Wyszukiwanie:

Logowanie:

Realizatorzy:

Recenzje czytelników klubów DKK

Wiedźmin 2.0. Recenzja powieści Andrzeja Sapkowskiego pt. Narrenturm

Narrerturm to pierwszy tom Trylogii Husyckiej, drugiego po Wiedźminie wielkiego uniwersum autorstwa ASa polskiej fantastyki. Które pod każdym względem jest lepsze od poprzedniczki.  Przede wszystkim trylogia posiada dużo lepiej skonstruowaną pod względem fabularnym i stylistycznym narrację, a także faktografię, jak przystało na powieść historyczną z elementami fantasy.
Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że „Saga o wiedźminie” to ubogi krewny „Trylogii Husyckiej”. Z kart „Narrerturmu” wprost wylewa się bogactwo języka, jakim autor opisał wykreowany świat. Również główny bohater, w przeciwieństwie do momentami mocno enigmatycznego Geralta, prezentuje się jak Jaskier 2.0, ale bez wiedźmina u boku.
Reynevan od samego początku zostaje porwany przez wiatr historii i ciśnięty w sam środek wydarzeń, które wstrząsnęły naszym kawałkiem Europy. Bakałarz, medyk, szpieg, okazjonalnie zdrajca, kochanek na pełny etat, wojownik i żołnierz rewolucji, okazjonalnie zaś mag do spraw małych i większych; a wszystko to w realiach historycznego fantasy umiejscowionego na Śląsku i okolicach podczas wojen husyckich.
Poza warstwą faktograficzną to obecność elementów nadprzyrodzonych jest tym elementem (i bronią palną), który w zasadniczy sposób odróżnia świat Reynevana od świata Geralta. W „Trylogii Husyckiej” magia nie jest wszechobecna, nie ma tu magicznych teleportów, szybkostrzelnych różdżek i zaklęć rzucanych od niechcenia. Zamiast tego świat nadprzyrodzony został delikatnie wpleciony w tkankę świata powieści. W „Narrerturmie” elementy nadprzyrodzone bardziej uzupełniają rzeczywistość niż ją współtworzą, a mówiąc wprost, magia jest w tej powieści raczej przyprawą, niż jednym ze składników potrawy.
Narrerturm to jednak bardzo dobra książka, warta polecenia.

Wszechksięga

Otwarcie iście w klasycznym stylu nawiązujące do znanych nam ksiąg. Słowo stało się faktem i rozpoczęła się opowieść narysowana pieczołowicie przez Spella. Na pierwszy rzut oka komiks wydaje się być autorską perełką o wszystkim i niczym. Metaforą i wprawką. Gdy przyjrzymy się bliżej okazuje się, że pod warstwą artystycznych kadrów stylizowanych właśnie na iluminowane księgi lub stare gierki parobitowe mamy przypowieść o władzy, naturze ludzkiej, ale i studium szaleństwa.

Katastrofa niejako jest wyprzedzona czynami władcy, a wiedząc o niej robi wszystko by jej zapobiec. W specyficzny sposób. Mówiąc inaczej - odbija mu i staje się tyranem. Czy można było lepiej kombinować? Pewnie tak. Może nie tykać księgi ;) Niczym w tragedii autor prowadzi nas do nieuniknionego, chociaż momentami wydaje się, że istnieje szansa. Z tragedii w komedię. Wszystko, wydawać by się, że musi być megapoważne i smutne do przesady (głodni poddani czy końcowa katastrofa spowodowana przez czynnik ludzki). Tak jednak nie jest. Wątki poważne przeplatane są mocną autoironią i humorem pokazującym, że mimo upływających wieków ludzie są nadal... ludzcy ze wszystkimi przywarami jak i zaletami. Szczególnie widać to przy wątku "bezkrwawej rewolucji", gdy Muriel prowadzi ludzi do spichlerza.  Wiedza uzyskana przez Fulgrima z Wszechksięgi (w zasadzie przeczytał o sobie komiks) przyśpieszyła upadek. Ale autor nie poszedł na łatwiznę i nie zafundował nam deus ex machina, chociaż taniec szkieletów w płomieniach może świadczyć o czymś przeciwnym.

Zakończenie nieco mnie rozczarowało, bo jednak liczyłem, że wątek wynalazców zostanie pociągnięty dalej - toaleta i balon sugerowały większą rolę bohaterów. Trochę niejasny jest dla mnie przeskok od Morgana do Fulgrima i sprawa księcia wynalazcy. Interesująca jest scena, gdy Fulgrim niszczy sprzęty i gniewnie reaguje na zdobytą wiedzę - niszczy obraz przedstawiający siebie samego z czasów młodości. Młodzieńcze ideały w zderzeniu z rzeczywistością... Można też komiks odbierać inaczej - śmierć za śmierć. Kto zdobył władzę krwią, ten również zostanie utopiony we krwi. Własnej.

Wszechksięga jest wydana na dobrym papierze i w dużym formacie. Rysunki doskonale oddają opowieść a bardzo często są klasą samą w sobie - szczególnie przy scenach akcji i pejzażowych na płaskich ale różnych planach.  Jest to pięknie wydana rzecz i warto ją mieć a podejrzewam, że w szkołach mogłaby się przydać na niektórych lekcjach literatury.

Śmierć Stalina

Stalin – językoznawca. Stalin – cwaniak polityczny. Stalin – bezwzględny dyktator i „ojciec narodów”. Praktyk realizmu wyborczego. Mieliśmy okazję przeżyć dotyk tej dłoni „geniusza światowego proletariatu”… Wiemy o nim wiele ale nadal sporo pozostaje do zbadania. Nie tylko jego domniemana współpraca z Ochraną czy sprawy prywatne (kwestia pierwszej żony) ale przede wszystkim śmierć. I o tym właśnie traktuje komiks Nury’ego i Robina.

Jest to fikcja oparta na solidnych podstawach – w zasadzie historia alternatywna – mocno zagęszczona w czasie. Czas skraca się widocznie w przypadku dalszych wydarzeń związanych ze zdobyciem i umocnieniem władzy oraz strąceniem Berii w niebyt. Sam Beria ukazany jest tutaj jako małpolud. Obrzydliwy gad żądny władzy, który nie przepuści żadnej spódniczce. I poniekąd jest to prawda ale też jak w przypadku wszystkiego co zatrąca o sowietologię… niczego nie możemy być absolutnie pewni. I dlatego nie ma sensu traktować „Śmierci Stalina” jako prostej, odtwórczej opowieści historycznej. Czy czepiać się, że tak nie było, nie zastrzelili albo odbyło się później. Na minus – potraktowanie po macoszemu Żukowa i niuansów przejęcia władzy już dalej przez Chruszczowa.

Całość: https://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/07/05/smierc-stalina/

Balzakiana J.Dehnel. Recenzja

Książka pt. „ Balzakiana” Jacka Dehnel  jest dialogiem z cyklem powieściowym francuskiego pisarza. Poprzez styl, treść, wzajemne relacje, autor dopisuje nowe akty współczesnej powieści. Znajome ulice, kluby w Gdańsku i we Warszawie, a ludzie jakby żywcem wyszli z balzakowskich kart. Kierowani odwiecznymi emocjami: pazerni, nadpobudliwi seksualnie, ze strachem w oczach  i lękiem odrzucenia. Krótkie opowieści autora nie mają szczęśliwych zakończeń , Dehnel nie ubarwia swoich opowieści.  Na przykład w pierwszej z nich pojawia się młoda kobieta, której życie runie jak domek z kar.  Przechodzi załamanie nerwowe i truje się środkami nasennymi i kretem po czym już po kilku dobach w agonii odchodzi. Kolejny przypadek,  który sam autor chce nam przekazać to rodzeństwo które w wielu rodzinach jest też tego odzwierciedleniem. Pojawia się w nim  wyłudzenie pieniędzy. Każda z historii ma swój przekaz który dobitnie trafia do czytelników.

Dynastia kaczek

„Kaczorowe” komiksy dla wielu były (i są) komiksami pierwszego kontaktu. Sporo osób od nich rozpoczyna swoją przygodę z komiksami (i na nich również ją kończy). Perypetie Donalda z siostrzeńcami i Sknerusem oraz kilkoma innymi postaciami cieszą się popularnością od wielu lat.

Oryginalne uniwersum zostało rozszerzone i uporządkowane. Ma własną historię i mity założycielskie. Bohaterów i indywidua spod ciemnej gwiazdy. W końcu, komiksy „giganty” i inne „mamuty” przekazują pozytywne treści i mogą być cenną pomocą w edukacji (pierwsze jaskółki z Christą w kanonie lektur już się objawiły!).

„Kaczorowe” są silne siłą rysowników i o ile Barks czy Rosa kierują narrację na dość tradycyjne tory, o tyle włoscy rysownicy wprowadzają do serii elementy współczesne i własne pomysły, które często nie są zgodne z „oficjalną” linią czasu kaczek. I doszliśmy do punktu, w którym pojawia się pytanie – co jest takiego wyjątkowego akurat w tym numerze Mega Giga – Dynastia? Oprócz pięciuset z kawałkiem stron komiksów mamy próbę (udaną) zaproponowania własnej chronologii i ukazania korzeni (i tożsamości) bohaterów poprzez dzieje.  Od starożytnego Egiptu, Rzymu i obowiązkowej Szkocji do XIX wieku z licznymi odniesieniami do historii, literatury i popkultury. Wszystko podlane ciekawie stworzonymi kreacjami znanych nam w nowych rolach swoich przodków.

Wiele z tych historyjek jest niesamowicie zabawnych ale… wszystko jest sensownie osadzone i mamy do czynienia z przenikaniem się dwóch światów: kaczogrodzkiego i myszogrodzkiego.  Masa akcji, humoru i inny sposób pokazania dziejów kaczego rodu. Polecam!

"Oskar i Pani Róża" - recenzja książki

   Książka pod tytułem "Oskar i Pani Róża" napisana przez Erica Emmanuela Schmitta opowiada o dziesięcioletnim chłopcu, który jest głównym bohaterem tej historii i umiera na białaczkę. W uporaniu się z codziennością pomaga mu Pani Róża. To właśnie Ona wpada na pomysł pisania listów do Pana Boga, a także traktowania każdego dnia życia jako dziesięciu lat.

   "Samotny Pan Bóg" staje się oskarowi coraz bliższy i chłopiec otwiera się przed nim z każdą chwilą bardziej. Przekazuje mu i dzieli się z nim swoimi problemami, myślami i spostrzeżeniami.

   Każdego dnia coraz bardziej jego wiara w Boga wzrasta, a strach przed śmiercią maleje.

   Pomimo dość smutnej tematyki, czyli choroby, poczucia osamotnienie i śmierci książka jest bardzo pogodna. Jest w niej bardzo dużo optymizmu i radości życia. czytając książkę i listy napisane przez Oskara do Pana Boga, jego przygody miłosne i rozmowy z Panią Różą zapierają dech w piersiach.

   Uważam, ze książka jest bardzo fajna i przyjemni się ją czyta.

   Polecam ją wszystkim, którzy lubią czytać i czasami przystaną na chwilkę, aby się zastanowić nad sensem życia.

 

                                                                                                 Basia M. DKK "Czytolandia"

Długie lato w Magnolii. G. Jeromin Gałuszka. Recenzja książki

Powieść pt. „ Długie lato w Magnolii” Grażyny Jeromin- Gałuszka jest kontynuacją serii Magnolia. Akcja powieści ma miejsce w pięknym zakątku Polski w Bieszczadach, w których znajduje się takie miejsce jak Magnolia, która dla bohaterów jest magicznym miejscem. Znajdują  tam odpoczynek od zgiełku życia,  wielkich miast i problemów. Tam zapoznajemy się z bohaterami wtapiamy w ich życie i  brniemy z nimi przez tą przygodę. W powieści pojawia się wątek kryminalny  związany z postacią Maurycego, który ucieka od zbrodni jakiej się dopuścił. Poznać można przesympatyczną Czesię, która chce swoimi kulinarnymi zdolnościami zaskoczyć domowników, poznajemy ją też jako osobę lubiącą pogawędki i ploteczki. Zaskakującą osoba jest Tośka, miła dziewczynka która pomimo swojego ciężkiego losu i tak potrafi cieszyć się z życia. Akcja powieści jest zaskakująca gdyż dowiedzieć, się można że Maurycy to nie ten człowiek prawdziwe jego imię to Tomasz, dokonuje on przestępstwa zabijając Maurycego i utożsamia się z nim. Czytając „ Długie lato w Magnolii” można odnieść i tak pozytywne wrażenie, że pomimo problemów są oni szczęśliwi w tym pensjonacie i to właśnie jest najważniejsze.

Recenzja książki "Król" Szczepana Twardocha

Czytając powieść Twardocha, ma się wrażenie niemal fizycznej obecności w Warszawie roku 1937. Spaceruje się po Nalewkach, Kercelaku, zagląda do barów, restauracji i do burdeli. To wrażenie osiąga się dzięki kunsztowi pisarza, który wiernie i plastycznie pokazał Warszawę z tamtych lat. Są to właściwie dwie stolice „mówiące dwoma językami, żyjące w osobnych światach, czytające inne gazety…” i oczywiście, delikatnie mówiąc, nie darzące się przyjaznymi uczuciami.

Widać to już na początku powieści, gdy obserwujemy mecz bokserski zawodników żydowskiego klubu Makabi i warszawskiej Legii. Publiczność jest podzielona, ale  sędziowie wyraźnie faworyzują Polaków. Jednak Jakub Szapiro znokautuje Andrzeja Ziembińskiego i tu już nikt nie może tego zakwestionować.

Ten pojedynek jest ważny dla narratora , Mojżesza Bernsztajna. Ogląda go i informuje czytelnika, że to Szapiro zabił jego ojca. Targany wyrzutami sumienia zaopiekował się chłopakiem i pokazał mu inne oblicze stolicy, miasta gangsterów i przestępców wymuszających haracze od właścicieli barów, restauracji, sklepów. Bokser jest tu prawą ręką Kuma Kaplicy, który szefuje gangowi i ma znajomości w sferach rządowych.

Przestępczy światek reprezentują też doktor Radziwiłek w mundurze Związku Strzeleckiego, towarzyszący mu wciąż Tiutczew czytający poezje rosyjskie czy niesamowity Pantaleon Karpiński.

Niezwykle barwnie pokazani są bohaterowie powieści, wśród których pojawią się też postaci historyczne, m.in. premier Składkowski, pułkownik Koc, Bolesław Piasecki. Kaplica zaś i doktor Radziwiłek są wzorowani na autentycznych postaciach Taty Tasiemki (Łukasza Siemiątkowskiego) i doktora Józefa Łokietka.

Bohaterowie nie pozostawiają czytelnika obojętnym, narzucają mu swój stosunek do nich. To niewątpliwa zasługa Twardocha, że bokser i gangster Szapiro budzi jednak sympatię, a Radziwiłkowi mówi się zdecydowane „nie”.

Są i w „Królu” ciekawe postaci kobiet; żona Szapiry Emilia, wciąż podejmująca temat wyjazdu do Palestyny, jego dawna kochanka Ryfka Kij niezapominająca o swym Jakubie, Anna Ziembińska, siostra Andrzeja, oenerowca i falangisty.

Bojówki ONR-u walczą na ulicach i na uniwersytecie z Żydami, których najchętniej wysłaliby na Madagaskar, a tymczasem organizują getto ławkowe i nawołują do ograniczenia przyjęć na studia. Narasta antysemityzm. Powoli nadchodzi już kres pokazanego wspaniale przez pisarza świata; jeszcze można napić się wódki Baczewski u Ryfki Kij, jeszcze wypełnione są bary i restauracje. Nad Warszawą jednak krąży już szary kaszalot i wieszczy nieszczęście, już słychać pieśń, którą śpiewa Litani.

Widzi go narrator, Mojsze Bernsztajn, po latach opowiada o nim i o tym, co zdarzyło się w 1937 roku Mojżesz Inbar. Zmienił nazwisko? Chciał o czymś zapomnieć? O czym?

Twardoch buduje napięcie, bardzo wolno odsłania przed nami przeszłość, zwodzi i zaskakuje. Warto się temu poddać, to świetna powieść, czyta się ją bardzo dobrze, przy okazji dowiadując się o nieudanych próbach zamachu stanu czy wzbogacając wiedzę o obozie w Berezie Kartuskiej.

Dosadny, niepozbawiony wulgaryzmów język powieści pozwala poczuć atmosferę świata przestępczego, rządzącego się twardymi i bezwzględnymi prawami. Oddaje drastyczność scen w Berezie. Nie razi, bo taki właśnie musi być, by próbować wniknąć w przeżycia i emocje bohaterów.

Większość klubowiczów dała się uwieść powieści Twardocha, niektórzy jednak narzekali na pewne zawiłości narracyjne i wulgarny język.

Mnie „Król” zachwycił, chyba nawet bardziej niż czytana wcześniej „Morfina”. Bardzo się więc cieszę, że autor pracuje nad jego kontynuacją.

Wiesława Kruszek - Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Pan Higgins wraca do domu

Błe, znowu wampiry. Takie było moje pierwsze skojarzenie gdy zerknąłem na okładkę komiksu. No bo jak ma zachwycać skoro nie zachwyca? Wiadomo – klasyka ale ile można. Potem przeczytałem zajawkę z pierwszym zdaniem: „W zamku Golga rozpoczynają się przygotowania do corocznego święta nieumarłych.” Myślę – no ok, można. Gdzieś pod koniec zajawki padło zdanie o parodii klasycznej opowieści o wampirach. Co tu dużo gadać – było już lepiej. Nie uprzedzając się zanadto otworzyłem i… zdębiałem. Wmurowało mnie w herbatę i pozamiatało po resztkach ciasta.

Profesor Meinhardt pogodnie śniący o kapuście i króliczkach zostaje wciągnięty w małą intrygę przez hrabiego Golga. Jednocześnie profesor z pomocnikiem Knoxem spotykają się z tytułowym panem Higginsem w klasztorze.

Pan Higgins opowiada pogromcom wampirów swoją (i żony) historię. Łowcy postanawiają mu pomóc i zamierzają wybrać się do zamku, co wybitnie im ułatwił (bez spoilerów) hrabia. Hrabia okazuje się być godnym przeciwnikiem i niebywale cwanym. Jest również wampirem ale tego pewnie się już domyśliliście.

Zaproszeni goście są świadkami jedynego w swoim rodzaju bankietu wszystkich monstrów. Aby zbytnio nie psuć klimatu krwistej opowieści z dreszczykiem dopiszę jedynie, że scena finałowa jest bardzo zaskakująca i faktycznie parodystyczna. Poza tym mamy opowieść będącą hołdem dla grozy! Jak dla mnie – majstersztyk.

Rzeczony komiks Mignoli i Johnsona-Cadwella jest miniaturką, dziełem doskonale zamkniętym z przewrotnym końcem. Uważny czytelnik z pewnością spostrzeże masę tropów i nawiązań do klasyki literatury. Opowieść o panu Higginsie jest angolska do bólu, jednocześnie fantastycznie gotycka z licznymi odniesieniami graficznymi. Tutaj się na chwilę zatrzymam bo kreska bardzo mi się spodobała. Jest wysoka, zamaszysta i niedbale dokładna :) Kojarzy się momentami z malarstwem C. D. Friedricha. Szczególnie widać to w pejzażach i kadrach wewnątrz pomieszczeń. Wychowany na bajkach ilustrowanych Szancerem sądzę, że każdy kto ma jakieś poczucie smaku doceni dbałość o fizjonomie narysowanych indywiduów, tym bardziej, że faktycznie czasem można się pobać.

Zabłąkana rakieta

Twórczość Janusza Christy jest specyficzna i jednocześnie bardzo polska. Starsi ale też i młodsi (dzięki zmianom w kanonie lektur) poznali przygody Kajka i Kokosza czy ich nieco późniejszych (aczkolwiek wcześniej narysowanych) odpowiedników w rzeczywistości XX wieku. Po wydaniu prawie całego albumu Kajtka i Koko w kosmosie (wcześniej pojedynczych zeszytów na początku lat 90. XX wieku) a potem całości (uzupełnienia) fani komiksu zastanawiali się czy dojdzie do wydania jeszcze jednej „ostatecznie” całej całości ;) czy jednak wydawca zaserwuje nam niespodziankę – bo przecież teoretycznie mimo badań christologicznych ciągle coś jest możliwe do odnalezienia… I wyszła pierwsza spośród siedmiu części Kajtka i Koka w kosmosie. Na żywo i w kolorze!

Fabuła jest nieskomplikowana. Nasi dzielni marynarze na prośbę profesora Kosmosika uczestniczą w eksperymencie, który okazuje się niczym innym jak prawdziwą odyseją kosmiczną – jest to najdłuższy polski komiks. Kajtek i Koko podróżują po dziwnych planetach, stykają się przeróżnymi monstrami i kosmitami z obowiązkowym złym na czele. Wbrew pozorom dawka moralizatorstwa jest mniejsza niż w niektórych „tytusach” i dzięki temu historia łaskawiej się obeszła z twórczością Christy.

Pewnie, że niektóre elementy technologiczne dzisiaj trącą myszką ale zaskakująco dobrze Christa wymyślił spójny świat, który za jego czasów mógł się wydarzyć w nieodległej przyszłości. Wadą całości jest niewątpliwy gazetowy rodowód komiksu, co powoduje rozwleczenia narracji byle utrzymać się w polityce wydawniczej. Mamy większość motywów modnych także dzisiaj – kosmos, humanistyczne przesłanie, problemy z historią czy bunt robotów. Nie mam zastrzeżeń do kolorystyki chociaż pojawiały się głosy, że jest ona jaskrawa. Być może w scenach pokojowych. Kosmicznie i zewnętrznie jak dla mnie jest ok.

Spora dawka humoru i dbałość o kadry powodują, że komiks nadal jest czytelny i spokojnie może sięgnąć po niego czytelnik wymagający, jak i dopiero zaczynający przygodę z „paskami.”

Calvin i Hobbes

Calvin i Hobbes to komiks gazetowy przedstawiający perypetie małego chłopca i jego najlepszego przyjaciela – pluszowego tygrysa. Oczywiście tygrys ożywa tylko dla chłopca, inni widzą go jako maskotkę.

Komiks jest bardzo przyjemną odskocznią od rzeczywistości a jednocześnie ostrzega nas, że powrót do krainy dzieciństwa – tak hołubionej przez wielu jest średnio możliwy z wielu względów (m. in. z uwagi na bagaż naszych doświadczeń nabytych w ciągu życia). Umysł dziecka ma olbrzymi potencjał humorystyczny i widać to w każdym pasku. Dzieciaki budują własne konstrukcje i doskonale się nimi bawią czasem zupełnie nie zważając na otoczenie lub przerabiając je na własną modłę.

Sarkastyczny humor i sympatyczne postacie głównych bohaterów powodują, że szybko się z nimi utożsamiamy i współczujemy Calvinowi „przygłupich rodziców” czy użerania się z mniej kumatymi w stylu podkochującej się w bohaterze Zuzi, nauczycielki Pani Kornik czy klasycznego szkolnego rozrabiaki Moe. Komiks jest zrozumiały bo sami mieliśmy podobne przygody z rodzicami i „obowiązkiem szkolnym.” Baliśmy się wielu rzeczy i cieszyliśmy się drobiazgami. Jednocześnie Calvin ucieka w świat fantazji budując życiorysy superbohaterów, np. astronauty Spiffa co powoduje bardzo śmieszne konsekwencje. Polecam wszystkim, dla których niektóre wypowiedzi swoich dzieciaków czy tych z sąsiedztwa wydają się dziwne :)

Cięty humor. Recenzja książki "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" Anny Brzezińskiej

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny to zbiór krótkich opowiadań o losach mieszkańców niewielkiej wioski i ich niezwykłej opiekunki – Babuni Jagódki. Opowieści - okraszone sporą dawką specyficznego, ciętego humoru i ironii - intrygująco przedstawiają bogactwo ludzkich zachowań i charakterów. Anna Brzezińska w mistrzowski sposób przedstawia zalety i wady wilżyńskiej społeczności. Przy tej książce nie można się nudzić. Czyta się ją z zapartym tchem. Polecam.

Recenzja książki "Lem: życie nie z tej ziemi" Wojciecha Orlińskiego

Wojciech Orliński jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, autorem wielu książek, m.in. leksykonu lemologicznego pt. „Co to są sepulki? Wszystko o Lemie”. Najwyraźniej uznał, że to jednak nie wszystko o tym autorze, bo postanowił poświęcić mu obszerną biografię i spróbować odkryć nieznane fakty z jego życia. Zaznacza we wstępie, że będzie pisał, co mu wiadomo, a nie „jak było”, stąd wybiera narrację w „neutralnej trzeciej osobie”.

Stanisław Lem jest ulubionym pisarzem Orlińskiego, który zna doskonale jego twórczość, a nawet miał to szczęście, że jako początkujący dziennikarz mógł w 1996 roku przeprowadzić wywiad z autorem „Solaris”. Liczne są zatem w książce nawiązania do twórczości Lema, w jego opowiadaniach i powieściach poszukuje dziennikarz wątków autobiograficznych. Odwołuje się też do dwóch książek typu „wywiad – rzeka” autorstwa Stanisława Beresia i Tomasza Fijałkowskiego i „Wysokiego Zamku” – autobiograficznej książki o dzieciństwie Lema.

Przytacza wiele źródeł; cytuje fragmenty utworów i wpisów z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego, który przyjaźnił się z autorem „Dialogów”. Dużo tu też fragmentów z obszernej korespondencji Lema ze Sławomirem Mrożkiem, Aleksandrem Ściborem – Rylskim, z wydawcami zagranicznymi jego książek.

Niewątpliwie należy docenić ogromny wkład pracy autora biografii wzbogaconej jeszcze zdjęciami, wypowiedziami żony Barbary, jej siostrzeńca Michała Zycha, czy syna Tomasza, autora wspomnieniowych „Awantur na tle powszechnego ciążenia”.

Powstała książka, która z pewnością zadowoli miłośników prozy tego wybitnego pisarza, lemologów czy lemomaniaków. Dyskutując o niej w gronie klubowiczów, koncentrowaliśmy się głównie na omawianiu humorystycznych zdarzeń z życia Lema, jego fascynacji różnymi urządzeniami mechanicznymi, w tym kolejnymi samochodami, z tym że te problemy motoryzacyjne w końcu były już nieco nużące. Trochę ich za dużo.

Cytowaliśmy fragmenty listów Lema, często zabawne i z dosadnym słownictwem. Zastanawialiśmy się nad betryzacją, czyli zabiegiem usuwania z psychiki człowieka lub zwierzęcia agresji, wymyślonej i zastosowanej w świecie powieści „Powrót z gwiazd”.

Okazało się też, że nikt z nas raczej nie zna utworów Lema, w tym i pisząca te słowa. Czytałam „Bajki robotów”, jakieś niewielkie fragmenty „Cyberiady”. Ten gatunek literatury jakoś nigdy mnie nie interesował, w podobnym tonie wypowiadali się i inni klubowicze. Książka Orlińskiego nie zachęciła nas za bardzo, by sięgnąć do Lema. Chociaż… pani Grażyna wypożyczyła „Wysoki Zamek”, a Janka chciałaby dowiedzieć się więcej o sepulkach i planuje przeczytać „Dzienniki gwiazdowe”.

Wiesława Kruszek

Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Oblivion Song - Pieśń Otchłani

Pierwszy tom nowej serii prezentuje się smacznie. Realistyczna i dynamiczna kreska oraz odwzorowanie ludzkich twarzy z jej wszystkimi możliwymi wariantami odczuć powodują, że komiks łyka się szybko, chociaż tematyka nie jest specjalnie optymistyczna. Mamy tradycyjnie podaną sytuację „w” – wpadamy znienacka w sytuację już wykreowaną i musimy zastanowić się, kto, z kim i dlaczego.

Autorzy nie dają nam chwili oddechu, bo akcja jest nakreślona zamaszyście i sensownie dawkowana. Początkowo sposób ukazania sytuacji po katastrofie był lekko denerwujący – mamy tajemnicę i dziwne zdarzenie, które dotknęło Filadelfię. Tysiące ludzi zginęło, gdy część miasta przeniosła się do innego wymiaru. W zamian miasto otrzymało kawałek świata z mniej przyjemnymi żyjątkami. I jest zona. Niczym w znanej nam serii. Badacze, awanturnicy i ziemcy, którzy zostali w obcym środowisku, ale przecież dla nich to dom… Dylematy moralne – kto może decydować kogo uratujemy – czy mamy do tego prawo? Uratowani z otchłani (czy faktycznie?) mają problemy z adaptacją – w psychice zostaje osad. Dlaczego – skoro wrócili „do siebie”? A może już nie są 100% ludźmi – może są… lepsi? Emocje i relacje międzyludzkie są pokazane w nieco inny niż zwykle sposób: sporo sytuacji jest patowych i bohaterowie nie czują (nie mogą?) się na siłach, żeby to zmienić. Jest to jednocześnie wadą i zaletą „Pieśni” ponieważ nie zamyka innych wątków.

Całość:

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/05/06/oblivion-song-piesn-otchlani/#more-2810

Powstanie. Film narodowy

Z autorem jakoś do tej pory nie miałem okazji żeby się zetknąć. Ale już nadrabiam zaległości :) „Powstanie. Film narodowy” nie jest komiksem łatwym. Nie jest także komiksem trudnym ale wymaga pewnego przygotowania. Gdzieś w internetach czytałem, że jest komiksem erudycyjnym. Bez przesady. Oczywiście, że nie jest to pulpa, zapychacz na parę mrugnięć oka ale też nie odstraszajmy od „Powstania” potencjalnych chętnych. Jest to komiks inny. Socjologiczny i doskonale satyryczny. A co dokładnie autor obśmiewa? I tutaj można się już zastanawiać…

Dzieło (nie waham się użyć takiego słowa) Świdzińskiego nawiązuje do powieści szkatułkowych. Mamy różne punkty widzenia w zależności od narracji i wiele warstw. To właśnie przesądza o jakości komiksu. Każdy może wyciągnąć z niego to, co wydaje mu się, że jest najlepsze. Każdy czytelnik inaczej odczyta przesłanie. Jedni poprzestaną na warstwie pierwszej – kręcimy film – dzieło na miarę naszych możliwości jako narodu. Wałki, ściemy, kombinacje aż żal patrzeć. Niestety to jest również satyra na polskie „dziadowanie” w kulturze. Czasy się zmieniają. Ekipy u władzy także a mizeria w kulturze, jaka jest taka była – mimo wysiłków i różnych akcji animatorów kultury, ci na górze nadal niespecjalnie rozumieją, że owszem, da się ciąć na kulturze (panie, na co to komu) i mniej wykształcone społeczeństwo jest łatwiejsze do manipulowania ale… w dłuższej perspektywie konsekwencją takich działań jest upadek. I nawet nie wieszanie (Świdziński też nawiązuje do Rymkiewicza, a co!) ale ostateczny krach systemu wartości. Dobra, popłynąłem ale sam jestem pracownikiem kultury.

Całość:

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/05/05/powstanie-film-narodowy/

Binio Bill - Rio Klawo

Dawno, dawno temu za odległych czasów mrocznej babci komuny, gdy wychodziła masa komiksów ktoś (ale kto?) podrzucił mi parę albumów („Figurki z Tilos”, „Cortes” czy „Cena wolności”, nie mówiąc o Żbikach) rysowanych przez Jerzego Wróblewskiego. W zasadzie i kwasie podobały mi się wszystkie – przyjemna kreska, niezła narracja i bohaterowie, z którymi da się utożsamiać. Dostałem również „Binio Billa i skarb Pajutów” i szybko chciałem więcej szperając za „Światem Młodych.”

Co ciekawe, po latach nadal lubię kreskę Wróblewskiego i cieszę się, że są wznowienia. Wroblewski, często zwany złośliwie „stachanowcem polskiego komiksu” (także ze względu na składaną daninę systemowi) miał specyficzny styl rysowania, zamaszystymi liniami kreślił fizjonomie bohaterów i wychodziło mu to nad wyraz plastycznie. Z pewnością jasną stroną jego komiksów były postacie kobiece. Zawsze kojarzyłem te piękne buzie z pinupowymi girlsami – iście amerykański sznyt – szkoda, że rysownikowi nie dane było zrobić kariery na (nomen omen) Zachodzie.

Binio Bill w założeniu jest komiksem dla młodzieży – czerpiącym pełną garścią ze swoich czasów (i czasów naszych rodziców), gdzie modne były rozmaite zabawy w dobrych i złych – byle tylko pachniało mityczną Ameryką :) Oryginalne plansze zostały odnowione i „nasz człowiek na Dzikim Zachodzie” czyli Binio Bill (właściwie Zbigniew Bilecki) prezentuje się bardzo dobrze a nawet miło i przyjemnie – także biorąc poprawkę na rok produkcji (czy raczej narysowania) komiksu. Polska wersja Lucky Luke’a jest klasyczna do bólu – jak z prawdziwych opowieści westernowych. Są dobrzy, źli i brzydcy a nawet odrażający (rysowanie twarzy!).

Całość:

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/05/03/binio-bill-rio-klawo/

Recenzja książki Zygmunta Miłoszewskiego "Jak zawsze"

Moja recenzja książki musi zostać poprzedzona komentarzem, że oprócz jednego opowiadania przeczytałem wszystkie pozycje Zygmunta Miłoszewskiego. Przyzwyczajony do raczej mrocznej tematyki związanej ze zbrodniami i dość specyficznym prokuratorem Szackim spodziewałem się raczej kolejnej mrocznej powieści o łamaniu art. 148 kodeksu karnego i poszukiwaniu przestępców. Zaskoczenie było ogromne gdy w pierwszym rozdziale okazuje się że mamy do czynienia z parą, starszego małżeństwa które ze wspaniałym poczuciem humoru podchodzą do trudów związanych z jesienią życia. Kompletnym zaskoczeniem, na plus, było przeniesienie naszej pary bohaterów do lat 60- tych. Opowiedzenie jeszcze raz historii Polski i naszej pary byłoby strasznym nudziarstwem dlatego przedstawienie alternatywnej wersji historii, dla mnie miłośnika historii, to strzał w dziesiątkę. Miłoszewski spróbował odpowiedzieć czytelnikowi co by było gdyby Polska po drugiej Wojnie Światowej nie uległa wpływom związku radzieckiego. Choć końcówka książki wskazuje że losy ojczyzny w sposób nieubłagany zmierzają na wschód. Na koniec mała refleksja. W każdej pozycji książkowe Miłoszewski w sposób zawoalowany przekazuje nam jak ważna dla niego jest relacja rodzice i dziecko. Z perspektywy rodzica jest to bardzo ważna kwestia. Dla mnie najważniejsza. Tak jak dla Ludwika i Grażyny.

I góry odpowiedziały echem K. Hosseini Recenzja DKK Uniejów

Książka K. Hosseini pt. „ I góry odpowiedziały echem”, to gatunek powieści wielowątkowej, autor od samego początku ukazuje w wzruszający sposób bolesną prawdę. Fabuła książki, to również okres burzliwego Afganistanu, który naznaczony jest piętnem wojny trwającej dziesiątki lat, ale autor również chce coraz bardziej zaciekawić i przenosi nas do Francji, Grecji, Stanów Zjednoczonych. Powieść Hosseini opisuje losy głównie dwojga bohaterów Abdullacha i jego młodszej siostry Pari. Historia to losy rozdzielonego rodzeństwa, które skłaniają do refleksji na temat wielu aspektów naszego życia. Najtrudniejsze jest dokonywanie odpowiednich wyborów, które w dużej mierze mają wpływ na życie nasze i najbliższych. Jest to powieść o trudnej miłości rodzicielskiej, przywiązaniu do rodzeństwa o rozstaniu i wielkiej tęsknocie.

Recenzja książki "Wilcze leże" Andrzeja Pilipiuka

Recenzja książki Andrzeja Pilipiuka „Wilcze leże”

„Wilcze leże” to już dziewiąty zbiór opowiadań wydany w serii Światy Pilipiuka. Jak zwykle pojawiają się tu starzy znajomi, Robert Storm i Paweł Skórzewski. „Domorosły poszukiwacz antyków i kuriozów” jest bohaterem pięciu opowieści, a pan doktor tylko dwóch. Oprócz nich zadebiutuje były policjant Paweł Nowak, który aktualnie pracuje w archiwum Komendy Głównej we Wrocławiu.

Dla tych, którzy lubią książki Wielkiego Grafomana (jak nazywa siebie autor), to kolejna wyprawa w jego światy. Zaliczam się do tych czytelników, inni klubowicze też chętnie sięgają do jego prozy. Już wcześniej dyskutowaliśmy na temat „Czerwonej gorączki”, drugiego zbioru opowiadań. Są też wśród nas entuzjaści Jakuba Wędrowycza, bohatera kilku książek pisarza.

Kolejny zbiór opowiadań Pilipiuka dowodzi, że wciąż nie brak mu pomysłów, a wyobraźnia podsuwa ciekawe rozwiązania i niesamowite historie. Jak zwykle świat realny splecie się z tym, co niewidzialne, tajemnicze, nieprawdopodobne, chociaż… wystarczy chcieć uwierzyć.

Robert Storm często styka się ze światem magii, „Księga uchylonych wrót” kusi go, ale czy warto ryzykować, gdy nie zna się ceny, którą trzeba będzie zapłacić za teleportację. Ten temat pojawi się w „Odległych krainach”. Z kolei „Cmentarzysko Marzeń” daje szansę zajrzenia w zaświaty, gdy zawodzą inne sposoby sprawdzenia, co mogło się stać z napisaną podobno przez Makuszyńskiego powieścią „Drugie wakacje Szatana”,  kontynuacji „Szatana z siódmej klasy”.

„Lalka” znów to pełna napięcia i wartkiej akcji opowieść o niebezpiecznych przygodach Storma, który w zetknięciu z mafią musi ratować się przemieszczaniem w czasie, a potem już zupełnie zwyczajną ucieczką z Warszawy i z kraju. Znaczącą rolę odegra tu silikonowa lala Izaura; czy na pewno od byłej narzeczonej Marty?

Jeśli mowa o sprawach uczuciowych, to Robert zdaje się być zainteresowany swataniem go z siostrą znajomego policjanta Piotrka, tym bardziej, że Magda studiuje historię i chętnie pomaga koledze brata. Nawet spędzą wspólnie kilka dni na plebanii, oczywiście w osobnych pokojach, poszukując zaginionego srebrnego relikwiarza. Przy okazji możemy poznać parę ciekawostek na temat relikwii.

Pilipiuk, jak zawsze zresztą, wykorzystuje swą wiedzę z zakresu archeologii i historii. W opowiadaniu „Samobójstwo na Maślicach” mamy też sporo informacji z dziedziny chemii. Młody chłopak zainteresowany mumią Lukrecji, może nawet zakochany w niej lub jej wierszach, próbuje za pomocą mikrokapsułek zmumifikować swoje ciało.

Z kolei „Wilcze leże” wprowadzi nas w zagadnienia wilkołactwa. Jednak nie zdominują one realistycznych treści historii z czasów II wojny światowej i zagłady Żydów. Rachela, bohaterka tytułowego opowiadania, ma szansę na ocalenie. Jest przedsiębiorcza, przewidująca i spotka kogoś, kto jej pomoże. To chyba najciekawsza opowieść, taka trochę nie w stylu Pilipiuka. Nie ma tu ani Storma, ani Skórzewskiego, fantastyki też nie za wiele. Wojna jest tu trochę w tle, w rozmowach, strzałach słyszanych z daleka, strachu. Czy Racheli uda się znaleźć bezpieczną kryjówkę i kim jest Fryderyk? Odpowiedź znajdziemy w „Wilczym leżu”.

Jest wśród opowiadań jedno, w którym brak magii, to „List z wysokich gór”, wzruszająca historia sięgająca czasów I wojny światowej, Storm występuje w nim w roli listonosza dostarczającego list po pięćdziesięciu latach od jego napisania. Wcześniej będziemy mu towarzyszyć w rozwiązywaniu zagadki, która doprowadzi go z Dolomitów do Szwecji.

Warto zagłębić się w światy Pilipiuka, to zawsze okazja, by dotknąć jakiejś tajemnicy i poznać sekrety przeszłości. Na pewno cieszy to, że można spotkać Storma i Skórzewskiego. Towarzyszą czytelnikowi od „2586 kroków”, pierwszego zbioru opowiadań. Są wciąż w dobrej formie. Książka Andrzeja Pilipiuka przyciąga uwagę okładką i pięknymi czarno – białymi ilustracjami autorstwa Pawła Zaremby.

Zatem „umość się wygodnie w wilczym leżu i oczekuj niespodziewanego” – taka zachęta widnieje na okładce. Polecam gorąco.

Wiesława Kruszek z Dyskusyjnego Klubu Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

 

Relax

Pięć lat, które zmieniło polski komiks. Niby niewiele a jednak dzięki magazynowi „Relax” nic już nie było takie same. Tam wykuwała się przyszłość a jednocześnie testowano rozmaite stylistyki. Od twardych scifi po lekkie a nawet frywolne okrągłe rysunki. W „Relaksie” były już uznane i przyszłe sławy: Baranowski, Christa, Polch, Rosiński, Szyszko i Wróblewski.

Trudno dzisiaj pokazać, czym był wtedy „Relax” dla miłośników komiksu. Jako nieco spóźniony z PRL-em fan popkultury mogę jedynie napisać, że dla mnie i znajomych zdobycie egzemplarza, z reguły podniszczonego, było niczym nowa kaseta do C64. Dla nieco starszych ode mnie „Relax” był niczym skrzyżowanie zabawek z Peweksu z pismami obrazkowymi dla koneserów damskiego piękna… Krótko – był skarbem i świętością. Jak zatem po latach odbieram antologię wydaną przez Egmont?

Najkrócej – jako sentymentalną podróż po historii. Czytając czy przeglądając pierwszy tom antologii nie sposób zauważyć, że testowane konwencje zostały później wykorzystane – mowa oczywiście o komiksach scifi: obcy, cywilizacje, podróże w czasie. Komiksy osadzone bliżej naszych realiów dają się czytać chociaż są nie do końca czytelne – danina złożona bożkowi propagandy PRL zrobiła swoje.

 

Pewne wątki wydają się niezrozumiałe, inne – czerstwe. Wiadomo – zmieniła się optyka, Towariszcz komandir szybko przemienił się w nowego-starego alianta. U Polcha widać Ekspedycję, Baranowski z Orient Menem stawał się klasyką, Wróblewski z historiami wojennymi i terrorystami był nad wyraz bieżący, Christa się nabijał i frywolnie skręcał w rejony dla dorosłych, Rosiński testował kreskę z dinozaurami a… Szyszko pokazywał bardzo wciągające opowieści na pograniczu legend i dziejów. Szyszko generalnie jest zapomniany a szkoda.

Polecam każdemu, kto chce zobaczyć czym były „historyjki obrazkowe” a przy okazji podziwiać ówczesną modę na piastowską modłę – widoczną głównie u Rosińskiego i Polcha.

 

http://pbp.sieradz.pl/kmf/2018/03/11/relax/#more-2657

Statystyki działalności

Wykaz zakupionych ksiażek

Jak założyć lub dołączyć?

KONTAKT

Kinga Siekierska

Koordynator wojewódzki DKK
Działu Metodyki Analiz i Szkoleń
WBP im. Marsz. J. Piłsudskiego w Łodzi

tel. 42 663 03 53

2011 WiMBP w Łodzi