Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Trafny wybór J.K. Rowling

To pierwsza książka J.K. Rowling po znanej historii Harrego Pottera. Historia opisana w książce „Trafny wybór” oscyluje wokół śmierci jednego z radnych pewnej drobnomieszczańskiej lokalnej społeczności i skutków tejże śmierci.

Śmierć osoby znanej i społecznie lubianej wstrząsnęła lokalną społecznością i spowodowała lawinę zdarzeń mających wpływ na senny żywot tego regionu. Zdarzenia te, głównie o wydźwięku negatywnym odsłoniły wady ludzi i wady systemu administracyjnego funkcjonującego w tym mieście.

Bardzo duża liczba bohaterów opisanych nad wyraz drobiazgowo przez autorkę powoduje, że czytelnik gubi się w meandrach prezentowanej historii. Główny wątek książki, zdawałoby się prosty i nie wymagający szczególnych wyjaśnień, autorka rozciągnęła do niewyobrażalnych rozmiarów.

Moim zdaniem książka napisana jest z iście „angielską flegmą”. Nadmiar opisów powoduje, że książka już po 80 stronach zaczyna nudzić. Historia przedstawiona jest oczami zbyt wielu osób, mających co prawda z nią bezpośredni lub pośredni związek, jednakże ta mnogość postaci powoduje, że czytelnik gubi się. Wielokrotnie używane angielsko brzmiące imiona i nazwiska oraz pseudonimy bohaterów powodują dyskomfort u czytelnika, który nie zna języka angielskiego. Język użyty przez autorkę nie należy do trudnych, jednak mała ilość dialogów powoduje, że czytelnik z trudem przedziera się przez kolejne zwarte opisy sytuacji, drobiazgowe do bólu.

Książka obnaża wady systemu administracji samorządowej, a także wady ludzi piastujących w nim jakieś funkcje lub aspirujących do nich. Autorka uwypukliła również w książce kwestię podziałów społecznych a także wynikające z nich problemy różnego rodzaju patologii.

Moim zdaniem jest to rodzaj książki na tzw. „jeden raz”. Osobiście nie wrócę do tej pozycji po raz kolejny, problematyka książki jest bowiem może i ciekawa, ale zaprezentowana w sposób tak nudny, że skutecznie zniechęca do kolejnego jej przeczytania.

Renata Świeściak uczestniczka

DKK Sokolniki

Jutro będzie lepiej

Książka Mariusza Maślanki "Jutro będzie lepiej" zaskakuje. Bo choć opisuje rodzinę patologiczną, krzywdę dzieci, to nie ma w niej drastycznych scen. Dziesięcioletni Borys opowiada o swojej codzienności w sposób prosty i bezpretensjonalny. Nie zna innego świata, myśli, że tak musi być. To czytelnik sam wyciąga wnoski. Książka podzielona jest na krótkie rozdziały, które rozpoczynają się rysunkiem Borysa, który chłopiec tłumaczy ewentualnemu nieznajomemu z dalekich stron. Każdy rozdział to jakaś historia, dzięki której poznajemy chłopca, jego rodzinę, wieś, ludzi go otaczających. Wyłania się z tego ojciec alkoholik bijący żonę kablem, niezrównoważona  matka próbująca popełnić samobójstwo, bieda, głód, wszy. Ale Borys zdaje się tym nie przejmować. Jest bystrym obserwatorem, poznaje świat i marzy o aparacie, o prysznicu i o pomalowaniu ścian w domu. Wciąż wierzy w zapewnienia ojca, że przestanie pić, bo jak mówi: "... ja codziennie wierzę, że jutro będzie lepiej. Na pewno. Bo jutro na pewno stanie się coś dobrego. Trzeba tylko przetrzymać dziś". Czy rzeczywiście jutro będzie lepiej? Książka kończy się poruszającą sceną, w której Borys i jego czwórka rodzeństwa odjeżdża do domu dziecka. Dalsze ich losy Mariusz Maślanka opisał w książce "Bidul".

"Ziarno prawdy" Zygmunta Miłoszewskiego

 

"Ziarno prawdy" Wielkiego Kalibru

Zygmunt Miłoszewski jest młodym (1976 r.) pisarzem i publicystą. Od lat 90. pracuje jako dziennikarz. Zaczynał w „Super Expressie”, był stałym felietonistą w „Metropolu”, związany z „Newsweekeim”. Zadebiutował w 2005 r. powieścią „Domofon”. Dwukrotnie otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru : w 2008 r. za „Uwikłanie” oraz w 2012 r. za powieść „Ziarno prawdy”.

Wiosna 2009 roku w Sandomierzu była wyjątkowa zimna. W kwietniowy poranek pod murami starej synagogi zostaje znalezione nagie ciało kobiety, która została w brutalny sposób zamordowana. Wyjaśnieniem sprawy zajmuje się prokurator Teodor Szacki, który od niedawna zamieszkał w uroczym, historycznym miasteczku. W Sandomierzu jest obcy, nie zna miejscowych powiązań i układów. Denatka to znana, szanowana i lubiana działaczka społeczna. Kilka dni później znika jej mąż, regionalny polityk, przewodniczący Rady Miejskiej. W swoim środowisku małżeństwo jest postrzegane jako udany związek. A jednak pojawia się rysa. Prokuratorowi w dochodzeniu pomaga wieloletnia przyjaciółka szczęśliwego domu ofiary, prokurator Barbara Sobieraj oraz inspektor Leon Wilczur. Obydwoje wprowadzają Szackiego w świat tajemniczych legend i mitów od lat krążących wśród mieszkańców Sandomierza. Szacki podąża ich tropem starając się wyłuskać tytułowe ziarno prawdy.
Akcja powieści rozgrywa się we współczesnej Polsce, czytając ją odnosi się wrażenie, że historia jest realna i rozgrywa się tuż obok nas. Wyraziście i dosłownie oddaje emocje i poglądy Polaków na sprawy wiary i stosunki międzyludzkie.
„że każde morderstwo, każda nienawiść, każde posądzenie fałszywe, że to zawsze jest złe i powinniśmy się tego wystrzegać. Żaden fanatyzm nie jest dobry, żadna przesada, nawet jeśli w dobrej wierze ktoś przesadza.”

Autor celnie i dosadnie przedstawia sposób przepływu informacji w mediach (prasie, telewizji) oraz ich wpływ na opinię odbiorców. Powtarzana w kółko plotka staje się w odczuciach czytelników bądź słuchaczy prawdą. Obieg informacji jest błyskawiczny, nie ma czasu na szukanie prawdziwego źródła ani na weryfikację, za każdym razem dodawane jest tylko słowo własnego komentarza. Według pisarza wygląda to jak wymiociny
„ktoś dostawał do jedzenia jajecznicę, po czym ją zwracał. Ktoś inny dosmażał kawałek boczku, zjadał, zwracał. Następny ktoś wymiociny solił, pieprzył, zjadał, zwracał. I tak dalej. I tak dalej. Co nie zmienia faktu, że gdzieś tam na początku ktoś musiał rozbić jajka”.
Tylko, że o tym fakcie wszyscy szybko zapominają, ponieważ ludzie są bardzo podatni na wszelkie sugestie, wierząc bezkrytycznie nawet w wydumane historie.
I tak wygląda brutalna prawda o współczesnym świecie. Znakomita lektura.

Beata Barbus

DKK Łódź – Śródmieście, Filia Nr 11

 

„Skaza”

Powieść Magdaleny Tulli „Skaza” to na pewno powieść wyjątkowa, wykraczająca poza uprawiane dziś u nas gatunki literackiego pisania. Trudno ją zaszufladkować. To metaforyczna opowieść o świecie, który nas otacza i nieuchronności zdarzeń.
Poznajemy w niej niesamowitą galerię postaci żyjących gdzieś w europejskim mieście, którym pewnego dnia wstrząsa seria niecodziennych wydarzeń, w tle których rozgrywają się zupełnie zwyczajne historie kilkunastu jego mieszkańców. Brak w tej powieści dialogów, bohaterowie ani razu do nas nie przemawiają bezpośrednio. To narrator „wciela się”  w poszczególne postacie, a my wraz z nim poznajemy historie studenta, policjanta, motorniczego czy  notariusza.
Pomimo narastającej w powieści atmosfery niepokoju autorka pozostawia nam też nadzieję, że świat zawsze się odradza, i nawet jeśli nie wszystko wraca do wcześniejszego stanu, to zawsze pozostają nam codzienne historie, w których tak naprawdę liczy się tylko człowiek.

"Rzęsy na opak" D. Kornaga

Czy mój dom należy uznać za patologiczny, bo jada się w nim schabowe i fasolkę po bretońsku?

Książkę Dawida Kornagi „Rzęsy na opak” uważam za słabą. Nawet za bardzo słabą. Autor w sposób bardzo nieudolny próbuje pokazać świat ludzi dotkniętych alkoholizmem. Do tego wchodząc w rolę dorastającej dziewczynki. Styl, ale i sposób prowadzenia akcji jest naiwny i niewiarygodny. W żadnym momencie nie przekonał mnie (może należałoby napisać : nie przekonała mnie) bohater/ka, że jest prawdziwa. Bo nie wierzę, że dziewczynka dorastająca w domu, w którym jej bliscy posługują się mięsistym językiem, sama go nie używa, zastępując kolokwializmy wyrażeniem „pani katechetka by …itd.” Bo matka nie pracująca zawodowo nie gotuje zupy na obiad na drugi dzień. A schabowe i fasolkę po bretońsku jadają wszyscy. Nie tylko ubodzy. W czasie czytania, cały czas towarzyszyła mi myśl, że autor fabułę oparł o własne wyobrażenie życia ludzi z nizin społecznych, a nie o dogłębną analizę. Nie doczytałam książki do końca. Utknęłam w połowie, sprawdzając zakończenie. Czy ono miało dać wyzwolenie rodzinie z wzajemnego uzależnienia? Nie wiem. Na tą lekturę szkoda czasu. Nie polecam. Brr…

Anna Kowalczyk

DKK Sokolniki

 

Ps. Z dużą ulgą zabrałam się za czytanie nowej książki J.Rowling pt. „Trafny wybór” . Normalny język.

"Chłopiec z latawcem" K. Hosseini

 

Myliłam się

Do przeczytania „Chłopca z latawcem” podeszłam „z pewną taką nieśmiałością”. Uznałam bowiem, że będzie to nużąca lektura. Spodziewałam się raczej opisu kultury i tradycji Afganistanu przedstawionych w nieciekawy sposób, a nie przejmującej historii, która mną poruszy i jeszcze długo po lekturze książki nie pozwoli o niej zapomnieć. Myliłam się. Na szczęście. „Chłopiec z latawcem” to opowieść o Hasanie i Amirze – dwóch chłopcach, z których pierwszy był służącym drugiego. Ale też jego największym i najbardziej oddanym przyjacielem, a także…

Książka wywarła na mnie duże wrażenie już od pierwszych stron. Zauroczyła lekkość pióra Khaleda Hosseiniego, głębia psychologiczna przedstawionych postaci, autentyczność opisywanych zdarzeń. Trudne relacje ojca z synem, komplikująca się przyjaźń chłopców wciągają z każdą kolejną stroną. A wszystko to na tle wydarzeń historycznych i zjawisk kulturowych Afganistanu – wbrew moim wcześniejszym obawom – nienachalnych, uzupełniających opowieść, tłumaczących postępowanie bohaterów, a nie wypierających główny wątek powieści.

Kiedy Amir i jego ojciec uciekli z Afganistanu do Ameryki, by tam spróbować „normalnie żyć”, pomyślałam, że najciekawsza część książki jest już za mną. Myliłam się. Ponownie. Prawdziwe dramaty ludzkie zaczęły się rozgrywać kilka stron dalej, tuż po powrocie Amira do Afganistanu. Wstrząsające okazały się opisy rządów Talibów, które nie bez powodu noszą miano terroru. Jeszcze bardziej wstrząsające były losy Sohraba, syna Hasana, którego Amir próbuje wydostać z kraju, w którym spędził dzieciństwo.

„Chłopiec z latawcem” to powieść, o której trudno zapomnieć. Powieść, która oprócz niezwykle ciekawej historii, zawiera w sobie tak ogromny ładunek emocjonalny, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. Wstrząsnęła mną dogłębnie i dlatego polecam ją każdemu, kto chce przeczytać wartościową książkę, daleką od bełkotu ckliwych melodramatów, a jednak – wyciskającą łzy z oczu.

Recenzja książki Olgi Tokarczuk pt. Prowadź swój pług przez kości umarłych

Zbrodnia usprawiedliwiona

Recenzja książki Olgi Tokarczuk pt. Prowadź swój pług przez kości umarłych

 

Większość uczestników (uczestniczek) DKK działającego przy bibliotece w Konstantynowie Łódzkim uznała książkę Olgi Tokarczuk za interesującą, dobrze napisaną, prezentującą ważne kwestie „inności” i „odmienności” w polskim społeczeństwie. Większość. Zdecydowanie bowiem odcinam się od powyższych opinii.

Ni to baśń (jak na początku sądziłem), ni thriller (jak chce wydawca), ni przypowieść o człowieku, a już z pewnością nie jest to kryminał (jak chcieliby niektórzy krytycy). Czytając książkę wcale nie liczyłem bowiem na rozwiązanie zagadki tajemniczych zbrodni, nie oczekiwałem odkrycia „sprawcy” morderstw na Komendancie, Alojzym Wnętrzaku, Prezesie i Proboszczu. Zresztą słaba z Tokarczuk pisarka kryminałów, bo brak jej logiki wywodu (bowiem jak morderca możne zabić człowieka i nie pozostawić własnych śladów na śniegu).

Myślałem, że choć język uratuje tę książkę, ale zamiast tego mamy do czynienia z pisaniem prostym i banalnym, przeładowanym astrologicznymi wtrętami, które niewiele mówią „laikowi” (raczej nabijają strony). Książka stała się również dla autorki „amboną”, z której można „dokopać” polskiej religijności i katolicyzmowi, ale pozostawiam ten wątek, bo nie on jest dla mnie najważniejszy.  

Od samego początku książka nie robiła więc na mnie dobrego wrażenia. Główna bohaterka – Janina Duszejko – obrończyni zwierząt i fanatyczka astrologii irytowała mnie radykalizmem swoich poglądów i ekoterroryzmem (jak wtedy gdy próbuje przerwać polowanie). Domagając się „humanitaryzmu” w stosunku do zwierząt (choć słowo to nie pada bezpośrednio w książce) z pewnością nie ma pojęcia co, to słowo oznacza i interpretuje je na opak. Uczłowiecza zwierzęta, ale już nie każdego człowieka uznaje za „ludzką Istotę” (jak w przypadku Wielkiej Stopy czy hodowcy lisów). Postawienie dobra zwierząt na pierwszym miejscu, ponad dobrem człowieka, jest przecież całkowitym zaprzeczeniem humanitaryzmu (jeśli rozumie się znaczenie powyższego rzeczownika). Słownik języka polskiego W. Doroszewskiego podaje taką oto definicję: humanitaryzm jest to „uznawanie za najwyższą wartość dobra człowieka, godności ludzkiej, głoszenie równości i braterstwa między ludźmi”. Natomiast przymiotnik humanitarny oznacza „postępującego zgodnie z zasadami humanitaryzmu, z myślą o godności i potrzebach człowieka, mającego na celu jego dobro”. Nie ma w tej definicji mowy o zwierzętach. Humanitarny – znaczy ludzki, a to ostatnie słowo pojawia się wielokrotnie na kartach książki. Narratorka odbiera niektórym ludziom prawo do nazwy „Istota ludzka”, ale jednocześnie domaga się „ludzkiego” traktowania zwierząt. 

Dokąd prowadzi opatrzne rozumienie humanizmu? Jak się okazuje do zbrodni. Autorka najwyraźniej „sprzyja” swojej bohaterce i ostatecznie „usprawiedliwia” jej zbrodnie.   Tokarczuk w taki sposób buduje główną postać swojej opowieści, aby wydała się ona czytelnikowi miłą, starszą panią, obnażającą hipokryzję otaczającą ją świata. Jednak trudno nie dostrzec w pani Duszejko hipokrytki – zaślepionej własną ideologią i nie przyjmującej innego sposobu myślenia. Narracja pierwszoosobowa, bezpieczna dla autorki (w końcu zawsze można się odciąć od „poglądów” bohaterki), nie zwalnia jednak Tokarczuk od odpowiedzialności za usprawiedliwienie jej zbrodni. W zakończeniu książki oczekiwałbym jakieś refleksji, choćby ze strony pani Duszejko jako narratorki tej opowieści, nad popełnionym przez nią złem. Ale próżne było moje oczekiwanie – większe raczej zniesmaczenie – że morderca unika kary, a na dodatek nie widzi niczego złego w popełnionych przez siebie czynach.

Czytelnik może ulec „urokowi” pani Duszejko i nie zauważyć usprawiedliwienia przez Tokarczuk zbrodni dokonanych przez „miłą, starszą panią”. Nie rozumiem jednak jak można stawiać na równi zastrzelenie przez myśliwych dwóch psów główniej bohaterki, z zemstą jaką właścicielka „ofiar” zgotowała trzem myśliwym. A na dodatek postępowanie pani Janiny nie tylko nie spotyka się z naganą ze strony jej przyjaciół, ale wręcz z pomocą w ukryciu sprawcy. Bohaterka nie okazuje żadnej skruchy, żadnej refleksji, że dokonała rzeczy najokrutniejszej (w moim odczuciu rzeczy znaczne gorszej niż zastrzelenie dwóch psów). Czy można tak bezrefleksyjnie przejść nad dokonaną z premedytacją zbrodnią? Jak się okazuje, można. I oto jest właśnie nasz współczesny „humanitaryzm”.     

 

 

Marcin Cyrulski

Recenzja ukończona 20I 2012 roku

po spotkaniu DKK w Konstantynowie Łódzkim (dn. 16 XI 2012)

Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk

Zbrodnia usprawiedliwiona

Recenzja książki Olgi Tokarczuk pt. Prowadź swój pług przez kości umarłych

 

Większość uczestników (uczestniczek) DKK działającego przy bibliotece w Konstantynowie Łódzkim uznała książkę Olgi Tokarczuk za interesującą, dobrze napisaną, prezentującą ważne kwestie „inności” i „odmienności” w polskim społeczeństwie. Większość. Zdecydowanie bowiem odcinam się od powyższych opinii.

Ni to baśń (jak na początku sądziłem), ni thriller (jak chce wydawca), ni przypowieść o człowieku, a już z pewnością nie jest to kryminał (jak chcieliby niektórzy krytycy). Czytając książkę wcale nie liczyłem bowiem na rozwiązanie zagadki tajemniczych zbrodni, nie oczekiwałem odkrycia „sprawcy” morderstw na Komendancie, Alojzym Wnętrzaku, Prezesie i Proboszczu. Zresztą słaba z Tokarczuk pisarka kryminałów, bo brak jej logiki wywodu (bowiem jak morderca możne zabić człowieka i nie pozostawić własnych śladów na śniegu).

Myślałem, że choć język uratuje tę książkę, ale zamiast tego mamy do czynienia z pisaniem prostym i banalnym, przeładowanym astrologicznymi wtrętami, które niewiele mówią „laikowi” (raczej nabijają strony). Książka stała się również dla autorki „amboną”, z której można „dokopać” polskiej religijności i katolicyzmowi, ale pozostawiam ten wątek, bo nie on jest dla mnie najważniejszy.  

Od samego początku książka nie robiła więc na mnie dobrego wrażenia. Główna bohaterka – Janina Duszejko – obrończyni zwierząt i fanatyczka astrologii irytowała mnie radykalizmem swoich poglądów i ekoterroryzmem (jak wtedy gdy próbuje przerwać polowanie). Domagając się „humanitaryzmu” w stosunku do zwierząt (choć słowo to nie pada bezpośrednio w książce) z pewnością nie ma pojęcia co, to słowo oznacza i interpretuje je na opak. Uczłowiecza zwierzęta, ale już nie każdego człowieka uznaje za „ludzką Istotę” (jak w przypadku Wielkiej Stopy czy hodowcy lisów). Postawienie dobra zwierząt na pierwszym miejscu, ponad dobrem człowieka, jest przecież całkowitym zaprzeczeniem humanitaryzmu (jeśli rozumie się znaczenie powyższego rzeczownika). Słownik języka polskiego W. Doroszewskiego podaje taką oto definicję: humanitaryzm jest to „uznawanie za najwyższą wartość dobra człowieka, godności ludzkiej, głoszenie równości i braterstwa między ludźmi”. Natomiast przymiotnik humanitarny oznacza „postępującego zgodnie z zasadami humanitaryzmu, z myślą o godności i potrzebach człowieka, mającego na celu jego dobro”. Nie ma w tej definicji mowy o zwierzętach. Humanitarny – znaczy ludzki, a to ostatnie słowo pojawia się wielokrotnie na kartach książki. Narratorka odbiera niektórym ludziom prawo do nazwy „Istota ludzka”, ale jednocześnie domaga się „ludzkiego” traktowania zwierząt. 

Dokąd prowadzi opatrzne rozumienie humanizmu? Jak się okazuje do zbrodni. Autorka najwyraźniej „sprzyja” swojej bohaterce i ostatecznie „usprawiedliwia” jej zbrodnie.   Tokarczuk w taki sposób buduje główną postać swojej opowieści, aby wydała się ona czytelnikowi miłą, starszą panią, obnażającą hipokryzję otaczającą ją świata. Jednak trudno nie dostrzec w pani Duszejko hipokrytki – zaślepionej własną ideologią i nie przyjmującej innego sposobu myślenia. Narracja pierwszoosobowa, bezpieczna dla autorki (w końcu zawsze można się odciąć od „poglądów” bohaterki), nie zwalnia jednak Tokarczuk od odpowiedzialności za usprawiedliwienie jej zbrodni. W zakończeniu książki oczekiwałbym jakieś refleksji, choćby ze strony pani Duszejko jako narratorki tej opowieści, nad popełnionym przez nią złem. Ale próżne było moje oczekiwanie – większe raczej zniesmaczenie – że morderca unika kary, a na dodatek nie widzi niczego złego w popełnionych przez siebie czynach.

Czytelnik może ulec „urokowi” pani Duszejko i nie zauważyć usprawiedliwienia przez Tokarczuk zbrodni dokonanych przez „miłą, starszą panią”. Nie rozumiem jednak jak można stawiać na równi zastrzelenie przez myśliwych dwóch psów główniej bohaterki, z zemstą jaką właścicielka „ofiar” zgotowała trzem myśliwym. A na dodatek postępowanie pani Janiny nie tylko nie spotyka się z naganą ze strony jej przyjaciół, ale wręcz z pomocą w ukryciu sprawcy. Bohaterka nie okazuje żadnej skruchy, żadnej refleksji, że dokonała rzeczy najokrutniejszej (w moim odczuciu rzeczy znaczne gorszej niż zastrzelenie dwóch psów). Czy można tak bezrefleksyjnie przejść nad dokonaną z premedytacją zbrodnią? Jak się okazuje, można. I oto jest właśnie nasz współczesny „humanitaryzm”.     

 

 

Marcin Cyrulski

Recenzja ukończona 20I 2012 roku

po spotkaniu DKK w Konstantynowie Łódzkim (dn. 16 XI 2012)

 

Tektonika uczuć-Erich a Emmanuela Schmitta

Tektonika uczuć –błyskotliwy, pełen ciągłego napięcia dramat

Erich a Emmanuela Schmitta. To laboratoryjna, jak się ktoś wyraził, analiza mechanizmów manipulacji. Ta niewielka objętościowo książka ukazuje skomplikowane relacje, jakie zachodzą w związku kobiety i mężczyzny, w którym miłość odgrywa najważniejszą rolę. Zaskakujące wydarzenia i wyznania bohaterów raz za razem wzniecają fale ciekawości. Richard i Diane są w sobie szaleńczo zakochani i wkrótce zamierzają się pobrać. Chociaż... może nie tak szaleńczo, jak się wydaje. A z tym ślubem to też nic pewnego... Tak naprawdę, to myślą o rozstaniu. Czego oni właściwie chcą? Między dwojgiem bohaterów toczy się nieustanna gra. Gra miłości, tłamszonej zazdrości i skrywanej dumy. Staje się to przyczyną wielu intryg, aluzji i podtekstów i dramatycznego końca. Eric-Emmanuel Schmitt z wykształcenia filozof pierwszą swoją powieść napisał w wieku 11 lat. Na świecie jest jednak znany głównie jako twórca teatralny. Stąd też „Tektonika uczuć” zaskakuje nie tylko treścią, ale również formą. Została, bowiem napisana w konwencji sztuki teatralnej – z podziałem na role i opisem scenografii, w której pojawiają się bohaterowie książki.
Dramat Schmitta trzyma w napięciu od początku do samego końca. Niesamowite zwroty akcji, a przede wszystkim bardzo interesujący obraz zmieniających się jak w kalejdoskopie ludzkich zachowań, reakcji w zależności od sytuacji, w której się znajdują, nakreślają ciekawy psychologicznie porter człowieka. Książka ta to błyskotliwa wiwisekcja ludzkich dusz.
Schmitt kolejny raz pokazuje, że najsilniejszych uczuć nie można od siebie odróżnić i wszyscy bez wyjątku nosimy jakieś maski.
Literacka perełka autora "Małych zbrodni małżeńskich".

„Pozłacana rybka” Barbary Kosmowskiej

„Pozłacana rybka” Barbary Kosmowskiej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Stentor,  to książka skierowana jest głównie do młodzieży. Nie znaczy to jednak, że nie mogą przeczytać jej dorośli. Barbara Kosmowska to pisarka popularna nie tylko wśród nastolatek i dzieci, z powodzeniem pisze również pozycje dla dorosłych.

Wielowątkowość akcji tej książki, umieszczona we współczesnych realiach życia, dużo dialogów, elementy pamiętnika, określone jako „listy do samej siebie” to elementy, które wyróżniają „Pozłacaną rybkę” spośród innych książek.

Powieść w sposób bardzo przystępny i przemyślany ukazuje realne problemy współczesnej młodzieży. Autorka utożsamia się z nastolatką/ami? i porusza np., problem anoreksji wśród młodych dziewcząt, widziany oczyma rówieśniczek chorej dziewczyny. Inny, poruszający wątek w utworze, to wykańczająca choroba i w rezultacie śmierć brata Alicji-  głównej bohaterki. Fryderyk- bo o nim mowa jest dzieckiem niezwykle dojrzałym, jak na swój wiek. Zdaje sobie sprawę ze swojej choroby i w pewnym momencie to on zajmuje się pocieszaniem rodziców i siostry. Stara się ich przekonać, że śmierć to nic strasznego i jak najlepiej wykorzystać resztę czasu, która mu została.

 Kosmowska świetnie ukazuje uczucia samej  Alicji, jej sposób przeżywania i reagowania na problemy. Razem z nią przeżywamy pierwszą miłość, rozwód rodziców, chorobę i śmierć brata.  Możemy obserwować jej kontakty z matką i drugą rodziną ojca, do której początkowo odnosi się z dużą rezerwą. Pojawiające się problemy powodują, że Alicja szybko dojrzewa, by stawić czoła trudnościom i  stać się oparciem dla innych.

Barbara Kosmowska należy do grona pisarek, które przed napisaniem książki, zbierają informacje, wchodzą w środowisko, które zamierzają opisać, dzięki czemu dokładnie wiedzą o czym piszą. Takie książki są nie tylko ciekawe, ale przede wszystkim wiarygodne, a to zwiększa ich atrakcyjność i podnosi wartość.

Autorka nie ucieka przed trudnymi, ale jakże ważnymi problemami współczesnego życia. Zmusza do refleksji i zatrzymania się na chwilę.

 

Z opinii młodych klubowiczek DKK:

„Książka została napisana językiem zrozumiałym dla czytelników. Czytało się ją bardzo dobrze. Skłania do głębszych refleksji na temat życia.”

„ Powieść ta jest niezwykle wzruszająca i ciekawa. Autorka dostrzega to, co najważniejsze- problemy współczesnej młodzieży. Książka ta zawiera dużo mądrych i cennych rad życiowych. Powieść można czytać w każdym wieku.”

 

Telefrenia-Edwarda Redlińskiego

 

Andrzej K., pięćdziesięciolatek, choć wykształcony, pracuje w "dziupli" z gazetami i pożera kolorową prasę. Jego była żona, niczym Alexis z "Dynastii", pławi się w bogactwie, a syn wydaje się uzależniony od telewizji. Nieoczekiwanie poznaje piękną farmaceutkę podobną do Catherine Deneuve i próbuje umówić się z nią na randkę. Ale prawdziwy przełom w jego życiu zdają się zapowiadać dopiero refleksje po odejściu Papieża. Czy w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez agresywną telewizję, reklamy i tabloidy jest jeszcze miejsce na głębsze wartości i poszukiwanie prawdy? Redliński, z wielkim darem obserwacji i jedynym w swoim rodzaju poczuciem humoru, tworzy niezapomnianych bohaterów wpisanych w naszą zwariowaną codzienność, która jednak w końcu zależy od nas samych.

 

Edward Redliński ma świetne wyczucie gorącego tematu. Ma też zadziwiającą skłonność do rozbrajania bomb, które sam podrzuca. W "Krfotoku" (2000) żarliwie bronił stanu wojennego, ale bynajmniej nie zachęcił nas do przemyślenia na nowo polskich spraw z lat 1980-81. W "Transformejszen" (2002) sformułował radykalną krytykę przemian ustrojowych zainicjowanych w 1989 r., lecz o polskim kapitalizmie powiedział raptem tyle, że krzywdzi i ogłupia niewinnych ludzi.

 

Nie inaczej jest w najnowszym dziele Redlińskiego. Tym razem pisarz zajął się nabrzmiałym problemem, jakim jest uzależnienie od telewizji, gazet, internetu, reklam i innych form medialnych, które pustoszą umysł i duszę współczesnego człowieka. Ale zrobił coś jeszcze: ów nośny problem połączył z chorobą (co podpowiada sam tytuł powieści - "Telefrenia") i zindywidualizował. W aberrację osunął się narrator i główny bohater powieści. Chory człowiek opowiada o chorym świecie, a to znaczy, że my sami jesteśmy bezpieczni, że nie o nas ta bajka.

 

Kmicic, przybysz ze wsi, student politechniki, nie czytał książek, toteż nie wiedział, że jego imię i nazwisko jest literacko obciążone. Dowiedział się dopiero w chwili, kiedy bibliotekarka postanowiła go skojarzyć z Oleńką Billewiczówną, również studentką. Ich ślub tylko o kilka miesięcy wyprzedził premierę kinową "Potopu". I tak to się zaczęło - żona inżyniera Kmicica wystylizowała się na Małgorzatę Braunek, w swoim mężu chciała widzieć Daniela Olbrychskiego, ale Andrzej K. do szaleństwa był zakochany w Catherine Deneuve. Tych dwoje rozstało się także pod wpływem filmu - serialu "Dynastia". Żona inżyniera wcieliła się ponoć w zimną i wyrachowaną Alexis.

 

Pamiętajmy, że o tym wszystkim powiadamia bohater, który wszędzie widzi uzależnienie: synowi wmawia uzależnienie od telewizji i internetu, córce - od sportów ekstremalnych. Sam - jeszcze w latach 70. - był kinomaniakiem, potem po kilkanaście godzin na dobę oglądał telewizję, wreszcie wyrzucił telewizor, ale zaczął namiętnie czytać wszystkie ukazujące się u nas tabloidy i kolorowe magazyny, zwane w powieści "pleplotami". Łatwo mu to przyszło, ponieważ po upadku kombinatu budowlanego, w którym za PRL-u pracował, wziął robotę sprzedawcy w kiosku z gazetami.

 

Obszerna warstwa retrospekcyjna odsłaniająca biografię 55-letniego inżyniera wmontowana została w akcję powieściową, która obejmuje kilka miesięcy roku 2005 (od połowy lutego do połowy kwietnia). W tym czasie Kmicic ponownie zakocha się w Deneuve (w tej roli obsadzi pewną aptekarkę), pojawi się na mityngach, gdzie leczą się "anonimowi samobójcy", "anonimowi meteopaci" i inni uzależnieni, a nade wszystko wespół z synem Karolem weźmie udział - rzecz jasna jako konsument - w wielkim medialnym spektaklu związanym z agonią, śmiercią i pogrzebem Jana Pawła II.

 

Fragmenty, w których nieszczęsny inżynier i jego syn wsłuchują się w komunikaty o zdrowiu Papieża, a następnie próbują się włączyć w ogólnonarodową żałobę, są nie tylko błyskotliwe, ale i na swój sposób bezwzględne.

 

Po pierwsze, Redliński ustami swojego bohatera zadaje fundamentalne pytanie: "Czy to się dzieje naprawdę?". Andrzej K. żył dotąd życiem gwiazd, o którym donoszą pisma brukowe, czuł się szczęśliwy tylko w świecie całkowicie wykreowanym przez media. Czy śmierć Papieża należy do tego samego porządku? - pyta nieco prowokacyjnie autor "Telefrenii".

 

Po drugie, Redliński kwestionuje dzieło wielkiej przemiany duchowej, jaka rzekomo dokonała się w Polsce w kwietniu ubiegłego roku. Najbardziej prowokacyjną sceną jest ta, kiedy to obaj Kimicice zaraz po komunikacie o śmierci Papieża udają się na nocną mszę. Nie trafiają tam jednak, ponieważ po drodze spotykają menela, który naciąga ich na wspólną wódkę w krzakach i modlitwę. Nieco później dowiadujemy się, że młody Kmicic, playboy i hedonista, postanowił wstąpić do zakonu dominikanów.

 

W finale powieści mamy do czynienia z wielce efektowną zmyłką. Otóż Andrzej K. chce się przebudzić. W tym celu przyjeżdża na wieś, do miejsca, z którego ongiś wyruszył do Warszawy. Wcześniej każdy napotkany przez niego człowiek nosił nazwisko którejś z gwiazd filmu lub estrady - teraz wśród swoich, rodziców i sąsiadów, już tak nie jest. Wydaje się, że życie wróciło do normy, a bohater zostanie ocalony. Nic z tego - odezwała się mania prześladowcza. Kmicic widzi szatana, najczęściej jako bestię wcieloną w psa. Rzecz kończy się groteskowym pojedynkiem z bestią, który błyskawicznie zostanie przekształcony w "klasyczny niuz": człowiek zagryzł psa.

 

Niestety, ta szalenie dowcipna powieść poniekąd sama się unieważnia. Raz - poprzez kostium choroby. Czytając "Telefrenię", powiemy: "To się zdarza, niektórzy przesadzają z oglądaniem filmów lub czytaniem brukowców. Sami sobie winni". Dwa - za sprawą wszędobylskiego żywiołu satyry i zgrywy. To tylko karykatura, zbiór żarcików, któżby się przejmował.





 

 

 

„Śnieg” Orhana Pamuka

 

          „Śnieg” to pierwsza książka tureckiego pisarza, laureata literackiej Nagrody Nobla –Orhana Pamuka, którą możemy przeczytać po polsku. Za sensacyjno-kryminalną fabułą kryje się próba dotarcia do źródeł współczesnego terroryzmu.
Do tej pory autor ten znany był u nas głównie z doniesień prasowych na temat procesu, jaki wytoczono mu w ojczyźnie za wypowiedź dla szwajcarskiej gazety, w której przyznał, że około miliona Ormian padło ofiarą ludobójstwa z rąk Turków podczas I wojny światowej.
         Akcja tej 550-stronicowej książki rozgrywa się w latach 90.,

 

w odciętym od świata przez gwałtowne opady śniegu Karsie. Główny bohater, turecki poeta Ka, przyjeżdża tam, by na zlecenie postępowej stambulskiej gazety napisać reportaż o pladze samobójstw wśród młodych muzułmanek. To powód oficjalny. Właściwy cel jego odwiedzin w tym mieście to chęć znalezienia sobie tureckiej żony, z którą mógłby wrócić do Niemiec, gdzie korzystając ze statusu uchodźcy politycznego, mieszka od kilkunastu lat.
Kobietą tą jest Ipek, dawna przyjaciółka ze studiów, która porzuciła niedawno męża, kandydata na burmistrza z ramienia partii islamskiej w mających się odbyć za kilka dni w Karsie wyborach.
Prowincjonalny Kars staje się miejscem zdarzeń, o których marzyli tytułowi bohaterowie "Biesów" Dostojewskiego - zwolennicy laickiej Turcji przejmują władzę i przystępują do rozprawy z wrogami postępu. Zamykają w więzieniach i poddają torturom wszelakich wrogów republiki.
Ka, przybysz z Europy, przestał rozumieć niewidzianą od lat ojczyznę. Nie uniknie wplątania w te krwawe wydarzenia. Współczuje masakrowanym ofiarom przewrotu, lecz doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby role się odwróciły - to znaczy, gdyby władzę w mieście przejęli islamiści - on sam nie przeżyłby w Karsie ani jednego dnia. Nie wierzy już w dawne lewicowe ideały, za wierność, którym zbyt wielu jego przyjaciół w przeszłości zapłaciło życiem. Chce tylko wydostać się z miasta pierwszym pociągiem wraz z Ipek.
         Wszystkie te wydarzenia przedstawił nam przyjaciel Ka prozaik stambulski Orhan Pamuk. Pisarz wybiera się po latach w podróż śladami Ka, do Frankfurtu i Karsu, by odnaleźć zaginiony zeszyt poety. Ka zanotował w nim kilkanaście ostatnich napisanych przez siebie wierszy - całkiem jak bohater powieści Borysa Pasternaka czerniący papier pośród rewolucyjnej pożogi.
         To ciekawa, dobrze skonstruowana i napisana klarownym językiem powieść. Jest bogatym źródłem wiedzy o Turcji.

 

 
 

 

Pensjonat Piotra Pazińskiego-recenzja

"Pensjonat" Piotra Pazińskiego daje niesamowitą przyjemność czytania. To najlepsza alternatywa na miłe spędzenie wieczoru. Zanurzamy się w świat melancholii, wspomnień, przemijania. Główny bohater odwiedza żydowski dom wypoczynkowy, w którym jako dziecko bywał z babcią. Kiedyś tętniący życiem, dziś opustoszały jest symbolem odchodzącego świata, ciszy, która po nim pozostała. Opowieść przesiąknięta jest tęsknotą i smutkiem. Wspomnieniem o tych, których już nie ma. Przedstawia dawne życie w pensjonacie, rozmowy, zwyczaje, toczone spory. Przywołuje historię narodu żydowskiego, jego kulturę i tradycję, która po wojnie powoli umiera. Teraz ci, którzy dawniej zamieszkiwali pensjonat obecni są tylko na starych fotografiach i w pamięci narratora. A wszystko to napisane pięknym językiem, który można smakować jak najlepszą delicję. Nie dziwi zatem, że Piotra Pazińskiego uhonorowano Paszportem Polityki.

Testowa

asd

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi