś wysoko-cywilizacyjnej troski mają być sala rehabilitacyjna, telewizja satelitarna w każdym pokoju, dostęp do Internetu oraz biblioteka. Za horrendalną opłatą każdego z pensjonariuszy rzecz jasna. Z drugiej strony ujawnia się  w „przytulnym <<Edenie>>”  dramatyzm ekstremalnego okrucieństwa, które plami w sposób nieusuwalny samego Liblinga – jak wykazało śledztwo, zamordował i oskalpował jednego z pensjonariuszy. O jego brutalności świadczy również przypadek Arletty Kosińskiej, której zdjęcia w  „Superexpressie” bezbłędnie wychwyciły jej twarz pełną „guzów i wybrzuszeń”. Nie dziwią zatem słowa Kosińskiej jako ofiary „Edenu”, które wyrażają nienawiść wobec Liblinga: „To rzeźnik”. Jego bezgraniczne zarozumialstwo, szyderstwo i absolutną tyranię wobec pensjonariuszy demaskują eo ipso następujące słowa: „Nie zastosowała się do moich wskazówek”. Uznajemy, że wydarzenia te są w sensie moralnym niepojmowalne. Absolutnie nieprzejrzysty staje się fakt zatrudnienia na stanowisku pielęgniarza Marcina Ryby, powszechnie znanego z upadku moralnego – bił żonę i podtapiał własnego dwuletniego syna w akwarium. Opowieść kryminalna przytacza i inne straszne wydarzenia, jakie miały miejsce w „Edenie”. Odnotować należy także upozorowany upadek ze schodów staruszki na wózku inwalidzkim, Adeli Woźniak, jak wykazało śledztwo, wcześniej dręczonej. Dodajmy jeszcze, że znaleziono ją na dole z wykręconą głową.

Tylko z bezmyślności można się wzbraniać przed oceną Liblinga jako odpowiedzialnego za całokształt życia staruszków w Domu Seniora. Tu zachodzi paradoks. Upoważnione do tego odpowiednie organy, ABW, policja i in. instytucje państwowe, by sygnowaną przez prawo odpowiedzialność wobec społeczeństwa sprawować, odrzucają ją i przestają być gwarantem racjonalnej i „ludzkiej” organizacji życia społecznego. Fakt, iż tylko inspektor Pater jest w niniejszym świecie - skłębionym, mrocznym i trudnym do poznania -  konsekwentnym i upartym emisariuszem prawdy i cnót moralnych, budzi nadzieję na ożywienie wrażliwości na prawdę, która powszechnie martwieje, kiedy zaś wychodzi na jaw, zostaje przekłamana i w propagandzie poniechana. Krzepiąca jest zatem postawa Patera, albowiem daje nadzieję na perspektywę przemian. Klimat sporu o prawdę, sprawiedliwość i moralność znajduje swój manifestacyjny wyraz w słownej potyczce Patera z naczelnikiem policji Cichowskim. Najgorszym dla Patera jest syndrom obojętności policji na poznanie prawdy, wręcz patologiczna anomalia, która prowadzi do zamiatania faktów pod dywan. Negatywna ocena tej postawy „Nikomu nie chodzi o prawdę”, którą to Pater uważa za niedolę współczesnych czasów, nie budzi w oczach Cichowskiego zastrzeżeń. Wręcz przeciwnie. Zacieranie prawdy staje się regułą i losem powszechnym.Znamienne są jego słowa:„Prawdę? Jaką prawdę? A od kiedy nam chodzi o prawdę?”.

Uwagę czytelnika zwracają wypowiedziane przez Liblinga z właściwym mu spokojnym szaleństwem w głosie cyniczne słowa określające Dom Seniora jako „Cichą świątynię zasłużonego odpoczynku”. Centralne wyrażenia w folderze „Edenu”  „domy opieki”, „domy złotego wieku” czy „domy rodzinne”, zamiast „dom starców” generują wprawdzie posmak „matecznika szczęśliwości”, w gruncie rzeczy brzmią jak krzyk rozpaczy.. Pater odnajduje w tej „kryształowej” strukturze Domu Seniora odium „Inferno”, zaś określenie „Eden” uważa za cyniczny eufemizm. 

      Pater to casus wyjątkowy. Jego siłą jest analityczny umysł, który w walce z przestępczością staje się skutecznym instrumentem do zwalczania chaosu. Ten intelektualny aspekt przywołuje na myśl klasyczny kryminał, w którym to uważny i wnikliwy czytelnik odnajduje zderzenie się dwóch światów, chaosu i porządku.  Przypominam, że Krajewski sam przyznaje się do wzorów klasycznej literatury kryminalnej, przygląda się jej i wyciąga wnioski. Za swojego mistrza uznaje Raymonda Chandlera. Zniewalająca siła powieści aleja samobójców wynika właśnie ze zderzenia się polukrowanego porządku i zdegenerowanego chaosu, także z czarującej postaci interesującego detektywa, postaci szlachetnej, namiętnej, bohaterskiej i kreatywnej. Pater rozbiera rzeczy na części, by je następnie łączyć, odnajdywać znaczenia, budować połączenia, odkrywać prawdę. Charakterystyczne jest zatem umiłowanie do szczegółów, które zapełniają wnętrze świata przedstawianego. Ich porządkowanie staje się zasadą poprawnego realizowania założeń literatury kryminalnej.  W jednej z wypowiedzi przyznaje  Krajewski, że mistrzem bezustannego, obsesyjnego wręcz łączenia i zestawiania szczegółów jest dla niego Frederick Forsyth, który zawsze imponował mu znajomością szczegółów. Centralna postać w alei samobójców, komisarz Pater, jest niczym innym jak kulturotwórczym porte parole  samego współautora powieści, Krajewskiego.

       Jednym z ważniejszych wyznaczników kryminału w ogóle, i powieści aleja samobójców w szczególności, jest zatem umiłowanie szczegółów. Włączenie ich w obieg fikcji literackiej pełni funkcję „zaspakajania świadomości”, lub inaczej: „karmienia świadomości” (Susan Sontag). Nasze postrzeganie świata ma charakter „poznawczy” w takiej mierze, w jakiej ożywia w nas wrażliwość na szczegóły i uświadomienie ich sobie jako elementów składowych większej całości.  Odnoszę wrażenie, że Krajewski i Czubaj uczą czytelnika być uważnym - niezbędna to cecha świadomości w procesie poznawania rzeczywistości.

       Na dodatkową uwagę zasługuje ogląd powieści pod kątem uwrażliwienia na poprawność i precyzję  wypowiedzi językowej. Dla przykładu gdy jeden z adwersarzy w rozmowie używa związku frazeologicznego <<jedną nogą nad grobem>> Pater odnotowuje to wyrażenie jako niepoprawne semantycznie i weryfikuje je na poziomie językowej  dokładności: „Mówi się <<Jedną nogą w grobie>> albo <<jedną nogą na tamtym świecie>>”. Zaś na jego prośbę <<daj mi komórkę>> odpowiada: <<nie mogę ci dać mojej komórki, mogę ci dać co najwyżej numer mojego telefonu komórkowego>>.

I kolejna uwaga – w narrację powieści wplecione są również refleksje  o charakterze filozoficzno-językowym;  pokrewność myśleniowa z  Nietzschem?  („Istnieją tylko interpretacje faktów”). Brunetka w recepcji „Edenu” zaprasza Patera  na kawę „w naszej restauracji”. Pater pomyślał natychmiast, że „słowa <<stołówka>> w tym miejscu się nie wypowiada”. Zapewne ma ono przygnębiające konotacje i emanuje z niego aura jakiejś potoczności. Tymczasem słowo <<restauracja> stwarza złudzenie pretensjonalnego życia. Recepcjonistka dodaje pilnie, że Libling tytułowany jest „dyrektorem”, a nie „doktorem”,  co miało wynikać z pragnienia uzyskania przez pensjonariuszy psychicznego komfortu – tytulacja „doktor” mogłaby wywołać szpitalne skojarzenia. Poprzez liczne zabiegi  językowe wzmacnia się siła tekstu. Autorzy budzą językową  świadomość czytelnika, kiedy ze słów wyzwalają zawarty w nich ładunek znaczeniowy, ożywiają je a zdania nabierają wyrazu precyzyjnej wymowy, rozbłyskują ostrym postrzeganiem rzeczywistości. Ta „językowa nadwrażliwość” jest istotnym elementem moralnej odpowiedzialności autorów za odnowę świata poprzez eliminację „chaosu pojęć”. Niewątpliwie zagadnienie krytycznej refleksji językowej jest efektem  filologicznego (klasycznego) wykształcenia jednego ze współautorów powieści, Krajewskiego. W jednym z wywiadów pisarz przyznaje się do językowego ideału rzymskiego: bonus dicendi peritus, czyli człowiek dobry, umiejący przemawiać. W tej formule upatruje Krajewski źródło swoich językowych ambicji, zarówno w języku mówionym, jak i pisanym.

 

Reasumując: Powieść aleja samobójców to klasyczna literatura kryminalna, w której pojawia się prawdziwa walka dobra ze złem, chaosu z porządkiem. Cały zaś wątek fabularny jest także pretekstem do przedstawienia rzeczywistości współczesnej, w której instytucje (domy opieki, policja, sądy, uczelnie etc) skażone są wirusem niedoścignionej materialnej chciwości, czysto fizycznej przemocy,  policyjnej  inwigilacji, bezwzględnej konkurencji etc., jednostki zaś skazane są na determinizm. Służą albo dobru, albo złu. Dodajmy, że autorzy opisują współczesny świat,  pełen  nieokrzesanych nawyków, okrucieństwa i wzajemnych tarć w skali mikro. W walce z tak negatywnym duchem autorzy świadomie sprzymierzają się z innym duchem. Całą narrację powieści  napędza pragnienie zapanowania nad mroczną tonacją rzeczywistości, nad pełnymi niepokoju i napięć myślami człowieka. Płaszczyzna, na której autorzy uruchamiają walkę dobra ze złem, to pole  uniwersalnych zasad. Znajdują one w powieści  swoją legitymizację w licznych sentencjach, których celem jest wyrwanie człowieka z powszechnego marazmu współczesnego świata. Zwieńczeniem tych sentencji jest z pewnością przesłanie Patera: „Tak to jest, gdy błyskotliwy intelekt nie idzie w parze z wartościami i wiarą w Boga”(69).

Kończę więc pisać i czytam dalej tych, których warto.

 

Recenzja DKK przy MGBP w Uniejowie-Przegrane życie Ewy Braun

Książka Angeli Lambert pt. „ Przegrane życie Ewy Braun” przedstawia min. walkę okupanta jakim był Adolf Hitler. Centralną postacią również oprócz Hitlerowskiego zbrodniarza była także młoda i piękna Ewa Braun. Ewa była bliską sercu Hitlera osobą z którą przeżył wiele lat. Zakochany Adolf był mężczyzną szarmanckim wobec swej lubej. Szanował młodą Ewę dbał o nią, przy nim Ewa mogła czuć się bezpieczna, dzięki niemu Ewa  wyjeżdżała na wycieczki. Jednakże Hitler czasami wstydził się swego uczucia i wolał je tłumić. Szalony Hitler przywódca III Rzeszy na podbojach budował swą silną pozycję dzięki atakom na Żydów i bezwzględny mord na nich wzrastał w siłę i chciał coraz więcej rozlewu krwi. Nie poprzestał na swych atakach walczył z coraz tą większą siłą i coraz to większym okrucieństwem. Można by pomyśleć, że nie był człowiekiem jego serce przepełniała złość, nienawiść i te cechy opanowały tak jego umysł że stał się człowiekiem z kamienia. Bezwzględny i okrutny Hitler zabijał a w między czasie chronił swą kochankę wysyłając ją na wakacje. Ewa Braun domyślała się co się dzieje w kraju i jakie zamieszki wprowadza jej ukochany lecz świetnie się bawiła podczas, gdy inni ginęli. Po wielu podbojach pozycja zaczęła słabnąc i Hitler zaczął podejrzewać innych i bał się zagłady. Także kazał swej ukochanej wypić ampułkę z trucizną i otruł też swojego psa. Po wypiciu przez Ewę Braun ampułki Hitler strzelił sobie w gardło i zginał na miejscu. Tak tez zakończyły się losy największego zbrodniarza świata i jego kochanki.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi