Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Służące

Kathryn Stockett urodziła się i wychowała w Jackson w stanie Missisipi i jako bogata, biała panienka była wychowywana przez czarną służącą Demetrie, z którą łączyła ją silna więź. Postanowiła zatem opisać ją w swojej książce "Służące", która zdobyła ogromną popularność i stała się bestselerem, czego dowodem jest jej adaptacja filmowa. Dlaczego więc mnie nie zachwyciła? Autorka stworzyła trzy główne bohaterki: dwie czarne służące i białą panienkę, która chcąc zmienić mentalność społeczeństwa amerykańskiego w latach sześćdziesiątych XX wieku pisze książkę, w której zawiera opowieści czarnych służących. Stockett poruszyła bardzo ważny temat, silna segregacja rasowa obecna w Ameryce jeszcze nie tak dawno temu, uczucia i emocje czarnych kobiet, które różnią się od swoich białych pań tylko kolorem skóry, a często są od nich nawet lepsze i mądrzejsze. Szkoda, że tak ważny temat został ubrany w tak nieciekawą formę. Stworzone zostało takie czytadło, które nie jest ani porywające, ani zapierające dech. Z trudem pokonałam 580 stron, mając po drodze kilka razy ochotę poddać się i nie czytać do końca. To co przeszkadzało najbardziej, to jednoznaczny i konsekwentny podział bohaterów na dobrych i złych. Nie ma żadnej postaci, która miałaby pogłębiony, niejednoznaczny rys psychologiczny. Szkoda, bo temat ciekawy i chętnie przeczytałabym o nim mądrą książkę. "Służące" K.Stockett niestety tych oczekiwań nie zaspokoi.

188 dni i nocy

"188 dni i nocy" autorstwa Małgorzaty Domagalik i Janusza Wiśniewskiego to książka o rozważnich.

Autorzy przez 188 dni i nocy wymieniają między sobą maile opisujące ich doświadczenia życiowe, poświęcenie, zdradę, miłość, przyjaźń, dosłownie o wszystkim.

Historie opisane w listach odnoszą się do zachowań i odczuć ludzkich.

Jest trochę gry, ale więcej wzajemnej życzliwości, zrozumienia i zadumy. Tego co przeżyli, osiągneli, co jest dla nich aktualnie najważniejsze.

"Punkt równowagi" Andrzej Bobkowski

Andrzej Bobkowski „Punkt równowagi”

 

Ile razy rozglądam się po moim mieszkaniu i zastanawiam się, czy gdzieś z kąta, z fotela, a może z zacisza niebios nie spoglądają na mnie poprzedni mieszkańcy. Zapraszam w myślach na herbatę przygarbionego i siwego ducha pani Kotowskiej, której nigdy nie widziałam, a której nazwisko znam tylko z tabliczki na moich drzwiach i dedykacji znalezionej w jakieś starej, pozostawionej w mieszkaniu książce. Andrzej Bobkowski ma więcej odwagi albo rozmachu i w opowiadaniu „Nekyia” zaprasza duchy Balzaka i Flauberta. Pozwala im spojrzeć na kapitalistyczną Francję i komunistyczną Rosję, pyta: Co sądzicie? Jak oceniacie? Ja przywołuję ducha nieznajomej staruszki. Niech powie, czy podoba jej się nowa tapeta i błyszcząca lampa, a potem niech powspomina, w jakim systemie w Polsce żyło się jej lepiej. Czy jak Gandhi u Bobkowskiego wierzyła w dogmaty komunizmu, a może udało się jej dostrzec ideały w kapitalizmie, którego goniącym za dobrobytem i pieniądzem dzieckiem jestem ja. Może schylona nad filiżanką opowie mi, jak odnaleźć swój punk równowagi, jak zrozumieć swoją winę lub uzyskać przebaczenie. Bohaterowie Bobkowskiego dotykają sensu istnienia w dżungli Gwatemali, na morzach lub plantacjach bawełny.  Może mi się to uda w centrum XXI – wiecznego europejskiego miasta pod bacznym wzrokiem zaproszonego ducha, który wzruszy się moją samotnością lub wzburzy złymi manierami i szybko opuści nie swoje czasy. Ja zostanę z tomem opowiadań Andrzeja Bobkowskiego w ręku i z przekonaniem, że nie ma lepszej recenzji dla książki niż przyznanie, że jej lektura przywołała nie tylko duchy, ale i wiele myśli i refleksji, o  tym jakie są moje  czasy i moje wybory.

Aleksandra Gajewska

"Tak to ten" Jerzy Sosnowski

Tak to ten
Jerzy Sosnowski
Po powieść Tak, to ten pióra Jerzego Sosnowskiego, pisarza i dziennikarza radiowego, sięgnąłem w ramach planowej lektury mojego oddziału DKK. Z początku książka mnie urzekła, potem wnerwiła, potem zaciekawiła, zniechęciła, zaintrygowała, wkurzyła… Wymieniać dalej? Lepiej nie. Miast recytować tę niekończącą się huśtawkę przejdę może od razu do sedna.
 
Tak, to ten jest opowieścią wielowątkową i wielotematyczną, umiejscowioną głównie w klimatach Kołobrzeskich, choć nie tylko. Mamy sprawę przeszłości Kołobrzegu; czasów Hitlera, a nawet wcześniejszych, mamy sprawę Polski dzisiejszej i społeczne problemy wynikające z przemian ustrojowych, które do niej doprowadziły. Mamy wątek radia prowadzącego audycję dla nocnych marków i ich zwierzenia na antenie. Blogi jako ersatz kontaktów międzyludzkich. Wszystkich nie będę wymieniał. Kto chce przeczyta i sam zobaczy. Problem w tym, że jest ich dużo, ale przeskoki między nimi, podobnie jak przeniesienia w czasie i przestrzeni, nie są zaznaczone w sposób zwykle praktykowany, co utrudnia lekturę. Ja osobiście odniosłem wrażenie, iż autor po prostu chciał zrobić na złość czytelnikowi. Tym bardziej, iż do tego dochodzi dziwna maniera – w książce nie ma chyba ani jednego przypisu tłumaczącego, choć roi się w niej od wstawek w językach obcych, łącznie z całymi tekstami piosenek. Czytelnik nie znający biegle języków ma do wyboru czytanie po łebkach, albo szukanie tłumaczeń. Po co taki zabieg? Taka konstrukcja w ogóle mnie nie przekonuje. Podobnie forma absolutnie, przynajmniej w moim odczuciu, nie przystaje do treści. Miejscami tekst rozsypany, miejscami posklejany. Takie praktyki można spotkać również u uznanych światowych autorów, ale tam współgrają one z rytmem narracji, z klimatem lub treścią. Tutaj, w moim odczuciu, opowieść sobie, a forma sobie. W dodatku, w przeciwieństwie do formatowania tekstu, które miejscami jest sztucznie udziwnione, styl jest monotonny i nie zmienia się niezależnie od okoliczności i zdarzeń.
 
Trzeba przyznać, że jest w powieści kilka wątków, które cały czas dobrze rokują i każdy z nich sam mógłby starczyć innemu pisarzowi na materiał do dobrej książki. Niestety, oczekiwanie na to, że się jakoś splotą i zakończą nie spełni się. Całość sprawia wrażenie niedokończonej zabawy; jakby malarz zaczął mieszać farby i bazgrać coś na płótnie, aż całe je zasmarował, ale koniec końców pozostawił zamalowane płótno, które nie jest obrazem. Domniemywam, że zabieg ten był celowy, ale ja tego nie kupuję.
 
Jak wspomniałem, wiodącym motywem jest Kołobrzeg jako miejsce reprezentatywne dla Ziem Wyzyskanych, ze wszelkimi tego reperkusjami, jak roszczeniami Wypędzonych, niepewnością Polaków, itd. Tutaj niestety Sosnowski poległ. Dla mnie, jako miłośnika i wieloletniego mieszkańca kilku takich miejsc, zarówno z północy jak i południa dzisiejszej Polski, autor nie chwycił klimatu tych terenów, mentalności tych ludzi, przez co stracił wiele z wiarygodności swej narracji.
 
W historii literatury wiele było dzieł, których twórcy wysilili się na oryginalność formy. Ja jednak jestem zwolennikiem tezy, iż forma bez treści jest niczym, lepsza jest już treść bez formy. Stąd byłby już tylko krok do zmieszania książki z błotem, gdyby nie… No właśnie.
 
Gdyby tą powieść pokroić na kawałki, wykroić z niej opowiadania czy inne krótkie formy, byłby całkiem ciekawy zbiorek. Szczególnie opowieść o Świętym Zabajonku (str. 370), gdyby zaistniała jako samodzielny tekst pseudohagiograficzny, byłaby prawdziwym majstersztykiem. Szkoda, że takie perełki zaginą w przyszłości literatury ze względu na nieudany, w mojej ocenie, eksperyment z formą. Nie mam śmiałości zachęcać nikogo do tej lektury, tym bardziej, iż nie da się jej przebrnąć szybko, ale i zniechęcać nie mam zamiaru. Jeśli nie boicie się szczególnej maniery, o której wspominałem, jeśli macie więcej wolnego czasu, niż zwykle trzeba poświęcić powieści o tej objętości, jest to być może książka dla Was. Nawet jednak jeśli nie chcecie jej czytać, ale jakoś do Was trafi, albo jeśli czytając, w pewnym momencie będziecie chcieli rzucić ją w kąt, co jak słyszałem wielu się przydarza, przeczytajcie wspomniany fragment o Świętym Zabajonku. Naprawdę warto, o czym Was zapewniam

 
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie
Radosław Magiera

"Grochów" Andrzej Stasiuk

Grochów
Andrzej Stasiuk
wydawnictwo: Czarne 2012

Grochów był lekturą zaplanowaną na styczniowe spotkanie w naszym DKK. Andrzej Stasiuk – nazwisko znane, lecz muszę przyznać bez wstydu, że z jego prozą spotkałem się po raz pierwszy dopiero teraz. Bez wstydu, gdyż nie można czytać wszystkiego, a ja w szczególności nie gonię za tym, co akurat modne (czytaj promowane). Jeśli już, to raczej z żalem, gdyż Mury Hebronu, debiut Stasiuka z 1992 roku, wciąż mam zamiar przeczytać, czując przez skórę, iż to może być coś dla mnie, tylko ciągle coś innego wypada. Znów się stało inaczej i przyszedł czas na Grochów, a na Mury jeszcze nie. Klątwa jakaś czy co?

Książeczka wydana jest niezwykle przyzwoicie, prawdziwy ewenement jak na dzisiejsze czasy. Żadnych błędów, które rzucałyby się w oczy, nie mówiąc o utrudnianiu odbioru. Całość mieści się w poręcznym (przynajmniej dla mojej dłoni) formacie umożliwiającym lekturę w każdych warunkach. Solidna twarda okładka i gustowna grafika dopełniają obraz zasługujący na laurkę. A w środku?

Tomik zawiera cztery krótkie formy, zapis osobistych wspomnień i refleksji, których głównym motywem, w moim odczuciu, jest umieranie, starość i choroba. Przemijanie znajomych i bliskich, ludzi i zwierząt. Problem spychany poza horyzont świadomości przez dzisiejszą cywilizację, która przy wsparciu pokoleń marketingowców usiłuje widzieć tylko młodych, zdrowych i pięknych. Mądrych niekoniecznie. Śmierć dzisiaj najchętniej widziano by gdzieś daleko; za miastem, za murami szpitala, za horyzontem percepcji i myśli. Temat, który w ciemnych, dawnych czasach, był takim samym elementem świadomości życia jak narodziny. Autor słusznie podkreśla, iż nie tak dawnych jednak, gdyż jeszcze nasi dziadowie i babki za normalne uważali czuwanie przy zmarłych, wystawienie zwłok w kaplicy i pożegnanie pocałunkiem nieboszczyka leżącego w otwartej trumnie. Za podjęcie tej tematyki, która nie powinna zniknąć ze świadomości, jeśli społeczeństwo ma pozostać zdrowe i nie zmienić się w Nowy wspaniały świat rodem z Huxleya, pisarzowi należy się uznanie. Tym bardziej, iż rzecz, pomimo powagi problemu, czyta się przyjemnie.

Łatwość odbioru zapewnia między innymi oszczędność tekstu. Niecałe sto stronic z grafiką włącznie, duże marginesy, wyeksponowane akapity; czytania niewiele. Wielka zaleta, gdyż zapobiega przegadaniu tematu i zostawia miejsce na refleksje czytelnika. Niestety, nie same zachwyty ta książka we mnie wzbudziła. W aspekcie wspomnień o Grochowie, PRL-u i młodości Stasiuk absolutnie do mnie nie przemówił. Jawi mi się jako wyobcowany buntownik, outsider o krok od przegranej, samotnik dysfunkcyjny społecznie. Postać ciekawa, ale niereprezentatywna dla swych czasów, społeczeństwa i miejsc. Antyteza bystrego, dociekliwego obserwatora. Denerwowała mnie też jakaś taka nierówność jego prozy, której nie sposób oddać słowami, a która sprawiała, iż momentami byłem zachwycony, a momentami lekko nawet zdegustowany. Na to jeszcze nałożyła się sprawa psów.

Ćwierć książki jest poświęcona ulubionej suce autora, jej chorobie i śmierci. Staje się bardzo prowokującym pytaniem o eutanazję. W połączeniu z pozostałymi trzema tekstami jest to pytanie o prawo do śmierci; ludzi i zwierząt. Stasiuk w sprawie swego psiego ulubieńca podjął decyzję jaką podjął. Nie mnie oceniać. Nie zajmuje też wyraźnego stanowiska w sprawie eutanazji, przynajmniej ja tak to odbieram, a raczej rzuca temat. Temat, którego w Polsce z różnych powodów nikt nie chce tknąć, a odważni stają się obiektem ostracyzmu. Tutaj jednak wypływa wspomniana już wcześniej psia sprawa.

Oceniając wspomnienia nie sposób nie oceniać również autora, gdyż opowiada on o samym sobie oraz o swym życiu. Pisarz zaś bez cienia wstydu wspomina swe psy, które bez nadzoru latały po całej wsi. Zżyma się na to, że musiał płacić okolicznym gospodarzom, gdy zagryzały im owce. A ja od razu sobie pomyślałem: - A jakby zagryzły dziecko? Też by się zżymał, że musi zabulić i dalej żadna refleksja by go nie dopadła? Tyle się mówi i pisze o tej pladze, jaką są psy bez nadzoru w naszym kraju, a tu taki dół! Jestem miłośnikiem psów, zwłaszcza tych dużych. Uwielbiam takie, które można pogłaskać bez schylania się. Rozumiem jednak doskonale, co potrafi człowiekowi, zwłaszcza dziecku, taki pies zrobić, gdy uzna kogoś za zagrożenie. Pies nie odpowiada za siebie, to właściciel musi myśleć i przewidywać za niego. Trzeba wytknąć, że tutaj autor idealnie wpisał się w powszechną w Polsce bezmyślność, brak wyobraźni i odpowiedzialności. Dobrze chociaż, że o jeździe na fleku nie było mowy.

Zapytacie co to ma do oceny książki? Skoro przesłanie jest jednym z aspektów dzieł, nie tylko literackich, na równi z zaletami artystycznymi, to chyba jego brak też jest ważną przesłanką. Gdyby Stasiuk w jakikolwiek sposób odniósł się do tych swoich psów ganiających samopas po okolicy, gdyby dał znać czytelnikowi choć jednym słowem, że teraz widzi naganność swego zachowania, pal sześć. Niczego takiego jednak nie ma. A ponieważ jest to postawa w Polsce powszechna, to czynienie zła i nawet nieuświadamianie sobie tego, które choćby dla naszych sąsiadów zza Odry jest trudne do zrozumienia, więc uważam, iż takie stanowisko, zwłaszcza powielane przez, jak by nie patrzeć, elitę intelektualną i opiniotwórczą, trzeba piętnować z całą bezwzględnością.

Podobno pokutuje stwierdzenie, iż proza Stasiuka trafia raczej do panów, niż do pań. Ja nie znajduję dla tego żadnego uzasadnienia. Grochów to kawałeczek, nieduży, co też jest w tym wypadku zaletą, solidnej opowieści o życiu i o śmierci. Gdyby nie wspomniany psi aspekt, powiedziałbym nawet, że to rewelacja. Tak jednak, jak jest, nadal pozostaje dla mnie książką, którą szczerze mogę każdemu polecić, ale na pewno nie jako must have, ani nawet must read.
Pozdrawiam serdecznie
 
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie
Radosław Magiera

Każda książka ma swojego odbiorcę. - "Nielegalne związki".

Każda książka ma swojego odbiorcę.

Książkę przeczytałam wartko. Nie szybko, a wartko. "Wartko" to pospolite słowo i taka wydaje mi się książka "Nielegalne związki" Grażyny Plebanek.

Amos Oz w jednym z wywiadów opowiadał, że między czytelnikiem a książką, w trakcie czytania, wytwarza się intymna więź, tak intymna jak intymny jest seks między dwojgiem ludzi. Muszę stwierdzić, że między mną a książką tak więź nie powstała. Owszem, przeczytałam książkę, ale bez zaangażowania. Jaka jest tego przyczyna? Tego typu literatura nie trafi w mój typ wrażliwości. Książka naładowana jest opisami aktów seksualnych. Ich dokładność, niemal anatomiczna dosłowność, spowodowały wrażenie, że książka ociera się o pornografię.

Nie. To zdecydowanie nie mój typ opisywania miłości. Również tej fizycznej.

Osadzenie akcji w brukselskiej rzeczywistości, jako celowy zabieg, miało dodać nowoczesności, a dla mnie było tylko miałkim tłem. Brak chronologii, mało wyraźne rozróżnienie jej w akcji, powodowało, że miałam problem z odnalezieniem się w jakim czasie jestem: teraźniejszości czy przeszłości.

Autorka posługuje się w książce dziwnymi, niezrozumiałymi słowami (i nie są to zapożyczenia z angielskiego). Może to słowotwórstwo.Tylko szkoda, że Plebanek nie skupiła się na tworzeniu słów opisujących fizyczną miłość, tak by nie były to wulgaryzmy czy określenia medyczne. Bo tych słów zdecydowanie brakuje w polskim języku.

No cóż. Każda książka ma swojego odbiorcę, jednak ja nie zaliczę siebie do czytelników twórczości Grażyny Plebanek.

Pozdrawiam

Anna Kowalczyk

DKK Sokolniki

Nieidealna "Idealna rodzina"

Pierwsza myśl po przeczytaniu "Idealnej rodziny" Pam Lewis to... rozczarowanie.  Na obwolucie książki obiecuje się thriller obyczajowy, mroczne tajemnice, czytelnicy będą zarywać noce i co? No trochę na wyrost te opisy. Fabuła jest prosta, tajemnice nie są aż tak straszne, a akcja taka jakaś nijaka. Postacie papierowe, wątek banalny. Jedyna wciągająca scena , to walka dwóch braci, której jeden z nich nie przeżyje. Po przeczytaniu tej książki miałam tylko poczucie straconego czasu. Lubię powieści, które poruszają, zmuszają do myślenia, zostawiają we mnie jakieś obrazy, przeżycia, "Idealna rodzina" niestety nie spełniła tych oczekiwań. Oczywiście bywają gorsze książki, tę jeszcze jakoś da się czytać. Język nie jest na szczęście infantylny, męczący i można ją szybko i bezboleśnie przeczytać, tylko po co?

"Hermańce" Barbara Kosmowska

Recenzja na podstawie wypowiedzi klubowiczów

"Hermańce" Barbary Kosmowskiej to smutna i gorzka prawda o  współczesnej polskiej wsi. Pisarka pokazuje, jak  trudno i ciężko pokonać przyzwyczajenia i stereotypy w zachowaniu i  myśleniu. Główny bohater, a zarazem narrator M. Złotowski stanowi doskonały przykład postaci, ktorej postępowanie można  opisać powiedzeniem, że  dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Budzi on u czytelników mieszane uczucia.  Początkowo darzymy go sympatią, lecz z każdą kolejną przeczytaną stroną lubimy go coraz mniej. Okazuje się bowiem  leniwy, zazdrosny,  pyszałkowaty, przekonany o swojej wyższości, gardzący innymi. Obok niego  autorka  ukazuje cały szereg doskonale nakreślonych postaci. Ich wnikliwa analiza  pozwala stwierdzić, jak ważne jest dzialanie i że do zmian nie  wystarczą zdobycze cywilizacji  czy też wiedza .

"Hermańce" to wieś -  pełna obaw przed nowym, przed zmianami. Ale z lektury tej powieści nasuwa się też myśl, że "Hermańce" każdy nosi w sobie: to lęki, wyobrażenia i oczekiwania, które hamują nasz rozwój.

Książkę czyta się lekko, a to za sprawą specyficznego stylu, dowcipnego języka, dużej dawki humoru sytuacyjnego. Po przeczytaniu  pozostaje jednak odczucie  smutku i goryczy, bo ..."z Hermańców można wyjechać, ale nie można od nich uciec..."

Jolanta Grabowska i Lidia Omiecińska

DKK przy GBP w Wodzieradach

"Księżyc nad Zakopanem" Maria Nurowska

Recenzja członkini DKK W Działoszynie
autor: Marta Kucharska

Nie czytuję książek autobiograficznych, bo nie ma nic gorszego od pisania o samym sobie. To dla mnie forma przechwałki, puszenia się na własną osobę. Więc kiedy od niechcenia sięgnęłam po książkę Marii Nurowskiej „Księżyc nad Zakopanem” byłam gotowa ciskać krytycznymi zdaniami niczym piorunami, jednakże już po pierwszej stronie, ciepły wiatr rozwiał ciemne chmury i nad Przekopkami zaświeciło ciepłe szczere słońce.

Książka pełna wspomnień, które tak wybitnie opisane, stają nam przed oczami niczym nasze własne. Przewracałam kartki książki niczym kartki albumu ze zdjęciami. Widziałam kolory w czarno białych fotografiach, czułam na podniebieniu, niebiański smak pierwszego kubka kakao i drżałam od trzasku blaszanego dachu domu wuja Leona.

Odniosłam wrażenie, że niezwykli ludzie zamieszkujący na stałe kartki tej książki, siadają obok mnie, niczym dobrzy przyjaciele i śmieją się, wzruszają, milkną ze wzrokiem utkwionym w przeszłości...

W pewnym momencie pomyślałam nawet, że nic więcej pisać nie trzeba, że te wspomnienia z dzieciństwa, które zniszczył, zatruł system już wystarczą, ale kilka kartek dalej pojawia się słowo „Dnieje” i życie zaczyna się na nowo.

Pisarstwo to dar i przekleństwo w jednym. Pisarz odczuwa świat nieco bardziej intensywnie. Widzi to, czego zwykły człowiek nie chce ,lub nie może zauważyć. Słyszy dźwięki o których istnieniu nawet nie marzyliśmy, ale najbardziej istotne jest to, iż pisarz potrafi to potem przelać na papier. Kolory, uczucia, dźwięki zastępuje słowami, które w większości przypadków potrafią ożyć zastępując nam rzeczywistość. To dar. Przekleństwem jest to,że pisarz to wieczny podróżnik życia. Z góry skazany na tułaczkę w poszukiwaniu „czegoś więcej'”.

Dlatego właśnie myślę o tej książce, jak o niekończącej się podróży w poszukiwaniu miłości, akceptacji i przede wszystkim swojego miejsca na ziemi...

Niestety. Związki okazują się duszne, uzależniające, niszczycielskie,. Zaakceptowanie komunistycznej Polski- niemożliwe. A znalezienie własnego miejsca na ziemi trudne.

Dom w tej książce ma bardzo duże znaczenie. Nie tylko jako bezpieczne miejsce, ale także i życie samo w sobie. Pisarz poprzez tą niekończącą się podróż pozostaje bezdomny przez całe życie. Nie dane jest mu bowiem przystanąć w miejscu. Musi przemierzać drogi życia w pośpiechu, dotrzymując kroku własnej wyobraźni.

Ta książka mówi. Głosem ciepłym, spokojnym. Na koniec uśmiecha się przez łzy, daje znać, że jako pisarz można przeżyć i nadal żyć...

"Lala" Jacek Dehnel

Recenzja napisana na podstawie wypowiedzi klubowiczów.

Tytułowa "Lala" to babcia  Jacka Dehnela, Helena. Opowiada historię swojego życia, a  wnuk słucha i  zapisuje  kolejne opowiastki: anegdoty, rodzinne plotki, historie miłosne...Powieść ukazała się w  2006 roku, napisano na jej temat  już wiele recenzji,  wyrażono wiele opinii.

W naszym DKK książka wywołała sprzeczne reakcje. Jednych oczarowała, innym się zdecydowanie nie podobała.

Zwolennicy stwierdzili, że powieść wywiera silne wrażenie na czytelniku, zmusza do zadumy, a ponadto jest:

  • piękna, oryginalna,
  • napisana  przyjemnym, gawędziarskim, trochę  staroświeckim stylem,
  • pełna wspomnień, nostalgii i  tęsknoty za minionym czasem,
  • wzruszająca, ciepła, zabawna.

Przeciwnicy zarzucali powieści, że jest:

  • zbyt chaotyczna,
  • przeładowana postaciami,  historiami i opisami  przedmiotów,
  • nudna, mało  oryginalna, irytująca,
  • napisana zbyt kwiecistym językiem.

Powieść Dehnela  nie zachwyciła wszystkich czytelników naszego  DKK. Dla mnie  przebrnięcie przez początek również było trudne. Ale  cieszę się, że się nie zniechęciłam. Bo  potem "Lala" zawładnęła mną  całkowicie.  Urzekła  mnie  właśnie tym specyficznym stylem narracji, ciepłem, które promieniowało z każdej strony, osobliwym klimatem,  opisami rodzinnych historii, tych zabawnych i tych smutnych. Szczególne wrażenie  zrobiło na mnie  pokazanie starzenia się i  śmierci bliskiej osoby.

"Lala" to książka  trudna, inna, ale z pewnością warta przeczytania.

 

Jolanta Grabowska

Moderator  DKK przy GBP w Wodzieradach

"Hollywood" Charles Bukowski zwycięska recenzja w konkursie Instytutu Książki DKK Rawa Maz.

Charles Bukowski*
Hollywood
W ostatnim czasie w naszym kraju obserwujemy wzmożone zainteresowanie czytelników twórczością nieżyjącego już Amerykanina zmarłego w 1994 - Charlesa Bukowskiego; znanego skandalisty i uznanego twórcy. Domyślając się, iż u podłoża tego zjawiska leży między innymi profesjonalnie przeprowadzone przedsięwzięcie marketingowe z ciekawością jednak sięgnąłem po Hollywood; przedostatnią z sześciu napisanych przez Bukowskiego powieści, którą opublikował w 1989, a więc prawie u kresu swego życia.
 
Hollywood jest autobiograficzną opowieścią o pisaniu scenariusza i pełnej przeciwieństw drodze do nakręcenia opartego na nim filmu**, w której pisarz swe własne doświadczenia i swą własną tożsamość dla formalności przelał w postać Henry’ego Chinaski. Więcej o fabule, o ile ten termin może się odnosić do wspomnień, nie ma co pisać, żeby nie odbierać czytelnikom tej odrobiny zaciekawienia, którą lektura Hollywood może wzbudzić, a i to tylko za pierwszym razem.
 
Styl prozy Bukowskiego jest prosty, na granicy płytkości. Mam wrażenie, iż jego pozycję w literaturze bardziej zbudował marketing, którego głównym elementami były wyeksponowany alkoholizm i seksualność, niż zalety jego pióra. Nawet reklamowane wulgaryzmy są tak dalekie od słownictwa, które można usłyszeć wszędzie, nie wybierając się nawet na mecze piłki nożnej, jak skaleczenie nożyczkami do paznokci od rany po pile łańcuchowej. Mnie osobiście taka konwencja nie za bardzo odpowiada, a sama lektura nie była czymś zachwycającym, ale trzeba też przyznać uczciwie, że nie była też męcząca. Zwykła opowieść alkoholika, prawdopodobnie wielce utalentowanego, który pomimo długiego żywota spłodził raptem sześć powieści***. Podejrzewam, iż podkreślając pozytywny wpływ alkoholu, który był jego weną, zapobiegał myśli o tym, ile mógłby stworzyć, gdyby sam siebie przy jego pomocy nie niszczył.
 
Mam wielki niedosyt co do głębszych treści, a właściwie prawie ich braku w Hollywood. Znałem wielu pijaczków, zwykłych prostaków bez wykształcenia, którzy w dłuższej rozmowie okazywali się lepszymi obserwatorami życia i świata oraz większymi filozofami niż Bukowski. Wielka szkoda, gdyż liczyłem, iż człowiek, który większość życia spędził na rauszu, bardziej oderwany od codziennego kieratu niż zdecydowana większość mu współczesnych, zaprezentuje tutaj coś interesującego. Z drugiej strony rzecz biorąc, trzeba przyznać, że Bukowski prawdopodobnie z dużą dozą autentyzmu, choć może nieco koloryzując, przedstawił nam świat amerykańskiego przemysłu filmowego. To może być ciekawy aspekt lektury pod warunkiem, iż cały czas będziemy mieli świadomość, że jest to tylko subiektywne spojrzenie na część Hollywood, z którą Bykowski się zetknął, a zwłaszcza na Hollywood w pewnym ściśle określonym momencie jego historii. Momencie, który już dawno przeminął, wraz ze swymi realiami i klimatem. Jeśli ktoś chce poznać ducha współczesnego kina, zwłaszcza tego ambitniejszego, nie może się posiłkować Bukowskim. Lepiej niech sięgnie po coś współczesnego, jak choćby „Kino to szkoła przetrwania” Agnieszki Wiśniewskiej i Małgorzaty Szumowskiej.
 
Moment podsumowania jest zawsze najtrudniejszy, ale w tym wypadku szczególnie sprawia mi problem, gdyż Hollywood trzeba odmiennie oceniać zależnie od kryteriów, którymi się będziemy kierować. Wartości moralnych, wzorców do naśladowania czy jakiegokolwiek przesłania próżno w tej książce szukać, podobnie jak mistrzostwa słowa czy stylu, więc absolutnie nie jest to lektura dla początkującego czytelnika, a zwłaszcza młodego, który mógłby uznać, że alkoholizm pomoże mu osiągnąć sukces i długie barwne życie. Prędzej właściwie odbierze ją koneser, zwłaszcza mający już doświadczenie życiowe pozwalające mu spojrzeć z dystansem na tą pijacką opowieść i najlepiej zmęczony innymi, wymagającymi i wypełnionymi wartościami dziełami, który szuka po prostu czegoś do poczytania. Czegoś, co nie wzburzy jego umysłu, serca ani duszy, a po prostu da się poczytać i odpocząć od wymagających lektur. Ja akurat nie byłem w takim momencie, więc mnie niestety Bukowski tym razem nie zachwycił
 


* Henry Charles Bukowski
 ** Ćma barowa (Barfly, 1987) w reżyserii Barbeta Schroedera, z Faye Dunaway i Mickeyem Rourke w rolach głównych
*** Oczywiście powieści nie są jedynym dorobkiem literackim Bukowskiego, niemniej trudno go zaliczył do rewolwerowych piór.
 
Pozdrawiam serdecznie
 
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie
Radosław Magiera

"Rzeki Hadesu" Marek Krajewski

„Rzeki Hadesu”  Marek Krajewski
 
Popularność, dodajmy od razu, iż całkiem zasłużoną, przyniósł Markowi Krajewskiemu cykl klasycznych kryminałów o śledztwach prowadzonych przez przedwojennego wrocławskiego detektywa Eberharda Mocka. Później autor stworzył drugą postać pierwszoplanową – lwowskiego policjanta Edwarda Popielskiego, dla którego rozpoczął nową serię powieściową. WRzekach Hadesu pisarz postanowił doprowadzić do bezpośredniego spotkania tych dwóch mężczyzn o silnych osobowościach. Co c tego wyszło?

W przedwojennym Lwowie dochodzi do porwania i zgwałcenia nastoletniej dziewczynki. Sprawą zajmuje się oczywiście Popielski. Niestety, sprawca nie zostaje ujęty, choć jego tożsamość udaje się odkryć. Potem przychodzi wojna i w powojennym Wrocławiu, gdzie trafiło wielu byłych Lwowiaków, znów splatają się losy pedofila, który dotąd unikał kary, i Edwarda Popielskiego, który już z policją nie ma niczego wspólnego poza tym, że musi jej unikać jak ognia. Tam pojawia się również Mock, który pomaga Popielskiemu, dzięki czemu oba cykle powieściowe zostają połączone. Jak się to wszystko skończy oczywiście nie zdradzę; odebrałoby to książce wiele.

Rzeki Hadesu, jak wszystkie powieści Krajewskiego, są stylistycznie na najwyższym poziomie. Pod tym względem w polskim kryminale współczesnym jest nasz pisarz klasą samą w sobie. Również dbałość o szczegóły historyczne jest stałym wyznacznikiem jego twórczości. Niestety na szczegółach się kończy i w moim odczuciu autor jest jednak tylko perfekcyjnym rzemieślnikiem. Pomimo dbałości o detale, obraz Lwowa, ale nie ten wizualny, a ów dotyczący rzeczy niepomiernie ważniejszych, czyli przedwojennych realiów społecznych, jest dla mnie nieprzekonujący. Wirtuoz nawet zmyślając wszystko, od początku do końca, potrafi ukazać prawdę, ukazać jak było; jak myśleli ludzie, jak czuli, jakie były mechanizmy społeczne i ukryte sprężyny działania władzy. Zmyślając jest bardziej prawdziwy niż ci, którzy opierając się na realiach nie potrafią odtworzyć niczego, co poza konkrety wykracza. Szkoda, że Krajewskiemu w obecnym podejściu tej zaklętej granicy nie udało się przekroczyć, co nie zmienia faktu, iż w tym kanonie w polskiej literaturze w chwili obecnej jest bezkonkurencyjny. Zaznaczam jednak, że tylko w Polsce i tylko w granicach wąsko pojmowanego kryminału. Gdyby rozpatrywać również sensację i powieść szpiegowską, liderem bym go już nie określił.

Rzeki Hadesu często są określane jako obrzydliwe, makabryczne, odrażające. Ja niczego z tych rzeczy w nich nie zobaczyłem. Owszem – jest to kryminał, ale nie mroczny, jak choćby prześwietne powieści Kena Bruena, tylko brudny. I dobrze; to powiew autentyczności. Kto robi w brudach, ten choćby nie wiem jak chciał, czystym nie pozostanie. Jeśli ktoś chce czytać o zbrodni, niech nie oczekuje przyjemnej rozrywki. Jeśli powiemy, że Rzeki Hadesu są odrażające, to jak nazwiemy choćby American Psycho? Nie szafujmy mocnymi określeniami, by nam ich nie zabrakło wtedy, gdy będą potrzebne. Inna sprawa, że brudów, tych w myślach i ustach postaci powieści Krajewskiego, jest najczęściej zbyt mało. Nawet ludzie ewidentnie prości i z marginesu wyrażają się zbyt cenzuralnie, a myślą wręcz jak literaci.

Jak wspomniałem, w kwestii tła i klimatu społecznego, mechanizmów międzyludzkich i zachowań różnych osób w zmiennych warunkach, Rzeki Hadesu wypadają słabo. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę specyfikę gatunku, czyli powieść nieporównanie bliższą kryminałowi w stylu Conan Doyle’a niż choćby współczesnemu kryminałowi skandynawskiemu, to wówczas należy tę powieść ocenić całkiem odmiennie. Nikt przecież nie zarzuca westernowi infantylności scen pojedynków przed saloonem, więc i klasycznemu kryminałowi nie sposób wytykać zbyt mocno pewnej charakterystycznej płytkości. Rzeki Hadesu to kawał dobrego pisarskiego rzemiosła i po uwzględnieniu ograniczeń kanonu jest to rzecz w gruncie rzeczy do polecenia, ale raczej tylko i wyłącznie miłośnikom takiej właśnie odmiany gatunku, niż dobrej literatury w sensie bardziej ogólnym, tym bardziej, iż nawet wcześniejsze powieści autora, jak choćby Festung Breslau, wypadają bardziej przekonująco niż ta właśnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że za dużo w Rzekach Hadesu zagrań pod publiczkę, jak choćby przejaskrawiona polskość Lwowa czy zalatujący serialem Czas Honoru obraz powojennej rzeczywistości zogniskowany na niedobitkach AK i zaprzedanej ZSRR polskiej służbie bezpieczeństwa. Może to tylko takie moje odczucia, niemniej jednak mam wrażenie, iż uwzględniając wszelkie aspekty, nie jest to książka, którą z czystym sumieniem mógłbym polecić komukolwiek poza zagorzałymi miłośnikami kryminałów. Niestety, gdyż tego pisarza stać na więcej, czego już dawał dowody
 
 
 
Pozdrawiam serdecznie
Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka
woj. łódzkie

"Świat diabła" Wiktor Jerofiejew

„Świat diabła”  Wiktor Jerofiejew

*Gdyby mądrość Wschodu znała prawdę, w Chinach nie byłoby „rewolucji kulturalnej”

Już dawno nie miałem w ręku żadnego wydania świeżej rosyjskiej prozy, więc z ciekawością sięgnąłem po Świat diabła Wiktora Jerofiejewa. Ten tomik krótkich form reklamowany jest jako owoc wędrówek niestrudzonego globtrotera zawierający błyskotliwe analizy polityczne i społeczne oparte na wnikliwych obserwacjach poczynionych podczas licznych wojaży, a wszystko to ma być okraszone humorem często podszytym ironią i sarkazmem.

Lektura nie okazała się wielką katuszą, ale nazwanie jej przyjemnością byłoby znaczącym przekłamaniem. Styl nie najwyższego lotu, w dodatku nierówny, nie wciąga, ale na szczęście teksty są krótkie. Gdyby z podobną „klasą” napisano powieść, niewielu byłoby w stanie dotrwać do jej końca.

Muszę przyznać, że bardzo sobie cenię książki, z których mogę się dowiedzieć, jak żyją ludzie w miejscach, gdzie raczej nigdy sam się nie pojawię; jak myślą, jak czują, czym różnią się od nas, a w czym są podobni, no i oczywiście – co myślą o nas, Polakach. Niestety tutaj również na Jerofiejewie się zawiodłem.

Jeśli uważacie, że można poznać kraj z okna taksówki lub limuzyny, ewentualnie z okien hotelowych apartamentów, w dodatku z reguły luksusowych, to być może jest to książka dla Was. Po przeczytaniu Świata diabła autor jawi mi się jako rodzaj dzisiejszego pieczeniarza. Bywa wśród najbogatszych, ale nie do końca jako jeden z nich, a raczej dlatego, iż jako człowiek medialny jest zapraszany przez różnych przedstawicieli elit, którzy mają potrzebę ogrzać się w blasku obieżyświata-celebryty, a w zamian fundują mu wikt i opierunek. Niestety Jerofiejew nie wychodzi poza swój świat snoba, pozera i nawet w pewnym sensie prostaka. Bardzo się na tej książce zawiodłem, gdyż jego zmysł obserwacji nawet się nie umywa choćby do naszego rodzimego Cejrowskiego, żeby daleko nie sięgać. Teksty Jerofiejewa w większości bardziej przypominają notki z działu plotek o celebrytach podrzędnego czasopisma dla gospodyń lub oszołomionych małolatów, niż materiały pretendujące do miana obserwacji i analiz z życia różnych narodów i społeczeństw. Osobnym tematem jest wiarygodność autora, mającego się za człowieka wykształconego. Jeśli ktoś pisze, iż w 1924 rosyjski car coś tam robił, to nic już nie da się powiedzieć na jego obronę, gdyż w tym czasie jedyne, co car mógł robić, to gnić.

Obrazy wielu nacji, które możemy uzyskać ze Świata diabła nie tylko są w większości płytkie i wręcz infantylne, ale wręcz fałszywe, jak choćby migawki z RPA czy Japonii. W tym świetle podtytuł tomiku (Geografia sensu życia), brzmi wręcz kuriozalnie. Mimo wszystko w książce tej uważny czytelnik zauważy kilka prawdziwych złotych myśli, jak choćby podsumowanie dorobku filozofii Wschodu* czy prawdziwa perełka – rozdział Mechanicy, w którym pięknie ujął jedną z zasadniczych różnic między mentalnością ludzi zamieszkujących na wschód od Odry i tych żyjących na zachód od niej. Szkoda tylko, że tych diamencików jest niewiele i choć błyszczą, nie są w stanie zmienić obrazu miałkości, w której toną.

Reasumując, muszę z żalem stwierdzić i przestrzec, że większość czytelników z pewnością się na tej lekturze zawiedzie, o ile w ogóle będzie w stanie dobrnąć do jej końca. Nie żeby była to pozycja całkiem bezwartościowa. Wiedza o takim sposobie życia i patrzenia na świat, jaki prezentuje Jerofiejew, też może być interesująca, ale jedynie dla wąskiego grona wyrobionych odbiorców. Nie będzie to jednak ani rozrywka wysokich lotów, ani wielkie przeżycie, ani coś, co spowoduje zmianę w naszym widzeniu rzeczywistości. Wszystkim innym proponuję więc raczej poszukanie sobie innej książki; jest przecież w czym wybierać, i wśród wartości, i w rozrywce

Radosław Magiera
DKK Rawa Mazowiecka



"Czerwony rower" Antonina Kozłowska

„Czerwony rower” to historia przyjaźni trzech kobiet: Karoliny, Beaty i Gosi. Poznajemy je jako dorosłe kobiety, które założyły już  swoje rodziny. Nagle wraca do nich tajemnica z przeszłości. Przenosimy się do lat 80-tych, w których dorastały trzy przyjaciółki, do których z czasem dołączyła jeszcze jedna koleżanka Aneta. Kozłowska opisuje problemy, z jakimi zmagały się dziewczęta. Każda pochodziła z innego domu i miała inne problemy. Połączyła je przyjaźń, ale czy tak naprawdę była to przyjaźń czy tylko przywiązanie i chęć należenia do jakiejś grupy?

Jest to bardzo przejmująca i prawdziwa opowieść o życiu i o przyjaźni, w którą wkrada się kłamstwo i rywalizacjja.

Zapraszamy do lektury.

"Śmierć w bunkrze" Martin Pollack

Recenzja czytelniczki DKK Działoszyn
autor: Marta Kucharska

Prawda bywa różna. Potrafi przynieść ukojenie, rozżalić, złamać, a nawet odbudować to co już obrócono w gruzy. Prawda może też być chłodnym, wyważonym reportażem z istotnymi faktami, które zaskakują, ponieważ były mroczną, nie tylko historyczną, ale także i rodzinną tajemnicą.Taka jest właśnie powieść Martina Pollacka "Śmierć w bunkrze".

Na początku jest ciekawość i człowiek, który swą ciekawość pragnie za wszelką cenę zaspokoić. Podróż, nie tylko ta rzeczywista opisana w książce, ale i ta, która kartka po kartce odkrywa coraz to nowsze fakty, tak chłodne jak czysta lśniąca stal. Poznajemy w niej ludzi,o których myśl, że byli by oni zdolni do ludzkich odczuć jest druzgocąca. W tej książce nie ma ubarwień. Zło jest nazwane złem, kłamstwo kłamstwem. Ojciec, który wbrew pozorom nie wyróżniał się szczególnym okrucieństwem jako członek gestapo. Z większym zamiłowaniem do narciarstwa i wycieczek górskich – ludobójcą. Autor chce za wszelką cenę ustalić prawdę historyczną dotyczącą haniebnych wydarzeń sprzed lat, wykazuje się przy tym ogromną odwagą. Staje bowiem twarzą w twarz nie tylko z historią swojego kraju, ale co za tym idzie z historią swoich najbliższych. Prawdą, która chwyta za gardło, nie pozwala zwątpić, jest nie ustępliwa, póki się w nią nie uwierzy.

Prawda...

Książka bez fikcji, bez zbędnych ubarwień, prawdziwa.

„Staliśmy tak naprzeciw siebie przez kilka minut w milczeniu. Nie było nic do powiedzenia”.

Nic więcej do powiedzenia nie pozostaje, jakakolwiek konfabulacja jest zbędna...” Śmierć w bunkrze” Martina Pollacka to książka wielka. Warta głębokiego zaangażowania. Pozostaje tylko zachęcić do jej przestudiowania.

 

Kukułka Antoniny Kozłowskiej

Proza Antoniny Kozłowksiej oczarowała mnie po raz pierwszy, gdy przeczytałam "Trzy połówki jabłka". Nie zawiodła mnie również jej "Kukułka". Książka niesamowicie emocjonalna, poruszająca, zapadająca w pamięć. Historia dwóch kobiet, które pozornie wszystko dzieli. Marta- zamożna, pracująca w korporacji, mieszkająca z mężem na luksusowym, warszawskim osiedlu. I Iwona- samotna matka dwójki dzieci, woźna, z trudem wiążąca koniec z końcem. Jedna ma wszystko, ale brakuje jej najważniejszego- dzieci. Druga stworzona do rodzenia. I w czasie gdy, po kolejnych poronieniach, Marta decyduje się na wynajęcie surogatki, Iwona podejmuje decyzję o urodzeniu komuś dziecka, by poprawić sytuację materialną swojej rodziny. Plan wydaje się prosty, ale zawodzi, gdy Iwona poczuje miłość do dziecka, które nosi pod sercem. Autorka znakomicie opisuje emocje i rozterki obu kobiet. Trudno opowiedzieć się po stronie tylko jednej z nich. Obie mają swoje racje. Można jedynie z zapartym tchem śledzić losy bohaterek i dziękować opatrzności, że nie jest się w takiej sytuacji. Książka podejmuje trudny, ale jakże ważny problem, a do tego napisana jest w taki sposób, że czyta się ją sprawnie i z przyjemnością. Może nie jest to proza "z najwyższej półki", ale i po taką warto sięgnąć.

„Ptakon” Witold Horwath

 

„Ptakon”  Witold Horwath

 

Recenzja powstała na podstawie wypowiedzi klubowiczów

 

             Stefan Kozerski, psycholog z czterdziestoletnim stażem. Wykładowca a zarazem biegły w sprawach kryminalnych w których należy orzec o poczytalności sprawcy. Jego kolejny przypadek to Żaneta, szesnastoletnia kanalia. Tak nazywa ja w myślach, lekarz z profesorskim tytułem. Jest to dziewczyna która wraz z dwoma kolegami zabiła swojego rówieśnika saperką w prezencie na urodziny, by zobaczyć jak umiera człowiek. Żanet, bo tak każe na siebie mówić,  trafiła do doktora Kozerskiego prosto z więziennej celi, po nie udanej próbie samobójczej. Próbie S, jak mawia się w żargonie psychiatrów oraz biegłych w symulacji kryminalistów. Stefan Kozerski rozpoczyna wywiad psychiatryczny. Z drugiej strony Anna, jego najlepsza studentka następnie zaś koleżanka po fachu. Znakomita specjalistka, osoba głęboko wierząca a zarazem dziewczyna z mroczną i niejasną przeszłością, którą zaczyna odkrywać młody prokurator a zarazem jej narzeczony. Co łączy obie dziewczyny, co wykryje w prywatnym śledztwie prokurator i jaką role w tym wszystkim odegra Stefan Kozerski dowiecie się czytając „Ptakona” Witolda Horwatha.

            „Ptakon” Witolda Horwatha na pewno nie jest prosty w odbiorze. Składają się na to dwa aspekty. Pierwszy z nich to konstrukcja i układ tekstu. Urywane i przeskakujące wątki nie rozdzielone rozdziałami czy choćby wielka literą. W książce tej obracamy się cały czas wokół chorób psychicznych i podejrzewam, iż zabieg ten miał wywołać w czytelniku pewien obraz myślenia osoby chorej psychicznie. Czy to dobry zamysł ?, cóż… Kolejna sprawa to mnogość wątków, na początkowych pięćdziesięciu stronach autor po prostu bombarduje nas ogromem informacji, skokami w czasie i przestrzeni. To także powoduje dysharmonie w czytaniu. Dlatego też nie polecałbym tej książki indywidualnym czytelnikom na długie jesienne wieczory, w tym czasie o depresję naprawdę łatwo. Polecam za to tę książkę wszystkim Dyskusyjnym Klubom Książki jak i miłośnikom rozmów o przeczytanej lekturze. „Ptakon” to znakomity materiał do dyskusji. Tematy wokół jakich oscyluje książka są tak zwanymi tematami „rzeka”. Choroba psychiczna, wiara, motyw winy i kary, odcięcie się od przeszłości czy życie z piętnem mordercy. Rozmowa o tej książce może być naprawdę gorąca, u nas w każdym razie prawie wrzało.

 

                                                                                                         Zbigniew Pacho

 

„Gottland” Mariusz Szczygieł

 

„Gottland”  Mariusz Szczygieł

 

Recenzja powstała na podstawie wypowiedzi klubowiczów

 

Tomas Bata wraz z bratem i siostrą z pierwszego małżeństwa ich ojca Antonina postanawiają się usamodzielnić. Wraz z rodzeństwem proszą ojca o zaległy spadek po matce oraz o ewentualne pieniądze jakie mieliby dostać po…jego śmierci. Co jest przyczyną takiego myślenia –„Nie mają czasu czekać tyle lat, a poza tym w domu jest ciasno”-. Trzeba dodać iż jest to rodzina szewska. Początki pracy na własny rachunek jak się okazuje nie są takie proste. Popadają w długi, nie stać ich na zakup skór do wyrobu butów. Tomas patrząc na kończące się zapasy materiału wpada na najważniejszą zasadę swojego życia – „Z wady zawsze zrobić zaletę”-. I tak w głowie Tomasa rodzi się pomysł szycia butów z płótna. Niewątpliwie ta wizjonerska decyzja pokieruje jego dalszym losem i rozwojem gigantycznego konsorcjum jakim były w Czechach fabryki butów Bata. Butów znanych w całej europie a później na świecie, butów których marka przetrwała do dziś. Jeżeli chcecie się dowiedzieć o szczegółach arcyciekawych losów i wizji otaczającego świata Tomasa Bata i jego brata Jana przeczytajcie reportaż „Ani kroku bez Baty” z książki Mariusza Szczygła pt: „Gottland”.

Mariusz Szczygieł dziennikarz znany jest i kojarzony przede wszystkim z pierwszego w Polsce talk-show „Na każdy temat” emitowanego w telewizji POLSAT. Jednak istotniejszą informacją, jest jego współpraca z Gazetą Wyborczą, gdzie jest odpowiedzialny a właściwie współodpowiedzialny za dział reportażu. I właśnie tenże reportaż spowodował to, iż pan Mariusz się zakochał, zapytacie w kim, otóż odpowiedź brzmi …. w Czechach. W wyniku kilkuletnich obserwacji, rozmów, literatury powstało kilkanaście reportaży o Czechach które  zostały zebrane i powiązane niejako w całość zatytułowaną „Gottland”, która we wspaniały sposób przekazuje nam, czytelnikom, spojrzenie autora na ten naród. Jest to obraz który przedstawia nam Polakom, Czechów w innym świetle niż postrzegaliśmy ich do tej pory. Jak do tej pory, czyli jak, można zapytać? Otóż wydaje mi się, że jako rubasznych  „Szwejków” lubiących piwo, jako ludzi bez zrywów narodowych takich trochę nazwijmy to głupawo – niezdarnych. Ale czy faktycznie tak jest?. „Gottland” stawia te postawy w trochę innym świetle aczkolwiek nie zaprzecza im. Ukazuje nam sposób myślenia naszych południowych sąsiadów, a uwierzcie mi jest on diametralnie różny od Polskiego. Smaku tej książce dodają postaci które znamy i poniekąd lubimy oraz osoby o postawach i istnieniu których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Tak więc poznajemy losy wspomnianego wyżej Tomasa Bata, założyciela słynnej firmy obuwniczej, Helenę Vondraczkową. reżysera Evalda Schorma, legendę Nowej Fali, któremu przez 20 lat nie pozwolono kręcić filmów czy w końcu postać od której został zaczerpnięty tytuł czyli Karela Gotta. Znakomita książka dla wszystkich którzy chcą choć trochę zgłębić swoją wiedzę o PRAWDZIWYM OBLICZU CZECH. Gorąco polecamy i z niecierpliwością czekamy na kolejne reportaże Mariusza Szczygła. 



             

             

 

                                       

Zbigniew Pacho

 

„Muzyka środka” Marcin Świetlicki

  Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE MicrosoftInternetExplorer4

„Muzyka środka”

 

Marcin Świetlicki

 

Recenzja powstała na podstawie wypowiedzi klubowiczów

           

- Jedna linijka przeciw tobie -.

poczuj ten lodowaty żużel wewnątrz; ode mnie dla ciebie”

 

            Jak opisać tomik poezji?. Przyznam szczerze, że długo się zastanawiałem co uczynić motywem przewodnim, od czego zacząć. I przyszło mi na myśl jedno słowo – interpretacja. Jak opisywać poezję?. Zastanawiać się w jakim stanie ducha był poeta, co chciał powiedzieć w wierszu ….. Interpretacja utworu literackiego, rodzaj analizy naukowej…. itd.

Otóż moim zdaniem nie. Interpretacja, działanie i rozbijanie na elementy pierwsze według określonego schematu to morderstwo z premedytacją na utworze. Szczególnie gdy dotyczy to poezji. Wiersz jest efektem naszej wewnętrznej muzyki środka. A nie każdemu to samo w duszy gra. Poezja to emocje przelane na papier. To emocje piszącego ale i czytającego. Ten sam wiersz możemy odczytać na wiele sposobów, zależnie od tego w jakim jesteśmy w danym momencie nastroju. Zależy to także od naszej dojrzałości tej emocjonalnej ale i tej którą wskazuje nasza metryka. Równoznaczne jest to także z tym z skąd pochodzimy, jaki mamy zasób wiedzy tej nabytej ale i tej życiowej czy w końcu od naszej płci.

Dlatego pozwólmy czytelnikowi by interpretacja, jeżeli już musi być, była swobodna. Czytając poezje nie da się myśleć schematami. Nie narzucajmy odbiorcy z góry ustalonego - „poeta w swoim wierszu chciał powiedzieć że… Czujmy poezje a nie ją analizujmy. Dlatego też piszący który oddaje nam kawałek siebie powinien być na tyle świadomy, iż wie, że zrozumiemy sens jego przesłania ale niech też wie, że jego poezja będzie żyła własnym życiem. Ponieważ decydując się na sprzedanie swojego JA musimy się liczyć z tym, iż może się to stać JA kogoś innego. Czytający może w strofach poety odnaleźć swój sens, może odnaleźć siebie. A nie koniecznie musi się to zgadzać z docelowym przesłaniem.

Jestem pewien, ze Mariusz Świetlicki ma tego pełną świadomość wydając swoja „Muzykę środka”

 

- Jedna linijka przeciw –

„i tak można w nieskończoność, bardzo dziękuje”

 

Zbigniew Pacho

DKK Rawa Mazowiecka

 

"Przypadek" Grzegorza Miecugowa

 

 

Biorąc do ręki książkę Grzegorza Miecugowa „Przypadek” zastanawiałam się czy jej tytuł stanowi nawiązanie do filmu Krzysztofa Kieślowskiego. Nic bardziej mylnego. Jeśli już miałabym szukać odniesień filmowych czy literackich to znajduję je w filmie „Ścigany” z Harrisonem Fordem.

Miecugow opowiada prostą historię o miłości, zdradzie, oszustwie i roli przypadków w życiu.

Główny bohater Marcin Szuster to człowiek spełniony zawodowo, wierny swojej ukochanej. Zostaje on, poniekąd na własne życzenie uwikłany w splot zbiegów okoliczności. Będąc przekonany o zdradzie narzeczonej i przyjaciela doznaje wstrząsu i zachowuje się totalnie irracjonalnie. Zamiast dać upust swoim emocjom, porozmawiać, czy nawet pokłócić się z ukochaną, on ucieka. Takie zachowanie jest dla mnie niezrozumiałe, ale czy działania człowieka zawsze są racjonalne? Podczas tej ucieczki czuje się osamotniony i momentami zaczyna mieć wątpliwości, czy postępuje słusznie. Pod koniec książki Szuster spotyka profesora Żelińskiego. Bohaterowie rozmawiają o fenomenie powstania świata, o jego sensie i robią to na najwyższym poziomie. Przypomina to program realizowany przez Miecugowa „Inny punkt widzenia, w którym dziennikarz rozmawia z zaproszonym gościem (zwykle przedstawicielem świata nauki, kultury, sportu) o otaczającej rzeczywistości, historii, filozofii.

Książka jest napisana sprawnie, prostym językiem. Na początku czytało mi się ją bardzo dobrze. Nie wiedząc co się naprawdę wydarzyło i jaki Marcin ma plan ukarania zdrajców, czekałam z niecierpliwością na rozwój wypadków. Ale w miarę poznawania losów bohaterów miałam wrażenie, że wszystko spowalnia, w tym również tempo mojego czytania.

Moja konkluzja jest taka, że życia zaplanować się nie da, nie mamy na wszystko wpływu nawet gdy nam się tak wydaje. Życie pisze własne scenariusze. Poza tym nie zawsze to, co widzimy jest tym, co nam podpowiada nasza wyobraźnia. Czasami widzimy tylko część obrazka , a resztę sami sobie dopowiadamy.

                                                                                                                        Aneta -

                                                                                                     DKK przy GBP w Wodzieradach

 

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi