Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Dym się rozwiewa

Jacek Milewski, współzałożyciel i dyrektor jedynej w Polsce szkoły dla dzieci romskich, działającej od 1993r.  w Suwałkach. Autor publikacji i reportaży poświęconych przede wszystkim tematyce cygańskiej. Jako znawca kultury cygańskiej i traktowany przez tę społeczność jak swój, napisał książkę, którą chciał obalić stereotypy jakimi myślimy o Cyganach. Pokazał ich codzienne życie, zwyczaje, troski i filozofię. Nie ujawnił wszystkiego co wie, bo tak jak Papusza, byłby wyklęty za to, że "zdradził". To zamknięta społeczność, która chroni swoje tajemnice. Milewski występuje raz w roli bohatera opowieści, raz w roli narratora, a czasem zupełnie oddaje głos Cyganom. Ciekawym zabiegiem jest umieszczenie pamiętnika 10-letniego chłopca, który na naszych oczach coraz lepiej pisze po polsku i rozkwita wiedzą. Wszystkie te opowieści mimo swej fragmentaryczności, są niezwykle barwne, "żywe", nasycone emocjami. Sprawnie napisane nie nużą i choć żadnej nowej wiedzy o Cyganach nie wnoszą, to warto zanurzyć się w ten świat i poznać bohaterów Jacka Milewskiego.

"Do ciepłych krajów"

Paweł Wróblewski to człowiek mający ogromne samozaparcie, wytrzymałość fizyczną oraz cechę, którą chciałby posiadać chyba każdy z nas – nie boi się spełniania własnych marzeń. Postanowił przemierzyć samotnie Afrykę na rowerze i dokonał tego. Mimo wielu niepowodzeń, przykrych sytuacji i nieprzewidzianych kłód, które „spadały mu pod koła” nie poddał się i osiągnął swój cel. Właśnie o tej podróży opowiada książka „Do ciepłych krajów” jego autorstwa. Jest to lekka, lecz interesująca lektura podróżnicza dla wszystkich, którzy marzą o dalekich wyprawach, ale z jakichś względów (materialnych czy osobistych) nie mogą urzeczywistnić swoich planów. Spoglądając na okładkę nie spodziewałam się niczego szczególnego, jednak lektura pozytywnie mnie zaskoczyła. Jedynym minusem jest brak zdjęć, jednak opisy są tak realistyczne, że rekompensują to w zupełności. Czytając ją miałam wrażenie, że sama jadę rowerem przez „Czarny Ląd” – zmartwienia, problemy i troski bohatera mocno pobudzają wyobraźnię. A przecież właśnie o to w książkach chodzi, abyśmy mogli zbudować swój subiektywny obraz sytuacji. Książkę polecam gorąco, szczególnie na zimowe wieczory, kiedy pozostaje nam rozgrzać się wyobraźnią.

Recenzja książki "Europejka" Manueli Gretkowskiej

Minęło 10 lat od naszego wejścia do Unii Europejskiej. Dziennik Gretkowskiej zawiera zapiski z kilkunastu miesięcy poprzedzających to wydarzenie. Oczywiście jej komentarze do aktualnych spraw polityczno – społecznych to tylko część książki. Dużo miejsca poświęca swemu życiu rodzinnemu, pisze o macierzyństwie, kupowaniu domu, samochodu. Wiele jest refleksji na temat mediów, literatury, muzyki. Ot, takie zwykłe sprawy widziane oczyma pisarki, która często jest określana jako skandalistka. Tym słowem otwiera „Europejkę”, dodając zaraz, że przecież „tak dba o normalność siebie i rzeczy”.

 

Faktycznie, gdy czyta się jej książkę, nie widać, by unosiła się nad nią atmosfera skandalu. Już fotografia na okładce przedstawia stateczną rodzinę w strojach sprzed lat, zapiętą na ostatni guzik. Owszem, będzie też o sprawach intymnych, będą dosadne, a nawet wulgarne wyrazy, ale skandalistka? Ależ skąd, troskliwa matka dość absorbującego dziecka, dająca sobie co jakiś czas wolne na kino, ulubione sushi, pogaduszki z przyjaciółką czy wyciszenie w kościele.

 

Komentarze Gretkowskiej są barwne i dowcipne, włącza też ładne metafory. Mnie najbardziej podoba się ta o herbacie: „wywar z czasu: trzy, pięć minut nasiąkniętych wiecznością”.

Czyta się „Europejkę” bardzo dobrze, bawiąc się, a niekiedy irytując. Pisarka np. często przywołuje w swych zapiskach Muńka Staszczyka, uważając, że jest wciąż obecny w mediach. Wypomina mu „przerośniętą chłopaczkowatość”, która ją drażni w „muńkowatości”. Uwzięła się na niego?

 

Krytycznie ocenia Polskę i Polaków. Uważa swoich rodaków za trochę niedouczonych. W sumie, kiedy widzę, jakich autorów Gretkowska czyta, zaczynam mieć kompleksy: Catherine Millet, Loyola, Ken Wilber, Newton, Houellebecq. Mam się poczuć niedouczona?

 

Zastanawiam się, czy pisarka jest szczera w swym dzienniku, a może po prostu kreuje siebie. Wydaje mi się, że tej kreacji jest chyba więcej.

Zatem po 10.latach w Unii to już na pewno „Europejka” nie „Polka”.

Cesarz Ryszard Kapuściński DKK Rawa Maz.

Cesarz
Ryszard Kapuściński
Czytelnik Warszawa 1982

Wrześniową lekturą w moi  oddziale DKK  był Cesarz pióra Ryszarda Kapuścińskiego, zwanego nomen omen cesarzem reportażu. Dobrze się stało, gdyż gdyby nie DKK, sam raczej bym po tę książkę nie sięgnął. Nie z powodu nieznajomości autora, ale raczej z powodu zbyt dużej podaży książek wartych poznania w stosunku do ilości czasu, którym dysponuję.

Ryszard Kapuściński (1932-2007) polski reportażysta, publicysta, poeta i fotograf, całkowicie zasłużył swym dorobkiem na zaszczytny, wspomniany wyżej przydomek. O wielkości jego pióra świadczy chociażby to, że obok Stanisława Lema jest chyba najczęściej tłumaczonym na języki obce z naszych pisarzy. Niektórzy zarzucają mu, iż współpracował z tajnymi służbami PRL, ale nie miejsce tutaj na takie bzdury. Temat realiów świata demoludów jest skomplikowany, i można o nim długo, a nawet trzeba długo, jeśli nie ma być tylko propagandowym odmóżdżaniem, ale dotyczy co najwyżej oceny człowieka. Mieszanie tej problematyki z oceną twórczości jest, delikatnie mówiąc, infantylne. To tak, jakby oceniać doskonałość konstrukcji samochodu czy piękno rzeźby przez pryzmat poglądów politycznych ich twórcy. Jest to co najmniej nielogiczne. Albo konstrukcja jest udana, albo nie. Albo rzeźba zachwyca, albo nie. Podobnie z literaturą.

Do Cesarza podszedłem niczym tabula rasa. Nie pamiętając już nawet co i kiedy było moim ostatnim czytelniczym spotkaniem z Kapuścińskim, bez dowiadywania się, o kogo chodzi w tej książce; kim jest tytułowy Cesarz i jakie zebrała ona po pierwszej publikacji (1978) recenzje. Potem, po skończonej lekturze, doczytałem, iż właśnie ten reportaż, bo to jednak reportaż, choć unikalny w formie, pozwolił Ryszardowi Kapuścińskiemu zabłysnąć w literaturze faktu na skalę międzynarodową; był to jego pierwszy naprawdę wielki sukces doceniony już przez współczesnych. To jednak tylko taka dygresja. Wróćmy do początku.

Od pierwszych stron dowiadujemy się wszystkiego; Cesarz to Haile Selassie I, władca Etiopii w latach 1930 – 1974 (zm. w 1975). Historia, o jakiej książka opowiada, to specyfika jego panowania ze szczególnym naciskiem na okres ostatni i czas upadku (w wyniku prokomunistycznego puczu wojskowego kierowanego przez Mengystu Hajle Marjama). Temat teoretycznie ciężki, jednak od samego początku poznać pióro Mistrza. Rzecz, która w innym wydaniu byłaby przygnębiająca, czyta się lekko, niczym komedię, groteskę lub bajkę. Gdyby zmienić nazwiska, nazwy i daty, równie dobrze mogłaby to być powieść science fiction, baśń lub klasyczna tragedia, antyutopia czy cokolwiek innego. Kapuściński ubrał całość w formę zbioru luźnych opowieści; wspomnień osób z personelu nieistniejącego już Pałacu, połączonych ze sobą tylko osobami dwóch cesarzy. Cesarza bohatera tych przypowieści, czasami nieledwie anegdot, oraz cesarza reportażu, który ich wysłuchał i zapisał słowa o świecie, który przeminął. Zapisał pięknie, miejscami wierszowaną prozą, pięknym zaiste stylem. Niektórym ten język wydaje się sztuczny, ale w moim odczuciu ten zabieg, celowy i przemyślany, dodaje autentyzmu. Wspominają o tym zresztą ci, którzy wypełnili książkę treścią, czyli niedobitki minionego ustroju, którzy cudem uniknęli więzienia i śmierci podczas politycznej zmiany warty. W swych opowieściach niejednokrotnie wspominają, iż Pałac wywoływał natychmiastową zmianę w zachowaniu, wyglądzie, a pewnie i wysławianiu się osoby, która doń wstępowała. Uważny obserwator widzi to i w naszych czasach, i w naszych realiach. Księdza czy polityka z niektórych kręgów można bez pudła poznać po sposobie mówienia, po rytmie i intonacji, po melodii jego języka i specyficznych formach, których używa. To właśnie, oddanie klimatu i, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, piętna kultury korporacyjnej, , udało Kapuścińskiemu udało się po mistrzowsku.

Cesarstwo Haile Selassie upadło. Przeminęły i rządy tych, którzy mu władzę odebrali. Ustrój, w którym żył i tworzył Kapuściński też już nie istnieje. Wszystko przemija, a książka ta budzi w czytelniku nie mniej żywy odzew niż w roku 1978. Dlaczego?

Cesarz to opowieść o władzy. Wydawać się nam może groteskowy, jego świat okrutny, a rozstrzygnięcia decydentów idiotyczne. Do czasu jednak, aż spojrzymy dookoła i skonstatujemy, iż biorąc pod uwagę nasze realia, położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne i ekonomiczne, być może jesteśmy świadkami i uczestnikami jeszcze większej degrengolady niż ta, która poprzedziła upadek Cesarstwa Etiopii. Łatwo zobaczyć, że mechanizmy sprawowania władzy pokazane w Cesarzu, niczym w krzywym zwierciadle, są ponadczasowe, podobnie jak obojętność tych na górze wobec problemów tych na dole. To samo było w Cesarstwie Rzymskim, to samo w IVRP. Oczywiście entourage się zmienia, ale szkielet i maszyneria, która wprawia go w ruch, pozostają wciąż, od tysiącleci, te same. Nie zmienił tego ani Jezus, ani Stalin. Nie dała temu rady żadna rewolucja. Jedyna szansa być może w ewolucji, w czymś na wzór szwedzki, ale jak mawiał Lenin, warunkiem tej drogi jest bogactwo, więc dla większości jest zamknięta. I choć Kapuściński tak daleko nie sięga, a może właśnie dlatego, że powstrzymuje się od wszelkich ocen i komentarzy pozwalając opowiadać swym rozmówcom tak, jak oni wszystko widzą lub chcą widzieć, książka absolutnie się nie zestarzała. Wręcz przeciwnie. Każda mijająca epoka, która tak naprawdę niczego nie zmieniła z wyjątkiem zmiany lukru na wielkim torcie zwanym władzą, dodaje Cesarzowi nowej aktualności i większej autentyczności. Jest to też opowieść o istocie natury ludzkiej, którą dużo trudniej zmienić na lepsze niż ustrój, o tym co przemija, i o tym, co zmienić jest prawie niemożliwym. Książka, która każdemu daje do myślenia i która nikogo nie pozostawi bez reakcji. I choć refleksje na pewno są różne, a może właśnie dlatego absolutnie i zdecydowanie polecam

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

Zabić drozda Nelle Harper Lee DKK Rawa Maz.


Zabić drozda
Nelle Harper Lee
Gdybym wcześniej przeczytał jakąś recenzję powieści Zabić drozda, jedynej książki, jaką wydała Amerykanka Harper Lee, pewnie nieprędko bym po nią sięgnął. Gdybym przeczytał dwie, musiałbym przeczytać więcej, a wtedy sam nie wiem, gdyż każda mówi jakby o innej książce. Na szczęście kiedyś Skoda, chwała wieczna jej za to, zasponsorowała konkurs czytelniczy w serwisie LubimyCzytać.pl i wybór dzieł, które wytypowano do oceniania oraz recenzowania w ramach owego współzawodnictwa, stał na naprawdę wysokim poziomie. Był to po prostu niezwykle udany zestaw must read. Wspomniana amerykańska autorka ze swoim dziełem też się znalazła w owym zestawieniu i choć nie przeczytałem Zabić drozda w ramach wspomnianego wyzwania, gdyż nie lubię czytać na zamówienie i na czas, o ornitologicznym tytule nie zapomniałem.

Czy można opublikować tylko jedną powieść w życiu i stanąć od razu, a zarazem na zawsze, w gronie najlepszych piór świata? Można. Jak w dawnej maksymie życiowej, o której już teraz mało kto pamięta: rób raz, a dobrze. Buduj i pisz tak, jakbyś miał żyć wiecznie, żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Pani Nelle Harper Lee wydała tylko jedną powieść, i przyniosła jej ona nie tylko sławę, Nagrodę Pulitzera i Prezydencki Medal Wolności oraz wiele innych honorów, ale przede wszystkim wieczne miejsce w historii literatury i sercach czytelników, którego zazdrościć jej mogą nawet laureaci Literackiej Nagrody Nobla. Kim jest ta skromna pani, obecnie już starowinka, która w 1960 roku stworzyła dzieło, które dziś rzuciło mnie na kolana, podobnie jak wielu innych przed mną, i która przez swą skromność i postawę jawi nam się trochę jak ktoś z nie tego świata?

Nelle Harper Lee urodziła się w 1926 roku. Dorastała w zapadłej dziurze na Białym Południu jako najmłodsza córka wydawcy lokalnej gazety, który był jednocześnie miejscowym prawnikiem i praktykował w latach od 1926 do 1938. Oczywiście byli Białymi. Zanim jej ojciec został formalnie przyjęty do palestry, bronił dwóch Czarnych, ojca i syna, oskarżonych o zabójstwo białego sklepikarza, ale obaj zostali skazani i powieszeni. Lee od najmłodszych lat była pożeraczem książek, a jej najlepszym przyjacielem od lat dziecięcych był sąsiad, młody Truman Capote (Truman Streckfus Persons), który wyrósł na znanego amerykańskiego pisarza. W przeciwieństwie do swej koleżanki z podwórka tworzył wiele.

Znając już choćby ten pobieżny początek biografii naszej pisarki nietrudno się domyślić, iż choć fabuła powieści Zabić drozda jest fikcyjna, zawiera w sobie wiele wątków autobiograficznych i obrazów z dzieciństwa autorki. Główną postacią opowieści jest ośmioletnia Smyk* Jean Louise Finch, prawdziwa chłopczyca, młodsza siostra Jeremy’ego Atticusa Fincha zwanego Jem. Są półsierotami wychowywanymi przez ojca Atticusa Fincha, który jest białym prawnikiem, oraz czarną nianię. W małym, nieco zabitym dechami, miasteczku lat trzydziestych problemy rasowe wydają się uśpione. Nie ma tam Klanu, nie ma zbuntowanych Czarnuchów i każdy zna swoje miejsce. Do czasu, aż jeden z Czarnych zostaje oskarżony o zgwałcenie Białej. Miejscowy sędzia na obrońcę z urzędu wyznacza Atticusa. Łatwo przewidzieć, iż sprawy zaraz zaczną się komplikować i nic już nie będzie takie jak było. Co jednak się będzie działo, tradycyjnie Wam nie zdradzę.

Na podstawie powieści w 1962 roku w reżyserii Roberta Mulligana nakręcono film fabularny pod tym samym tytułem z Gregorym Peckiem w roli Atticusa. Film został uhonorowany trzema Oscarmi i trzema Złotymi Globami. Obraz ten, podobnie jak wiele recenzji samej powieści, koncentruje się głównie na temacie początków walki z rasizmem na amerykańskim Południu. Jest to tylko jednak jeden z aspektów, które nadały książce tak wielką rangę w historii literatury i tak wyjątkowe znaczenie według mojej własnej oceny.

Są powieści świetne, są powieści rewelacyjne, są też prawdziwe dzieła. Jedne się zestarzeją i z upływem czasu przestaną przemawiać do czytelników, inne zachowają swą świeżość, swą moc poruszania serc i umysłów na wieki. Te ostatnie to arcydzieła. Obawiam się używać tego słowa, podchodzę do niego niczym pies do jeża. W tym jednak przypadku nie mam innego wyjścia. To jest arcydzieło w pełnym i najpoważniejszym znaczeniu tego słowa.

Powieść Harper Lee jest o rasistowskim południu Stanów. I jest o rasizmie w USA. O walce z nim też jest. Choć temat ten jest wciąż aktualny, i pewnie będzie zawsze na czasie, gdyż wiele narodów w każdej epoce ma swych Czarnuchów, tylko ich nazwy się zmieniają. Jest to jednak również pięknie odmalowany obraz lat trzydziestych na prowincji południa USA. Plastyczny, żywy, jak wspomnienia autorki, którymi przecież jest w istocie ta książka. Mamy też płaszczyznę kryminalną i sądową, owo zgwałcenie, oskarżenie, i to wszystko co z nich wynikło, a czego zdradzać nie będę, gdyż rozwój owych konarów wyrastających z pnia głównego przestępstwa jest całkiem odmienny od tego, czego się możemy spodziewać, a samo zakończenie owych wątków w pełni zaskakujące, niczym w świetnym kryminale. Można widzieć tu powieść obyczajową, gdyż rzeczywiście, tło i zwyczaje społeczne ukazane zostały z niezwykłym mistrzostwem, a postacie, którymi zaludniony jest świat tej powieści to prawdziwy popis przekonujących, dynamicznych i wyrazistych charakterów. Mamy jeszcze kilka innych, znaczących wątków, splecionych ze sobą, jak choćby tajemnica Artura "Boo" Radleya ukrywającego się przed światem w sąsiednim domostwie. Każdy ma znaczenie, każdy ma swą rolę w całości i nierozerwalnie jest z nią połączony. O czym więc jest ta historia?

O ludziach, i o życiu. O rodzinie i miłości. O tym, czym się różni człowiek od motłochu i o tym również, że motłoch składa się z ludzi. Tak naprawdę nie jest to powieść o latach trzydziestych, rasizmie i Ameryce. Wystarczy zmienić nazwiska, kraj i czasy, byśmy zobaczyli to, co odgrywa się wszędzie i zawsze. To przede wszystkim opowieść o odwadze. Nie tej głupiej, której może doznać nawet największy debil pod wpływem strachu lub propagandy, zwłaszcza gdy ma karabin w ręku i nie myśli o tym, iż za chwilę może skończyć jako kukła bez rąk i nóg, ale tej prawdziwej, która w imię wyznawanych wartości i samego człowieczeństwa wymaga, by stanąć do walki z góry skazanej na przegraną. By dzień po dniu, z tą świadomością, że konsekwencje trzeba będzie ponosić do końca życia, robić NAPRAWDĘ to, co się uważa za słuszne i prawe, za warunek bycia dalej porządnym człowiekiem w swoich własnych oczach, nawet bycia człowiekiem w ogóle. Tak jak Atticus NAPRAWDĘ bronił oskarżonego o gwałt Murzyna, choć wiedział, że wygrać nie może, a stanąć będzie musiał przeciwko całej społeczności. Właśnie. Czy na pewno całej? A może robił to dla swoich dzieci i tych wszystkich, których głosy ginęły w powszechnym wołaniu, by powiesić Czarnucha, ale jednak gdzieś tam byli i robili co mogli, choć nic zrobić nie było w ich mocy? Warto podkreślić, iż w przeciwieństwie do wielu innych zawodowych obrońców uciśnionych; goniących za chwałą lub pieniędzmi; prawników, polityków i duchownych, Finch nie zgłosił się sam do sprawy, która jest osią fabuły. Został do niej wyznaczony przez miejscowego sędziego jako obrońca z urzędu i choć wie, że wygrać nie może, zamierza nie tylko wypełnić formalny obowiązek, ale wypełnić go NAPRAWDĘ; zrobić wszystko, by spróbować osiągnąć niemożliwe. Dla oskarżonego, dla swych dzieci, dla samego siebie i swego sumienia, dla wszystkich, nawet tych, którzy go za to znienawidzą.

„Zabić drozda to największy grzech" – zdanie klucz do całej powieści. Dlaczego? Przeczytajcie sami. Odpowiedź poznacie w trakcie lektury niezwykłej, również z tego powodu, iż narratorem jest ośmioletnia Smyk. Mówi ustami dorosłej kobiety, która wspomina siebie sprzed lat, ale zarazem pamięta dokładnie jak wtedy czuła, jak mówiła, co rozumiała i w jaki sposób, która pamięta siebie samą wtedy. Niesamowity zabieg, który się pisarce udał z niezwykłym wyczuciem, bez śladu fałszu czy sztuczności.

Nie wiem na jakim poziomie są inne tłumaczenia i wydania, ale to, które miałem przyjemność poznać, mogę polecić, mimo kilku wpadek. Drozd na okładce, to nie żaden drozd, tylko kwiczoł. Też z drozdowatych, ale to tak, jakby nie odróżnić rudzika od kopciuszka lub kosa. Skąd ten błąd nie mam pojęcia. Jest też w samym tekście kilka omyłek różnych rodzajów, ale nie wpływają one znacząco na odbiór tej wspaniałej książki. Mądrej, pięknej, prawdziwie wychowawczej. Zwykle nie używam takich określeń, gdyż wydają mi się zbyt górnolotne, a teraz mam wręcz wrażenie, iż nie oddają w pełni wagi tego dzieła. Moim zdaniem jest to lektura, jakiej potrzebuje nasze społeczeństwo i nasze czasy. Każde społeczeństwo i każde czasy, jeśli nie chcemy by motłoch nadawał ton ludziom.

Co nam z lektur, które propagują walkę zbrojną w czasach, gdy nie ma z kim walczyć? Do kogo strzelać? Jak umierać i za co? Wymordować tych, którzy myślą inaczej, jak nawołują hasła na koszulkach „patriotów”? Zabić drozda pokazuje jak żyć, a to wbrew pozorom jest chyba najtrudniejsze, jeśli chcemy pozostać porządnymi ludźmi, gdyż to walka, której końca nie ma, i w której konsekwencje podejmowanych decyzji będą nas dotykać do końca naszej drogi na tym świecie. To walka najtrudniejsza, gdyż tych porządnych zawsze jest zbyt mało, a ostatnio u nas chyba wyjątkowy ich deficyt. Nomen omen – w Polsce centralnej do drozdów strzela się jak do wściekłych psów. Przypadek to, czy złośliwy chichot Pana Boga?

Jeszcze raz zachęcam do lektury i podkreślam, iż jest to jedna z najwartościowszych, najbardziej godnych polecenia książek jakie dotąd miałem w ręku. Przy tym czyta się ją z przyjemnością tak wielką, że aż nieprzyzwoitą w zestawieniu z powagą i wagą przemyśleń, które wywołuje

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

Artur Baniewicz Dobry powód, by zabijać DKK Rawa Maz.

Artur Baniewicz
Dobry powód, by zabijać
wydawnictwo: W.A.B. 2005

W październiku lekturą „obowiązkową”, w oddziale DKK do którego przynależę, była powieść Artura Baniewicza Dobry powód, by zabijać. Dotąd nie miałem do czynienia z prozą tego autora, lecz pozytywne opinie, jakie zebrały jego wcześniejsze powieści fantasy, dawały nadzieję na dobrą lekturę.

Pierwszym zgrzytem jest sama okładka, w moim odczuciu wyraźnie kiczowata i odwołująca się do niskich instynktów. Widzimy na niej zlepek dwóch lub trzech zdjęć ukazujących dwa elementy, które zawsze kojarzą się z dobrą sprzedażą, czyli broń palną symbolizującą przemoc oraz popiersie obnażonej kobiety w czymś w rodzaju ekstazy. Niestety, pani grafik (Magdalena Podgórska-Bartkiewicz) nie wykazała się odwagą i konsekwencją, i nie pokazała tego, co naprawdę kusi większość facetów, co sprawia, iż kalendarze wiszące we wszystkich warsztatach mechanicznych naszej sfery kulturowej wyglądają tak podobnie. Nie wspominam o wrażeniach, jakie taka grafika wywiera na potencjalnej czytelniczce.

Nico zniesmaczony okładką, przypominającą pierwszą stronę brukowca, rozpocząłem lekturę mając nadzieję, iż front to chwyt marketingowy, tani bo tani, ale niekoniecznie mający przełożenie na treść książki. W pierwszej chwili, gdy tylko zacząłem czytać, miałem wrażenie, iż trafiłem na prawdziwą perełkę. Polska baza wojskowa sił pokojowych w Turkmenii. Terroryści w okolicy. Grupa spiskowców wewnątrz bazy planująca kradzież amunicji i sprzedanie jej wrogowi. Ciekawy pomysł na powieść wypełniającą pustkę, jaką mamy w naszej literaturze. Brak bowiem dotąd dobrej prozy z pogranicza sensacji i wojny, której fabuła umiejscowiona byłaby w poperelowskiej polskiej rzeczywistości. Jak dotąd nie mamy wciąż w ogóle polskiej powieści wojennej, która mogłaby przebić fenomen Czterech Pancernych, choć od zmiany ustroju minęły już pokolenia.

Był taki moment, gdy myślałem, iż to jest to! Lecz to była tylko chwila. Fabuła okazała się mocno naciągana, wręcz nierealna. A styl…

No właśnie. Z tym to już naprawdę ciekawa sprawa. Gdyby losowo wyciąć niezbyt długie fragmenty z książki i rozdać ludziom do przeczytania, w co drugim pewnie przypadku wrażenia byłyby całkiem pozytywne. Kończą się jednak po złożeniu tych kawałków w całość. Chwile świetnie zapowiadającej się akcji są przerywane niekończącymi się refleksjami głównego bohatera, który jest zarazem narratorem. Ba, nie tylko rozmyślaniami, ale nawet dialogami. Mielenie jęzorem i tasiemcowe rozważania w czasie, gdy toczy się walka o życie, kojarzą mi się tylko z jednym – z brazilianą i innymi telenowelami. Nie wiem, czy autor kiedykolwiek był w prawdziwym wojsku, czy kiedykolwiek stoczył choćby zwykłą podwórkową walkę na serio. Ważne jest to, że wygląda z jego powieści, jakby takie doświadczenia były mu najzupełniej obce, a w dodatku, co jest jeszcze gorsze, jakby takie przejścia przekraczały możliwości jego wyobraźni. Tego się nawet nie da opisać, to trzeba samemu przeczytać.

Niestety, jak ukazał nasz (czyli klubowiczów DKK) przykład, tylko niewielu jest w stanie ukończyć tę lekturę. W naszym klubie sztuki tej dokonało trzydzieści procent śmiałków. Padały nawet propozycje, by recenzję z tego dzieła nazwać "Baniewicz do bani", lecz uważam, iż nie można oceniać pisarza po jednej powieści. Każdą książkę należy wartościować niezależnie od dotychczasowego dorobku autora. Z podpowiedzi tych więc nie skorzystałem.

O błędach merytorycznych, takich jak nierealne skutki użycia broni czy nieodróżnianie karabinu od karabinku, co jest tym samym dla powieści wojennej i sensacyjnej, czym nieodróżnianie marchewki od pietruszki dla literatury kulinarnej, nawet nie będę wspominał. Jakby tego wszystkiego było mało, autor czasami pisze w taki sposób, że trafia tylko do tych, co wiedzą, a i oni momentami się zastanawiają, co też artysta ma na myśli. Przykładem choćby bagnet, który w połączeniu z pochwą do niego tworzy swego rodzaju nożyce do cięcia drutu. Autor opisuje to w taki sposób, że każdy wiedzący zastanawia się, o czym on przynudza, a każdy, kto nie zna tego rozwiązania technicznego i tak nie zrozumie, gdyż zabrakło kluczowego zwrotu – tworzy nożyce. Jestem przekonany, a potwierdziłem to kilkoma testami na ludziach, iż na podstawie lektury tej powieści nikt nie dowie się, o co chodzi z tym bagnetem, drutami i pochwą. Kto wie, ten wie, a reszta niczego nie zrozumie. Takich kwiatków niestety jest kilka. Dalszych uchybień nie będę już wyłuszczał. To by nawet nie wyglądało na kopanie leżącego, a na bezczeszczenie zwłok.

Wielka szkoda, że wyszło jak wyszło. Był i dobry temat wojskowo-sensacyjny, i wątki erotyczno-miłosne, i niezły pomysł na fabułę, i sądząc po króciutkich fragmentach być może całkiem niezłe pióro. Nawet ocena realiów armii naszej obecnej (której to już) Rzeczpospolitej wydaje się dość celna i przekonująca. I wszystko na nic.

Ja osobiście nie odczuwam tej lektury jako straconego czasu, ale tylko dlatego, że uciekając od niej uruchamiałem wyobraźnię i zastanawiałem się, jak by to mogło wyglądać. Jakbym tworzył alternatywną powieść w głowie. Nie każdy jednak tak ma, co potwierdziły zdecydowanie negatywne wypowiedzi innych członków klubu.

Gdybym miał porównywać tę książkę Baniewicza do innej o podobnej tematyce, napisanej zresztą też przez polskiego fantastę, czyli do Żmii Sapkowskiego, musiałbym powiedzieć, że ta druga jest zdecydowanie lepsza, pomimo wszystkich tych krytycznych uwag, które wobec niej miałem, i które nadal podtrzymuję. Niech to posłuży za końcową ocenę


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka

W rajskiej dolinie wśród zielska Jacek Hugo-Bader DKK Rawa Maz.

W rajskiej dolinie wśród zielska
Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo Czarne 2010
Wydanie II
Grudniową lekturą oddziału DKK, do którego należę, był reportaż Jacka Hugo-Badera „W rajskiej dolinie wśród zielska”. Ponieważ ostatnim klubowym reportażem był „Cesarz” mistrza Kapuścińskiego, więc do lektury przystąpiłem z zapałem, licząc na coś podobnego. Autor został wielokrotnie doceniony, między innymi dwukrotnie nagrodą Grand Press (w latach 1999 i 2003) i Bursztynowego Motyla (w 2010) oraz nominacjami do Nagrody Literackiej Gdynia i do Nagrody Nike, stąd moja nadzieja na wartościową, mądrą i bogatą poznawczo książkę wydawała się uzasadniona.

„W rajskiej dolinie” jest zbiorem reportaży z terenów dawnego ZSRR publikowanych pierwotnie na łamach Gazety Wyborczej. Doskonałego warsztatu stricte literackiego pisarzowi odmówić nie można. Język barwny, plastyczny, obrazowy, a jednocześnie prosty, konkretny i szybki w odbiorze. Kolorytem nieodparcie, przynajmniej w moim odczuciu, przypominający gawędy imć pana Zagłoby. Idealne opowieści rodem z mocno podkolorowanych wspomnień przy kielichu. Sęk w tym, że to podobno reportaż.

„reportaż «tekst publicystyczny, audycja lub film będące opisem zdarzeń lub faktów opartym na autentycznym materiale» (za słownikiem internetowym co prawda, ale jednak PWN)”

Reportaż, a więc literatura faktu. Co więc powiedzieć na ewidentne bzdury, których nie można zrzucić ani na tłumacza, ani na chochlika (wszak to drugie wydanie książkowe, a wcześniej była jeszcze i publikacja w gazecie)?

„Issyk-kul to najgłębsze i zarazem po andyjskim Titicaca najwyżej położone jezioro na świecie.” Mistrzostwo świata. Ile ewidentnych przekłamań można zmieścić w jednym zdaniu? Ani pierwsze, ani drugie jezioro, nie jest ani najgłębsze, ani najwyżej położone na świecie. Jako nauczyciel z wykształcenia(!) i wykonywanego niegdyś zawodu, autor pewnie wie, że za taką wpadkę uczeń dostaje wieelką jedynkę. I to właśnie zaczyna zastanawiać i budzić refleksje. Po pierwsze, jeśli tak wygląda profesjonalizm i wiarygodność najlepszych polskich reportażystów, to co są warte teksty tych słabszych. Po drugie, jaki poziom reprezentują ci wszyscy recenzenci, krytycy i jurorzy, którzy tak ewidentnych gaf nie zauważają. Wszak, gdyby ktokolwiek je wytknął, na pewno zostałyby poprawione. Jest to niestety potwierdzenie, iż w naszym kraju wszelkie zaszczyty i nagrody rozdaje się między swoich nie zważając nawet na ewidentną niekompetencję. Wyśmiać to można ucznia w szkole, ale nie uznanego reportażystę. A rzeczy podobnych jest w książce więcej.

„Wyjątkowo silny huragan” o prędkości (…) 15 m/s(sic!). Naprawdę ta Nike się należała – przecież to aż 54 km/h, czyli 6-7 w skali Beauforta (prawidłowe nazewnictwo silny/bardzo silny wiatr). Huragan to 12 w tej skali, czyli wiatr o prędkości powyżej 117 km/h (powyżej 32.5 m/s). Bardziej obrazowe od liczb są skutki. 7 B praktycznie nie powoduje strat materialnych, a 12 B to klimat, który uwielbiają twórcy filmów katastroficznych, tym bardziej że do 12 B wchodzi wszystko powyżej okolic 120 km/h, łącznie z Katriną.

Początek rozdziału „«Komsomolec »” z głębin” jest opatrzony zdjęciem okrętu podwodnego z podpisem „To jedyne zdjęcie «Komsomolca»”. Proponuję krótką wizytę w internecie, jeśli brak czasu na poważniejsze źródła. Tak, żeby się dłużej nie ośmieszać.

Te, nieuzasadnione niczym, żenujące błędy sprawiają, iż wiarygodność całości zaczyna być wątpliwa.

Osobiście w Rosji nigdy nie byłem, ale zbliżywszy się do jej granic już miałem okazję zauważyć, zwłaszcza porą zimową, iż szczególnie do tłustego, chętnie spożywany jest czysty spirytus. Tymczasem u Hugo-Badera ten zacny trunek nie przewija się w żadnej opowieści. Tego typu dysonansów jest w tomiku więcej. Pod koniec lektury miałem już więc poważne wątpliwości, czy rzeczywiście autor widział to, o czym pisał, że widział. Mam bardzo wyraźne odczucie, iż poważnie rozminął się również z oddaniem specyfiki „rosyjskiej duszy” i w ogóle Rosji oraz dawnego ZSRR, choć trzeba przyznać, iż pewne aspekty ukazał znakomicie. Dla mnie jednak za mało ma to wspólnego z reportażem, a więc literaturą faktu. Oczywiście koloryzowanie w stylu Zagłoby ma swój urok, ale nie wtedy, gdy jest sprzedawane jako fakty, i gdy więcej jest koloryzowania, niż konturów. Tym bardziej, że oczywiste błędy, które byłyby piętnowane nawet w szkole, nie uchodzą i dorosłym, mimo iż nikt nie krzyczy, że król jest nagi.

Gdyby chodziło tylko o ciekawostki i koloryty, wówczas wady tej książki byłyby co najwyżej przyczynkiem do rozważań o patologiach naszej polskiej rzeczywistości, ze szczególnym wskazaniem na media i poziom szkolnictwa oraz kult świętych krów. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana i poważniejsza. Różne, bezkrytycznie przyjmowane od „autorytetów” fałszywe informacje upozorowane na wiedzę, mogą prowadzić do problemów, a nawet niebezpieczeństw. Gdy czytamy, iż autor w krótkich gatkach paradował po wzgórzu, na którym nawet trawa nie rośnie z powodu promieniowana radioaktywnego, to aż się nóż w kieszeni otwiera. Przecież to może przeczytać ktoś, kto akurat wybiera się do Czarnobyla albo innej Fukishimy i pod wpływem lektury zacznie tam chojrakować.

Jak z powyższego widać, sztuka pisarska Jacka Hugo-Badera tym razem nie doczekała się w moich oczach uznania. Owszem, czyta się toto szybko i z przyjemnością, ale trzeba cały czas pamiętać że, przynajmniej w tym wydaniu, bliżej autorowi do Zagłoby niż Kapuścińskiego


Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

Carlos Ruiz Zafón Więzień Nieba DKK Rawa Maz.

Carlos Ruiz Zafón
Więzień Nieba
Kiedy w ostatniej chwili dowiedziałem się, iż lekturą omawianą na styczniowym spotkaniu naszego oddziału DKK* będzie „Więzień nieba” Carlosa Ruiza Zafóna, byłem bliski paniki. Nazwisko dość znane, ale w moim przypadku raczej ze słyszenia, gdyż z jego twórczością nie miałem się jeszcze okazji zapoznać. Recenzje bardzo pozytywne, co może równie dobrze świadczyć o wielkości dzieła, jak o pisaniu pod publiczkę wspartym dobrym marketingiem. Do tego świadomość, iż to trzecia powieść w cyklu, co niekoniecznie jest dobrym sposobem na rozpoczęcie jego poznawania. I jakby było mało, znaczna objętość podkreślana w różnych opiniach, nawet sygnowanych przez znanych krytyków. Na szczęście już po kilku stronach stwierdziłem, że to ostatnie jest zwykłym trickiem – duża czcionka, rozrzutne formatowanie tekstu, ozdobne inicjały i inne podobne zabiegi sprawiają, iż książka wydaje się zawierać więcej tekstu, niż jest go w rzeczywistości. To, oraz podział na krótkie rozdzialiki o przemyślanie dobranej długości, wpasowane w tempo akcji oraz fabułę, sprawiło, iż powieść połyka się z łatwością, więc zdążyłem przeczytać w terminie.

No właśnie – książka łatwa do połknięcia. Podobnie jednak, jak w świecie kulinariów, nie jest to jednak synonim łatwostrawności.

Atmosfera tajemniczości i mroku oraz przytłaczająca rzeczywistość Barcelony czasów faszyzmu splecione z życiem pragnącym się toczyć w normalnym rytmie miłości i młodości. Owa klimatyczność z kolei połączona z wartką akcją i demonami przeszłości mogącymi zniszczyć radość dnia dzisiejszego. Wszystko to sprawia, że większość czytelników, przynajmniej w czasie lektury, nie zauważa, że autor jednocześnie w ich podświadomości umieszcza swój komentarz do czasów i problemów, w których i z których nakreślona jest fabuła. Moralizuje po prostu. Moralizuje skrycie i podstępnie, indoktrynuje wręcz. Większość, tak przynajmniej można sądzić po recenzjach, które z reguły są pisane raczej na gorąco, koncentruje się na wątkach i aspektach najbardziej widocznych, najpłytszych; miłość, przyjaźń, nienawiść, przygody głównych bohaterów, więzienia i ucieczki, śluby i rozstania. Pytanie tylko, czy to, co w tle, na pewno trafia do podświadomości większości czytelników, a jeśli tak, to czy kiedykolwiek z niej do świadomości powraca.

„Więzień nieba” nie jest bowiem tylko opowieścią o przygodach dwóch barcelońskich przyjaciół, Daniela Sempre i Fermina Romero de Torres, których łączy między innymi miłość do książek. Powieść ta jest również pacyfistycznym przesłaniem ukazującym, że każda wojna i każda rewolucja największe krzywdy przynosi porządnym, uczciwym ludziom, którzy chcą żyć i pracować w spokoju, nie budując swego szczęścia na krzywdzie innych, tylko na pracy swych rąk oraz umysłów, zależnie od posiadanych zdolności. Inna sprawa, że pisarz sam wykazuje się niekonsekwencją, gdyż rewolucję hiszpańską, poza realistycznymi okropieństwami samej walki rewolucyjnej, ukazuje jedynie poprzez tęsknotę za jej utraconymi w następstwie klęski ideałami. Wprost, w postaci wręcz gotowych do cytowania sentencji, autor deklaruje swój pełen obrzydzenia stosunek do patriotycznych haseł, sztandarów i symboli, które kanaliom wszelkich epok od wieków służą za narzędzia zniewolenia innych; tych porządnych. To samo Zafón odnosi i do dyktatury, w tym wypadku faszystowskiej. Ukazuje, iż każda patologia stosunków społecznych dzieląca ludzi na lepszych i gorszych, w imię czegokolwiek, a najczęściej jakiegoś wyższego dobra, zawsze poprzez stworzenie tej nierówności sprawia możliwość, by jedni mieli władzę nad życiem, życiem i śmiercią, innych. I bezwzględnie podkreśla, jak infantylne jest założenie, że tymi decydentami zostaną dobrzy, którzy oddzielą ziarno od plew. W takich sytuacjach zwykle na szczyty wchodzą najgorsi, którzy potrafią uczynić innym piekło na ziemi. Swoją drogą bardzo ciekawe, że większość czytelników tego nie zauważa w „Więźniu nieba”. Czyżbyśmy potrafili zauważać to tylko w stosunku do komunizmu i nazizmu, ale już w stosunku do faszyzmu hiszpańskiego nie, choć pisarz dosłownie i bez ogródek nam to wykłada?

Może jest temu winna po trosze perfekcja warstwy przygodowej opartej w dodatku na dość egzotycznych dla nas realiach. Pod tym względem książka jest bowiem prawdziwą ucztą czytelniczą. Co istotne, autor ukazuje się jako bystry, i co nawet ważniejsze, uczciwy obserwator rzeczywistości, który w fikcję wplata realia i okruchy historii oraz pilnuje, by własne poglądy nie zaprzeczyły faktycznym sytuacjom. Choć bije od niego antyklerykalizmem i uzasadnioną niechęcią do katolicyzmu, jedną z ważniejszych postaci pozytywnych powieści, moralnie silnych, jest ksiądz. Równocześnie postacie o ludzkich twarzach umieszcza nawet wśród strażników więziennych służących reżimowi, a niektórym więźniom wręcz humanizmu odmawia. Samo życie.

Ze względu na wielopłaszczyznowość, której ledwo dotykam, gdyż nie chcę Was zanudzać, specyficzną aurę i mocną, wyrazistą fabułę oraz szybką akcję o cechach wręcz powieści sensacyjnej czy kryminalnej, oceny tej książki na pewno będą rozbieżne odpowiednio do aspektów, na których oceniający się skupią. Potwierdziła to dyskusja w naszym DKK, gdzie jedni uznali, że jest to najlepsza z trzech pozycji wydanych dotąd w serii „Cmentarz Zapomnianych Książek”, a inni, że wręcz odwrotnie. W tej materii ja oczywiście zdania nie mam, z powodów wcześniej wyłuszczonych.

Gdy delektowałem się lekturą „Więźnia nieba”, bo tak to trzeba określić, nasunęły mi się refleksje. Nie tylko te o moralności, które narzucają się chyba każdemu czytelnikowi tej powieści, więc nawet o nich nie wspominam, ale te pod tytułem „Zafón a sprawa Polska”. Choćby sprawa rozliczenia z przeszłością.

Utalentowany Hiszpan w swej powieści wyraźnie ukazuje nam, iż jego rodacy przyjęli zasadę, że nie należy rozliczać dawnych krzywd, by dać młodym pokoleniom szansę na zachowanie czystych serc i dorastanie w szczęściu, w miłości, w normalnym społeczeństwie. Bez upiorów przeszłości, teczek SB i dziadków z Wehrmachtu. Ten spokój to wartość sama w sobie, cenniejsza niż rozliczenia i zemsta. To krańcowo odmienne rozwiązanie od choćby tego, które przyjęto w Niemczech, gdzie po zjednoczeniu rozliczono kogo się da i postawiono grubą kreskę. Na tle obu tych rozwiązań, niezależnie od tego, które uznamy za słuszne, Polska jawi się jako najbardziej zadżumiona alternatywa. W każdej szafie trupy i nikt nie wie w której jaki. Ile pokoleń po wojnie można jeszcze komuś zarzucać, że jego dziadek był w Wehrmachcie? O ile w ogóle ktoś moralny może komukolwiek czynić zarzuty za czyny dziadka, jakie by one nie były. Ile pokoleń po upadku komuny będzie się nadal wykorzystywać teczki i IPN w celu manipulowania rzeczywistością? Wiele krajów ma w swej historii ciemnie karty. Starają się jednak jakoś zakończyć te rozdziały i zacząć nowe. Lektura takich powieści takich jak „Więzień nieba”zawsze mnie trochę dołuje przypominając, że dla nas te drogi wydają się zamknięte.

Na koniec muszę ponarzekać. Po wydawnictwie, o nazwie z takimi ambicjami, spodziewałbym się perfekcyjnego poziomu edytorskiego. Faktycznie – dobór fotografii stanowiących szatę graficzną jest bez zarzutu. Gustowny, współgrający z tekstem i pytanie tylko, ile w tym zasługi naszego wydawcy. Duże zastrzeżenia budzi natomiast wyraźnie zauważalna ilość błędów edytorskich, od końcówek i innych drobnych błędów, aż po ewidentne wpadki, których na chochlika drukarskiego zrzucić nie można. „Okręt wojenny” to ewidentny pleonazm , a „dziesiątki tysięcy książek” w malutkiej rodzinnej księgarence to już prawdziwa jazda po bandzie. Na szczęście te potknięcia, choć dość liczne, nie są w stanie zepsuć przyjemności z lektury, aczkolwiek jest to przyjemność z tych, które są jak myślenie – bolą. Oczywiście nasilenie tej ciemniejszej strony zależy od tego, jak głęboko się w materię powieści wgryziemy. Jeśli chcemy tylko dobrej i lekkiej rozrywki, potraktujmy ją jako powieść przygodową, romans czy sensację. Jeśli mamy ciągotki masochistyczne – zwróćmy większą uwagę na tło polityczne, historyczne i społeczne takie, jakimi widzi je pisarz. Choćby na to, że w biednej, zacofanej Hiszpanii, niezaradnego profesorka i księgarza, którego nie stać nawet na opłacenie czynszu i światła, stać jednak na to, by się stołować w knajpie, a takiego, który zarobi na czynsz i energię, stać od razu i na to, by w restauracji jadać codziennie. Ile razy w tym roku nie byliście, ale stołowaliście się, w restauracji?

Zachęcam wszystkich do lektury, ale do lektury bez powziętych z góry oczekiwań. Odkryjcie tą powieść samą dla niej samej, a wtedy odpłaci ona wam wrażeniami, jakie tylko naprawdę nietuzinkowe książki dać mogą. Może to rzecz trochę na jeden raz, ale za to ten jeden raz naprawdę warto

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

Recenzja ksiażki "Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek" Herty Muller

Książka Herty Muller zawiera piękne eseje o życiu w Rumunii, dyktaturze Ceausescu i literaturze. Urzekają poetyckie tytuły, zresztą charakterystyczne dla pisarki, nadane mowom dziękczynnym, laudacjom i wykładom:, np. „Spojrzenie małych stacji kolejowych”, „Świecie, świecie, siostro świecie”, „Ale jeśli ktoś zginął, ale wystaje piesek z piany”.

Czytałam i wciąż miałam ochotę notowania kolejnych mądrych zdań o życiu i literaturze.

 

Herta Muller pisze tak przejmująco o swoim dzieciństwie, studiach, przyjaciołach z Aktionsgruppe Banat, pracy w fabryce maszyn i nękaniu przez agentów Securitate. Nie można pozostać obojętnym wobec jej wspomnień o rodzicach, babci, która śpiewem powstrzymała atak wilków, sparaliżowanym dziadku, któremu ojciec raz w roku przynosił do domu nowo narodzonego cielaka, by mógł na chwilę „mieć twarz rozdartą szczęściem”.

 

Czytałam powoli tę książkę, próbując wniknąć do świata, w którym, jak pisze noblistka, było się „własnością strachu’, świata, w którym pesymizm nie był dobrze widziany, a zakazane przez dyktaturę piosenki ludowe „przynosiły ulgę mimo przejmującej beznadziei”.

 

Część  esejów autorka poświęca twórcom dla mnie w większości nieznanym. Chętnie przeczytałam  o Oskarze Pastiorze, Jurgenie Fuschu, Emilu Cioranie czy Teodorze Kramerze, poznałam fragmenty ich utworów. Zainteresowały mnie zwłaszcza wiersze Pastora, które bardzo trudno przetłumaczyć. Jeden z nich został zacytowany w oryginale i można poddać się jego brzmieniu lub też, korzystając z podpowiedzi, zabawić się w tłumacza. Wolałam zostać przy czytaniu.

 

„Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek” to książka, do której na pewno będę powracać. Autorka na bankiecie z okazji przyznania jej Nagrody Nobla powiedziała: „Literatura rozmawia z każdym człowiekiem osobno – jest własnością prywatną, która pozostaje w głowie. Nikt nie rozmawia z nami tak wnikliwie jak książka. I niczego w zamian nie oczekując, poza tym, żebyśmy myśleli i czuli”.

Nieustannie czuję potrzebę takich rozmów.

 

Anita Nair Przedział dla pań

"Przedział dla pań" to książka bardzo kobieca i przejmująca. Niezwykle interesująca dla Europejek, gdyż ukazuje jakże odmienny od naszego świat. Indie, pełne zapachów, kolorów, ale także niebezpieczeństwa. I oczywiście, co najważniejsze, pozycja kobiet, ich życie i marzenia. Do 1998 roku, jak pisze autorka, na dworcu kolejowym funkcjonowało oddzielne okienko dla pań, osób starszych i niepełnosprawnych. Zaś wagony drugiej klasy większości pociągów nocnych miały specjalne przedziały dla pań. I w takim właśnie przedziale podróżuje główna bohaterka, 45-letnia Akhila. Pragnąc zmiany swojego życia postanawia wyjechać i odnaleźć receptę na szczęście. Jej współpasażerki opowiadają o swoim życiu. Ponieważ mają świadomość, że nigdy się już nie spotkają, są wobec siebie szczere i otwarte. Są w różnym wieku, od nastoletniej dziewczyny po dojrzałe kobiety. Łączy je, ogólnie mówiąc, brak szczęścia. Dzięki ich historiom poznajemy mentalność, kulturę i obyczaje Hindusów. Co dominujące, kobieta traktowana jest jak przedmiot. Jej największą ambicją powinno być wyjście za mąż. Kobiety niezamężne traktowane są jako gorsze, choćby nawet były doskonałymi pracownikami i świetnie dawały sobie radę same. Kobieta wciąż musi być pod opieką mężczyzny. Jeśli odważy się sama chodzić po ulicach, narażona jest na atak i gwałt. Zawsze musi być od kogoś zależna. Określana jest tylko poprzez funkcje społeczne, jakie pełni, czy to żony, matki, córki, siostry. Zawsze jest tylko czyimś przedłużeniem, nie może być sama, osobna.

"Przedział dla pań" to bardzo dobra literatura kobieca na wysokim poziomie, skłaniająca do przemyśleń, zapadająca na długo w pamięć. Niezwykle refleksyjna i klimatyczna i jak się okazuje uniwersalna, opisująca po prostu kobiecy świat.

Recenzja książki "Córka Rembrandta" Lynn Cullen

Intrygujący tytuł – czy rzeczywiście chodzi o córkę Tego Rembrandta. Okazuje się, że tak. Książka jest jednak fikcyjną opowieścią o Cornelii, nieślubnej córce wielkiego malarza z jego związku z służącą Hendrickje Stoffels. Czyli istniała naprawdę, jest nawet uwieczniona na obrazie „Żydowska narzeczona”.

Amerykańska pisarka w swej powieści oddaje głos Cornelii, to ona jest narratorką i opowiada nam o życiu u boku, zdziwaczałego już trochę pod koniec życia, ojca. Po śmierci matki dziewczyna musiała szybko wydorośleć i przejąć jej obowiązki, troszczyć się o utrzymanie domu, opiekować się ojcem, który z wiekiem zaczyna malować inaczej niż oczekiwaliby potencjalni kupcy jego obrazów. Stąd też rodzinie zaczyna brakować środków do życia.

Wsparciem dla Cornelii jest przyrodni brat Titus, ale gdy ożeni się i opuści dom, zostaje sama ze swymi problemami i ulubionym kotem Tijgerem. Brat nazywa ją Smuteczkiem, co ładnie charakteryzuje jej usposobienie, ale jest też wyrazem braterskiej miłości pięknie pokazanej przez pisarkę.

Śledzimy zdarzenia z teraźniejszości i przeszłości. Sceny z dzieciństwa córki Rembrandta są pokazane poprzez jego obrazy i wydarzenia związane z nimi.

Można odnaleźć reprodukcje i czytając, konfrontować z nimi tekst. Powieść zachęca oczywiście do przyjrzenia się innym dziełom wielkiego malarza.

Daje możliwość wyobrażenia sobie siedemnastowiecznego Amsterdamu, po zaułkach którego wędruje Cornelia , śpiesząc na spotkanie z ukochanym Carelem. To miasto z kanałami, po których pływają kaczki i do których wylewa się nieczystości, z dzielnicami, gdzie stoją piękne domy bogaczy i siedliskami biednych. Wciąż słychać dzwony Westerkerk najczęściej oznaczające kolejną śmierć na skutek zarazy.

Myślę, że Lynn Cullen udało się zainteresować czytelnika Rembrandtem i jego rodziną. W posłowiu pisarka przedstawia historyczne realia swej powieści, podaje też spis postaci i ważniejszych prac malarza. Załączony jest słowniczek wyjaśniający znaczenia wyrazów użytych w pisowni oryginalnej.

Culen napisała w posłowiu, że Cornelia znika z kart historii w 1678 roku i jej życie trwa już tylko w tej właśnie książce. Myślę, że warto ją poznać.

 

Wiesława Kruszek
DKK przy PBP w Sieradzu

"Odmiana przez przypadki"

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

„Odmiana przez przypadki” to jeszcze jedna, niezwykle interesująca lektura, która wyszła spod pióra Hanny Cygler. Autorka po raz kolejny mnie nie zawiodła. Bohaterowie tej książki są autentyczni, bez problemu można zaangażować się w ich problemy, przeżywać kolejne wydarzenia razem z nimi i z niecierpliwością czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Brak tu miejsca na nudę, akcja toczy się szybko, aczkolwiek jej przebieg jest spójny i logiczny. Powieść można przeczytać praktycznie jednym tchem, niezwykle trudno oderwać się chociaż na moment. Na uwagę zasługuje wszechobecny w książce optymizm autorki, który sprawia, iż „Odmianę przez przypadki” czyta się jeszcze przyjemniej. Również humor zawarty w powieści jest niebanalny, a zarazem łatwy w odbiorze. Bohaterowie nawet jeśli znajdą się w niemałych opałach zawsze w końcu odnajdują właściwą ścieżkę. Jeśli ktoś wcześniej zetknął się z rodziną Halamanów na pewno nie trzeba go długo zachęcać, aby sięgnął po tą książkę. Wszystkim innym lubiącym szczęśliwe zakończenia gorąco polecam.

Stażystka

"Stażystkę" Mimi Alford przeczytałam w dwa dni i właściwie na tym jej zalety się kończą. Czyta się ją szybko, ale cały czas z takim uczuciem, że właściwie po co? Napisana jak szkolne wypracowanie na zadany temat, beznamiętnie i nieciekawie. Mimi Alford opowiada jak to w 1962 roku miała dziewiętnaście lat i dostała na wakacje pracę stażystki w biurze prasowym Białego Domu. W czwartym dniu pracy została zgwałcona przez prezydenta Kennedy'ego, co dało początek, szumnie nazywając, romansowi, który trwał półtora roku. Ani to zajmujące, ani szokujące. Była jedną z wielu, JFK znany był z zamiłowania do kobiet. Nie zapisała się w historii, nie zmieniłą losów świata. Naiwne dziewczątko, któremu wydawało się, że związek z prezydentem podnosi jej wartość. Przez ponad czterdzieści lat skrywała ten sekret myśląc, że na skutek jego wyjawienia oberwie się niebo. W latach 60-tych może faktycznie byłoby to skandalem, ale w 2003 to już żadna sensacja. Gdyby choć przedstawiła tu cały rys psychologiczny lub opisała ważne zdarzenia historyczne, pracę Białego Domu, bardziej prezydenta Kennedy'ego, to może byłoby to zajmujące. Niestety po wszystkich tematach autorka zaledwie się prześlizguje. Mam wrażenie, że każdy mógłby taką książkę napisać, nawet nie żyjąc w tamtych czasach i nie znając Białego Domu. Historia jej małżeństwa, zresztą nieudanego z powodu "hańby", też nie wzbudza większych emocji. Takie to wszystko płytkie, nijakie i właściwie ma się ochotę po przeczytaniu zapytać: a kogo to obchodzi? Przyznam, że po ukazaniu się "Stażystki" ciekawsze były recenzje niż sama książka i skusiły mnie do jej przeczytania. Niestety spotkało mnie rozczarowanie.

Ono

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

Powieść „Ono” Doroty Terakowskiej to niezwykle nowoczesna, bardzo realistyczna powieść, choć wykreowany świat nie jest pozbawiony magii i niebanalności. Młoda, dziewiętnastoletnia dziewczyna bez planów na przyszłość i zainteresowań zostaje zgwałcona, zachodzi w ciążę i zastanawia się nad tym, co dalej? Próbuje spojrzeć na świat oczami jeszcze nienarodzonego dziecka. Powieść jest wielowymiarowa, bohaterowie autentyczni, a rozterki dziewczyny niezwykle interesujące. Dużo mówi się też o prawdziwych uczuciach: przyjaźni, miłości czy wzajemnej akceptacji. Dorota Terakowska odsłania całą prawdę o ludzkiej naturze, nie koloryzuje, przedstawia ludzi takich, jakimi są, wraz ze swoimi słabościami i skłonnościami do zła jakie są w stanie wyrządzić sobie i drugiemu człowiekowi. Bohaterka uświadamia nam, jak diametralnie zmieniają się priorytety, gdy kobieta zachodzi w ciążę. Zdaje sobie sprawę, iż teraz nie jest odpowiedzialna tylko za siebie, ale również za dziecko, jej dziecko, które bez niej byłoby całkiem bezbronne, pozbawione szans na przeżycie. Nie ma tu miejsca na obojętność, czytelnik przeżywa wydarzenia wraz z bohaterką, chciałby jej pomóc, choć wie, iż jest to niemożliwe. Książka dotyka najgłębszych sfer emocjonalnych człowieka, zmusza nas do refleksji.  Język jednak jest zrozumiały, prosty w odbiorze. Książkę polecam każdemu, kto chociaż na chwilę chce zapomnieć o swoich problemach i przeanalizować dylematy moralne współczesnego świata, który często bywa brutalny i zmusza nas do radzenia sobie z sytuacjami, w których nikt, nawet najbardziej odporny psychicznie człowiek nie chciałby się znaleźć.

Farciara

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

Każda z kobiet ma czasem ochotę na oderwanie się od szarej rzeczywistości i sięgnięcie po lekką lekturę, która obowiązkowo kończy się szczęśliwie, ponieważ życie nie zawsze pisze pozytywne scenariusze. Są jednak książki, które pomimo swej prostoty i pozytywnego finału są trudne „do przejścia”.

„Farciara” została napisana przez panią psycholog, więc miałam nadzieję na realistyczne postacie podejmujące decyzje na miarę rzeczywistego świata, prawdziwe uczucia oraz emocjonalne zaangażowanie w rozterki bohaterów. Niestety zawiodłam się. Książka jest całkowicie oderwana od rzeczywistości, więcej mówi się tu o pikantnych szczegółach niż jakichkolwiek uczuciach. Problemy bohaterów są nadzwyczaj powierzchowne, dotyczą głównie sfery materialnej. Bohaterowie poboczni, którzy zapewne mieli ubarwić historię, są nudni i nie wprowadzają niczego poza dodatkowymi stronami, przez które trzeba przebrnąć. Zakończenia historii domyśliłam się na jej początku, całkowicie podlega ona schematom pisania tego typu książek. Brakuje tu jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, nieoczekiwanego zwrotu akcji, który pozwoliłby choć przez moment zastanowić się, czy „Farciara” może skończyć się inaczej niż na początku założyłam.

Książkę polecam czytelniczkom, które chcą na chwilę zapomnieć o swoich problemach i uwierzyć, że życie może być bajką.

Recenjza książki "Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie"

Dziennikarz muzyczny, Ryszard Wolański „skomponował” swą opowieść o Henryku Warsie z uwertury czyli wstępu, trzech części, repryzy czyli śpiewnika oraz cody czyli aneksów. Bardzo ciekawie pokazał życie i karierę muzyczną tego utalentowanego kompozytora, którego piosenki były przebojami przedwojennych filmów. Na pewno wielu zna , a może i nuci: „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Miłość ci wszystko wybaczy” czy „Ach jak przyjemnie”.
      Możemy obejrzeć zamieszczone w książce plakaty i zdjęcia gwiazd ekranu i rewii. Są też biogramy, które pokazują nie tylko tych najbardziej znanych aktorów, reżyserów, autorów tekstów czy piosenkarzy, jak Hanka Ordonówna, Julian Tuwim, Marian Hemar, ale i tych, o których dziś niewielu pamięta: Marian Waszyński, Emanuel Schlechter, Tadeusz Faliszewski.
      Wojenne losy Henryka Warsa pozwalają zrozumieć lepiej dramaty artystów, którzy w tamtych trudnych latach przemierzali z koncertami tereny Związku Radzieckiego, a potem towarzyszyli X Dywizji Andersa. Autor książki pisze też o losie gwiazd filmów i kabaretów międzywojennej Warszawy po ukończeniu II wojny światowej.
      Trzecią część poświęca Varsowi w Hollywood, jego współpracy z wytwórniami Columbia i Uniwersal, trudnościom życia w obcym, początkowo raczej nieprzyjaznym, środowisku, pierwszym sukcesom w komponowaniu muzyki do filmów i seriali amerykańskich.
      Ryszard Wolański cytuje wypowiedzi różnych osób znających kompozytora, fragmenty wywiadów, jakich udzielił; sam spotkał go tylko raz, po wojnie, na krótko.
Często powołuje się na zdanie drugiej żony Warsa, Elżbiety, która wspomina głównie ich amerykańskie lata. Pisze o kontaktach z rodziną, z dziećmi z pierwszego małżeństwa, pobycie w domu Varsów, swoim filmie pt. „Bo wszystko w nim grało”. Sporo miejsca poświęca też jedynemu po wojnie pobytowi Warsa z żoną w Warszawie w 1967 roku.
      W trakcie lektury czytelnik wyczuwa wielkie uznanie, jakie Wolański żywi dla Henryka Warsa, dla jego kompozytorskiego talentu, i nie tylko, bo zamieszcza w książce także bardzo udane karykatury jego autorstwa i reprodukcje obrazów, które malował.
W repryzie pisze o „życiu” piosenek Warsa, ich nowych wersjach śpiewanych m.in. przez Katarzynę Groniec, Hannę Banaszak czy Czarno – Czarnych, o promocji muzyki tego twórcy na VIII Festiwalu Muzyki Filmowej w Łodzi w 2005 roku. Dołącza śpiewnik z wykazem 26 piosenek, z informacjami o autorze tekstu, filmie lub rewii, skąd pochodzą i roku powstania.
      Te piosenki są na dołączonej do książki płycie. Autor zwraca się do czytelnika (słuchacza), aby „uważał, by płyta się nie zawieruszyła i słuchał Warsowych piosenek przed i po czytaniu książki albo je śpiewał”. Warto sobie wziąć do serca ten apel!
Zabawnym uzupełnieniem jest tekst z Internetu na temat piosenki „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, w którym internauta pisze o niezbyt logicznym tekście, bo nie da się od 21.00 do północy zmieścić „kina, kawiarni i spaceru”. No ale to „wina” autora tekstu, muzyka jest przecież bez zarzutu.
      Książka o Henryku Warsie jest bardzo ładnie i starannie wydana i wpisuje się, myślę, w pragnienia jej autora, który w zakończeniu cieszy się z proroczych słów Ludwika Starskiego zawartych w tekście do muzyki Warsa „Już nie zapomnisz mnie”.
Polecam czytanie, słuchanie… no i może śpiewanie.
       

Recenzje "Domu nad Oniego" Mariusza Wilka

Kuszące tajemnicze miejsca jak z baśni, magiczne jezioro, piękny świat, w którym człowiek jest jak nowotwór złośliwy niszczący to co naturalne. Autor z szacunkiem i podziwem opisuje postaci, które żyją w tych trudnych warunkach w zgodzie z przyrodą i duchami. Na Europę spogląda jak na krzykliwego potwora, który zagubił się w pogoni za dobrobytem i sławą. Prorosyjskie nastawienie autora może wydać się czytelnikowi oburzające, biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich miesięcy zachodzące na Ukrainie. Kontrowersyjne będą spostrzeżenia dotyczące polskich polityków i prezydenta Rosji. Współczucie wzbudzą losy więźniów, którzy zesłani do zon, zmuszeni zostali do pracy w wiecznej zmarzlinie. Życie tam jest koszmarem, jeśli nie jest wyborem wolnego człowieka. Autor dokonał tego wyboru, może aby poznać samego siebie i z siebie odzywać się do nas. Pociąga go kontemplacja życia i świata z dala od zgiełku cywilizacji, wiecznej gadaniny i nachalności mediów.

            Społeczeństwo jest niemiłe, jak głosi tytuł płyty zespołu Mister D (Dorota Masłowska w swym kolejnym wcieleniu artystycznym – wokalistki), dlatego ja z przyjemnością uciekłam w niemal wyludniony świat bezkresnych lasów, wielkich jezior, szamanów, wiedźm i samojedów (nie chodzi tu o ludzi zjadających siebie, ale żyjących samotnie) ukazany przez Mariusza Wilka. "Dom nad Oniego" to I część Dziennika północnego, już po kilku stronach lektury wpisałabym kolejne części na listę książek, które pragnę przeczytać, ale takiej nie prowadzę. Zapewniam, jeśli tylko pojawią się w zasięgu mojej ręki, nie będę walczyć z chęcią czytania.

                                                                                                           Aleksandra Janicka

Po książkę sięgnęłam zachęcona przez członkinie Dyskusyjnego Klubu Książki. „Dom nad Oniego” to specyficzny , poetycki dziennik-esej Mariusza Wilka, zapis jego pobytu w starym domu o 37 oknach spoglądających na tytułowe jezioro Oniego w odległej Karelii. Opisuje w nim zmagania z naturą, z innym podejściem tamtejszych ludzi do życia, a czyni to nieśpiesznie i nadzwyczaj poetycko wyjaśniając że: „[…] w obraz za oknem wchodzić należy powoli, aby pojąć grę światła w wodzie w zależności od pory roku, zachmurzenia nieba, czasu dnia. I zapachów z dworu warto się uczyć nieśpiesznie, by nie bajać o marihuanie tam, gdzie rosną zwyczajne konopie.” O ludziach wypowiada się z szacunkiem i… pokorą mówiąc, że „Ludzi także pierwej wypada poznać, żeby zrozumieć nie tyle o czym mówią, gdy wypiją, lecz także to, o czym milczą, gdy są trzeźwi.” Nie brak przy tym realistycznych obrazków takich jak naprawa pieca czy próba doprowadzenia do Kondy Biereżnej prądu. Niesiony potrzebą odremontowania pieca wielokrotnie układał się z miejscowymi zdunami, by po kilku nieudanych „wstępnych transakcjach” z lżejszym portfelem, ale większym doświadczeniem samemu zabrać się do jego naprawy. Chcąc pociągnąć do domostwa elektryczność był z kolei odsyłany od Annasza do Kajfasza, mamiony obietnicami i zmuszony do wręczania niezliczonych łapówek, aż po wielu miesiącach dopiął swego, nauczony, że ma „nie słuchać ni rad, ni złorzeczeń sąsiadów, lecz patrzyć im na ręce, nie dawać mużykom zaliczek, dopóki nie zakończą roboty i nie czekać wiosny, aż leśnicy wyjdą z zimowego zapoju, tylko samemu walić sosnę na słupy elektryczne, póki soki nie zaczęły w drzewach krążyć.” Mimo to widać w książce fascynację Karelią, ludźmi, przyrodą. Pisze, że jest tam już tak długo, tak się zasymilował, że zaczyna się zastanawiać czy jest „polskim pisarzem piszącym po rusku” czy też „rosyjskim pisarzem piszącym po polsku”. To z kolei sprawia, że pełno w dzienniku „rusycyzmów” które osobom nie mającym z językiem rosyjskim kontaktu często utrudniają zrozumienie tekstu. Z drugiej strony jest w nim wiele nawiązań do znanych twórców literatury, filozofów, autor cytuje Eklezjastesa Thomasa Mertona, powołuje się na nauki Zai Yuna. Specyficzny to dziennik i niełatwy do zrozumienia. Nie każdemu przypadnie do gustu.

                                                                                                                               Joanna Górna - Staniszewska

 

Recenzja książki "Nie ma jednej Rosji" Barbary Włodarczyk

Książka Barbary Włodarczyk zawiera siedemnaście reportaży, które wcześniej były emitowane w TVP 1 w ramach cyklu „Szerokie tory”. Są to więc zapisy reportaży telewizyjnych, wszystkie według schematu-jeden dzień z życia bohatera, któremu towarzyszą dziennikarka, operator i dźwiękowiec.

Kim są bohaterowie? To bardzo różne postaci: Lida z potiomkinowskiej wioski Mansurowo, z której pochodzą przodkowie Miedwiediewa, kreatorka mody Julia Dalakian z Moskwy, Karina, dziewczynka ze szkoły kadetek, Wasia z Dworca Jarosławskiego, sobowtór Lenina pracujący na Placu Czerwonym, neofaszysta Tasak i inni.

Poznajemy nocną Moskwę, gdzie toczy się życie jak w dzień i bogaci korzystają z wielkich możliwości stolicy. Mamy też okazję „zajrzeć” do największego w Europie domu starców i inwalidów, w którym przebywa ponad 600 osób.

Wśród bohaterów reportaży znajdzie się opozycjonistka Żenia Czirikowa organizująca wiece przeciw Putinowi i matuszka Marija, która przewodzi sekcie Putina i czci go jako nowe wcielenie św. Pawła.

Barbara Włodarczyk towarzyszy swym bohaterom, stara się ich zrozumieć, zadaje pytania, docieka ich racji. Nie zawsze jest to łatwe, bo jak tu spokojnie przyjmować hasła głoszone przez członków rasistowskiej Partii Narodowo-Nacjonalistycznej. Autorka przekazuje czytelnikowi swoje emocje (często czuje ciarki na plecach).

Poprzez przedstawiane postaci pokazuje różnorodny obraz Rosji, kraju pełnego kontrastów i sprzeczności.

Nie znam telewizyjnych reportaży Włodarczyk, ale myślę, że mogą być bardzo ciekawe. Będę chciała na pewno je zobaczyć. Natomiast ich zapisana wersja nie zachwyciła mnie. Owszem, czyta się dobrze, ale potem nie zostaje za wiele w pamięci. Jeden dzień nie daje możliwości bliższego poznania bohaterów. Na dłużej zapamiętam może Jeana, czarnoskórego radnego z głubinki, który po prostu pomaga ludziom. No ale on przecież pochodzi z Afryki.

Dla mnie o Rosji najciekawiej pisze Jacek Hugo-Bader i Mariusz Wilk, ich książki podobają mi się najbardziej. Myślę jednak, że dla znających telewizyjne reportaże Barbary Włodarczyk interesująca może być konfrontacja z ich literacką wersją.
„Nie ma jednej Rosji”- w obliczu ostatnich wydarzeń słowa te nabierają nowego znaczenia.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Recenza książki Bohumila Hrabala "Piękna rupieciarnia"

Bohumil Hrabal (2006): Piękna rupieciarnia. (tł.: Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski) Wołowiec: Wydawnictwo Czarne

 

Pisanie, czyli komentarz mojego życia

 

             Bohumil Hrabal w swoich autobiograficznych opowieściach, które znalazły się w zbiorze Piękna rupieciarnia, w rzeczy samej nie o knajpach i piwiarniach pisał, jak powierzchowna lektura mogłaby sugerować i budzić zdumienie, lecz o literaturze, która w istocie swojej  uwikłana jest w retorykę autentycznego języka, w końcu dla knajp i piwiarni charakterystycznego. Autor spisuje i syntetyzuje fragmenty usłyszanych tam opowieści, i na nich rozwija swój dar poetycki, tak żeby pozwolić na swobodną rozmowę tego daru ze skomplikowaną domeną życia. Bywalcy knajp to zwykli ludzie i mają „cechy ludowej mądrości.” Co jednak dzieje się w przesłaniu Pięknej rupieciarni?  Mamy tu do czynienia z nutą troski pisarza o przenikliwość spojrzenia na świat -  spojrzenia „przez pryzmat bystrego oka”. Bohumil Hrabal trwa w przekonaniu, że „literatura to nie tylko czytanie do poduszki, dla zabawy”(dulce - jak pisał w Ars poetica Horacy), lecz ma być niewzruszonym świadectwem obnażania rzeczywistości z jej słabości, odsłaniać jej skrywane oblicze. Świat literacki Hrabala stać się ma zatem wyzwaniem wobec umysłu (pulchra - Horacy). Tak, rzeczywistość jest tuż obok, na wyciągnięcie dłoni i każdy ma do niej dostęp, jednakże pod warunkiem, że potrafimy na nią patrzeć. Na pierwszym zatem miejscu wymienia Hrabal zasadę zachwytu dla widzialnego świata - jako niezbędny warunek zgłębiania rzeczy celem odkrycia ich istoty (tych rzeczy, które jawią się przed nami). 

            Wprowadzając czytelników w krainę szczegółowej obserwacji rzeczywistości wyraża Hrabal potrzebę (od)budowania zagubionej we współczesnym świecie tożsamości czytelnika. Ów detal odgrywa w omawianym zbiorze rolę pierwszoplanową. („W moich opowiadaniach zawsze są obecne szczegóły”) Autor budzi mój szacunek za swą wysoce przemyślaną próbę opisania tajemnicy literatury: wyraża się ona w współtworzeniu rzeczywistości poprzez rozglądanie się dookoła, w pogoni za detalem i świadomym patrzeniem na rzeczy, z daleka od codziennego filisterskiego moralizatorstwa (Wszystko to odbija się echem w książce Susan Sontag Przeciw interpretacji i inne eseje, w której najwyższą wartością jest doświadczenie zmysłowe: widzieć, słyszeć i odczuwać, czy w powieści Olgi Tokarczuk, Bieguni, kiedy czytamy: „Jestem tym na co patrzę i jak patrzę”).

            Dodatkowym zabiegiem poetyckim Bohumila Hrabala jest wprowadzenie do swoich utworów tzw., jak powiada sam autor, bohatera „sfiksowanego”. Nie upiększa, nie stylizuje człowieka i swoich bohaterów na ludzi doskonałych, lecz ukazuje dysonansowość i deformację ich  charakteru, który nabiera polemicznej mocy w starciu z tradycyjnym skostniałym widzeniem świata.  Niniejszy zabieg dryfuje w stronę uzyskania nowej, dodatkowej perspektywy spostrzegania rzeczywistości.

             Ktokolwiek przeczyta tę książkę, przekona się, że Hrabal jest prawdziwym intelektualistą a nie przyziemnym pisarzem bez skłonności do zainteresowania istotnymi pytaniami i dylematami, nie, żarliwie i autentycznie przeżywał wielkie i błahe problemy, w których sytuowało się jego doświadczenie życiowe. To co widział, spotykał, co go raniło i dawało radość stało się namiętnością, żarliwością jego literackiej wyobraźni.

            Podsumowując: zbiór opowieści autobiograficznych  Bohumila Hrabala uważam za bardzo ważny dla literackiej krytyki współczesnej, znakomicie napisany, w wielu miejscach prowokujących do dyskusji, intelektualnie pobudzający do dalszej lektury.

           

 

Recenzja książki "Dym się rozwiewa" Jacka Milewskiego

„Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”- przypomniały mi się słowa tej piosenki śpiewanej przez Marylę Rodowicz, gdy czytałam książkę Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa”. Co to znaczy „prawdziwy Cygan”? Czy to ten festiwalowy z „ore ore…”, czy oszust i złodziej?

 

Autor w dwunastu opowiadaniach stara się przełamać stereotypowy obraz Cygana. Pokazuje zwyczajne życie tej społeczności, ludzi mieszkających obok Polaków, jednak starających się zachować swe odrębne obyczaje, przestrzegających „zakonu”, uznających zwierzchnictwo swego Sero Roma.

 

Milewski zna dobrze Cyganów, uczy ich dzieci, jest zapraszany na rodzinne uroczystości, pomaga im. Widać, że stara się ich rozumieć, choć nieraz buntuje się przeciw niektórym obyczajom, takim chociażby jak wydawanie za mąż trzynastoletnich dziewczynek.

 

Czytelnik ma możliwość poznania i innych obyczajów oraz wierzeń cygańskich.

 

Ciekawie opowiada o nich dziewięcioletni Czarli Godo , który prowadzi pamiętnik i stopniowo z jego zapisków znikają błędy językowe.

 

Narratorem większości opowiadań jest jednak autor. W pierwszej lub trzeciej osobie wprowadza nas w świat ludzi, których zmuszono do osiadłego trybu życia i zakazano wędrowania z taborami. Z rozmów Milewskiego ze starszymi Cyganami, bo tylko oni pamiętają jeszcze tamten czas, wynika, że nie było to wyłącznie barwne, kolorowe życie.

 

Cyganka Zofija w tytułowym opowiadaniu mówi: „Nie tak było, jak śpiewają teraz w piosenkach na tych festiwalach. Że nic, tylko tańczyli Cygany po lasach. Bolało nieraz życie, to taborowe, oj bolało”.

 

A jej rozmówca dodaje: „Tamten świat zniknął, jak ognisko, na które chluśnięto nagle wodę z wiadra. A teraz właśnie kończy się rozwiewać po nim dym”.

 

Tymi słowami autor podkreśla, że mimo odrębności kulturowej Cyganie powoli wtapiają się w społeczność, wśród której żyją. Zwłaszcza młodzi nie bardzo już chcą wyróżniać się, np. strojem. W swej książce chce jednak zachować to, co wyróżnia ich w sensie pozytywnym- bardzo silne więzi rodzinne, wierność tradycji, szacunek dla starszych.

 

Jest to wiarygodny przekaz, bo Milewski zna język cygański , co pozwoliło mu na większe zbliżenie się do tych ludzi, którzy uznali go za prawie swojego.

 

Czytelnik ma możliwość zapoznania się z niektórymi słowami i zwrotami cygańskimi. Tak więc my „gadziowie’ (obcy) dzięki książce „Dym się rozwiewa” poznajemy bliżej Cyganów, może żyjących gdzieś obok nas, po sąsiedzku.

 

Warto przeczytać o Chitruso, Bogini, Dżasminie, Bachciarce, Dżastinie i innych, by mogło spełnić się pragnienie Czarliego: „Chciałbym tak zrobić, żeby Polacy nie patrzyli na nas i myśleli: złodzieje, oszuści i kłamcy”.

Wiesława Kruszek - DKK przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi