Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Strefa cienia. DKK Uniejów

 „ Strefa cienia” Wiktorii Zender, to autobiografia młodej kobiety, która przypadkowo poznaje mężczyznę. Ma on na imię Eugeniusz i jest dużo starszy od bohaterki. Kobieta jest tak silnie zaślepiona jego osobowością, że postanawia z nim być i nie potrafi odejść. Z pozoru normalny człowiek okazuje się psychopatą, który katuje młodą kobietę. Pewnego dnia po trzech latach  związku z psychopatą postanawia go porzucić. Skutki tej decyzji są dramatyczne. Kobieta zostaje poparzona i traci wzrok na zawsze. Po wielu operacjach plastycznych i zniekształceniu twarzy pragnie dalej żyć i opowiedzieć historię, która ją spotkała i zmienić życie na nowo.

Recenzja "Azyl" I. Sowy- DKK Uniejów

Bohaterki  książki Izabeli Sowy„Azyl” za wszelką cenę uciekają od wspomnień. Szukają  nowej bezpiecznej drogi życia. Takim spokojnym  azylem jest dla nich Chorwacja . W niej właśnie czują się bezpiecznie i spokojnie.
Zwycięstwa i porażki, marzenia i złudzenia oraz przeszłość i teraźniejszość splatają się w subtelną opowieść o uczuciach i ważnych decyzjach. Książka pokazuje, że zawsze warto stanąć do walki o szczęście, nawet jeśli nasz świat legł w gruzach.

 

Oliwkowy labirynt-recenzja DKK Uniejów

Oliwkowy labirynt, to świetna lektura na pochmurne letnie dni. Miejscami zabawna, miejscami przygnębiająca książka z brawurową pointą. Hiszpański  pisarz Edwardo Mendoza przedstawia w zaskakujący sposób działanie „ damskiego fryzjera”, który to na zlecenie pewnego ministra ma za  zadanie transportowania walizki pełnej banknotów o wysokich nominałach. Pomimo niejasnych okoliczności  bohater decyduje się wykonać  to zadanie.Dzięki swojemu talentowi  do…… wpadania w kryminalne tarapaty  książka okazuje się bardzo wciągająca.

Utopia kontra Utopia - recenzja książki Konrada T. Lewandowskiego

Na Utopie Konrada T. Lewandowskiego składają się dwie skrajnie różne alternatywne dzieje historii Polski. Pierwsza z nich pt. "Wysłanniczka bogini" rozgrywa się po zwycięstwie reakcji pogańskiej. Druga przedstawia wizję piętnastowiecznej Europy, w której nie odbyła się bitwa pod Grunwaldem a w Krakowie zawitała Joanna d'Arc. Obie powieści bardzo różnią się od siebie: pierwsza jest zdecydowanie "lżejsza", druga nie stroni od okrucieństwa. Łączy je natomiast specyficzne poczucie humoru Autora. Podczas lektury miałem nieodparte wrażenie, że w przedziwny sposób książka ta jest nade wszystko studium słowiańskiej duszy. Nie mogąc jednak odmówić tej książce magnetycznego uroku obawiam się, że w historycznej rzeczywistości reakcja pogańska w Polsce nie miałaby szans przetrać zbyt długo, jak również jestem przekonany, że Zakon Krzyżacki musiał się skonfrontować ze Wschodem Europy, gdyż tereny porośnięte puszczą, na których przyszło mu funkcjonować, raczej nie sprzyjały rozwojowi ekonomicznemu. Z tych przyczyn książkę oceniam na 4.

Gra z duchem - recenzja powieści Isabel Abedi pt. WHISPER. Nawiedzony dom

WHISPER: Nawiedzony dom: dwoje nastolatków na tropie tajemnicy sprzed lat, w którą - oczywiście - zaplątał się duch. Można by rzec: historia, jakich wiele. Jednakże powieść Isabel Abedi znacząco się wyróżnia. Najważniejszą sprawą, na którą należy zwrócić uwagę w przypadku tej książki jest rola jaką odgrywa w niej postać ducha zamordowanej dziewczyny, który wcale nie od razu chce zdradzić kto jest jego katem. Prowadzi natomiast umiejętną grę z bohaterami, stopniowo odkrywając karty, co sprawia, że cała intryga jest jeszcze ciekawsza. Dodajmy, że w tej powieści możemy znaleźć elementy kryminału, sensacji, romansu i powieści obyczajowej. Wszystko napisane bardzo płynnym, przejrzystym językiem z bardzo dobrze zarysowanymi sylwetkami postaci, co sprawia, że ta lektura to czysta przyjemność.

Recenzja książki "Błysk rewolwru"

Ostatnie przedwakacyjne spotkanie DKK, więc obowiązkowo truskawki, tym razem jako dodatek do tortu z galaretek. Deser smakował wybornie i doskonale komponował się z czerwcową książką, która zadowoliła wszystkich klubowiczów.

„Błysk rewolwru” Wisławy Szymborskiej to zbiór niepublikowanych za życia poetki utworów wyszperanych w szufladach przez jej długoletniego sekretarza. Czegóż w nim nie ma! Zaczyna się od juweniliów, w której to części są pierwsze rysunki i próbki pisma 4-5-letniej Ichny, laurki dla mamy, zdjęcia z dzieciństwa przyszłej poetki.

No i tytułowy „Błysk rewolwru”, „mrożąca krew w żyłach” opowieść o miłości i zbrodni, zatem romans i kryminał w jednym. Trzy strony tej ckliwej historii zaginęły. Wydaje się jednak, że chyba dobrze się stało, że Szymborska szybko porzuciła prozę na rzecz poezji. „Topielec” i „Nihil novi sub sole” to już „bardziej dojrzałe” próbki poetyckie kończące część pierwszą.

W drugiej – „Na Krupniczej, w szufladzie, na rybach” mamy na początek „Ankietę, czyli konkurs na wygłupianie się bliźnich”, potem jest coraz lepiej i zabawniej. Są świetne moskaliki, słownik wyrazów obelżywych, wiele rymowanek układanych z Kornelem Filipowiczem w czasie wypraw na ryby, znakomita „Meblościanka” i wiersz o reklamach z 2004 roku.

„Utwory gatunkowe” otwierają „Bajki o życiu rzeczy martwych”, np. o książce, o pierzynie, o wiaderku; każda ze stosownym morałem. I wreszcie, limeryki! Można spróbować przy ich lekturze samemu zabawić się w poetę, bo kilka z nich wymaga uzupełnienia. Trochę zrymowaliśmy, ale na publikację się nie odważymy. Kolejne próby podjęliśmy przy tworzeniu rejzefiberków, altruitków, lepiejów i adoraliów. Zabawa w każdym razie była znakomita.

Część czwarta książki zatytułowana „W Lubomierzu” również utrzymana jest w żartobliwym tonie. Tu zwłaszcza „Listy Parkingowego”, czyli pana Henia pisane jakoby przez niego do Marii Czyżowej to kolejny przykład wielkiego poczucia humoru Noblistki. Całość zamyka ostatni krótki wierszyk napisany kilka tygodni przed śmiercią.

Książka została pięknie wydana i opatrzona wstępem przez poetę i przyjaciela Szymborskiej, Bronisława Maja. I tu zgodnie wszyscy klubowicze orzekli, że czytać go trzeba było ze słownikiem łacińsko – polskim i słownikiem wyrazów obcych w dłoni. Chyba zbyt uczony jest wywód Maja, choć nie pozbawiony humorystycznych tonów. Jednak w zestawieniu z treścią tomiku trochę za długi i nieco nudny. Podejrzewam, że wielu czytelników pewnie go omija.

Na koniec warto jeszcze postawić pytanie, czy należało wszystkie te inedita (patrz: „Słownik wyrazów obcych” W. Kopalińskiego) wydać. W naszym klubowym kręgu skłanialiśmy się ku temu, że dziecięce rysunki i laurki z życzeniami dla mamy niekoniecznie musiały znaleźć się w tomiku. Raczej powinny pozostać w szufladzie. Reszta zaś jak najbardziej cieszy i skłania do szczerego śmiechu, a i refleksji, pogodnej wszakże. Można też po lekturze pozazdrościć trochę zabaw słownych, jakie były udziałem poetki i jej towarzyskiego grona.

„Błysk rewolwru” to lektura obowiązkowa.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Witold Szabłowski - Tańczące niedźwiedzie

Z twórczością autora spotkałam się już wcześniej, podczas lektury książki 'Nasz mały PRL', którą napisał wspólnie z Izabelą Meyzą. Byłam przekonana, że tym razem mam do czynienia z reportażem wyłącznie o Bułgarii. Smutna historia niedźwiedzi, oraz niedźwiedników, którym zwierzęta zostały odebrane. Tymczasem to jedynie fragment całości. Podtytuł książki brzmi: reportaże z transformacji i o przemianie bez wątpienia jest tu mowa. Oprócz historii Romów przyglądamy się ludziom z Europy Środkowej i Bałkanów oraz Gruzji i Kuby, którzy w analogii do tytułowych zwierząt, znajdują się na różnych etapach odzyskiwania wolności. Lekturze towarzyszyło dziwne uczucie. Mianowicie zdaję sobie sprawę, że odebranie niedźwiedzi miało na celu poprawienie ich komfortu życia, ukazanie istnienia w zupełnie innej formie, wyleczenie i jak najbardziej to popieram. Cieszyłam się, że zyskały ogromną, zieloną przestrzeń i znów zaczęły zapadać w zimowy sen. Natomiast wypowiedzi niedźwiedników, którzy zajmowali się tym z dziada i pradziada, przekaz dotyczący miłości do tych ogromnych stworzeń budził we mnie pokłady empatii. Oni po prostu nie potrafili robić nic innego i uważam, że samo wykupienie niedźwiedzi to jednak za mało (...) Tymczasem, z pozostałych historii zachwyca 'Lady Peron' - historia Polki koczującej na dworcu w Londynie, która odkłada w Polsce rentę, by przenieść się do ciepłych krajów, albo opis mieszkańców Sierakowa, którzy wspólnie zaangażowali się w stworzenie i prowadzenie Wioski Hobbitów. Niezwykle ciekawa jest historia Estończyków, ich godny podziwu patriotyzm i zawiłe stosunki z ludnością rosyjską, a także uwielbienie do Stalina ukazane przez pryzmat kobiet pracujących w muzeum jego pamięci. Dodałabym tylko zdjęcia do drugiej części książki - trochę ich zabrakło, tym bardziej, że wiemy o tym iż powstawały z wypowiedzi bohaterów.
 
Lektura reportaży chyba nigdy mi się nie znudzi. 
Zakochałam się w tej formie i choć jest to miłość trudna, to bez wątpienia prawdziwa.

Jacek Milewski - Dym się rozwiewa

Moja babcia mówiła gdy byłam mała: 'Nie jedz tak późno słodyczy, bo Ci się przyśnią Cyganie'. To nie jest jedyne przysłowie o Nich, funkcjonujące w naszym społeczeństwie, jednak wszystkie mają wydźwięk pejoratywny.
Autor w dwunastu opowiadaniach, próbuje przełamać stereotypowy obraz Cygana. To lektura, która czyta się lekko i przyjemnie, zawiera sporą dawkę humoru i czasem żałowałam, że historie tak szybko się kończyły. I choć zdaję sobie sprawę, że Romowie mają odmienne obyczaje i kulturę, to jednak poczułam dreszcz kiedy w książce trzynastoletnia dziewczynka przyznała się teściowej że jest w ciąży, a następnie zaczęła skakać z radości, bo ta obiecała jej karuzelę. Prawdziwe, nasycone emocjami i bardzo bliskie. Bez najmniejszych wątpliwości polecam. 

Marek Kochan - Plac zabaw

Z pewnością nie jest to lekka książka. Należy raczej do grupy tych ambitnych, ale polecam każdemu, kto chciałby zakosztować nieco innej, polskiej, współczesnej literatury i spojrzeć na tacierzyństwo z przymrużeniem oka. Mamy tutaj mężczyzn upupionych, zupełnie jak u Gombrowicza. Są oni zdegradowani do roli Kotusiów. Tytułowy Plac Zabaw można potraktować dosłownie, gdyż jeden z bohaterów odwiedza owe miejsce z dzieckiem, ale również w przenośni, jako odwołanie do naszego życia. Walka o własne miejsce, radzenie sobie z konkurencją, negocjacje, szukanie sprzymierzeńców... - czy nie brzmi znajomo? Niewątpliwą zaletą powieści jest język przepełniony humorem, sarkazmem, ironią i neologizmami. Znajdziemy tu zarówno opowiadania, fragmenty eseju i reportażu, a także tekst rymowany. Odrobinę bałam się przed spotkaniem DKK, którego tematem była ta książka, ale moi klubowicze są niesamowici i dali radę. Nie dość, że dyskusja okazała się owocna, to jeszcze trwała dość długo i wszyscy byli zadowoleni.

 

Recenzja "Gobelin" B. Kosmowskiej -DKK Uniejów

Powieść pt. „ Gobelin” Barbary Kosmowskiej jest powieścią o pokonywaniu  słabości i wielkiej sile. W tej książce autorka przedstawia główną bohaterkę zamężną Annę, która posiada bagaż życiowych doświadczeń. Dla Anny są to doświadczenia bardzo skomplikowane, niosące ze sobą pasmo nieszczęść. Głównym problem z jakim przyszło się jej zmierzyć jest walka z alkoholem. Bohaterka upada i podnosi się, co świadczy o jej sile wewnętrznej. Anna w ciemnych murach ogromnego strychu tka swój gobelin. Jej nieszczęścia być może mogą wiązać się z niską oceną własnej wartości i odczuciem porażki. Jej mąż zapracowany prawnik zawsze stawia na pierwszym planie pracę. Dla Anny tego czasu mu brak. Wszystkie te sytuacje, które się dzieją w jej życiu skłaniają ją do radykalnych posunięć. Kobieta zatapia się w świecie butelki, która przynosi jej wiele przyjemności. Przyjaciele niejednokrotnie wyciągają do niej rękę chcąc wyciągnąć ją z opresji. Artystka pomimo wielu przeciwności próbuje wydostać się z labiryntu, w którym utknęła.

Recenzja ksiązki: "Pierwsza na liście" DKK Uniejów

Książka Magdaleny Witkiewicz „ Pierwsza na liście”, to przepiękna powieść z przesłaniem. Dziennikarka Ina to kobieta zdeterminowana, która nie boi się zadawać trudnych pytań, która twardo stąpa po ziemi. Ina w życiu osiągnęła ustabilizowaną pozycję, nie podejrzewa że dotychczasowe spokojne życie zmieni się w zawrotnie szybkim tempie. Kiedy to zdążyła pozbierać się po trudnych wyborach pojawia się ktoś, kto wprowadza zamęt w jej życiu. Oto młodziutka Karolina staje przed drzwiami Iny z pewną listą, na której widnieje jej nazwisko jako pierwszej. Ina jest bardzo zdziwiona. Zadaje sobie zagadkowe pytania co teraz może wydarzyć się w jej spokojnym życiu. Nie chce brać ciężaru po raz kolejny i cofać się w przeszłość. Witkiewicz w tym momencie chce pokazać jak często jesteśmy obojętni. Dbamy tylko o to aby w naszym życiu było  kolorowo. Jednak Dzięki opowieści Karoliny Ina zaczyna widzieć sytuację inaczej. Robi się bardziej wrażliwa na to co wydarzyło się w życiu jej przyjaciółki, jednocześnie matki Karoliny. Ina w końcu przebacza swej chorej przyjaciółce i chce być jej ostoją w tak trudnych dla niej momentach życia. Patrycji zostaje niewiele czasu, chce aby kobiety się dobrze dogadywały kiedy jej zabraknie.  Jednak wszystko co złe dobrze się kończy Patrycja odzyskuje siły. Ma dla kogo żyć, dla osób które nie opuściły jej w ciężkim dla niej czasie.

Recenzja książki "Niemiecki bękart"

Recenzja powieści Camilli Lackberg „Niemiecki bękart”

Jakiś czas temu sięgnęłam do pierwszej powieści Lackberg z jej znanej sagi kryminalnej. „Księżniczka z lodu” rozczarowała mnie, wynudziłam się przy lekturze, tym bardziej, że tropy były w niej zbyt wyraźne i zagadka szybko pozwalała się rozszyfrować. Sądziłam, że nie sięgnę już do kolejnych części. Okazało się jednak, że propozycją klubową na maj jest „Niemiecki bękart”, piąta powieść serii Lackberg.

Pomyślałam, że może autorka rozwija się pozytywnie w kolejnych powieściach. Zatem znów znalazłam się na szwedzkiej prowincji w Fjallbace, gdzie wydarzenia współczesne przeplatane są tymi z lat II wojny światowej. Tak jak w poprzedniej książce mamy zagadkę kryminalną, której korzenie tkwią w przeszłości. Informuje o nich pamiętnik matki Eriki Falck, jednej z głównych bohaterek. Niestety, nie ma on formy pamiętnika, narracja jest tu w trzeciej osobie, niewiele  przeżyć autorki.

Jak już wspomniałam jest zagadka, choć wydaje mi się, że zarówno ta powieść, jak i „Księżniczka z lodu”, a i „Pogromca lwów”, bo tę też przeczytałam, to nie kryminały. To raczej powieści obyczajowe z wątkiem kryminalnym.

W „Niemieckim bękarcie” dwaj chłopy znajdują trupa Erika Frankla, emerytowanego nauczyciela historii. Trwa ustalanie, kiedy zginął, jakie mogły być motywy zbrodni, dlaczego jego brat Axel nie dzwonił do niego z zagranicy, gdzie czasowo przebywał, kto był wrogiem zamordowanego.

Te pytania stawiają sobie policjanci z komisariatu w Tanumshede  z leniwym i niezbyt lotnym przełożonym Bertilem Mellbergiem, mającym jednakże wysokie mniemanie o sobie. Jego podwładni także nie wykazują się zbytnią bystrością, a lepiej radzący sobie z wyzwaniami Patrik Hedstrom właśnie zaczął czteromiesięczny urlop opiekuńczy na dziecko.

Śledztwo idzie bardzo wolno. Pisarka informuje nas ze szczegółami o życiu rodziny Eriki, jej siostry Anny, poznajemy wojenne i powojenne losy grupy przyjaciół, do której należał zamordowany Erik. Bardzo dużo tu pustosłowia, nużących rozmów  nic niewnoszących do śledztwa, koncentrowania się na szczegółach, np. sposób jedzenia markizów przez Gostę, „cudownego” oddziaływania jednej rozmowy, jak to ma miejsce w przypadku relacji Eriki z teściową, Anny z pasierbicą Belindą czy alkoholizmu Cariny.

 Realizm powieści może być niekiedy mocno dyskusyjny. Weźmy chociażby Maję, córkę Eriki i Patrika, która z pewnością nie zachowuje się jak roczne dziecko, czyli albo pisarka pomyliła wiek, albo mamy do czynienia z absolutnie genialnym dzieckiem. Zastanawiające jest też, dlaczego Erika nie szuka potrzebnych jej informacji w Internecie, tylko udaje się do bibliotekarza, aby to on zajął się tym. Gdy chce się dowiedzieć, jakie odznaczenie przechowywała jej matka,  też szuka pomocy specjalistów. Dziwne to trochę w XXI wieku. Nie będę już więcej wspominać o innych podobnych nieścisłościach.

Czytamy zatem, dziwiąc się, dlaczego policjanci przy wsparciu będącego na urlopie Patrika i jego wścibskiej żony tak długo dochodzą do rozwiązania zagadki kryminalnej. Dla czytelnika bowiem już sam tytuł powieści jest wskazówką, a pamiętnik matki Eriki, hitlerowski medal i zakrwawiony dziecięcy kaftanik na długo przed zakończeniem każą domyślać się dalszego ciągu.

Zastanawiam się, co można by pochwalić i myślę, że byłyby to informacje na temat Szwecji z czasów II wojny światowej. Jeśli nasza wiedza na ten temat jest niewielka lub żadna, to powieść pozwoli nieco tę lukę uzupełnić.

Mnie powieści Lackberg nie zainteresowały. Wolę klasyczne kryminały, gdzie toczy się śledztwo, policjanci działają sprawnie i do końca nie wie się, kto jest sprawcą  zbrodni. Tak jest np. w czytanych ostatnio przeze mnie powieściach Wojciecha Chmielarza czy Błażeja Przygodzkiego.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Kameralna apokalipsa. Recenzja powieści Piotra Patykiewicza pt. Dopóki nie zgasną gwiazdy.

Pewnego dnia, 300 lat temu, z nieba spadła kometa i odmieniła oblicze świata. Teraz Ziemia tkwi w okowach wiecznej zimy, morza zamarły, grunt skuł mróz, drzewa obrosły lodem, a miasta przysypał śnieg. Ludzie umknęli w najwyższe partie gór, gdzie wegetują, za dnia walcząc o przetrwanie, a nocami z trwogą patrząc w mrok, wypatrując błękitnego światła, które niesie zagładę ciału i śmierć duszy. Ten patetyczny początek dobrze oddaje to, czego każdy czytelnik mógłby się spodziewać, gdy sięga po tę publikację. W najnowszej książce Piotra Patykiewicza jednak nie znajdziecie epickiej walki o przetrwanie, nie ma też pełnej chwały podróży młodego bohatera, w myśl zasady od zera do bohatera, który kończy się zwycięstwem nad siłami zła i przywróceniem Ziemi ludziom. Zamiast tego mamy kameralną apokalipsę, gdzieś na peryferiach zamrożonego świata. Mamy też historię o dorastaniu, szukaniu swego miejsca w świecie i, przypadkowo, odkryciu sposobu na zwyciężenie w walce ze świetlikami, sposobu o tyle skutecznego, co zatrważającego. Sposobu, który, paradoksalnie, znany jest każdemu dorosłemu, który wystarczająco długo przebywał z dala od gór. I właśnie o tym jest także ta książka, o dorastaniu, buntowaniu się przeciw rodzicom, szukaniu własnej drogi, by na koniec stwierdzić, że wszystko co wywalczyliśmy, za co zapłaciliśmy niewyobrażalną cenę, jest dobrze znane dorosłym, i można by rzec, że wystarczyło ich o to zapytać. Ale wszak ludzie nie zwykli cenić tego, co mogą dostać za darmo. 

Recenzja Małgorzaty Półroli - Agata Passent „Kto to Pani zrobił?”

Recenzja książki Agaty Passent „Kto to Pani zrobił?” (Wyd. Wielka Litera, 2014)

 

Przeczytałam książkę w kilku sesjach, nie od razu i moje uwagi zacznę od spostrzeżenia, które na pierwszy rzut oka może wydać się aż nadto oczywiste. Otóż żyjemy w takich dziwnych czasach, gdy ze wszystkiego można ‘zrobić’ książkę; każdy może jakąś napisać i opublikować, a na dodatek żeby zaistnieć na rynku wydawniczym, wcale nie trzeba posiadać szczególnych kwalifikacji literackich. Wystarczy być może znane nazwisko, wyjątkowa pewność siebie albo nieprzeciętna przebojowość, ślepy pęd za modą lub bezgraniczny  brak krytycyzmu. Może to są właśnie m.in. powody, dla których książek kupujemy coraz mniej, bo często najpierw zadajemy sobie pytanie, czy w ogóle warto? I kto to napisał? Kiedyś literaturę produkowali ludzie, mający naprawdę coś istotnego do powiedzenia i odkrywający dzięki swym nieprzeciętnym intelektom te aspekty naszej egzystencji i duchowości, które zwykłym zjadaczom chleba umykały w natłoku codziennych spraw, bo przecież – jak pisze Agata Passent – „nie każda codzienność [nie każda sprawa] jest warta publikacji” (s. 119). Poza tym dziś w zasadzie niemal wszystko można też znaleźć w Internecie, więc po co dodatkowo wydawać pieniądze? Po co nabywać książkę, do której po zaspokojeniu pierwszej ciekawości pewnie już nigdy nie zajrzymy, a jeśli nawet, to może raczej poszukamy potrzebnego nam akurat cytatu lub fragmentu w sieci? Zaś co do „autorów” współczesnych publikacji – sam fakt, że ktoś w bliższej czy dalszej rodzinie parał się literaturą wcale nie musi oznaczać, że talent wyssało się z mlekiem matki czy wchłonęło z fluidami ojca (często dzieje się tak z dziećmi muzyków, śpiewaków, architektów, lekarzy itd., przekonanych że jeśli ojciec lub matka byli (czy są) malarzami, pisarzami, lekarzami etc., to i one bez trudu mogą podążyć tą samą drogą). W przypadku Agaty Passent wydaje się jednak, że dorastanie w atmosferze twórczego fermentu miało bardzo duży i bardzo pozytywny wpływ na kształtowanie jej osobowości, zainteresowań, postawy życiowej, sposobu myślenia i języka.

Agatę Passent znam jako postać medialną [z TV] i jako taka ujmuje mnie swą osobowością: wielką kulturą słowa, piękną polszczyzną, stonowanym sposobem bycia i sensownością wypowiedzi, opanowaniem i umiejętnością prowadzenia mądrej dyskusji. Dzięki tym „spotkaniom” za pośrednictwem mediów wiem, że jest jedną z – mówiąc oględnie – bardzo ‘łagodnych’ (czyli pozbawionych typowej agresji typu: TKM!) feministek i zwolenniczek genderyzmu. Postawę tę manifestuje zresztą w omawianej książce (i trudno, by było inaczej, skoro jest osobą autentyczną). Mnie osobiście to nie przeszkadza, a nawet w wielu momentach całkowicie solidaryzuję się z jej poglądami, ale niezależnie od tego faktu zastanawiam się nas szansą żywotności zbioru, który pierwotnie był cyklem pojedynczych, regularnie drukowanych przemyśleń, aktualnych w chwili ich publikacji (zapewne w „Wysokich obcasach”). To, co może prowokować i skłaniać do polemiki lub rewizji własnych poglądów w danym momencie, traci wymiar poznawczy po kilku latach, bo w tym czasie w znacznym stopniu zmieniły się przecież realia, których owe rozważania dotyczyły. Czy zatem warto przeczytać książkę Agaty Passent „Kto to Pani zrobił?” i zapamiętać tę lekturę na dłużej czy też pozostanie ona zaledwie meteorytem, który po upadku na ziemię zajmie co najwyżej jakieś miejsce w regale i będzie tam powoli obrastać kurzem?  

Oto wnioski, do jakich doszłam po uważnej lekturze tej pozycji.

Nie sposób odmówić Agacie Passent umiejętności posługiwania się słowem, a także bogactwa języka, jest wszak dyplomowanym filologiem i kobietą inteligentną, ale czy tylko to przesądza o wartości tej lektury i skłania do zastanowienia się nad jej wymową? Mankamentem (a może jednak zaletą?) tego zbioru odautorskich refleksji jest to, że pozwala rozpocząć lekturę w absolutnie dowolnym miejscu, bez poczucia jakiejkolwiek straty czy zagubienia w gąszczu szczegółów literackiej fikcji. Wszak – jak pisze autorka – „felieton”, a z nim mamy tu przecież do czynienia – „jest kreacją”, a nie skonstruowaną według ściśle określonych zasad powieścią obyczajową czy kryminalną. Jako czytelniczce jest mi więc wszystko jedno, czy zapoznam się najpierw z „Mężczyzną w lufciku”, a potem z „Szeherezadą” czy odwrotnie, bo istotą każdego (moim zdaniem nie do końca naturalnego i przekonującego) podziału na „rozdziały” albo „działy” w tej książce) jest wnikliwa obserwacja rzeczywistości, zaś kwestia czy dotyczy ona Warszawy czy Pcimia, ma znaczenie drugorzędne, jako że wszędzie ludzie mają podobne, jeśli nie takie same, dylematy i doświadczenia. Struktura zbioru narzuca więc z góry sposób jego konsumpcji: na raty i bez pośpiechu. Być może taki właśnie był zamysł wydawcy, bo rzeczywiście warto zatrzymać się po każdych kilkunastu stronach i pomyśleć, „co autorka [tak naprawdę] chciała powiedzieć” i na ile jej uwagi i wnioski pozostają aktualne?

Myślę, że lektura tekstów Agaty Passent wywołała(by) oburzenie wśród męskiej części odbiorów przy założeniu, że ‘książęta luksusu’, nowomodne ‘japiszony’ i ‘kafary z siłowni’ (z którymi autorka obchodzi się bez ceregieli) w ogóle sięgają po jakąkolwiek książkę. Ale w rzeczywistości (choć autorka jednoznacznie rejestruje wyraźne odwrócenie ról społecznych i płciowych) jest to lektura nie tylko dla kobiet (acz ogólnie rzecz biorąc: ‘feministyczna’) – także męskiemu czytelnikowi, u którego intelekt ma przewagę nad mięśniem piwnym, dostarczy ona bowiem niejednego „momentu na zastanowienie” w celu przeprowadzenia głębszej analizy pozornie błahych problemów. Przy tym autorka posiada cenną umiejętność zgrabnego formułowania wyraźnych, jednoznacznych ocen, zgrabnie ujętych w dosadne frazy. Oto kilka z nich, które mnie jako czytelniczce bardzo się spodobały: Passent pisze o sobie np.: „dowcip, kultura i erudycja [rodziców] kastrowały mnie od wschodu do zachodu” (s. 5). Sądzi też przykładowo, że „cały nasz kraj to drużyna składająca się z samych dołersów” (s. 43). Jakże dowcipna jest choćby jej uwaga o kobietach, „które chętnie powierzchnię reklamową na karku okraszają tatuażami” (s. 48), a ile daje do myślenia stwierdzenie: „Zyskujemy światowość, dołączając [oczywiście nie: ‘dołanczając!] do konglomeratu nijakości” (s. 48) lub „jesteśmy kraj[em] analfabetów w kominiarkach” (s. 52).

Agata Passent pisze oczywiście z pozycji osoby świadomej swej przewagi intelektualnej nad przeciętnym czytelnikiem (choć jedynie sporadycznie sięga przy tym po określenia, których znaczenie co ambitniejszy czytelnik rozszyfruje przy pomocy słownika wyrazów obcych, jak np. oniryczny, erystyka, holistyczny czy wanitatywny), ale mimo to wcale nie odnoszę wrażenia, by w mentorskim tonie na siłę chciała nas „pouczać”. Raczej rejestruje – niekoniecznie uświadamiane przez przeciętnego Polaka – mankamenty naszego świata i narodowego charakteru oraz negatywne zjawiska, jakie niesie ze sobą współczesna cywilizacja i pogoń za światowymi trendami. Wymieńmy kilka z nich: manipulacja werbalna, panowanie reklamy w funkcji ogłupiaczy, nieumiejętność wyciągania wniosków z popełnionych błędów i nieprzyznawanie się do pomyłek, poczucie niższości i prowincjonalizm naszego społeczeństwa, ostentacyjny materializm i szpanowanie luksusem, ‘gettoizacja’ większych miast czy wyznawanie filozofii „mieć” zamiast „być”. Wszystkie te dziwne przypadłości Polaków, jednym słowem conditio polonorum, opisuje Passent ze zdrowym dystansem i bez cienia agresji, za to z niezłą dozą humoru, łagodnym przymrużeniem oka i niegodzeniem się na bycie dumną z intelektualnej miałkości znacznej części swych ‘nowomodnych’ rodaków. Umiejętnie przemyca przy tym swój autoportret, nakreślony dyskretnie, nienachalnie i bezpretensjonalnie – portret kobiety wyzwolonej, intelektualistki znającej języki obce, posiadającej rozległą wiedzę o literaturze i sztuce, ale też optującej mimo swego ‘wyzwolenia’ za ponadczasowymi wartościami, takimi jak uczciwość, przestrzeganie zasad współżycia społecznego, otwartość umysłu i wrażliwość na drugiego człowieka. Choć jest dzieckiem znanych rodziców, nie nadużywa koneksji do zaskarbienia sobie sympatii czytelników i pracuje samodzielnie na własne konto, a jeśli już pisze o matce czy ojcu, to jako o ludziach z krwi i kości, z ich wadami i zaletami, nie zaś jako o ikonach z uświęconym image’m.

Myślę, że w sumie fajnie byłoby mieć taką sąsiadkę albo koleżankę, bo jej żywa umysłowość i ciekawość świata nie pozwalałaby nam się nudzić…

Oczywiście trudno, by w tak obszernym zbiorze krótkich tekstów wszystkie były na jednakowo dobrym  poziomie – ich sytuacyjność i aktualny charakter odzwierciedlają też wyraźnie twórczy nastrój autorki. Nie do końca przekonuje mnie (jak już wspomniałam) klasyfikowanie niektórych tekstów do danej części zbioru, a pojedyncze rozważania odbieram jako mniej lub bardziej udane. Jako czytelniczkę jedne teksty poruszają mnie oczywiście bardziej, a inne mniej, gdyż ich tematyka jest mi po prostu bliższa lub dalsza. Tam, gdzie omawiana kwestia przemawia w mniejszym stopniu, szkic mimo to epatuje lekkością narracji i finezyjnym dowcipem słownym (np. „Kupiłam mrożoną kaczkę i poszłyśmy [razem] na parking”). W tym kontekście przykładowo utkwiły mi w pamięci takie teksty jak „Poziom psa” czy „Twarda gruszka”  – lekkie i dowcipne, a jednak doskonale trafiające w sedno problemu.

W całej książce znalazłam też wiele fantastycznie trafnych, cudownych sformułowań, którymi kiedyś chętnie posłużę się w jakiejś stosownej sytuacji w charakterze bon mottu albo ‘mądrości życiowej’. Oto kilka z nich (poniżej dłuższa lista, bo naprawdę warto je zapamiętać*): „wyzywano się ile sił w pięściach”, „jestem kaca warta”, „łeb ciężki jak Encyklopedia PWN”, „fitness to czyściec na ziemi”, „zmartwiałam niczym mucha w bursztynie”, „stosuj(e)my się do znaków drogowych, ale na Boga, nie za każdym razem”, „najlepiej czuję się w banalności” czy „u mnie w brzuchu moc truchleje”. Choć moje widzenie współczesnego świata jest bardzo podobne – jeśli nie identyczne – jak Agaty Passent, nie potrafiłabym tak zwięźle, lekko a zarazem z głębokim sensem przelać na papier mych własnych myśli i wątpliwości.

Czy więc warto było zapoznać się z tą książką? Tak, a to przede wszystkim dlatego, że jej lektura utwierdziła mnie w bardzo mi potrzebnym przekonaniu, że choć myślę zupełnie inaczej niż ogromna, otaczająca mnie horda – (dla której celem samym w sobie jest realizacja za wszelką cenę awansu społecznego drogą awansu materialnego, ‘bycie kimś’ za sprawą modnych gadżetów i pustych mózgownic, a na dodatek z wielkim zapasem pogardy dla tych ‘innych’, którym głowa wciąż jeszcze służy do myślenia) – w tym myśleniu nie jestem sama. Pani Agato, dziękuję za wsparcie! Może dzięki Pani tekstom ktoś z tego wielkiego batalionu ‘szpanerów - wydmuszek’ kiedyś się nawróci?                                                              

 

                                                                                                                     Małgorzata Półrola

    

* obrażają się tylko pensjonarki” / „Telewizja to opium dla mas!” / „im więcej kanałów, tym mniej programów” / „ciśnienie w stolicy spadło do kostek” / „chodzili sobie razem na studia” / „miłość to „chwilowy pożar w lędźwiach i mózgu” / „ojciec cierpi na schorzenie rozbabrania ubraniowego” /  „Kiedyż on wreszcie nauczy się pisać ręcznie?” / „dumny z córusi jak Churchill z cygara” / „on od samego rana miłość własną uprawia” / „Nie dajmy się wciąż formatować” / „Przed pubem wylegiwali się kloszardzi” / „Artyści czekali bez toksemii” / „w ubraniu jesteśmy nie do poznania” / „będziemy konsumować co sił w kieszeniach” / „Kobieta prócz ciała ma duszę” / „Ktoś, kto bredzi, zawsze przez chwilę brzmi intrygująco” / „lubujemy się w licytacji cierpienia” / „napad głody laptopowego” / „świątynie konsumeryzmu” / „producenci kontentu, kiedyś zwani dziennikarzami” / „Wzorowym związkiem jest związek whisky z wodą sodową” / „lubię gazety przeterminowane” / „facet nieapetyczny rozrodczo”/ „zazdrość większa niż ta którą dymi Otello” / „w jedzeniu najbardziej cenię niespodziankę” / „citroen długi jak krokodyl” / „zmarła ze strachu po lekturze gazet” / „uprawiamy muzyczny i fotograficzny recykling” / „młody piernik mocno lśni” / „dwóch wyszło za bogate żony” /.

I jeszcze cztery ‘złote myśli’, w moim odczuciu rzeczywiście na wagę złota: „Paranoja, kompleks wyższości, plotkarstwo, niemożność cieszenia się sukcesem sąsiada – w tym przebijamy bohaterów Szekspira” / „Mężczyzna jest jedynym wydatkiem, z którego kobieta może zrezygnować, nie ryzykując choroby czy utraty pracy” / „Żyjąc w dużym mieście wszyscy jesteśmy nomadami i nigdy nie wiadomo, kiedy wrócimy z naszej wędrówki” / „Nieczytający piwosz w depresji z długami pozna piękną zaradną Polkę w celu założenia rodziny”.

 

Moja punktacja: 8/10

Recenzja książki "Głos Pamano"

„Nie interesuje mnie pisanie rzeczy oczywistych” – mówi z jednym z wywiadów autor tej niezwykłej powieści. Nic nie jest w niej oczywiste. Tak jak i pisarz czytelnik „wchodzi” w „świat niepewności”, no i zła. Podpisuję się bowiem pod informacją z okładki, że to książka o „potędze zła”. Cabre stwierdza, że to od niej zaczęła się jego pisarska refleksja na temat zła.

„Głosy Pamano” powstały 7 lat przed „Wyznaję”, u nas ukazały się po nim. Nieliczni klubowicze, którzy przeczytali „Wyznaję”, przyznali, że zdążyli się już trochę oswoić ze specyficznym stylem katalońskiego pisarza. Mnie przyszło się z nim zetknąć po raz pierwszy. Jednak dość szybko dałam się porwać jego charakterystycznej narracji.

Na czym ona polega? Otóż często nie ma tu  tradycyjnego zapisu dialogów, w obrębie jednego zdania jest narrator w pierwszej i w trzeciej osobie. Są wreszcie różne czasy akcji, też często obok siebie. Brakuje chronologii zdarzeń, a ciągłe retrospekcje zmuszają do bardzo uważnego śledzenia akcji, niekiedy nawet do powrotu do wcześniejszych zdań, by uchwycić sens i uporządkować przebieg wydarzeń. Niesamowite jest jednak to, że przez takie zabiegi nie jest się zirytowanym czy znużonym. Ma się na pewno wrażenie, które chciał osiągnąć pisarz, „bycia jednocześnie we wszystkich czasach”.

W „Głosach Pamano” mamy okazję być w latach trzydziestych i siedemdziesiątych XX wieku, aż po ubiegłą dekadę XXI wieku. Akcja powieści przypada głównie na czas wojny domowej w Hiszpanii, II wojny światowej i dyktatury generała Franco. Główne zdarzenia toczą się w miasteczku Torena niedaleko Sort w komarce  Pallars Sobira. Odgłosy rzeki Pamano słyszą ci, którzy mają wkrótce umrzeć.

Historię Oriola Fentellesa, nauczyciela z Toreny,  poznajemy dzięki „śledztwu” jego koleżanki po fachu Tiny Bros. To ona znajduje 13 grudnia 2001 roku w starej, właśnie w trakcie rozbiórki, szkole w Torenie, schowane w pudełku po cygarach zapiski Fontellesa  przeznaczone „dla córeczki, której imienia nie zna”. Tina Bros zaczyna poznawać jego życie, współpracę z frankistowską Falangą, z okrutnym burmistrzem Valentinem Targą i z partyzantami.

Na 655 stronach powieści pojawia się bardzo wiele postaci, wśród których trudno jest znaleźć pozytywnych bohaterów. Większość to ludzie źli, bezwzględni, pozbawieni skrupułów, nastawieni na czerpanie z życia wyłącznie korzyści dla siebie. Taką bardzo silną osobowością jest Elisenda Vilabru. Ma wielkie pieniądze i władzę, i zawsze osiąga swój cel. Potrafi podporządkować sobie każdego, a jej życie pokazuje, że za pieniądze można wszystko kupić. Gdy zaś one nie wystarczają, można użyć kobiecych wdzięków.

Przesłanie powieści jawi się zatem dość pesymistycznie. Jeden z rozdziałów Cabre opatruje cytatem z Vladimira Jankelevitcha: „Ojcze, nie wybaczaj im, bo wiedzą, co czynią”. Powieść może budzić niewesołe refleksje na temat człowieka, świata , historii. Czytałam ją jednak z wielkim zaangażowaniem i emocjami. Zmuszający do maksymalnej koncentracji styl Cabre sprawia, że akcja zdaje się przypominać rozwiązywanie zagadki kryminalnej. W końcu wszystkie wątki zostaną wyjaśnione, zdarzenia ułożą się w logiczną całość.

Powieść  jest też okazją, by zainteresować się Hiszpanią z czasów dyktatury generała Franco. Jaume Cabre to kataloński pisarz, którego nazwisko warto zapamiętać. Polecam gorąco „Głosy Pamano”, zachęcona nimi sięgnę też po „Wyznaję” i „Jaśnie pana”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Mitologiczny viral. Recenzja powieści Joanne Harris pt. Ewangelia według Lokiego

Loki mnie oszukał.
Tak chciałem zacząć tę recenzję. Ale niestety nie mogę. Nowa książka Joanne Harris Ewangelia według Lokiego opowiada dobrze znaną historię z nordyckiej mitologii widzianą oczyma boga oszustwa.  Jest on również narratorem. I tak Loki opisuje nam wszystko krok po kroku od mitu o stworzeniu świata, poprzez kolejne misje, jakie wykonywał dla Asów aż po Ragnarok.  I tu rodzi się mój największy problem. Być może sprzeciw nawet. Wszak narratorem jest Kłamca. Spodziewałem się pokrętnej, niejednoznacznej gawędy,  w której Loki będzie zaprzeczał sam sobie, szydził, deliberował a dostałem linearną opowiastkę, gdzie jako czytelnik jestem co chwila proszony o zrozumienie dla motywacji narratora, który przypomina nade wszystko niesfornego sztubaka, co to za wszystko przeprasza, ale nijak inaczej postąpić nie mógł a wszystkiemu są jak zwykle winni koledzy. To nawet urocze, ale nie w przypadku faceta bezpośrednio odpowiedzialnego za zmierzch bogów.
Z początku miałem ocenić Lokiego na mocne 3+ za dobre chęci i za niekłamany urok osobisty. Niemniej po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak udało mu się mnie oszukać, choć może nie do końca tak jakbym sobie tego życzył, dlatego w ostatecznym rozrachunku daję 4-.

Recenzja książki "Obok Julii"

„Obok Julii” przeczytałam dwukrotnie i wciąż pozostaję pod urokiem tej, jak określił sam Rylski, „powieści o nostalgii”. Bohater i narrator w jednej osobie, Jan Ruczaj, wspomina z perspektywy swoich sześćdziesięciu pięciu lat młodość i lata następne. Najdłużej zatrzymuje się na niezapomnianym lecie 1963 roku, gdy miał 20 lat i był „przed śniadaniem”. Celowo nawiązuję tu do świetnego zbioru esejów Rylskiego zatytułowanych „Po śniadaniu”.

Autor, mimo odżegnywania się od teorii, jakoby Ruczaj to on, zaczerpnął jednak trochę autobiograficznych wątków i wplótł je do powieści. Najbardziej widać to przy lekturze eseju „Biały lanson”, „Święte dni”, „Mój Iwaszkiewicz” czy wspomnianego już „Po śniadaniu”.

Młody Ruczaj, wspominając wspaniałe lato 1963, daje wyraz młodzieńczej fascynacji Hemingway’em, Faulknerem, Iwaszkiewiczem. Jednak to ten pierwszy zdominował umysły i uczucia młodych ludzi, którzy tworzyli klan miłośników amerykańskiego pisarza oznaczającego dla nich nie tyle literaturę co religię. Tak widzi to po latach Ruczaj, dla którego, podobnie jak dla Rylskiego, „Hemingway abdykował”, był tylko na czas młodości.

Warto też zauważyć, że w powieści ważny jest  Błok i jego poemat „Dwunastu” czy „Symfonia Leningradzka” Szostakiewicza. Tutaj bohater cofa się aż do 1948 roku i początków szkolnej edukacji. To wówczas pojawi się piękna rusycystka Julia Neider. Mamy więc dziecięcą i młodzieńczą fascynację, może miłość, która znajdzie swe spełnienie na bardzo krótko pamiętnego sierpniowego dnia 1963 roku.

Ten dzień zmieni całe życie Janka, pesymisty, mizantropa, nieznajdującego sensu istnienia. Jednak w młodości sposobem na absurd istnienia jest dla niego zuchwalstwo i brawura. Powieść zawiera pewne wątki sensacyjno – kryminalne, ale tak naprawdę nie są one tu najistotniejsze. Dla mnie istotą tej książki są wspomnienia człowieka, który na zawsze chciałby utożsamić się z tamtym sobą sprzed lat, czerpiącym całą garścią z uroków młodości.

Wie przecież, mając 65 lat, że inżynier miał rację, odpowiadając na jego pytanie, czym jest starość: „To brak przyjemności”. A przecież dla młodego Ruczaja „zdolność odczuwania przyjemności w każdych okolicznościach i z byle powodu” jest najważniejsza, jest w stanie wiele za to oddać, zawierając swoisty kontrakt z życiem.

Rylski tak wspaniale pisze o czasie, który mija, „o rozpanoszonej w nim samym nostalgii”, o pięknie świata, przyrody. Pisze z czułością o babce, o ciotce Rinie, Oli Hnatiuk. Poetyckie, długie zdania oddają uroki życia, refleksje i melancholię autora. „Smakuje się” te słowa, ja tak mam, nie nudzą mnie, nie uważam ich za dłużyzny. Niektórzy (nieliczni) klubowicze narzekali na „przegadanie” w powieści. Ja będę jednak bardzo zachęcać do zagłębienia się w tę nostalgiczną, może smutną książkę, ale jak powiedział sam autor w jednym z wywiadów: „Smutek w przeciwieństwie do rozpaczy bywa przyjemnością. Daje dystans, miarę rzeczy i spokój. Znajdujemy w nim ukojenie”.

Warto przekonać się o tym samemu będąc „obok Julii”.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

"Marsjanin" albo "Niezwykle perypetie Macgyvera Crusoe na Czerwonej Planecie". Recenzja powieści Andy'ego Weira

Weir się postarał, na plus należy zaliczyć trzymanie się autora szczegółów technicznych, wierności realiom przedstawienia Marsa i programu marsjanskiego. Jednak  najsłabszym elementem jest sama sytuacja początkowa, tzn. okoliczności pozostawienia Watneya na Marsie: ciężko uwierzyć, że NASA mogła stworzyć lądownik niezdolny do wytrzymania potężnej marsjanskiej burzy piaskowej oraz niezabezpieczenie się na sytuację, że astronauci musieliby pozostać na Czerwonej Planecie i czekać na pomoc z Ziemi w razie np. uszkodzenia statku na orbicie przed powrotem na Ziemię. Sam wypadek Watneya też mógl być lepiej opisany: przebicie prawie na wylot przez antenę, która zatrzymała się na kości - aż prosi się o zapalenie otrzewnej, nie mówiąc o tym, że mógłby mieć poważne problemy z wyciągnięciem z siebie tego żelastwa. Inna sprawa to ogrom przeciwności losu, z którymi astronauta musi się zmierzyć, trudno uwierzyć, by jeden człek na obcej planecie miał tyle pecha i farta zarazem, by pokonać te wszystkie przeciwności. Nie mniej to ostatnie można uznać za wymóg dobrej narracji, nikt nie chciałby czytać o tym, jak przez 900 dni na Marsie tylko siedzi na czterech literach i patrzy jak ziemniaki rosną.

Tym niemniej daję książce 4+/5, zwlaszcza za humor i optymizm glównego bohatera.

Jonathan Littell "Łaskawe"

Czesław Płusa

Recenzja. Jonathan Littell, Łaskawe

Heroicznym wyzwaniem trzeba nazwać powieść Łaskawe, w której to Jonathan Littell pragnie spojrzeć prawdzie w oczy. Jak pisze sam autor: człowiek potrzebuje do życia powietrza, jedzenia, picia, no i poszukiwania prawdy. Porażający młyn śmierci, jaki przygniatał i osaczał narody Europy w okresie II wojny światowej zapada w pamięć głównego bohatera powieści, Maximiliana Aue, bezpośredniego uczestnika irrealnej realności wojennej. Barbarzyństwo opisywanych wydarzeń nabiera siły tajemniczego i nieodwołalnego niepokoju, który można przyrównać do nie zagojonej rany. Łaskawe jest pamięcią otwartej „rany historii”, którą za Miłoszem można określić jako pamięć „jądra ciemności XX wieku”. Na pewno nie ja jeden zanotowałem w pamięci akapit: Jeżeli w ogóle zdecydowałem się pisać, to po to, by rzucić  światło na jedną lub dwie sprawy, niejasne dla was, a być może i dla mnie samego. Ta „rana historii” odzywa się zatem w rozważaniach i opisach pozornie dalekich od współczesności, w których Littell zaprasza czytelnika do potępienia barbarzyńskich doświadczeń XX wieku, pogrążonych w nocy nienawiści.

Pierwsza rzecz, która uderza podczas lektury, to filozoficzne spojrzenie na wojnę. Aue twierdzi, że wojna jest logicznym wynikiem Weltanschauung (światopoglądu). Idąc śladem refleksji Hegla i Jüngera  wyraża przekonanie, że jednostka może osiągnąć stan idealnej wspólnoty z Państwem wyłącznie w warunkach wojny. Aue czerpie przyjemność z własnego posłuszeństwa wobec radykalizmu,  nawet jeśli  jest radykalizmem piekielnym. Mocne poczucie odpowiedzialności za Państwo i ufność wobec niego pozwalają mu zabijać, choć – jak sam powiada – zabijanie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Świadomy szaleństwa zabijania, które ogarnęło nieludzką istotę  katów, Aue nie utożsamia się z postacią Watteau z obrazu Obojętny, lecz określa siebie jako jej kontrapunkt: Obojętny? Nie, nie byłem obojętny.

               Powieść Łaskawe to zapis cierpienia, fizycznego i psychicznego, dramatycznego zmagania się z nieprzejrzystością losu i okrucieństwem świata wielkiej historii – przywołanej w imieniu Hitlera – jak i przebudzenia, przynajmniej w świadomości nielicznych osób. Siostra Maxa Aue, Una,  pyta: Czy należy zabijać niewinne dzieci, kobiety, cywilów? Najbardziej zastanawia autora istota zła. Pociąga go obserwacja barbarzyńskich ekstremizmów, dając w powieści przegląd zwyrodniałych dewiacji nazistów dokonywanych na niewinnych ofiarach, ogarniętych rozpaczą, którym nie dane było osłonić się, oswobodzić i  uciec od śmierci.Littlleopisuje rzeczy bardzo oddziałujące na wyobraźnię zła, prowokując czytelnika w ten sposób i, oprócz wstrząsającej lektury, daje czytelnikowi dobrą okazję do psychologicznych i etycznych rozważań. Maximilian Aue dostrzega grę ludzkich słabości, kiedy stawia fundamentalne pytania: W jaki sposób z prawnika, wykładowcy uniwersyteckiego, piekarza, człowieka wrażliwego na sztukę wyrasta pozbawiony skrupułów morderca? Jak to się dzieje, że potrafi całkowicie wymazać swoją moralność i humanizm w imię paranoicznej idei?W rozważaniach o kategorii zła Little via Max upatruje liczne przyczyny warunkujące jego istnienie. Jedną z nich jest dehumanizacja jednostki. Niszczenie Ja jednostki staje się stałą zasadą społeczną już od chwili objęcia przez Hitlera władzy, a obozy koncentracyjne były tylko ostatnim otwartym wybuchem tego wirusa zbrodni. Owe Ja wyparte zostaje przez zasadę narodowosocjalistycznego  posłuszeństwa, ślepego, które kazało potwierdzać, przyznawać rację, w końcu zgadzać się z tylko jednym wielkim narodowosocjalistycznym fałszem. „Tamto zło”, którego obecności autor jest świadomy, wynika również z depersonalizacji sprawców. Jednakowe mundury i anonimowość działania afirmują jej istotę. O anonimowości sprawców świadczy chociażby wyraźnie przemyślana struktura językowa przemówień,  dominacja strony biernej: „zostało postanowione”, „Żydzi zostali poddani specjalnemu traktowaniu….” „ etc. W ten sposób ograniczona zostaje odpowiedzialność sprawców - przychodzi rozkaz i trzeba go wykonać. Egzekutor, który przystawia lufę do skroni więźnia, nie musi bać się odpowiedzialności. Albowiem ofiarę doprowadzili do niego inni ludzie, o jej śmierci zdecydowali jeszcze jacyś inni, a ten, który strzela, wie, że jest tylko ostatnim ogniwem długiego łańcucha.

               Powieć Łaskawe naznaczona jest także posłaniem walki z presją społeczeństwa, czyli konformizmem, który zawsze postrzegany jest jako słabość generująca zło. Głos Maximiliana Aue nie jest wołaniem „z wysoka”, ze szczytu, na którym urzędują niezłomni. W imię służby dla swojej Ojczyzny, dla swojego Narodu dokonuje czynów przerażających, w niezgodzie ze sobą samym; I oto wygnano mnie ze mnie samego, z mojego życia. Aue jest to wszak portret osoby, która posłusznie poddaje się  duchowej wizji zaangażowania w narodowy socjalizm, w której nie ma miejsca na indywidualne pragnienia. Uzupełniając ten wywód należy dodać, że ważnym elementem generującym zło, było danie ludziom władzy nad innymi, nad więźniami. Władza dawała zwyrodnialcom satysfakcję artykułowania skrajnych pragnień, zgodnie z zasadą agonia pożeranego zwierzęcia jest największą przyjemnością pożerającego. (23)

Kolejnym frapującym tematem poruszanym przez Littlle’a i szereg innych  wielkich umysłowości jest wrażliwość jednostki na sztukę połączona z brakiem wrażliwości na przemoc wobec człowieka. Jakiś Hauptmann słuchał w pomieszczeniu muzyki (Rachmaninow, Bach, Chopin), w którym to leżał martwy Rosjanin. Hans Frank popisuje się na przyjęciach organizowanych na zamku Wawel umiejętnością gry nokturnów Chopina. Adolf Eichmann nie stronił także od popisów gry na skrzypcach w obecności zaproszonych „dostojnych” gości. Należy podkreślić: Muzyka nie dzieje się wyłącznie w przestrzeni technokratycznej. Pozbawiona charakteru mistycznego, zdolności łączenia się z absolutem, doskonałą ideą boską, staje się zajęciem wyłącznie sprawnym technicznie, dlatego chłodnym, bezdusznym, bez wzniosłości ludzkiego ducha. Nie może zatem dziwić fakt, że Frank i Eichmann jednocześnie miłowali swoją muzykę i przemoc zarazem.

Powieść Łaskawe utkana jest z wielu wątków. Krajobraz wspomnień Maxililiana Aue z  własnych wojennych przeżyć nasycony jest tragicznymi losami ludzkimi. Losami mas pozbawionych godności człowieka, z uwagi na pochodzenie (Żydzi, Cyganie, Słowianie i wiele innych ras), a co więcej, nawet wiek, kondycja fizyczna i psychiczna człowieka miały decydujące znaczenie w zmaganiach o przetrwanie. Podczas lektury widać szczególnie wyraziście trudność głównego bohatera z odcięciem się od bolesnej przeszłości. W rozmowie z oficerami SS wyraża swój niepokój: Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji, to się więcej nie powtórzy. Jesteście pewni, że wyciągnęliśmy wnioski? Jesteście pewni, że się nie powtórzy?  Pytanie to jest  kluczem kulturowego, ale i życiowego credo w  powojennych Niemczech, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Powieść wydaje się kierować do czytelnika przesłanie, że wyrządzane przez człowieka zło, pociągnie za sobą  zemstę bogiń Erynii („Łaskawych” – epitet bogiń zemsty), co budzi u sprawców zła strach przed karą za popełnione zbrodnie. Tak dzieje się w przypadku Maximiliana Aue, kiedy zauważa:  "Łaskawe wpadły na mój trop”. Można tu mówić również o wyrzutach sumienia, które wywołują  cierpienia sprawiedliwe. Niestety, konkluduje Max: Trzeba wypić ten kielich do dna. Tylko w ten sposób będzie można zacząć od nowa.

               Czytając powieść Littelle’a musimy być niezwykle odporni psychicznie, by dotrwać do końca i przebić się przez gąszcz obrazów przedstawiających wyzwolenie się najgorszych nieludzkich, barbarzyńskich instynktów, które przemieniają zło w czyste cierpienie fizyczne i psychiczne ofiar. W tym miejscu przypominają się słowa Franza Kafki, które mogą usprawiedliwić zwyrodniałą tonację wydarzeń powieści Łaskawe. Na pytanie, dlaczego pisze tak okrutne książki, Kafka odpowiedział: „Bo rzeczywistość jest tak okrutna”.

 

Recenzja książki „ Modlitwa do Boga Złego” K. Kotowskiego DKK Uniejów

Książka pt. „ Modlitwa do Boga Złego” Krzysztofa Kotowskiego przedstawia młodego chłopca, który zostaje znaleziony pod domem przez mieszkające w nim małżeństwo. Chłopiec ma nie ziemskie zdolności. Książka przedstawia że  chłopiec jest ścigany przez bardzo silnych  ludzi,  ucieczką przed złem jest kapłan, który może go uratować ze złej mocy. Książka jest dalszą częścią Kapłana w której rozpoczyna się historia katolickiego księdza Krzysztofa Lorenta, który z tajemniczych przyczyn ma duży dar  wiedzy oraz talent, pamięta wydarzenia sprzed setek lat  i odległe krainy, ale przede wszystkim przeczuwa zbliżające się niebezpieczeństwo. Podejrzewany o chorobę psychiczną trafia do szpitala . Niestety jego lęki stają się prawdą, bohatera próbują znaleźć tajemniczy wojownicy. Są to mnisi, członkowie tajnego bractwa zgromadzenia aurelitów. Oni wiedzą czym jest choroba i jakie są jej skutki, oni nie cofną się przed niczym żeby dopaść Krzysztofa. Duchowny ma świadomość tego, co się może wydarzyć i chce zepsuć wszelkie plany aurelitów, przede wszystkim chce uratować siebie i swoich przyjaciół.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi