Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Dwukropek Wisławy Szymborskiej

Majowe spotkanie z tomikiem wierszy Wisławy Szymborskiej Dwukropekpoprzedził spacer, który zaprowadził nas do ogródków działkowych, gdzie się rozgościliśmy wśród kwiatów i warzyw wyhodowanych przez Barbarę. Pogoda była ciepła i słoneczna, zapraszająca do powolnej, niespiesznej lektury.
Mieliśmy ze sobą tomik poezji W. Szymborskiej i świetną książkę Anny Bikont i Joanny Szczęsnej Pamiątkowe rupiecie.
Barbara, która przed kilkoma dniami odbyła wycieczkę do Kórnika, opowiedziała o obejrzanych pamiątkach poświęconych poetce: o  ławeczce pomniku Wisławy Szymborskiej i kota z Jej  wiersza Kot w pustym mieszkaniu oraz tablicy na domu, w którym mieszkali Szymborscy.
A później czytaliśmy głośno wiersze noblistki, rozmawialiśmy o nich i cieszyliśmy się Chwilą, nietrwałą, tymczasową Chwilą.
 
Właściwie każdy wiersz
mógłby mieć tytuł ,,Chwila".
Wystarczy jedna fraza
w czasie teraźniejszym,
przeszłym, a nawet przyszłym;
wystarczy, że cokolwiek
niesione słowami
zaszeleści, zabłyśnie,
przefrunie, przepłynie,
czy też zachowa
rzekomą niezmienność,
ale z ruchomym cieniem;
wystarczy, że jest mowa
o kimś obok kogoś
albo kimś obok czegoś;
[...]

Judasz Amosa Oza, czyli o naturze przyjaźni i zdrady

Ta eseistyczna książka poruszająca wiele wątków, przewijających się w wielogodzinnych rozmowach studenta Szmuela z jego podopiecznym Gerszomem Waldem, zachęciła klubowiczów do poważniejszej rozmowy.
Bo jest to powieść inspirująca. Porusza kwestie zdrady i wierności, szaleństwa i racjonalności w dziejach Żydów i w kontaktach między zantagonizowanymi narodami i religiami, a także w relacjach osobistych.
Szczególne zainteresowanie wzbudziły dwa zagadnienia.  Po pierwsze postać tytułowego bohatera, a szczególnie nieoczywista, dla niektórych kontrowersyjna, ocena Judasza Iskarioty  i przypisanie mu przez autora głównej roli  w powstaniu chrześcijaństwa. Po drugie życiowe perypetie studenta Szmuela Asza, jego poszukiwania własnej drogi, rozterki i duchowe niepokoje, związane przede wszystkim z wiernością i zdradą.
Po lekturze Judasza członkowie DKK postanowili odpocząć od poważnej lektury i kolejne spotkanie odbyć w miłym, pogodnym miejscu, w otoczeniu zieleni i kwiatów w towarzystwie małej formy (co nie znaczy, że błahej) - poezji.

Eli,Eli Wojciecha Tochmana z fotografiami Grzegorza Wełnickiego, czyli o porzucaniu utartych szlaków

Spotkaliśmy się z zadziwiającą  książką, która przenosi nas na Filipiny. Ale nie jest ona fotoreportażem zadowalającym gusty turystów pragnących wypocząć na “zapierających dech w piersiach plażach”, doświadczyć “piękna przyrody”, “serdeczności ludzi” i zachwycić się “kolorytem mniejszości etnicznych”. Nie są to Filipiny z przewodnika turystycznego czy folderu biura podróży. Jest to bolesna dla Europejczyka opowieść o współczesnej Manili. O jej slamsach i cmentarzach zamieszkałych przez biedotę, wyrzutki ludzkie.
Wyprawa Wojciecha Tochmana i Grzegorza Wełnickiego  opowiada o współczesności, ale odsłania też historię. Jakże obłudne wydają się rozdziały ze szkolnego podręcznika historii zatytułowane dumnie “Wielkie odkrycia geograficzne”, gdy patrzymy na bohaterów tych wydarzeń oczyma tubylców. Bo konkwistadorzy finansowani przez koronowane głowy to:
“Iberyjskie męty, bandyci i nieroby tutaj (na Filipinach) przepoczwarzyli się w panów. Palili, rabowali, torturowali, gwałcili i chrzcili. Zmuszali ludzi do niewolniczej pracy.”
Dzisiejsza nędza Filipińczyków to kolonialna spuścizna.
Język dosadny, bohaterowie bez makijażu i tylko tacy, którzy zgodzili się opowiedzieć swoje życiowe historie.
Klubowicze byli wstrząśnięci, trochę oburzeni, ale docenili piękno książki, mimo że ujawnia szkaradę, upodlenie, okaleczenie i brak nadziei.
Wysłuchali także wypowiedzi Wojciecha Tochmana i fotografika Grzegorza Wełnickiego o pracy nad reportażem i związanych z tym moralnych dylematach

Gwiazdy kina PRL, czyli czas na miłe wspomnienia

Czas na miłe wspomnienia. Tak. Przeszłość wszak nawet najbardziej zgrzebna, szara i beznadziejna jest po latach lukrowana. I właśnie w lutym  przystąpiłyśmy do lukrowania wszystkiego, co zachowała nasza, przede wszystkim emocjonalna, pamięć w związku z polskim filmem i jego twórcami.

Dorośli klubowicze znają z ekranów peerelowską kulturę filmową. Niektórzy żyli nawet nią i dzięki niej bardzo intensywnie. Za sprawą książki Sławomira Kopra wspomnienia zyskały na szczegółowości. Elementy anegdotyczne i plotkarskie pozwoliły łatwo zanurzyć się w minionej epoce, odczuć jej koloryt i wzbudzić nostalgię.

Zauważyłyśmy, że zwodniczy, bo nieadekwatny do treści, jest tytuł książki, na okładce której pojawiła się fotografia młodziutkiej Poli Raksy. Wystarczy rzut oka na spis treści, by dojść do wniosku, że gwiazdami kina PRL byli… mężczyźni! Na osobne omówienie spośród  aktorek zasłużyła sobie tylko Beata Tyszkiewicz. Obok niej są: mistrz Andrzej, osamotniony Mały Rycerz, Bobek, Kmicic i Jerzy Skolimowski, wyróżniający się dziwnymi kolejami losu. Na sześciu twórców kina peerelowskiego tylko jedna kobieta!

Przeszłość, która stała się historią. Aby była zrozumiana przez później urodzonych, musi posiadać wyjaśnienia, komentarze, odniesienia. Sprawia to dziwne wrażenie. Nasza, klubowiczów, doświadczana onegdaj codzienność kinowo-filmowa opatrzona przypisem.

Popularyzatorski, przystępny i lekki charakter książki Sławomira Kopra zachęcił członków klubu DKK do lektury innych tytułów tego autora.

Hen. Na północy Norwegii, czyli odkrywanie nieznanego znanego sąsiada

Tęsknota za podróżą, której odbyć nie można i która nie zostanie zaspokojona przeglądaniem baedekerów, surfowaniem  po witrynach biur turystycznych i wędrówce po caaałym świecie dzięki Google Earth, zostanie na pewno złagodzona dzięki literaturze faktu. To dzięki znajomości kraju i ludzi, wrażliwości i przenikliwości reportera czytelnik ma szanse poznać krajobraz mieszkańców, miast i osiedli, i niezamieszkałych terenów egzotycznego dla nas lub całkiem zwykłego, bo sąsiedniego, kraju.

W mroźnym styczniu, prawdziwie zimowym od kilku lat, klubowicze podążyli za Iloną Wiśniewską do znanej, a jednak, jak się okazało, nieznanej Norwegii. Daleka, północna Norwegia urzekła wszystkich. Jej klimat, nieprzyjazny ludziom, oszałamiające przestrzenie, trzaskający mróz, zamiecie śnieżne, biała pustka i olśniewająca pięknem zorza polarna – wszystko pociągało i urzekało innością.

Poznaliśmy też losy ludzi zamieszkujących  ten nieprzyjazny mimo surowego piękna świat. Byliśmy po stronie wykluczonej wcześniej i nadal odczuwającej odrzucenie przez południowych Norwegów – ludności rdzennej  –  Saamów.

W ogóle historie ludzkie ukazane w Hen są bardzo ważne, bo tylko przez nie możliwe było pokazanie zmian zachodzących w tym rejonie oraz jego przeszłości. Są ważne i szalenie interesująco opowiedziane. Wciągają, budzą współczucie lub gniew, nigdy obojętność.

Klubowicze po lekturze książki Ilony Wiśniewskiej zdecydowanie zasmakowali w literaturze non-fiction, dlatego planujemy czytanie reportaży.

Złoty pelikan Stefana Chwina, czyli upadek czy wyzwolenie

Przystojny profesor uniwersytetu nadbałtyckiej miejscowości o burzliwej historii, pełnej niedomówień i kłamstw historyków w służbie władzy, uczynił to miasto, obok dziś mieszkających tam ludzi, bohaterem swojej powieści.

Niestety, nie podążaliśmy śladami realnych i wyimaginowanych budynków, ulic i miejsc Gdańska, gdyż znamy go jedynie z dawno odbytych wycieczek i prospektów turystycznych. Ale mogliśmy zanurkować w słoneczno-wilgotnej i złowieszczo-bezbronnej aurze miasta wciąż przechowującej podmuchy odległych i bliższych wydarzeń, śledzić losy Jakuba i tropy jego myśli, rozpoznawać w powieściowych postaciach rysy znanych osób.

Klubowicze odkryli urodę powieści, ale mieli zastrzeżenia co do poprowadzenia losów Jakuba i prawdopodobieństwa psychologicznego motywacji jego czynów. Nie przychylili się bowiem do metaforycznej, moralitetowej interpretacji utworu.

Eseistyczne elementy powieści zaakceptowali i czuli się chyba bezpiecznie, gdy autor opowiadał się po stronie dobra, tak że nie musieli podejmować w tej kwestii żadnych decyzji.

Mieli żal do Stefana Chwina za tragiczne, ich zdaniem, zakończenie powieści. Oczekiwali happy endu. Bardzo są spragnieni gustownego, nieodmiennie szczęśliwego finału losów bohaterów powieściowych.

Piękna rupieciarnia nie dla każdego piękna

Październikowe spotkanie DKK poświęcone było zbiorowi wybranych esejów, szkiców i wywiadów Bohumila Hrabala „Piękna rupieciarnia”.

Już pierwszy kontakt z tą pozycją wywołał lawinę protestów, najpierw niemych, wyrażonych grymasem twarzy, wydęciem warg i  wzruszeniem ramion -  później wyartykułowanych mocno, zdecydowanie z niezachwianą pewnością, że słuszność oceny jest po mojej, czytelnika, stronie.

Bo kimże jest ten autor?

Autokreacja zwyciężyła. Został odebrany jako moczymorda, leń i obibok. Bo czyż nim nie był? Siłę sprawczą swej twórczości znajdował w złocistym trunku, wśród marginesu, ludzi bez ambicji i wzniosłych celów. (Trochę zawahano się w deprecjonowaniu twórczości Bohumila Hrabala na wieść o studiach podjętych przez pisarza).

Nie znalazł zrozumienia koloryt lokalny, czułość kryjąca się za brzydotą, współczucie dla bohaterów, a genialny portret namalowany niesamowitym językiem Vladimira Boudnika musi czekać na zachwyty i wzruszenia innych czytelników.

Na pewien czas rezygnujemy z tekstów zainspirowanych opowieściami „waryjatów”  i innych podejrzanych indywiduów. W listopadzie czytamy książkę napisaną przez przystojnego, eleganckiego, kulturalnego, taktownego, umiarkowanie pijącego jedynie drogie alkohole (zwłaszcza wina) w bardzo dobrym, często międzynarodowym towarzystwie, profesora Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwina – Złoty pelikan.

Podróże z Herodotem, czyli na świecie nadal bez zmian

Książka reportażowa „Podróże z Herodotem” (bardzo) dojrzałego Ryszarda Kapuścińskiego jednogłośnie została uznana przez klubowiczów za nadzwyczaj interesującą, wręcz zachwycającą.
 
„Dzieje” Herodota są dla „króla polskiego reportażu” przewodnikiem po sztuce pisania reportażu i podręcznikiem  poznawania Inności, i nauki pokory wobec obcych kultur. Podczas lektury „Podróży” klubowicze stali się współuczestnikami czytania starożytnego historyka i wraz z autorem śledzili przeplatanie się odległej przeszłości ze współczesnością, oraz poznawali biografię dziennikarską Kapuścińskiego.
 
Uczestnicy spotkania zgodnie orzekli, że istota człowieka, jego pragnienia i pasje, niebezpieczeństwa nań czyhające, historia, którą tworzy są, bez względu na epokę, tej samej natury. Słowem: nic nowego pod słońcem.
 
O autentycznym zainteresowaniu klubowiczów twórczością Ryszarda Kapuścińskiego świadczy wypożyczenie przez nich książek tego autora.
 
W spotkaniu wzięło udział 5 osób.

Śmierć czeskiego psa, czyli przygody polskiego Gastarbeitera-Sowizdrzała

Tym razem klubowicze zostali tak poruszeni przez Janusza Rudnickiego, że spotkanie rozpoczęło się od milczenia i wymownego kręcenia  głowami. Są oni bowiem w większości zwolennikami „przyzwoitej”, „dobrze ułożonej”  literatury, używającej książkowego języka, wolnej od wulgaryzmów i złego traktowania bohaterów.

Rozmowa o tych miniopowiadaniach doprowadziła jednak do zmiany pierwszych opinii, które pojawiły się w trakcie lektury. Wędrówka za korowodem nieudaczników, spryciarzy, rozmaitych Rudnickich byłaby trywialna, gdyby nie język. To on jest smyczą trzymającą czytelnika przy książce, niekiedy nawet wbrew jego woli.

Barbara pierwsza zwróciła na to uwagę. Według niej, Katarzyny i moderatora język Rudnickiego żyje potocznością, w nim tkwi siła tych tekstów i z niego zbudowani są bohaterowie. Mimo to uznaliśmy, że tych wulgaryzmów jest nadmiar i nie podzielamy całkowicie opinii autora, który twierdzi, uzasadniając oczywiście swój warsztat, że „Wulgaryzmy to maszty statku języka polskiego. Na nich dopiero rozpiąć można czyste, białe żagle mowy wysokiej.”

Bawiły nas anegdota i żart, sytuacje rodem z filmu niemego; ale odnaleźliśmy także pewną czułość autora dla swoich postaci. Doceniliśmy jego nieziemski zmysł obserwacji, niespotykaną umiejętność widzenia zwyczajnych sytuacji w niezwykły sposób.

Regina, mimo uznania walorów prozy Rudnickiego, nie przeczyta już jego tekstów, a Katarzyna i Barbara chciałyby sprawdzić, czy jego kolejne książki są powtórką z Śmierci czeskiego psa, czy świadczą o ewolucji, rozwoju autora.

Zbliżają się wakacje, więc życzyliśmy sobie podróży, w charakterze turystów, nie gastarbeiterów, po trasach przemierzanych przez Janusza Rudnickiego. A zatem do zobaczenia w Dojczlandzie!

Poza horyzonty, czyli wyzwanie dla każdego

Jasia Melę znają prawie wszyscy, znają także jego historię, przedstawianą wielokrotnie w telewizji. Dzięki mass mediom stał się wręcz postacią sztandarową środowiska osób niepełnosprawnych.

Nie wszyscy jednak znają jego książkę Poza horyzonty; łatwiej przecież się słucha i ogląda, niż czyta. Uznaliśmy się zatem za szczęściarzy, że mogliśmy ją przeczytać, by później porozmawiać, dzielić się spostrzeżeniami i odnaleźć dla siebie wskazówki.

Zauważyliśmy, że w ostatnich latach nastąpił zwrot w traktowaniu niepełnosprawności. Jaś właśnie jest przykładem odchodzenia od uważania takiej sytuacji za dożywotni wyrok, skazujący na społeczną izolację i odrzucenie.

Byliśmy pełni podziwu dla jego walki ze zniechęceniem i załamaniem. Podziwialiśmy także jego rodziców, ich wolę uczynienia dalszego życia syna pełnym sensu i wartości. To oni pomogli Jasiowi w przezwyciężaniu traumy wypadku. Spotkanie z Markiem Kamińskim, dzięki staraniom państwa Melów, stało się punktem zwrotnym, sprzyjającą okolicznością, niesamowitą szansą. Ale pracę nad sobą, swoim ciałem i psychiką Jaś wykonał samodzielnie.

Najmłodsi uczestnicy naszego spotkania, troje gimnazjalistów: Kacper, Sandra i Anka dzięki lekturze odkryło i upewniło się, że najważniejszą rzeczą pozwalającą pokonać trudności jest wytrwałość i posiadanie celu. A wspierający rodzice i życzliwość otoczenia to nie dający się przecenić skarb, bardzo potrzebny młodym ludziom.

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi