Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak w pabianickim DKK

                                               „Długi film o miłości

                                               Powrót na Broad Peak”

-         Jacek Hugo-Bader

 

Książka świetna, ale niebezpieczna dla tych, co lubią nadmiar adrenaliny, ryzyko
i sławę za wszelką cenę. Niestety bardzo łatwo podwija się noga, trzeba być czujnym na każdym kroku. Wspinaczka wysokogórska, a zwłaszcza na lodowce to męski, hermetyczny sport. Nie są to moje klimaty, ale rozumiem i podziwiam za:

- odwagę,

- hart ducha,

- determinację.

Dla mnie temp. - 20º C to makabra, a - 65º C to abstrakcja.

Nie tylko można odmrozić sobie ciało, ale nabyć dziwne choroby np. oftalmię, hipotermię, deteriorację, kataboliczną przemianę materii, czy nieodwracalne zmiany w mózgu połączone z halucynacjami.

To nie sposób na życie dla biednych. Specjalistyczny ekwipunek kosztuje kilkanaście tysięcy złotych, a jeszcze dochodzą wizy, przeloty, napoje i pokarmy energetyczne i wiele innych dodatkowych kosztów. Przygotowanie i wyruszenie na Broad Peak to, jak wyprawa wojenna. A na wojnie trzeba myśleć strategicznie, a nie o pierścionku zaręczynowym.

Zastanawiam się, dlaczego ludzie wybierają tak bardzo trudne zadania, doprowadzające

do skrajnego wyczerpania lub śmierci.

Czy dlatego aby trafić do encyklopedii?

Może potrzebują ekstremalnych podniet i brawury, by lepiej funkcjonować w życiu codziennym. Biorą kredyty, szukają sponsorów, zapożyczają się u przyjaciół tylko po to aby się sprawdzić. Nie ma ludzi nieśmiertelnych.

            Nie chcę oceniać Adama Bieleckiego. Tak łatwo oskarżać innych z wygodnej kanapy, w zaciszu domowym. Instynkt przeżycia może spowodować zanik empatii.

Czy ratując innych trzeba świadomie decydować się na śmierć?

Czy ponoszenie takich ofiar jest moralne?

            Hugo-Bader używa mocnych słów. Udało mu się obiektywnie ocenić sytuację Polskiego Himalaizmu Zimowego. Mam jednak zastrzeżenia co do tytułu.

Opuściłabym „Długi film o miłości”, a pozostawiła „Powrót na Broad Peak”.

 

P.S. Kolejna piękna myśl zapisana w moim notesie – „Nie czujesz w pełni smaku życia, dopóki nie zaryzykujesz jego utraty” – Wanda Rutkiewicz.

 

 

Urszula Sierocińska

Recenzja: Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Są podróże i podróże. Te bardziej spontaniczne w poszukiwaniu nowych wrażeń, i te z większą premedytacją - zamierzone jako doświadczenie kulturowe. Są także podróże będące aktem ucieczki od narzuconej z zewnątrz presji, dyscypliny, jednolitości, zależności od instytucji czy bezpośrednich przełożonych. Jonasson zadbał starannie, by magię podróży w powieści Stulatek który wyskoczył przez okno i zniknął  osadzić w kręgu wszystkich tych trzech objawień.

                Powieść opiera się na burzliwych wydarzeniach stuletniego staruszka, Allana Karlssona, w których bierze udział wraz z całym zastępem arcybarwnych i niepospolitych osobowości. Historia Karlssona wyglądała mniej więcej w ten sposób: stuletni staruszek ucieka w setną rocznicę urodzin w  2005 r. z domu spokojnej starości przez okno, tuż przed rozpoczęciem ceremonii związanej z jej uczczeniem. Szaleństwo staruszka jest aktem wyzwolenia się z „objęć” upiornej siostry Alice. Jej  obsesja na punkcie dyscypliny i porządku pożera w jego duszy wszystko – miraż szczęścia, wolności i przyjemności życia. Ucieczka  jest dla niego obłąkańczym orężem – synonimem walki z kryjącą się bezradnością i bezsiłą wobec własnego losu. Jeśli się maniacko powtarza, że w starości bywa najboleśniejsza zatrata siebie, zwiotczenie wewnętrznej wizji, odpływ duchowej energii, to w przypadku naszego bohatera  pogląd ten okazuje się obezwładniająco chybiony. Ucieczka z „uporządkowanego świata” sprawia, że narrator nadaje Allanowi przydomek „cholerny łobuz”, jednakże jakby w akcie lojalności i solidarności z nim dodaje natychmiast „do diabła, wie co robi”. Pierwszym spektakularnym wydarzeniem w jego nietypowej i prowokacyjnej wędrówce jest kradzież na dworcu walizki. I właśnie ów przypadkowy, aczkolwiek najosobliwszy epizod wywołuje lawinowo łańcuch dalszych wydarzeń. Jak się później okazało, w walizce znajdowało się pięćdziesiąt milionów dolarów. Wystarczający to bodziec, by dalsze wydarzenia nabrały rozpędu, acz nie pozbawionego kryminalnej predylekcji.

Z życiem pełnym imponujących przygód, przekraczających granicę codziennej rzeczywistości, (liminalność – przekraczanie granicy między normalnością a szeleństwem) utożsamiał się Allan już dużo wcześniej, zanim trafił do domu opieki.  Opisując związane z nimi historie Jonasson odsłania wrażliwość Allana, wystawianą częstokroć na wzbudzającą grozę konfrontację z demonicznym duchem władców tego świata, których spotykał w czasie podróży. W spotkaniach z generałem Franco, prezydentem Trumanem, Stalinem, generałem de Gaulle’m, Mao Zedongiem, premierem Szwecji Erlanderem i in. Allan nie czuł wewnętrznej niepewności, słabości, stanu dezorientacji. Nade wszystko czuł, że niezbędnym staje się wypracowanie nowego nastawienia wobec upokarzającego bólu niemocy w realizacji swojego własnego losu. By dokonać aktu samodzielnego działania, ratowania własnego ego, Allan nie daje się wciągnąć w Chinach w wyniszczającą konfrontację między Czang-Kaj-szekiem a Mao Zedongiem. Podobną postawę zajmuje w obliczu wszechogarniającej potęgi innych „nawiedzonych” władców. Stalina nie omieszkał nazwać „psem, szczurem”, z obsesją drwiny dodając: „może wziąłbyś i zgolił te wąsy?” Przed  Mao Zedongiem wyznaje, że „komunizmu ma po dziurki w nosie” (293).

Po tej krótkiej, nieco sensacyjnej refleksji nad  w y j ą t k o w o ś c i ą  przygód Allana, zwróćmy uwagę na zasadniczy wątek powieściowy. Zacznijmy od tego, że wszyscy władcy tego świata, niezależnie od szerokości geograficznej i wyznawanej opcji politycznej, zabiegali o względy Allana jako Wielkiego Wtajemniczonego w zakresie konstruowania bomby atomowej i umiejętności kontrolowania jej detonacji. Należy podkreślić, że jednocząca wszystkich władców polityczna narracja, że przeciwnika należy fizycznie unicestwiać jest dla Allana problemem. Wkraczając na to pole Allan próbuje przestrzegać pewnych zasad etycznej poprawności.  Jego moralny punkt widzenia staje się widoczny, kiedy w czasie wojny hiszpańskiej miał wysadzić w powietrze most. Opisując jego sferę człowieczeństwa narrator zauważa: „Allan nie widział sensu w zabijaniu ludzi bez potrzeby, starał się, by ten most w momencie wybuchu był pusty.” Przeciwstawną postawę reprezentują jednak prezydent Truman, Mao Zedong, generał Franko, Stalin, Czang-Kai-szek, premier Szwecji Tag Erlander, Kim Ir Sen i in. odpowiedzialni za historię, dla których – co stało się znamieniem  XX w. - istnienie ludzkie należało do nieludzkiego świata i mogło być w zbrodniczym obłędzie unicestwione.(85)

Dla znalezienia dystansu i chłodnego spojrzenia na powieść na oczach czytelnika rodzi się szarpane niepokojem pytanie: gdzie istnieje granica między szaleństwem a normalnością? Dając upust różnym obsesjom przywódcy światowi próbują wchłonąć, wessać i obdarzyć honorami każdego, kto może być dla ich nikczemnych politycznych celów  przydatny, bądź, w przypadku buntu z tytułu wysoce moralnej postawy, unicestwić. Ich czyny usprawiedliwiać ma ich nieludzka autorytarna ideologia, która deklarując utopijne hasła sprawiedliwości społecznej i dobrobytu kreowała postawy ludzkie i przyciągała masy niezdolne do rozpoznania ich politycznej strategii. Kto nie był z nimi, kto myślał inaczej, był ze społeczeństwa wykluczany, uznawany za szaleńca (por.: Michel Foucault, Historia szaleństwa). Pobieżny, bezkrytyczny czytelnik może uznać bunt i eksplozję zachowań Allana Karlssona wobec światowych przywódców jako szalone, niepoprawne, nienormalne, albowiem rozszczelnia systemy polityczne, jakąkolwiek postać one mają. Osobiście wątpię w szaleństwo Allana. To intelektualna niedojrzałość pozwala wpisywać się bezkrytycznie w zasady funkcjonowania naszej rzeczywistości. Foucault powiedziałby: Allan Karlsson jest „normalny”, nie jest „szalony”. Jego intelektualna dojrzałość wyraża się w ironicznym dystansie do samego siebie i do świata, w wielkich porywach duszy. Rodzi się w nim potrzeba śmiechu. Nie jest to jednak śmiech człowieka pozbawionego głębszej refleksji, będącego jedynie integralną częścią okazałego zdrowia fizycznego.  To jest śmiech naznaczony łkaniem, dzięki któremu udaje się uniknąć rozpaczy, śmiech, który jest bodaj wyraźnym sygnałem protestu na pustyni martwej, społeczno-kulturowej i politycznej rzeczywistości, pozbawionej wszelkiej moralności. Warto zauważyć, że w ujmowaniu współczesnej rzeczywistości Jonasson sytuuje się w estetyce szwajcarskiego pisarza Friedricha Dürrenmatta, dla którego jedyną możliwą formą prezentacji naporu współczesnego świata jest tragikomedia. (Dla żyjącego obecnie w Szwajcarii Jonassona twórczość Dürrenmatta jest zapewne znana). Zarówno Jonasson jak i Dürrenmatt dobrze wiedzą, że <<potrzeba śmiechu>> jest wyrazem obrony przed brutalnym światem. Ona nie jest bezmyślnym chichotem samym dla siebie, sygnałem psyche pour la hec. Wcale też nie jest maską, za którą kryje się bezradność i niemoc, nie grzeszy jałowością. Śmiech Allana jest odwetem za poniesione klęski i cierpienia w wyniku <<brutalnej przemocy>> w życiu społeczno-politycznym. Tańcem Greka Zorby. Jednym z elementów codziennej rozmowy. Jest momentem zbawienia poprzez relatywizację wszystkiego – dyktatury, zniewolenia, nienawiści, bestializacji życia w XX w. (George Steiner), i nawet ustalonych przez tradycję sensów. Śmiech jest, jakby powiedział Foucault, domeną ludzi ‘normalnych’, kierujących się zdrowym rozsądkiem. Zatem w powieści roi się od scen przyjmujących kształt komizmu sytuacyjnego, językowego i charakterologicznego, które pozwalają osiągnąć płaszczyznę krytyczną, postrzegać niedoskonałość zarówno indywidualnego człowieka, jak i zbiorowości ludzkiej.

Powieść Jonassona przynosi więc złożoną i gruntownie przemyślaną koncepcję walki o wolność wewnętrzną człowieka. Jest dyskursem humanistycznym skierowanym na istotę relacji między jednostką a  społeczeństwem. Wyraża upór  przeczenia Ideologii i Polityce pozbawionej zdroworozsądkowej moralności. Nasycona komiczną, zabawową scenerią, która opowiada z humorem historie z życia wzięte, jest lekturą skłaniającą do pogłębionej czytelniczej refleksji, przemyśleń z pewnością wybiegających poza ramy zimnej, nieludzkiej Logiki jaką fundują nam władcy współczesnego świata. Przechodząc do ostatecznego pytania, jakie kieruje Jonasson do masowego czytelnika. Kto jest prawdziwym bohaterem? Nie jest nim zapewne posłuszny, grzeczny obywatel, ‘spełniacz’  obowiązków.  Bohatersko żyje tylko ten, kto swój „własny sens” przekuwa we własny los. Albowiem potrafi żyć odważnie własnym losem – powiedział Hermann Hesse. Allan Karlsson jest żywym objawieniem tej konkluzji. Przywołajmy jeszcze raz słowa narratora: Trzeba być „cholernym łobuzem”, który „do diabła, wie co robi”.

 

 

Recenzja: Jerzy Sosnowski, Tak to Ten

 Tak to Ten Sosnowskiego to unikalna gatunkowo powieść.  Mamy z pewnością do czynienia z powieścią historyczną, w której obok odrealniania traumy nazistowskiej przeszłości Kołobrzegu   doszukać się można drobin realizmu psychologicznego, niekiedy wzbogaconych odium kryminalności i szczyptą pikantnego erotyzmu, który wyzwala żywioł bezpośredniego doświadczenia. Materia występujących w Tak to Ten  opowieści i rozważań obejmuje swoim zasięgiem okres II. wojny światowej, peerelowską  rzeczywistość oraz  najnowszą transformację ustrojową, w wyniku której nastąpił rozkwit wolnego rynku. Sosnowski ewokuje wydarzenia związane z Kołobrzegiem okresu wojennego z wyraźną predylekcją do współczesności. Powojenni uciekinierzy z Kołobrzegu ( Ursula Meier, Hubert Radwan, Elisabeth Riese i in.)  wracają po latach do miasta swojego dzieciństwa jako niemieccy turyści,  by przywołać w pamięci przeszłość, w której to losy indywidualne  splecione były nierozerwalnie z historią niemieckiego wówczas miasta  Kolberg (Kołobrzeg). Poza tym, przodkowie są dla nich bardzo  ważni, podobnie jak dla Miłosza w Rodzinnej Europie, bo pozwalają określić własną tożsamość. Historia pojawia się więc w powieści w sposób nieunikniony.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że tajemnice ludzi z przeszłości postrzegane są  jako signum pewnego ginącego świata. Ekspresja wypowiedzi wokół Kołobrzegu wyraźnie porusza się we mgle, po omacku, tonie w domysłach. („I nic nie ocalało z tamtych miast, z tamtych wsi, krajobrazów, do których byliśmy przyzwyczajeni”). Nie ma w tej diagnozie cienia skargi, bo też nikt rozsądny nie będzie łączył kryzysu wypowiedzi wobec rzeczywistości minionej z patologią bądź anomalią. Przeszłość wymyka się  bohaterom powieściowym spod kontroli, zgodnie z zasadą „czas płynie, wszystko się zmienia” (271). Żywa prawda czystej rzeczywistości wojennej jest zmienna i dynamiczna – albowiem zmienne, zróżnicowane i subiektywne jest postrzeganie przeszłości, wyrastające z zamętu płynnej, wciąż zmieniającej się codziennej ziemskiej rzeczywistości. Z wypowiedzi protagonistów powieściowych wynika, że wiedza, myślenie oraz patrzenie współczesnego pokolenia ukształtowane są społecznie oraz narzucone jego umysłom przez trendy teraźniejszości. Za dynamiką zmieniającego się pod wpływem czasu myślenia i rzeczywistości nie nadąża język, „te wielkie słowa są takie ciężkie, takie bezwładne”.  Jedna z postaci zauważa: Historia „dzieje się”, język natomiast kształtuje masowe opinie na temat tego „co jest, co było”. Umysł współczesnego pokolenia nie potrzebuje, w imię własnej wizji oraz wolności,  zakotwiczeń  w języku, który nie umożliwia dostrzeganie, ogarnianie i jednoczenie się z minioną rzeczywistością:Życie biegnie, pełne zakrętów, nowych sytuacji, więc one, te słowa, odrywają się, lecą po powierzchni, wypadają z naszych tras, a oni ciągle do nich wracają, nie rozumieją, że tego, co opisują, już dawno nie ma.”(271  

Podkreślić należy, że prawdziwie niezwykłe obszary refleksji otwiera przed czytelnikiem Tak to Ten nadmorskie radio lokalne „Radiooberża” – dzięki  niezwykle popularnemu programowi „Nocne pogaduchy”. Jako fascynujący znak firmowy tegoż radia posłużyć może fragment nadesłanego wiersza jednego ze słuchaczy, Bogusława Czyżyka: „Światłości….Proszę, byś mi nie dała zagubić się w mroku, a przed snem niech ogarnie mnie boski Twój Spokój”.(39) Dla podmiotu lirycznego, będącego porte parole autora tego wiersza, także autora powieści, powyższe słowa wpisują się w pojmowanie i odczuwanie świata przez współczesnego człowieka. Słowa te jawią się jako uniwersalny kod teraźniejszości, prezentowany  w nocnych rozmowach, w których rysuje się krajobraz duszy, sceneria samotnych refleksji i wewnętrznych zmagań radiosłuchaczy. Wypowiadane kwestie odsłaniają dramat wynikający z osamotnienia, a także i z tego, że rozum ludzki staje się bezradny wobec prawdy uniwersalnej. Cóż to jednak znaczy prawda uniwersalna? Jedna ze słuchaczek, świadoma swojego wyobcowania, odkrywa z bólem i pretensjami, że „nie ma realnie niczego ani nikogo, komu i czemu możesz ufać”. (390)  W takim pojmowaniu zatopionego metafizycznie świata odnajdujemy gorzką prawdę współczesnego pokolenia. Nietrudno zauważyć, że brak doświadczenia metafizycznego generuje niepokój, wynikający z tego, że rzeczywistość staje się płynna, pozbawiona tradycyjnego porządku jako fundamentu, na którym jednostka mogłaby skutecznie zmagać się z żywiołem życia. (por. Nietzsche, Poza dobrem i złem). Również inna wypowiedź traktuje rzeczywistość jako masę upadłościową, znajdującą swój obraz w losie „Sodomy i Gomory” (139).  Ujawnia się tu świadomość bezsensu pojmowanych przez siebie działań: „Teraz już możemy robić, co się nam żywnie podoba, nie ma to żadnego znaczenia. Płodzimy, uczymy się, pracujemy, wypełniamy jakoś wolny czas; owszem, otaczają nas coraz to nowe wynalazki, życie się zmienia, ale przecież podskórnie czujemy, że zrobiło się dziwnie jałowe.” Bez ujęć metafizycznych rzeczywistość stała się przestrzenią „nocy ciemnej” (Gombrowicz), „zrobiła się nie tylko miałka, ale i krucha, zetlała, rozłazi się pod palcami i będzie coraz więcej wydarzeń wymykających się naszemu rozumieniu”(40). Słuchaczka widzi przed sobą rzeczywistość jako „bezkresną noc”,  która się bezpowrotnie „zapadła” (40), bez możliwości jej odnowy. W wyniku duchowej pustki słuchaczka dyskredytuje wszelką ludzką działalność, która w końcu przyjmuje kształt jawnej niedorzeczności: „nie odwróci tego desperackie rekonstruowanie jeszcze jednego zrujnowanego przez wojnę budynku ani wymyślanie nowych form rozrywki, ani wzrost PKB, ani nawet wysłanie ludzi na Marsa.” (139)   

W argumentacji  słuchaczki niewątpliwie tkwiła pewna logika, ta sama, która we współczesnej humanistyce głosi odejście od uniwersalnych wartości, w wyniku czego niemożliwe staje się uporządkowanie chaosu świata i porozumienie między ludźmi. Jak uzasadnia słuchaczka, „jeśli Bóg zabrał im (ludziom) światło”, (399) to ciemność musi być ich żywiołem. Problem wartości życia, jego sensu przyjmuje tutaj wyraz beznadziejnej walki o tożsamość ludzką. (Poszukując analogii w kręgu współczesnych rozważań na temat upadku  kondycji duchowej człowieka należałoby wskazać na  Foucaulta, Nietzschego, Spenglera i wielu innych.) W słowach słuchaczki jak echo budzi się nietzscheańska świadomość „śmierci Boga” oraz „kruchość” i „zanik” człowieka w XX w.(Foucault), czy „Upadek Zachodu” (Spengler). Jej zdaniem ludzka egzystencja oparta jest na „zmurszałych fundamentach”. (400)

Przebrnięcie przez meandry intelektualnie zobowiązującej, mądrej powieści Sosnowskiego otwiera furtkę lepszemu zrozumieniu złożonej, minionej i teraźniejszej rzeczywistości. Ludzkie poznanie tej rzeczywistości jest jednak tyle zawodne, co indywidualne, tyle ograniczone, co podlegające zmiennej, przemijalnej, złudnej percepcji współczesnego świata. Sosnowski dostrzega świat jako  metafizyczną wielkość, ale zarazem widzi tę zwykłą, jakże ludzką, tandetną otoczkę, która – jakby szyderstwo – dezawuowała, epatowała entropią kryjący się poza nią świat, nie posiadający duchowej podszewki. Powieść Sobieskiego urzeka przede wszystkim prawdziwie niezwykłymi obszarami refleksji, dla których warto ją czytać, by móc konsekwentnie budować i rozwijać własną, chłodną, zdystansowaną erudycyjno-kontemplacyjną wizję życia i kultury.  

 

 

Recenzja książki "Uciekinierka" Alice Munro

Recenzja książki Alice Munro „Uciekinierka”

Majowa propozycja naszego DKK to książka noblistki z 2013 roku. Osiem opowiadań, których bohaterkami są kobiety. Tytuł jednej z historii i zarazem całego zbioru jest znaczący.

Carla, Juliet, Penelope, Grace, Lauren, Robin, Nancy – bohaterki opowiadań i uciekinierki. Przed czym, przed kim próbują uciec – przed mężem, rodzicami, matką, narzeczonym, środowiskiem, w którym żyją? Ucieczka nie zawsze się udaje, na przeszkodzie staje czasem przypadek, może los, obawa przed zmianą.

Carla odchodzi od męża, by wrócić tego samego dnia. Juliet, bohaterka trzech opowiadań, opuszcza dom i małomiasteczkowe środowisko, by po latach wrócić tam na krótko i uświadomić sobie obcość. Jaki błąd popełni sama, jeśli kiedyś i ją ktoś bliski opuści? Grace porzuca rysującą się perspektywę stabilizacji u boku Maury’ego i ulega złudnej chwilowej fascynacji jego bratem alkoholikiem. Lauren sądzi, że została adoptowana, gdy poznaje Delphine, której wydaje się, że jest jej biologiczną matką. Robin ma nadzieję na zmianę życia u boku cudzoziemca z Czarnogóry po kilku godzinach spędzonych z nim w trakcie swych corocznych wypraw do teatru na sztuki Szekspira. Co wydarzy się za rok – bo tak się umawiają? Czego szuka Nancy, której zapiski obejmują wiele lat z jej życia? Może Tessy jasnowidzki, a może jej męża Olliego, i po co to robi?

Sporo pytań w opowiadaniach Munro, bohaterki nie zawsze znajdują na nie odpowiedzi. A co z czytelnikami?

Cóż, mieliśmy z tym trochę problemów. Okazało się bowiem, że wbrew entuzjastycznym opiniom z okładki i z innych recenzji, nas proza noblistki nie zachwyciła. Jedynie dwie klubowiczki przyznały, że im się książka podobała. Podkreślały zaskakujące i nieprzewidywalne zakończenia historii, ciekawe portrety kobiet, jasny i klarowny styl. Co do tego ostatniego wszyscy się zgodziliśmy, aczkolwiek nie znaleźliśmy w tej prostocie nic odkrywczego, żadnych ważnych myśli czy wartych zapamiętania cytatów. Większość, też się do niej zaliczam, nie doszukała się „emocji kipiących między wierszami”. Raczej dostrzegliśmy nużące i drobiazgowe opisy i nadmierną koncentrację na szczegółach. Jakoś trudno nam było uznać historie bohaterek za ciekawe i zajmujące. Wydały nam się trochę nudne, niekiedy wydumane.

A może właśnie w tej niespiesznej, powolnej szarości i powszedniości tkwi siła realizmu prozy Munro? Może tak biegnie to nasze życie. Coś próbujemy zmienić, przed czymś uciec, kogoś opuścić, by potem wrócić, uznać, że nic nie da się już zrobić, zmienić, że wszystko musi pozostać tak jak było. Przypadek, los, fatum – tym często tłumaczymy różne zdarzenia.

„Trudno dziś ocenić, jak by się to wszystko mogło wtedy ułożyć” – zastanawia się Robin, gdy okaże się, że pomyliła braci bliźniaków, znając tylko jednego z nich i nie wiedząc o istnieniu drugiego. A Penelopa, czy jej zniknięcie na pewno da się wytłumaczyć potrzebą odnalezienia duchowości, której brakowało jej w domu? Czy zresztą naprawdę brakowało, a może przyczyna opuszczenia matki jest inna?

Jeśli tak się zastanowić, to trzeba przyznać, że „Uciekinierka” stawia wiele pytań, każe zastanowić się nad odpowiedziami na nie. Może jednak warto przeczytać tę książkę i spróbować dostrzec w bohaterkach jakąś cząstkę siebie?

Zostawiam to pytanie czytelnikom.

Wiesława Kruszek

DKK przy PBP w Sieradzu

Młodość J.M.Coetzee

„Młodość” to druga część autobiograficznego cyklu, na który składają się: „Chłopięce lata”, „Młodość” i „Lato”. J.M.Coetzee porusza tu tematy niezwykle intymne czy wręcz wstydliwe. Mały John, którego poznaliśmy w pierwszej części, ma już 21 lat, wyprowadził się od rodziców, jakoś sobie radzi. „Jest szczupły i gibki, a jednocześnie sflaczały…brakuje mu czegoś…jakiejś wyrazistości rysów. Pozostało w nim coś z dziecka”. I te słowa są w zasadzie kluczowe i w pełni charakteryzują głównego bohatera. Jego postrzeganie świata oraz własnej osoby jest naiwne i dziecinne. Autor pisząc w trzeciej osobie dystansuje się od tego chłopaka. Używając ironii nie utożsamia się z nim. Czytelnik też raczej nie. Trudno polubić tego wiecznie znękanego, poszukującego sam nie wie czego, egoistycznego studenta matematyki, który marzy o karierze pisarskiej. Szczególnie źle wypadają jego związki z kobietami. Wikła się w nie, choć tak naprawdę wcale nie ma na to ochoty. Ani one mu się podobają ani pociągają. Tylko je poniża i krzywdzi. Wciąż czeka na wielką miłość, która „natychmiast przejrzy na wskroś jego dziwaczną, a zarazem nijaką powierzchowność i dostrzeże płonący w nim ogień”. Wydaje mu się, że jest poetą, tylko wciąż czeka na natchnienie. Nie ma wątpliwości, że tkwi w nim ogromny talent. Rozmyślając o wielkich pisarzach tego świata, porównuje swoją egzystencję z ich biografiami, co bardzo korzystnie dla niego wypada. Uznaje, że Południowa Afryka to nie miejsce dla artystów i gdy sytuacja polityczna robi się napięta, wyjeżdża do Londynu. Tu powinny spełnić się wszystkie marzenia o pisaniu i brylowaniu w wielkim świecie. Tymczasem John jest zagubiony, niedostosowany, z problemami w nawiązywaniu jakichkolwiek kontaktów z ludźmi. Aby móc się w ogóle do kogoś odezwać, potrąca ludzi na ulicy, by ich przeprosić. Zatrudnia się w korporacji, jako programista komputerowy, co tym bardziej oddala go od przedmiotu jego zainteresowań, czyli literatury. Nie jest mu łatwo, popada w melancholie, nie ma przyjaciół, nie jest akceptowany przez londyńczyków. Romanse z kobietami źle przebiegają i źle się kończą. Choć nie układa mu się najlepiej, nie wyobraża sobie powrotu do Afryki, która go dusi i tłamsi. W listach zapewnia matkę, że bardzo dobrze mu się powodzi. Wciąż ma jej za złe, że się nim interesuje i martwi o niego. Chce przeciwko matce „zatwardzić serce”. Marzy o przerwaniu wszystkich więzów łączących go z rodziną, a jednocześnie zdaje sobie sprawę, że jest to niemożliwe. Cały czas na coś czeka. Na odpowiednią kobietę, która „przejrzy na wskroś matową powierzchnię, którą on zasłania się przed światem i dostrzeże zawarte wewnątrz głębie…rozpęta ukryte w nim moce namiętności…pozwoli mu dać upust nagromadzonym namiętnościom…wyzwoli zarazem spiętrzoną rzekę poezji. Póki ona się nie pojawi, póki nie nadejdzie ten dzień wyznaczony przez los, John tylko zabija czas.” Szuka swojego miejsca w świecie, ale jego nieporadność i wyobcowanie uniemożliwiają realizację marzeń. Zatraca się, gubi, nie potrafi zbudować normalnych relacji z ludźmi, co skutkuje jego ogromną samotnością i depresją. Czytając „Młodość” trzeba się przygotować na stan przygnębienia, na wiwisekcję dwudziestokilkuletniego chłopaka, który myśli i czuje jak starzec. Ale przeczytać warto, choćby dla pięknego języka jakim jest to napisane.

Recenzja DKK przy MGBP w Uniejowie- Paryżanka

Paryżanka Amelii Sobczak, to powieść pełna przygód, bohaterka jest Polką która chce za wszelką cenę zwiedzić  Paryż, oraz przede wszystkim chce doznać wielu wrażeń w najpiękniejszym mieście świata. Młoda kobieta doszła do wniosku, że jako Polska emigrantka  inaczej traktowana jest przez Francuzów, a inaczej to odbiera.  W mieście jakim jest Paryż szuka wciąż swej niespełnionej miłości, przez to wszystko patrzy na świat i życie z rezerwą. Lęka się tego uczucia, ponieważ wie że tak jak miasto Paryż mężczyzną nie zawsze mówi prawdę, nie zawsze wyraża zainteresowanie i nie koniecznie darzy wielką czułością, dlatego jest lekko zagubiona i nie patrzy na świat przez pryzmat różowych okularów.

Recenzja książki "Pendereccy: saga rodzinna"

Krzysztof Penderecki odpowiada na pytania Piotra Mucharskiego, redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” i dyrektorki TVP Kultura Katarzyny Janowskiej. Wywiad – rzeka ze światowej sławy kompozytorem uzupełniony jest w części końcowej rozmową z jego żoną. Całość złożyła się na interesującą książkę bogato ilustrowaną zdjęciami.

W dziesięciu rozdziałach Penderecki opowiada o przeszłości, wtajemniczeniach, miłości, miejscu (Lusławicach), pasji, muzyce, historii, dojrzałości, komponowaniu i powrotach. Żałuje, że zbyt późno zaczął interesować się historią swojej rodziny i o wiele spraw nie zdążył już zapytać swych bliskich. Jednak i tak wiele udało mu się odtworzyć. Ciepło wspomina dziadka Roberta Bergera, malarza z zamiłowania, który uczył go nazw drzew po łacinie.

Podkreśla, że jego największą pasją jest muzyka i ogród, który stworzył, a właściwie skomponował w Lusławicach. Porównuje bowiem pisanie muzyki z projektowaniem ogrodu, uważa, że te dwie sfery jego  życia świetnie ze sobą współgrają.

Bardzo ciekawie opowiada o swoich kompozycjach, o pierwszych awangardowych utworach, muzyce sakralnej, operach. Wydaje się, że nawet laik może spróbować się odnaleźć w jego wywodach na temat pisania muzyki.

Książka została wydana w roku ukończenia przez kompozytora osiemdziesięciu lat. Jednak artysta wciąż mówi o wielu planach, które ma przed sobą, zarówno tych związanych z komponowaniem jak i Lusławicami, gdzie stworzył Europejskie Centrum Muzyki.

Wiele miejsca poświęca swym bliskim, zwłaszcza żonie Elżbiecie, dzieciom i ukochanej wnuczce Marysi, w której widzi dziedziczkę Lusławic. Zdaje sobie sprawę, że nad rodziną i codziennymi sprawami zawsze czuwała jego żona.

Elżbieta Penderecka zwyczajnie mówi o swej roli towarzyszki życia, która zrezygnowała ze studiów, by być przy boku męża. Prowadziła ciekawe życie, poznała wielkich tego świata, choć rzeczywiście wszystko było podporządkowane sprawom męża. Mogła jednak z czasem i ona zaangażować się w organizację festiwali muzycznych. Na większości zdjęć jest zawsze obok męża.

Książka o Pendereckich jest bardzo ciekawa, na pewno warto ją przeczytać, obejrzeć zdjęcia. Kto wie, może i zachęcić się do bliższego poznania utworów wielkiego kompozytora.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

F 27. Czy tu jeszcze rosną róże?

Książka ukazuje barwny świat Warszawy w okresie przedwojennym. Porusza także wszystkie życiowe tematy : miłość, ból rozstania, śmierć najbliższych oraz temat wojny. Historia o pięćdziesięcioletniej podróży kobiety, która niespodziewanie powraca do domu pierwszej młodości  nie ma końca i można powiedzieć wciąż trwa. Choć największa ze zmian w życiu bohaterki jaką jest Irena zaszła w jej „ świecie numer jeden”również zewnętrznie jej życie bardzo się po owym 26 czerwca zmieniło. Dzięki niespodziewanym wydarzeniom  bohaterka odmłodniała. Chce także ze wszystkich sił przekazać  wszystkim, że trzeba mieć nadzieję i siłę pewności, że zawsze można zacząć wszystko od nowa.

Danuta Wałęsa. Marzenia i tajemnice

Książka Danuty Wałęsowej pt.” Marzenia i tajemnice” zachwyciła czytelników, ponieważ kobieta przedstawia w niej losy swoje, jak i zarówno własnej rodziny. Powieść o jej życiu jest pisana bardzo osobiście, szczerze, jest to opowieść o życiu  miłości i rodzinie ale też nie tylko porusza ona również polityczne przemiany. Ze wspomnień damy wyłania się portret silnej osobowości, kobiety która pragnęła rodzinnego szczęścia oraz miłości. Kobiety która pragnęła zwykłych rzeczy. Niestety to nie było najważniejsze znajdywała się niejednokrotnie w centrum zmian rewolucyjnych. Ponad siły często zmęczona również nieobecnością męża, który wówczas tworzył ruch Solidarności, Danuta była podporą rodziny. Przyjazna i otwarta dla ludzi, spełniała się rodzinnie jako matka i żona, później również znalazła czas dla siebie. Dała bowiem świadectwo o swoim życiu, które nie było zwykłe tak jak to dzisiejszej kobiety. Było one pełne zmian i ciężkiej pracy, kobiety silnej kochającej jaką była Danuta Wałęsa.

Recenzja książki "Londyn NW"

Recenzja książki Zadie Smith „Londyn NW”

Kupiłam tę książkę zachęcona bardzo pozytywnymi  opiniami w prasie i w radiu. Nie znałam wcześniej twórczości Zadie Smith. Początek mi się spodobał, niestety, potem było już gorzej. Zaczęło być zwyczajnie nudno, niewiele się działo i nie towarzyszyły temu jakieś szczególnie ciekawe refleksje. Doczytałam jednak do końca, odstawiłam książkę na półkę.

Minęło pół roku i okazało się, że powieść będziemy omawiać na marcowym spotkaniu DKK. Stwierdziłam, że muszę przeczytać ją po raz drugi. Miałam nadzieję, że tym razem znajdę w niej to, czym zachwycili się zadowoleni z lektury. Byłam też ciekawa opinii innych klubowiczów. Trzeba przyznać, że powtórne czytanie poszło mi sprawnie i bez „bólu”. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy ta powieść o pokoleniu trzydziestolatków wzrastających w północno – zachodnim, wielokulturowym, wielonarodowościowym Londynie nie jest jednak godna uwagi. Generalnie moje odczucia nie zmieniły się tak bardzo od poprzedniej lektury, choć liczyłam, że może w toku dyskusji  zdołamy dostrzec walory książki. Myślałam, że część  członków naszego DKK będzie miała pozytywne odczucia.

Okazało się, że nikomu „Londyn NW” nie przypadł do gustu. Podkreślano nudę, narzekano na nużące rozmowy o niczym, drobiazgowe opisy, koncentrowanie się na mało istotnych szczegółach. Zastanawialiśmy się nad tym, co właściwie dzieje się na kartach powieści. Opis na okładce sugerował porywającą, ironiczną opowieść o życiu trzydziestolatków, szkolnych przyjaciół. Tymczasem nas nie porywa, nie dostrzegamy ironii. Nie umiemy się tego doszukać?

Przyjrzyjmy się trochę akcji. Leah i Michel są małżeństwem, on chce dziecka, ona w tajemnicy przed nim bierze pigułki antykoncepcyjne i usuwa ciąże. Odwiedziny narkomanki wyłudzającej pieniądze od Leah urastają do epokowego zdarzenia. W drugiej części Felix, były narkoman, kocha Greace, odwiedza Annę, by z nią zerwać. Zostaje zabity przez blokersów, o czym wiadomo już z części pierwszej. Potem jest 185 miniopowieści czy nawet opowiastek, często bowiem jedno- , dwuzdaniowych, każda zatytułowana. Pokazują one dzieciństwo i młodość Keishy (potem zmieni imię na Natalie) i Leah, ich małżeństwa, pracę. Mąż Natalie odkryje drugą tożsamość żony i ta wyjdzie z domu tak jak stoi, w czerwonych kapciach na dodatek. Spotka dawnego kolegę ze szkoły, obecnie narkomana, Nathana, idą razem do miejsc dzieciństwa, palą, rozmawiają. Ostatnia część książki ma łączyć to, co wydarzyło się wcześniej.

Hm, a co się właściwie wydarzyło? W sumie niewiele… I tak toczą się rozmowy o sprawach banalnych, oczywistych. Refleksje raczej mało odkrywcze: „czas przyspiesza”, „uczciwość popłaca”, „miłość przezwycięża wszystko”. Leah, której powodzi się zupełnie nieźle, zastanawia się, dlaczego inni mają gorzej. Wzięta prawniczka, żona, matka udanych dzieci, Natalie, szuka doznań erotycznych w tajemnicy przed mężem. Trzydziestolatkowie, których pokazuje Smith, są mało sympatyczni, niewiarygodni.

Jeśli ma to być powieść o aspiracjach, to dlaczego bohaterowie osiągnąwszy sukces, mimo swego pochodzenia (korzenie irlandzkie, afrykańskie), nie są usatysfakcjonowani. Czego właściwie poszukują w życiu? Odnoszę wrażenie, inni klubowicze również, że nie ma w „Londynie NW” odpowiedzi na to pytanie. Czy autorka chciała pokazać takie zwyczajne życie odmierzane rutynowymi czynnościami ze schematem dom – praca (nauka) – spotkania ze znajomymi. Konwersacje na zmianę z konsumpcją; patrz: opis kolacji u Natalie i Franka.

Ponarzekaliśmy, że nie udało nam się doszukać klimatu wielokulturowości NW. Rozmywa się on w mnóstwie szczegółowych opisów, mało znaczących zdarzeń czy zabaw stylistycznych typu zapis myśli w formie drzewka, ust, fragmentów pisanych kursywą lub wielkimi literami. Jakoś nie dostrzegliśmy w tym oryginalności. Nie daliśmy się też uwieść „ kulturowemu tyglowi NW”. Dlaczego? Pisarka korzystała przecież z własnych doświadczeń, wzrastała w blokach północno – zachodniego Londynu, jej matka pochodzi z Jamajki. Zna cenę awansu społecznego, wie, tak jak bohaterowie jej książki, że często trzeba zostawić za sobą świat dzieciństwa i ludzi, których kiedyś się znało. A może w tłumaczeniu zagubiła się nieco ironia czy inne językowe walory powieści? Nikt z nas nie czytał oryginału.

Pierwsze nasze spotkanie z twórczością Zadie Smith  zaliczyliśmy do niezbyt udanych, powieść nikomu za bardzo się nie podobała. Stwierdziliśmy, że trzeba sięgnąć do jej wcześniejszych książek, „Białe zęby” i „O pięknie”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja powieści Harper Lee "Zabić drozda"

Recenzja powieści Harper Lee "Zabić drozda "

Dyskusyjny Klub Książki pozwala mi na bieżąco śledzić czytelnicze nowości, ale nie tylko. Tym razem proponowaną książką była powieść Harper Lee “Zabić drozda” wydana w 1961 roku. Jej lektura dotarczyła mi wielu wzruszeń i utwierdziła w przekonaniu, że naprawdę dobra literatura jest jak dobre wino, może nie im starsza tym lepsza, ale ponadczasowa i niezmiennie zachwyca czytelników. Powieść Harper Lee to książka doprawdy niezwykła! Przeczytałam ją jednym tchem  i żałowałam, że liczy tylko 390 stron. W Maycomb - małym miasteczku na południu USA skupiają się, jak w soczewce, najważniejsze problemy społeczne lat 30-tych, czasów Wielkiego Kryzysu: bieda, bezrobocie, rozwarstwienie społeczne i, a może przede wszystkim, głęboki rasizm.

Powieść dzieli się na dwie części. Pierwsza zabiera nas w świat dzieciństwa trójki bohaterów: Jean Louise, zwanej Smykiem i jej starszego brata Jama - dzieci miejscowego adwokata Atticusa Fincha oraz ich przyjaciela – Dilla. Druga część natomiast związana jest z procesem Murzyna, oskarzonego o zgwałcenie białej kobiety. Ciekawym zabiegiem literackim jest tutaj narracja prowadzona z perspektywy kilkuletniej bohaterki. Ubrana
w chłopięcy kombinezon Smyk, patrzy na wszystko szeroko otwartymi oczyma, nie boi się ani szczerych komentarzy ani pytań, niekiedy naiwnych, a czasami zbyt dorosłych. Czyni to fabułę podwójnie frapującą. Opis zabaw dzieci przenosi nas w świat kolorowego dzieciństwa, a ich przygody związane głównie z tajemniczym domem sąsiada, są pełne humoru i pozwalają nam, czytelnikom, cofnąć się w czasie o te kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. Jednak ten świat dziecięcej beztroski kończy się z chwilą, gdy adwokat Finch (Atticus, jak nazywają go dzieci) zostaje obrońcą oskarzonego o gwałt na białej kobiecie Murzyna -Tima.

Druga część książki jest pełna napięcia i emocji. Oscyluje głównie wokół procesu Tima. Z jednej strony obserwujemy walkę obrońcy o uniewinnienie oskarżonego, z drugiej wrogość, a nawet nienawiść mieszkańców Maycomb. Głęboki rasizm i hipokryzja tych, zdawałoby się bogobojnych sąiadów, zacznie zagrażać nie tylko Finchowi, ale i jego dzieciom. Bo dla większości nieważna jest prawda, nieważny jest fakt, iż te fałszywe oskarzenia rzucili Ewellowie - największa zakała miasteczka. W ich mentalnosci nawet “najgorsza biała hołota” stoi wyżej niż czarnoskóry.
Oni już wydali wyrok - winien. Prawym i niezwykle szlachetnym bohaterem powieści jest adwokat - Atticus Finch, który po śmierci żony samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Zgadza się być obrońcą oskarżonego Murzyna, chociaż zdaje sobie sprawę z konsekwencji tej decyzji. Dla mnie wyjątkowo wzruszające są jego relacje z dziećmi, ich wzajemna miłość i bliskość. Ojciec rozmawia ze Smykiem i Jamem jak z ludźmi dorosłymi, cierpliwie wyjaśnia zawiłości świata. Cechują go mądrość i prawość. Na pewno jest on postacią wyidealizowaną, lecz ja, myśląc o nim, mam przed oczyma szlachetną postać Gregory Pecka, który w adaptacji filmowej "Zabić drozda"  za rolę Atticusa Fincha otrzymał w roku 1963 Oscara i pozwolił uwierzyć, że tacy ludzie istnieją naprawdę. Obok fascynującej fabuły, istotnym walorem powieści jest jej język. Żywa narracja, skrzące się dowcipem dialogi, wspaniałe portrety bohaterów pierwszo- i drugoplanowych składają się na mistrzostwo języka. Swoich bohaterów portretuje autorka często poprzez pełne humoru obrazki rodzajowe: np. szkoły, w której dzieci klas początkowych mają zakaz czytania i pisania - zgodnie z nową reformą, czy zebranie pań z kółka misyjnego, ubolewających nad strasznym życiem plemienia afrykańskiego.
Powieść Harper Lee “Zabić drozda” to jedna z najwybitniejszych lekur XX wieku. Zapada nie tylko w pamięć, ale i w serce. Uczy tolerancji i wrażliwości. Daje przykłady pięknych postaw i wiary w ludzi, bo,  jak stwierdza autorka, “przeważnie ludzie okazują się porządni, kiedy w końcu ich zobaczymy”.

                                                                                                    Ewa Piechota

DKK przy WBP im. Józefa Piłsudskiego

Magda Umer, Andrzej Poniedzielski: Jak Trwoga, to do bloga.

Ta książka zdumiewa innością. Autorzy czerpią swój materiał z życia, opiewają go ironicznie i czule, szukając w ten sposób swojej tożsamości; należy wszakże pamiętać, że jej ułomność staje się we współczesnym świecie, zdaniem autorów,  coraz bardziej zauważalna i jest zjawiskiem szeroko pojętej kultury.Doświadczenie to rodzi poczucie pustki duchowej, podejrzliwość w stosunku do wszystkiego i wszystkich, zwłaszcza zaś języka, który panuje nad psychiką i myślami współczesnego człowieka. Słowem – dla filozofów i pisarzy, ludzi wrażliwych i zatroskanych o przyszłość,uniwersalnym kodem teraźniejszości stała się katastrofa, ewokująca trwogę. Magda Umer  i Andrzej Poniedzielski  usiłują znaleźć odpowiedź na problemy współczesnego świata, w którym kontakty międzyludzkie są mocno zrytualizowane, zuniformizowane i jawią się jak kpiny z rzekomej indywidualności.

Pochylmy się nad sformułowaniem tytułu Jak trwoga to do bloga. Myśl ta, którą autorzy prezentują na 200 stronach omawianej tutaj książki, jest nad wyraz prosta; oddaje sens i nastrój powszechnie znanej sentencji Jak trwoga to do Boga. W samej rzeczy, prowokująco to brzmi, by nie rzec, iż daje do myślenia. Cóż mają wspólnego Bóg i blog?  Otóż w obydwu przypadkach pobudzony zostaje instynkt szukania bliźniego. Nietrudno zauważyć, że metoda blogowania jest właśnie tą formą komunikowania się, w której  Umer i Poniedzielski wyrażają  pragnienie obcowania z drugim człowiekiem, wczuwania się w jego życie wewnętrzne, jego przestrzeń pojęciową, by wreszcie postawić pytanie: jak mówić adekwatnie o tym, co nas otacza, jak bronić się przed zanieczyszczaniem naszego umysłu. We współczesnej humanistyce zakłada się, że źródłem wszelkich międzyludzkich nieszczęść jest brak zdolności i woli do wzajemnego porozumiewania się. Sygnałem zaś tej ułomności jest zamknięcie się na innych. Kiedy w rozmowie z  równorzędnym partnerem odkrywamy sekrety naszej duszy, nasi interlokutorzy odwracają się od nas. Nie manifestują zainteresowania naszą osobą, lecz wolą wygłaszać własne monologi, które implikują ekscytujące treści. (por.: wiersz Z. Herberta Episod) W rezultacie dialog zaczyna „kruszyć się” i „znikać”, a wraz z nim podmiotowość człowieka. Tymczasem regułą organizującą dialogi w książce Jak trwoga to do bloga jest pragnienie ożywienia rozmowy, która ma być pomostem do innych. Owa otwartość sprawia, że rozmowa staje się aktem współtworzenia myśli, które sytuują się w obrębie nieustannego  modyfikowania  swojej tożsamości, narażonej we współczesnym świecie na utratę indywidualnej  „odmienności”.(s.7)

Na pytania, jak zachować siebie w atmosferze wszechogarniającego „smutku”, braku przyjaciół („Dzisiaj nie ma przyjaźni”, MU, 56)? Jak uratować przyszłość przed całkowitym zniekształceniem? Odpowiada Umer: „Wybrałam „być” – a dzisiaj „nie być” = (równa się) nie pisać bloga”. (s.9) „Być” znaczy tu jeszcze: wykazanie własnej wartości, siły, odrębności, z pewnością jest to zajęcie ciekawsze niż teoretyczna analiza pojęć ‘komunizm’, ‘demokracja’, ‘ojczyzna’ czy innych absolutów z utrwalonymi sensami.

Magda Umer i Andrzej Poniedzielski są depozytariuszami tego, co dręczy  i gnębi współczesnego człowieka, dlatego ich blogi mają oddziaływanie  uniwersalne. Do zjawisk, które zdaniem autorów mogą budzić pesymizm, należą m.in.: manifestowanie „braku prawdy” w środkach masowego przekazu. Z tym wybrakowaniem związana jest iluzoryczność „dobra”. Nie dziwią zatem słowa Umer: „Telewizji nie oglądam, gazet nie czytam, radia nie słucham. Słucham piosenek Marka Grechuty” (11) Wymienić należy także brak ciepła w relacjach międzyludzkich. Na ludzką naturę i kondycję ludzkiego umysłu mają wpływ  „chłód” i „mróz”, przez co świat człowieka staje się bezładny, obłudny, pełen przemocy. („to, co w głowie, bywa jakże częstokroć odbiciem tego, co w sercu”) To tylko niektóre wątki problemowe, które świadczą o świadomym postrzeganiu przez autorów otaczającego świata. Próbują w ten sposób dowieść, że w świadomym postrzeganiu leży podstawa, na której można oprzeć poczucie własnej egzystencji.

 

Winniśmy autorom tej książki wdzięczność za ujawnienie ich wewnętrznego, nieszkolnego, spontanicznego i empatycznego rezonansu na współczesny świat. Niestety, jest to świat ewokujący cały wachlarz wewnętrznych rozterek, napięć i odruchów. W ich rezultacie wydobywa się na powierzchnię samotność człowieka błądzącego. Ów przytłaczający stan ducha charakteryzuje Poniedzielski w słowach: ”Samotność przy wspólnym stole. Ano, ja tam sobie dumam, że Oni, czyli ta Kobieta i ten Mężczyzna, szukają się, bo się pogubili”.(40) Językowym ekwiwalentem – powtórzmy – wzajemnego się szukania Kobiety i Mężczyzny, jest kończące każdy blog dowcipne wyrażenie Andryou, które ma znaczyć: „A teraz Ty”. Oznacza to, że rozmowa jaką prowadzą Poniedzielski i Umer nie jest pozbawiona życia, lecz wyzwala przyjemność. Jest  dyskusją doskonałą, która – jak ją nazwał Gombrowicz – jest „zarazem pracą i zabawą, zabawą dla pracy, pracą dla zabawy”. Rozmowa połączona z przyjemnością.  A dalej już sam Poniedzielski: „Dlaczego piszę do Ciebie?: z powodu chłodu…. I głodu. Ale także bo muszę. Piszę bo muszę. Ale muszę tym musieniem miłym, przyjemnym”. (AP, 7)  Dlatego też autorzy książki nie delektują się stylem poddanym językowym rygorom, nie epatują argumentami, by przekonać drugiego, nie kokietują językowym mistrzostwem. Ich blogi nie są sprawą argumentów za wszelką cenę – są raczej modelem idealnej rozmowy, w której partnerzy nawzajem się pozyskują i oczarowują. Na uwagę  zasługuje luźny związek obydwu autorów do słów, który zapewnia im śmiałość w ich użyciu. Czytelnik książki Jak trwoga to do bloga odnosi wrażenie, że rozmowa między jej autorami dzieje się między żywymi, konkretnymi ludźmi. Swoboda ich wypowiedzi wynika z tego, że nie używają języka gramatycznie zanadto poprawnego, nie wisi nad nim widmo racjonalnej recepty. Wyrażenia „dojmującość chłodu”, „tęsknota przedsiębierna”, „złożon chorobą”, „takie mam pytania do przemyśliwania”, kontrastujące z tradycyjnymi regułami komunikacyjnymi, są wyrazem daleko idącej niezależności wysławiania się, przez co ich słowa nie nudzą, nie męczą, celują w ludzi, a nie w uczone teorie.

Autorom wypada życzyć kolejnych spełnień w ich dążeniach do swobody myślenia, uobecniającego się w wolnym, twórczym umyśle – niewyczerpanym źródle inspiracji do kształtowania prawdziwej komunikacji między ludźmi.

 DKK przy Filii nr 18 MBP Łódź-Bałuty

Moje refleksje na temat książki Magdy Umer "Listy na wyczerpanym papierze".

Wśród ludzi rodzą się poeci. Oni potrafią zwykłe słowa zamienić w niezwykłe. Często rozjaśniają rzeczywistość, dążąc do iluzji. Tworzone przez nich poetyckie konstelacje słów pozwalają na wzruszenia, refleksje i dotykanie piękna języka. To właśnie znajduję w listach młodej, szalonej Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory - dystyngowanego, niezwykle subtelnego - starszego pana.

Czytając tę książkę, jakby ukradkiem - zastanawiałam się, czy spadkobiercy powinni wyrazić zgodę na upublicznienie i odzieranie z intymności swoich bliskich? Publikacja pamiętników, dzienników nie budzi wątpliwości, ale epistolografia! Te listy są adresowane do konkretnej osoby, zawierają intymne wyznania… Jednak nie pozwoliłabym na to, żeby te romantyczne, piękne listy zniknęły w prywatnych archiwach - w czeluściach szuflad. Teraz nie tylko nie pisze się listów na czerpanym papierze, ale na żadnym papierze! Sztuka epistolarna zanika - chyba bezpowrotnie? A szkoda!

Dzięki tej publikacji Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora stali się bliżsi. Ich rozstania

i powroty, tęsknota, radość i smutek oraz nadzieja znalazły odbicie w tekstach, które znamy. W tych intymnych i szczerych wyznaniach dostrzegłam, jak uroczo bawią się wzajemnym parafrazowaniem swoich utworów. Ich treść wskazuje na wzajemną fascynację. Listy są piękne, pełne niebanalnych sformułowań i słownych pieszczot.

Ta korespondencja rzuca nowe światło na powszechnie znane postaci. A ich twórczość łatwiej umieścić w biograficznym kontekście i doszukać się motywu powstania niejednej piosenki.

Zachwyciła mnie też szata edytorska książki. Nie sposób nie dostrzec opieki artystycznej Magdy Umer, która tak pięknie poradziła sobie z delikatna kwestią subtelnej granicy prywatności. Zadbała o komentarze i o to, że obok nie zawsze czytelnych rękopisów, zaistniały czytelne drukowane teksty.

Publikacja Magdy Umer, odsłaniając romans Agnieszki i Jeremiego pokazała iż uczucie tych dwojga posłużyło jedynie czytelnikowi. Zaowocowało pięknymi, poetyckimi listami

i tekstami piosenek o miłości którymi będą zachwycać się również następne pokolenia.

Chłopięce lata

„Chłopięce lata” otwierają autobiograficzny cykl J.M. Coetzeego, pisarza południowoafrykańskiego, dwukrotnie uhonorowanego Nagrodą Bookera, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Na stronach książki poznajemy 10-letniego Johna mieszkającego na przedmieściach Worcester, który (tak jak pisarz) ma ojca prawnika i matkę nauczycielkę. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, zachowany jest pewien dystans, niemniej nie przeszkadza to nam wnikliwie poznać myśli i przeżycia chłopca. Czuje się inny, odmienny. Często o sobie myśli, że jest nienormalny, a obwinia za to matkę. Ma jej za złe, że stworzyła dom, w którym ojciec nie jest głową rodziny, a na pierwszym miejscu są dzieci. Wolałby, aby ojciec go bił, nie bałby się wówczas tak bardzo wywołania do chłosty w szkole. Poza tym o jego odmienności stanowi fakt, że nosi buty, co jest mało powszechne wśród chłopców, a także chodzi do biblioteki. Może również opuszczać szkołę, gdy jest chory. Ma też pewien sekret, którego absolutnie nikomu nie może zdradzić – lubi Rosjan. Nie chcąc narazić się na ostracyzm, pilnie strzeże tej tajemnicy. Niezwykle skomplikowany jest jego stosunek do matki. Irytuje go jej nadopiekuńczość, drwi z niej, źle ją traktuje, a jednocześnie potrzebuje jej wsparcia, jest jego opoką. Ma jakby dwa oblicza, w szkole najlepszy uczeń, potulny, niesprawiający kłopotów. W domu okrutny dla matki. Nie lubi ojca, wręcz nim pogardza. Jedyne dla niego chwile szczęścia, to te spędzone na farmie u rodziny ojca. Poznając codzienne życie chłopca przekonujemy się jak w latach czterdziestych XX w. Republika Południowej Afryki była silnie zhierarchizowana. Na szczycie drabiny społecznej byli Anglicy, następnie Afrykanerzy, Mulaci i tubylcy. Jeszcze bardziej widoczne jest to, gdy rodzina przeprowadza się do Kapsztadu. Tam nie pomagają nawet wzorowe świadectwa chłopca. Aby dostać się do dobrej szkoły, należy mieć koneksje, a oni ich nie mają. W końcu dostaje się do katolickiej szkoły pod wezwaniem Świętego Józefa, gdzie przyjmuje się wszystkich, obsługując kategorię nie najniższą, ale drugą od końca. Chłopiec i matka zostają bezceremonialnie uświadomieni, że w Kapsztadzie różne kategorie ludzi chodzą do różnych szkół. John szybko stwierdza, że w Kapsztadzie marnuje czas. W Worcester chodził do szkoły z obawą, lecz zarazem z radosnym podnieceniem. Fascynowało go, że każdego dnia dowiadywał się czegoś ważnego o okrucieństwie, bólu i nienawiści. Wiedział, że dzieją się rzeczy złe, wręcz niedopuszczalne. W Kapsztadzie nie dochodzą do głosu wielkie namiętności. Tutaj szkoła nie wyostrza jego umysłu, tylko go ogłupia, pomniejsza go i skarla.

„Chłopięce lata” to zapis dzieciństwa, które nie było na pewno idylliczne. Złośliwość w stosunku do rodziców, liczne lęki przed kompromitacją, wiele zahamowań, burskie nazwisko, które zamyka wiele drzwi w tak podzielonym kraju, to wstęp do kolejnej części cyklu pt. „Młodość”.

Recenzja książki "Niebko" Brygidy Helbig

Nie znam zabawy w niebko. Nieliczni klubowicze, np. pochodzący z Lubelskiego, przyznali, że bawili się w dzieciństwie, tworząc mozaiki ze szkiełek i  zakopując je w tajemnych miejscach.

W powieści Brygidy Helbig autorką układanki jest Marzena, córka Wilhelma Kellera – potem Waldka Kelera – pochodzącego z S. koło Bandrowa potomka Niemców galicyjskich i Basi Drzewuckiej z okolic Nowogródka. Mieszka w Londynie, jest rozwiedziona, ma dorosłą córkę Milenę i znajduje się chyba w trudnym momencie swojego życia ( depresja? ). Helbig pisze o niej: „Cierpiała na niemoc, na smutek”. Próba poszukiwania korzeni, własnej tożsamości ma być dla niej może swoistym rodzajem terapii. Składa więc i wklepuje do komputera rwące się fragmenty wspomnień ojca i matki, nakładając na to własne obrazy z dzieciństwa.

Taka właśnie jest kompozycja powieści, trudno tu o chronologię zdarzeń. Historie obu rodzin przeplatają się, ktoś coś dopowiada, uzupełnia, poprawia: „Każde z nich zapamiętało wspólną przeszłość inaczej”.  A była to niełatwa przeszłość, przypadła na czas II wojny światowej, a miejsce zamieszkania Kellerów i Drzewuckich było szczególnie dramatycznym terenem.

Jednak powieść jest w sumie pogodna, kolejne etapy wędrówki rodzin są przedstawione dość łagodnie, bez epatowania nieszczęściami. Opuszczenie na zawsze stron rodzinnych, tułaczka – Kazachstan, Wielkopolska, Odessa, Szczecin – pokazują, że było ciężko, ale dało się żyć. Pisarka koncentruje się na losach rodzin, nie na bohaterach. Pojawia się ich bardzo wielu, ale tak naprawdę są nakreśleni ogólnie, kilkoma kreskami, trudno byłoby ich scharakteryzować, powiedzieć o nich coś więcej. Nie uważam tego za zarzut, myślę, że taki był zamysł autorki, chcącej swych bohaterów przeprowadzić  z Kresów do Szczecina, gdzie połączą się losy Drzewuckich i Kelerów, a potem jeszcze przejść z nimi cały PRL i dojść do upadku komunizmu i czasów współczesnych. Książka nie jest aż tak obszerna, by zmieścić w niej jeszcze portrety psychologiczne postaci.

Uważam jednak, że to ciekawa powieść. Dzięki niej dowiedziałam się o Niemcach galicyjskich, wcześniej nic nie wiedziałam o istnieniu takiej grupy narodowościowej na naszych terenach. Również tematyka przesiedleń Kresowiaków do Szczecina jest chyba mniej znana niż losy tych, którzy trafili na Dolny Śląsk czy do Wrocławia. Tak się złożyło, że niedawno omawialiśmy „Bambino” Iwasów, gdzie miejscem akcji też jest Szczecin, który stał się przystanią i dla jej bohaterów.

„Niebko”, jak zastrzega Brygida Helbig, jest fikcją literacką, czy aby na pewno pisarka trochę nie kokietuje czytelnika. Zaznacza bowiem, że wzbogacające powieść wspomnienia Heinricha Wolfa pochodzą z archiwum Wilhelma Kellera (! ), dziękuje też rodzinie i przyjaciołom za opowieści z lat minionych. Cóż, może to faktycznie taki kolaż ułożony z różnych wspomnień, po prostu „niebko”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja DKK przy MGBP w Uniejowie- Jak zabić nastolatkę ( w sobie)?..

Główną bohaterką książki Jak zabić nastolatkę ( w sobie)?..  autorki Małgorzaty Gutowskiej- Adamczyk jest kobieta po czterdziestce, która opowiada o swych przeżyciach. Bohaterka dzieli los wielu kobiet, którym doskwiera pozornie tylko unormowane życie, pełni tutaj rolę matki i żony. Akcja książki dzieje się nad polskim morzem, a dokładnie bohaterka mieszka w hotelu przy plaży, w pokoju z widokiem na zachód słońca. Kobieta pragnie zmian w swoim życiu, bo jeśli tego nie zrobi zostanie zwykłą kurą domową, zwykłą opiekunką dwójki dzieci. Ma ona poczucie, że gra obcą rolę w cudzym życiu. Czytając książkę odnosi się wrażenie, że bohaterka jest zmęczona i znużona życiem. Autorka opisuje bardzo zabawne, zaskakujące sceny, często rozbawiające czytelnika, myśli i refleksje kobiety. Największe wrażenie robią zabawne sceny, a przede wszystkim język który bogaty jest w śmieszne sformułowania i puenty. Książka godna jest polecenia dla osób, które lubią zabawne historie.

Brzechwa nie dla dzieci

Książka Urbanka Brzechwa nie dla dzieci – w samej rzeczy, jednoznacznie wskazuje w domyśle na adresata: Brzechwa dla dorosłych. Jako dorosły czytelnik nie jestem admiratorem ani  biografii Brzechwa nie dla dzieci, ani twórczości i życia samego Brzechwy. U podstaw konstrukcji książki znajdujemy pozbawione ognia polemiki fragmenty z życia Brzechwy, które Urbanek dokładnie relacjonuje. Jednakże samo kolekcjonowanie faktów, układane w historię życia Brzechwy – ściśle powiązane z dziejami jego twórczości – wydaje się zadaniem jeśli nie jałowym, to mało ambitnym. Tak naprawdę nie znajduje się nic, albo prawie nic, co wieńczyłoby zebrane fakty opatrzonym odautorskim komentarzem, głębszą refleksją. Ten sposób prezentacji życia i twórczości Brzechwy określa się w krytyce literackiej jako patrzenie bierne. Gdyby istniało tylko patrzenie bierne, to świat ograniczałby się do jakiegoś chaotycznego zbioru punktów przedstawianej rzeczywistości. Warto odwołać się do słów Platona, kiedy wskazuje na patrzenie aktywne, które interpretuje patrząc, i patrzy, interpretując. Każdy artysta, każdy intelektualista musi w opisywanej rzeczy widzieć nie tylko punktowe wydarzenia, lecz odkrywać jej skrywaną głębię. Tego elementu brak mi jest w książce Urbanka.  Jego słowa odbieram jako martwe, albowiem tylko stwierdzają, jednakże lepsze są dla mnie słowa, które powołują do życia, są spiritus movens moich przeżyć i refleksji. Drażni ton nieudolnej - bądź pozbawionej dobrej woli -  próby Urbanka usprawiedliwiającej Brzechwę w obliczu różnorodnych ocen krytyki jego twórczości.   Nie można zgodzić się ze słowami, kiedy pisze: „Z uwagi na skrajnie różne opinie, poeta miał prawo nie rozumieć, czego właściwie nowa Polska od niego oczekuje.” Otóż nie. Poeta musi mieć zdolność rozumienia świata, w którym żyje. Albo poetą się jest, albo nie jest. Autentycznym pierwiastkiem i źródłem inspiracji poetyckiej twórczości jest umiejętność precyzyjnej obserwacji świata, odróżniania tego co dobre od tego co złe. Pozbawiona głębszej analizy wzmianka o zagubieniu Brzechwy w peerelowskiej rzeczywistości jest słabą stroną książki Urbanka. Nie wzruszają Urbanka wszelkie krytyczne i rzeczowe uwagi Stefana Kisielewskiego, Zbigniewa Herberta i wielu innych przedstawicieli polskiej kultury obnażające  twórczość Brzechwy, która utknęła w martwych serwilistycznych peerelowskich formułach. Naznaczone brakiem znajomości sztuki współczesnej refleksje, porównywanie przemówień kacyka partyjnego Władysława Gomułki z najwybitniejszymi utworami kultury narodowej kompromitują Brzechwę, który jak gąbka nasiąka farbą „poprawnej” politycznej sceny i przejawia w pełni swoją negatywną i zażartą wierność wobec współczesnych mu wydarzeń. Dopiero w sytuacji jednoznacznie oczywistej, by ratować swój honor, zauważa Urbanek: „Brzechwa musiał wiedzieć, że porównując przemówienie kaleczącego język polski partyjnego kacyka z najwybitniejszymi utworami kultury narodowej kompromituje się.”Nie razi go jednak brak u Brzechwy zrozumienia elementarnej siły współczesnej literatury, której w dojmująco złośliwy sposób przykleja etykietkę „wydupniałość”. Zamiast intelektualnej głębi znajduje Brzechwa w niej „wewnętrzną próżnię”. Czyżby zatem jedynie język peerelowskiej propagandy posiadał dla Brzechwy i Urbanka moc twórczą, rozjaśniającą umysły ludzkie?

Prawdą jest, że każdy ma takiego biografa, na jakiego sobie zasługuje. Przecież już z samego znaczenia pseudonimu ‘Brzechwa’, którym obdarzył go kuzyn Bolesław Leśmian, - część strzały - wynika, że pisarz powinien wyzwolić się z  ramion powszechnie obowiązującej ideologii, i, jak strzała, przebijać jej powłokę, by dostać się do jej ukrytego wnętrza. Wielki poeta angielski Thomas Stearns Eliot pytał: „Mamy informacje, ale gdzie jest wiedza”.  Brzechwa tworzy literaturę nieprzekraczającą normy ustalone przez peerelowską rzeczywistość.  „Pokój i plan sześcioletni” są mu milsze niż poetyckie obrazy, które mają moc obnażania prawdziwej tożsamości Polaków. Nie dziwi zatem głos krytyki, która w poezji Brzechwy widzi „deklaranckie i wodolejskie” slogany, zaś wynoszenie ich na sztandary poezji powoduje jej spłaszczenie. Śmieszne i tragiczne zarazem wydają się mi słowno-językowe igraszki poezji Brzechwy, pozbawione wysubtelnionego  poczucia głębi, zbudowane „wyłącznie – jak ocenia jeden z krytyków – z popularnych haseł publicystycznych”. Książce Urbanka zarzucić można brak wyostrzonego stanowiska wobec konstrukcji postaci Brzechwy, którego życie i twórczość wyraźnie wpisują się w peerelowski klimat społeczno-polityczny. Powody, jakie skłaniały ludzi do współpracy z rządami totalitarnymi były różne: niektórzy wierzyli w ideologię, inni chcieli „coś” znaczyć w społecznej hierarchii, a jeszcze inni byli szantażowani i zastraszani. Czy któryś z tych powodów może usprawiedliwić życiorys Brzechwy, jego zdradę wszystkich ludzi walczących o wolną Polskę? Jest to sprawa indywidualnego sumienia każdego z nas. Utknięcie w pułapce nienawiści prowadzi donikąd. Po lekturze książki Urbanka pozostaje wrażenie, żepoza staranną kroniką wydarzeń biograficznych nie znajduję autonomii myślenia jej autora, która w obliczu różnorodnej krytyki wnosiłaby obok kronikarskiej ambicji własne wiano w stan jego intelektualnego, artystycznego i duchowego rozeznania wokół życia i twórczości Brzechwy.

 Czesław Płusa

DKK przy Filii Nr 18 MBP Łódź-Bałuty

 

 

Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki, pisarz nietuzinkowy, który jak sam twierdzi, nie umie pisać zamknięty. Przyznaje, że najlepiej pisze mu się w pociągu, w Warsie, kiedy kelner go popycha i wylewa na niego kawę. Nie cierpi oazy do tworzenia. I takie są właśnie jego opowiadania z tomu „Śmierć czeskiego psa”. Chciałoby się porównać, że jak mówi, tak pisze. Czytając jego teksty ma się przed oczami postać autora, jego sposób mówienia pobudzony, dosadny, dowcipny. Jego zdaniem pisarz to „showman, który inteligentnie bawi publiczność”. I choć zastrzega, że żenują go tak zwane głębokie tematy, to jego twórczość na pewno nie jest banalna i infantylna. Opisuje rzeczywistość w sposób niezwykły. Jego bohater z pozoru prostacki i niezbyt wyrafinowany, obnaża obyczajowe i estetyczne konwencje. Groteskowo i prowokacyjnie opowiada o rzeczach przyziemnych, ale w sposób niesamowity. Zbiór podzielony jest na „Teksty pierwsze” i „Teksty drugie”. W moim odczuciu pierwsze są lepsze. Atakują absurdem, szyderstwem. Napisane w ascetycznym stylu, krótkimi, informacyjnymi zdaniami. Autor bawi się językiem, który choć wulgarny nie razi, giętki i mięsisty, dosadnie przekazuje treść. W „Tekstach drugich” skupia się bardziej na postaciach znanych z historii, jak m.in. Andersen czy Joyce i nie są to obrazy pochlebne. Ale wszystko razem czyta się znakomicie.

Uparte serce

Haliny Poświatowskiej zapewne nikomu przedstawiać nie trzeba. Wrażliwa poetka, przedwcześnie zmarła, której życie naznaczyła choroba. Tyle mniej więcej wiemy. Kalinie Błażejowskiej udało się zrobić coś niebywałego. Opierając się na listach, wspomnieniach, opracowaniach biograficznych, przedstawiła życie Poświatowskiej dzień po dniu, świat widziany jej oczami. Wykonała ogromną pracę, by opowiedzieć o poetce od nowa. Szukała materiałów nie tylko w Polsce, ale też w Waszyngtonie, Filadelfii, Nowym Jorku, Bostonie i Toronto. Z listów, pocztówek, wierszy, prozy, zdjęć, dokumentów i wspomnień udało się stworzyć takie opisy i dialogi, że mamy przed oczami Poświatowską i jej otoczenie, jak byśmy oglądali film. Oto kobieta rozdrgana, niestabilna emocjonalnie. Uparta i nielicząca się z nikim i z niczym. Egoistyczna, niewdzięczna, kochliwa. Chciała żyć intensywnie, wbrew ograniczeniom narzucanym przez chorobę. A w  pisaniu niepewna swojego talentu, wciąż poprawiająca napisane już i wysłane do druku teksty. Popadająca w depresję, chimeryczna, a jednocześnie tak bardzo zachłanna życia. Ta powieść biograficzna pozwala nam „wejść w skórę” poetki. I choć autorka zastrzega, że niektóre fragmenty książki są nie tyle pewne, ile prawdopodobne, to mamy wrażenie, że niezwykle dokładnie poznajemy psychikę Poświatowskiej. Nie bez znaczenia jest też całe tło społeczno-polityczne czasów PRL-u, które przy okazji też poznajemy. Poetka miała niezwykle barwne życie, mocne, intensywne i choć zdawała sobie sprawę, że to jej sercu szkodzi, nie potrafiła inaczej. Wolała żyć krótko, ale na swoich zasadach.

„Uparte serce” zdecydowanie warto przeczytać. To bardzo dobrze i przyjemnie spędzony czas. A przy okazji poznajemy Poświatowską tak jak jeszcze do tej pory nie było możliwe.

Recenzja książki "Gwiazdy kina PRL" S. Kopra

Najpierw była seria książek o dwudziestoleciu międzywojennym, która cieszyła się wielkim powodzeniem. Po niej Sławomir Koper sięgnął do epoki PRL-u i znów sukces wydawniczy. Wszyscy, no może większość, lubią czytać o znanych ludziach, zwłaszcza jeśli jest to podane przez autora, który, jak sam mówi, ma ambicje popularyzatorskie, nie zaś historyczne czy naukowe. Jego książki określa się też jako „historyczny pudelek”. Myślę, że nie ma w tym złośliwości.

Autor, przypomnijmy to, został odznaczony srebrnym Krzyżem Zasługi za popularyzację historii w społeczeństwie. Zasługi dla rozwoju czytelnictwa też należy mu przypisać. Wszak na jego książki są długie kolejki w bibliotekach.

Piąta z kolei pozycja o elitach PRL-u to wyprawa w świat gwiazd kina. Jak zwykle autor we wstępie wyjaśnia swoje wybory dotyczące bohaterów, pisze o korzystaniu ze źródeł IPN-u, które traktuje z wielką ostrożnością świadomy tego, jak mogły być wytwarzane.

W siedmiu rozdziałach przedstawia najpierw ogólnie świat filmu Polski Ludowej, a potem sześć jego gwiazd: Andrzeja Wajdę, Tadeusza Łomnickiego, Bogumiła Kobielę, Jerzego Skolimowskiego, Daniela Olbrychskiego i Beatę Tyszkiewicz.

Mimo zdjęcia na okładce i nazwiska na jej czwartej stronie, o Poli Raksie jest niewiele, choć to ona została uwieczniona w najsłynniejszej piosence zespołu Perfekt „Autobiografia”. Może to dlatego, że aktorka „zazdrośnie strzeże swojej prywatności”.

Sławomir Koper stara się swych bohaterów przedstawiać obiektywnie, nie oceniać ich, przytacza liczne anegdoty, fakty, dociera do różnych źródeł. Czasem wyciąga jakieś nieścisłości w datach czy zdarzeniach. Pisze z sympatią o gwiazdach, które w latach PRL-u naprawdę „mocno świeciły”. Filmy cieszyły się wielkim powodzeniem, przed kinami ustawiały się długie kolejki po bilety. Cóż, nie nadeszła jeszcze era telewizji, nie mówiąc już o komputerach.

Dzięki książce Kopra można poznać wiele faktów czy też ploteczek dotyczących życia prywatnego gwiazd, ale i zdarzeń związanych z kręceniem filmów, realiami PRL-u, problemami z cenzurą. Pozornie wydaje się to wszystko barwne i fascynujące. Może faktycznie świat gwiazd taki był na tle tej, w sumie szarej i siermiężnej, rzeczywistości tamtych lat.

Andrzej Wajda, Beata Tyszkiewicz, Daniel Olbrychski, Jerzy Skolimowski to wciąż aktywni ludzie filmu. Wspaniali, Tadeusz Łomnicki i Bogumił Kobiela, odeszli.

Sławomir Koper swą książką przypomina czasy, gdy „za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał” i gdy całe społeczeństwo dyskutowało o tym, czy Olbrychski może zagrać Kmicica. Ech… łza się w oku kręci.

 

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi